O miłości w obecności

Jestem w dolinie między Gorcami a Pieninami i internet to dobro mocno ograniczone, ale chciałam opisać ciekawą historię, jaka nam się ostatnio przydarzyła. Niestety zostałam zblokowana przez dzieci, bo to o nich chciałam napisać. Ostatnio miałam z nimi starcie zasadniczej natury, że publikuję prawdziwe wydarzenia z ich życia bez ich zgody. W trakcie rozmowy usłyszałam między innymi:
– RODO, mama, RODO!
No to się poddaję. Autoryzacja mnie zatrzymuje. Szczególnie, że jak mówi moja córa, nawet jacyś jej koledzy czytają mojego bloga. Rany, chyba się nie przygotowałam na taki zasięg multipokoleniowy.

Napiszę więc neutralnie, bez szczegółów, że w obliczu ostatnich wydarzeń widzę, jak ważne jest czujne bycie, towarzyszenie temu, kto zmaga się ze swoją słabością. Jeśli kogoś kochamy, widzimy go w prawdzie i jeśli nam pozwala, bo to także jego wybór, możemy być przy nim, gdy podejmuje trudne zadania, walcząc z jakimiś swoimi strachami. Często patrzę na otaczających mnie ludzi i, ponieważ mam dużą dozę empatii, widzę jak zmagają się ze swoimi słabościami na różnych polach. Widzę to wszędzie, w pracy, w domu, w tramwaju, w sobie. Różne są podejścia do radzenia sobie z sytuacjami życiowymi. Jeśli problem wydaje się beznadziejny poddajemy się czując się bezsilni. Niekiedy próbujemy, złoszcząc się i przeżywając najtrudniejsze uczucia jak gniew, żal, rozpacz. Zauważyłam skuteczność pewnej metody, i od jakiegoś czasu ją stosuję, metodę obecności, bycia przy tym, kto się trudzi. Jestem takim trochę towarzyszem, trochę lustrem. Wyobraźmy sobie długą drogę pod górę w śniegu z deszczem, w ciemności, kiedy mijają nas samochody z wygodnie rozpostartymi personami, a my idziemy i nic nie możemy zmienić. Można się poddać, zawrócić, można czekać na coucha co nas będzie tresował mówiąc całą drogę:”Dawaj człowieku, dawaj! Widziałeś tego jednonogiego co cię minął? Myślisz, że jesteś gorszy? Udowodnij sobie i innym, że cię stać na zrobienie tego!” itd. w ten deseń.

Moja metoda jest inna. Polega na towarzyszeniu aktywną obecnością. Kiedy ktoś obok robi wysiłek, zmaga się ze swoją słabością, ja jestem. Przytomnie jestem. Jak się potyka ze złością mówię: „Możesz się złościć, albo iść pod górę i całą energię przeznaczyć na nogi.” Kiedy ma ochotę komuś za swój los przyłożyć, mówię: „Możesz to zrobić, ale wyobraź sobie konsekwencje tego, co się stanie i czy chcesz brać za to odpowiedzialność.” Kiedy potrzebuje przytulenia, przytulam. Nie oceniam, nie moralizuję. Nie zdejmuję z człowieka obowiązku jego zadania, biorąc je na swoje plecy, ale czuwam i wspieram jego siłę.

Historia, której tu nie opiszę, dotyczyła właśnie mojego towarzyszenia w trudzie komuś, kto czuł duży ciężar. Pokazała mi, jak łatwo się pomaga tylko umiejętnym byciem. Moja znajoma powiedziałaby: „Kiedy jesteś w czakrze serca i z tego poziomu patrzysz na ludzi, widzisz czego im naprawdę potrzeba. I dajesz im to bez trudu.” Dlatego mam generalnie dużą awersję do wszelkich trenerów osobistych, trenerów rozwoju i tym podobnych dawców produktów, coraz bardziej masowych. Oczywiście metoda jest tak dobra jak człowiek, który z niej korzysta, więc znając skutki kontaktu z osobami z tej branży można wnioskować co nam posłuży, a co nie. Każdy z nas jest jednak inny i to, co działa na wielu, na nas nie musi. Warto to rozważyć zanim się utknie u jakiegoś guru rozwoju osobistego. Znam pana, co od lat chodzi na ustawienia hellinger’owskie, a nadal ma problemy z traumami z dzieciństwa. Uparcie jednak nie zmienia metody, bo pani terapeuta mu schlebia, a tego pan nie chce się pozbywać w swoim narcyzmie. Dla pani terapeuty to żaden problem. Klient jest klient. Inny pan po kilku latach terapii zdał sobie sprawę, że nie rozwiązał żadnego swojego problemu, choć wszystkie omówił. Po krótkiej rozmowie ze mną doszedł do prawdy, że nie mógł zaufać terapeucie, nawet jeśli ten mówił rzeczy prawdziwe, bo terapeuta był tylko magistrem, a pan ma doktorat i podświadomie ignorował jego zdanie. Zadziwiające rzeczy widać kiedy patrzy się na ludzi z poziomu serca, nie rozumu.
Ludzie czytają książki dla inspiracji osobistego rozwoju, tresują się metodami, chodzą na kolejne warsztaty i kręcą się wokół własnych problemów generalnie dlatego, że nie chcą spojrzeć w swoje strachy, że odrzucają się w strachu, że jakaś metoda się sprawdzi i pozwoli im nie zajrzeć w strach a rozwiązać problem. Nie ma się co dziwić, kiedy wokół krzyczą, że odwaga się liczy, a strach to zło, więc wypierają, maskują, uciekają przed strachem wszyscy, żeby go przypadkiem nie okazać, nie poczuć.

A ze strachem jest jak z drapieżnikiem co zawsze może czyhać w krzakach. Denerwujesz się kiedy idziesz w gąszczu życia. Couche mówią o ich łamaniu, wychodzeniu naprzeciw, o narażaniu się, żeby je spotkać i ustrzelić. Zabijać strach. Dlatego w wyniku takiej bądź innej manipulacji nieśmiali są zmuszani do wyzbycia się wstydu, strachliwi do odwagi, słabi tresowani zadaniami ponad siły. Wstawaj o godzinę wcześniej i zrób to, czego nienawidzisz, wygnij się w jodze jak wąż kiedy czujesz się sztywny, skocz na bungee, jak ci cierpnie skóra na wysokości i .. złam strach. Wyśmiej go, wydrwij, dorób mu zajęcze uszy. Jak słucham tego couchowego bełkotu myślę, że niekiedy ludzie są tak złaknieni natychmiastowego rozwiązania swoich problemów, że z łatwością stają się marionetkami w umiejętnych rękach biznesmenów rozwoju osobistego, ale jak ktoś usiłuje zbolałej duszy wmówić, że ma kropnąć tego smoka, co go straszył latami, tu zaraz przy wszystkich, to się wycofuję chyłkiem z takiej oświeconej prelekcji z wielkim współczuciem dla audytorium. Jeszcze inni nawiedzeni znawcy zalewają wszystko miłością i powtarzają bez przerwy, że na świecie jest tylko boże dzieło, czyli wszelkie przejawy niegodziwości – to miłość – tylko niezrozumiała w naszym ludzkim ograniczeniu. Skóra cierpnie kiedy widzę jak facet powtarza, że molestowane dziecko nie może mieć żalu do rodzica, co je niszczył latami, bo ma obowiązek wybaczyć, bo to miłość, ale w innej postaci. Tacy chorzy ludzie też nauczają i mają zwolenników, a nawet wyznawców. Biznes rozwoju duchowego wchłania tyle chaosu, ile mamy obecnie w życiu i jego pomieszanie rośnie wraz z entropią otaczającego nas świata. Trzeba się rozeznać dobrze w sobie żeby nie utonąć w nonsensach.

Co do strachu, to najlepszym sposobem, jaki sama przetestowałam, jest oswojenie. Wyobraźcie sobie, że jakąś metodą zastrzelicie gada tak, jak couch wam kazał. Obedrzecie go ze skóry, zrobicie sobie ucztę itd. Następnym razem, jak wam podobny gad wyskoczy zza krzaka, zobaczy skórę na biodrach i trochę się stropi, ale nadal będzie groźny, i kolejny raz ubijecie go, może trochę sprawniej. I tak historia będzie się powtarzać, ale za każdym razem będzie wymagała zabicia kolejnego potwora, dopóki nie skontaktujecie się skutecznie ze swoim strachem.
Wyobraźmy sobie inną sytuacje. Idziecie sawanną życia. Z zarośli wynurza się lew. Nie macie broni w postaci techniki do zabijania lwa np. wyśmiania. Ale zanim lew skoczy na was, spoglądacie mu w oczy i mówicie:
– Wiem kim jesteś. Jesteś mną. Boję się ciebie, bo cię nie rozumiem, ale wiem, że jesteś silny. Akceptuję swój strach i ciebie w sobie. Wszystkie uczucia i sytuacje jakich jesteś symbolem.
Zrobiłam to kiedyś z wielkim strachem we mnie i po kilku podejściach, zadziałało. Od tej pory, zamiast skóry lwa na biodrach, mam oswojonego lwa przy nodze. Czasem mogę go użyć w obronie, ale to, co jest najbardziej istotne, że z jakichś powodów inne strachy widząc moje oswojone zwierzę, nie podchodzą, albo się z łatwością przyłączają w drodze. Idziemy tak stadem, ja i moje strachy. Myślę z wyrzutem o couchach co radzą pozabijać strachy w sobie. Wszystko czego się boimy w świecie jest nieuświadomioną częścią nas. Trzeba ją przyjąć i oswoić, rozpuścić jej nieznaną naturę i wchłonąć jej moc, nie zakopać w rowie, nie wyszydzić. To jest praktyczna metoda oswajania cienia. Świat pomaga nam w tym dojrzeć, ale tylko wtedy, kiedy nie poruszamy się unikając strachu, bo nie widzimy wtedy siebie. Strach obnaża naszą bezsilność, poczucie odrzucenia, samotność wobec problemów. Dlatego najlepszą metodą pomocy jest towarzyszenie w drodze tym, których chcemy wesprzeć, z czujnym patrzeniem z poziomu serca na ich lęki. Dla tych co się obawiają swoich demonów wewnętrznych, powtarzam, że demony nie podchodzą kiedy nie jesteśmy gotowi na nie, na ich zobaczenie. Dla nieprzygotowanych są niewidoczne. Za to ich unikanie, zabijanie czy wypieranie, kończy się mocnym pomieszaniem w życiu i osłabieniem, skazaniem siebie na ciągłą walkę z tymi samymi ciemnościami. Dlatego nie trzeba zabijać, łamać siebie, a strach oswoić. A najpierw na niego sobie pozwolić, nie wypierać, dostrzec i pójść za nim, być w nim obecnym. Strach nas doprowadzi do tej części nas, do tej słabości, gdzie tkwi największy potencjał. Do wolności od strachu w życiu. Do wolności przemierzania życia ze strachem przy nodze nie w sercu, ze strachem gotowym do zaatakowania w naszej obronie. Bo im ludzie więcej wiedzą o strachu, tym pewniej czują się w życiu. Za to ci, co strachu nie znają, idą nieświadomi, nie rozumieją celu tej drogi i swojej w nim roli. Strach dla mnie miał wielkie oczy do pokochania. Kocie, jak oczy pantery albo lwa i nie bardzo się zdziwiłam, że był wielki. Wszak długo go wypierałam. Nie byłam winna powstaniu tego strachu. To jest warunkiem oswojenia. Nie obarczanie się winą powstania strachu, to niezależne od nas. Tak się składa, że każdy demon ma swojego anioła do kompletu. Od naszego świadomego wyboru zależy, czym posługujemy się w życiu, dbając o siebie i otoczenie. Patrzenie sercem, pomaganie obecnością, nieocenianie, daje spokój i uważność, sprzyja naszej prawdzie. Zamiast rozwoju osobistego, którym autentycznie wymiotuję mentalnie, proponuję odkrywanie siebie. Nie super potencjałów, mocy czy szczęścia, ale siebie. Nic więcej nie jest nam potrzebne, jak świadomość kim jesteśmy, bo to dążenie jest przejawem głębokiej miłości do swojego istnienia na ziemi. Rozwój sugeruje, że czegoś nam brak, a moim zdaniem jesteśmy kompletni tylko schowani, ukryci za swoimi strachami. Obecność w strachu pozwala nam zdjąć tę zasłonę i odkryć prawdę.

O miłości do emocji

Odrzucamy się w emocjach. Już od wczesnego dzieciństwa kiedy zachowujemy się naturalnie, w zgodzie z tym co czujemy, słyszymy:”nie płacz, nie złość się, nie krzyw, nie śmiej się tak głośno, a co ty robisz? itd.” To wieloletnie tresowanie pokazuje nam w nieświadomym jeszcze czasie, że wyrażanie emocji jest niewłaściwe i zaczynamy, żyjąc w społeczeństwie podobnie reagujących jednostek ukrywać, tłumić a z czasem wypierać, mrozić i spychać emocje pod powierzchnię naszej świadomości. To jest przyczyna większości chorób naszej psyche.
Niedawno byłam w kinie i mój kolega śmiał się podczas scen, przy których mi było smutno. Doznawałam świetnego dualizmu uczuć, obserwowałam, jak ja to odbieram. Początkowo mnie to irytowało, aż puściłam zupełnie kontrolę i tak, jak on się śmiał, ja się smuciłam bez poczucia dyskomfortu. Każdy z nas reaguje inaczej na sytuacje, bo jesteśmy indywidualnościami. To co jest dla mnie śmieszne, kogoś może wręcz ranić, wywoływać żal, wstyd, pomieszanie. Ostatnio nie zastanawiam się dlaczego coś czuję – tylko czuję, obserwując jednocześnie, ale nie nadmiernie kontrolująco to, co się we mnie dzieje.
Przychodzi do mnie córka z jakąś pretensją i podnosi głos. Wywołuje mój gniew, bo nie mam ochoty załatwiać spraw w kłótni, a trzeba racjonalnie sprawę przemyśleć. Wypalam:
-Nie krzycz, bo pojedziesz zaraz autobusem sama.
I wychodzę do garażu po samochód. Przychodzi naburmuszona, cicha. Nie odrzucam się w gniewie. Mam prawo do każdej emocji, rozdrażnienia, złości, nawet jeśli ktoś ma to odczuć dogłębnie. Następnym razem, jak podejdzie z problemem rozważy, czy opłaca mu się ze mną kłócić.
Czasem nie wiem co czuję. I tak też jest w porządku. Takie uczucie wydostaje się powoli i daję mu do tego chwilę. Zatrzymuję się na nim, spoglądam i widzę, że już jest. Pozwalam na wszelkie emocje, żalu, złości, rozmiękczenia kolan rozpaczą. Kiedy niczego nie tłumię, emocje trwają parę chwil i mogę iść dalej. Nie medytuję nad nimi, nie skaczę, żeby podnieść wibracje do tych tzw. emocji wyższych, bo ich nie można poukładać względem lepszości i jeśli ktoś myśli, że lepiej czuć się radośnie niż smutno, to się myli. Każda emocja jest wskazówką, jest strzałą zrozumienia prowadzącą nas przez ego do serca. Kiedy zakłamujemy emocje w imię lepszego życia, oświecenia w bezbrzeżnej miłości, odrzucając to co czujemy naprawdę prawdopodobnie mamy coś nieprzepracowane co nas przerasta na tę chwilę. To przejdzie, bylebyśmy nie utknęli w przekłamaniu, że wystarczy warsztat rozwoju osobistego, mantra, albo inna technika wyzwalania światła, aby nie czuć tego co się czuje w cieniu naszej świadomości. Te emocje uznawane za trudne wybrzmią groźniej skumulowane w pakiecie zbiorczym wtedy, kiedy najmniej się spodziewamy, jeśli nie damy im miejsca w życiu.
Przez lata odrzucałam się w gniewie, karałam za to, że mam ochotę komuś przywalić, a okazji do walenia było wiele. Nie znaczy to, że teraz jestem groźnym człowiekiem, wręcz przeciwnie. Kiedy pozwalam sobie na gniew, on schodzi samobierznie, jestem sobą i każdy w moim otoczeniu wie, jakie są moje granice. Narażają się ci, co je przekraczają, na własne ryzyko. Za to udawanie dobrej kobietki, co wszystkich zrozumie i wybaczy, mam już za sobą. Jak chyba większość ludzi co obudzili się po latach wykorzystywania przez otoczenie. Otoczenie nie jest temu winne, po prostu brało czego nie zablokowaliśmy bezwiednie.
Nie odrzucam się też we wstydzie. Nie przełamuję go, ale akceptuję, że się wstydzę w pewnych sytuacjach. Jak powiem coś głupiego, jak ktoś mnie gani, jak sama dostrzegę w sobie jakiś feler. Nie ma już: o rany! co ja robię? I ucieczka przed wstydzeniem. Wstydzę się na tyle na ile czuję i jestem w tym. Obserwuję tę emocję i myślę potem, kiedy wstyd ustanie, że to w sumie bardzo poczciwe uczucie, taki stan jak w dzieciństwie, kiedy mnie blokowano na różne działania wstydem. Myślę wtedy, czy faktycznie to, co zrobiłam było wstydliwe. I w większości przypadków wcale nie jest to oczywiste. Kiedyś weszłam do sklepu i obcas utknął mi w posadzce. Kiedy go wyciągnęłam okazało się, że odpadł mi flek. Pierwsza reakcja – wstyd. Tak mam. Spłonęłam, ludzie gapili się na mnie, a ja się wstydziłam i jednocześnie obserwowałam swoje emocje. I kiedy minęła chwila największego piku emocjonalnego, podniosłam flek, podeszłam do lady z półką na torby, zdjęłam but, wsadziłam flek na obcas i mocnym ruchem walnęłam obcasem w półkę, aż zadudniło. Nabił się pięknie, założyłam but z powrotem i poszłam z uczuciem, że ze wstydem da się żyć, on nas nie paraliżuje tylko pokazuje co nas ogranicza, co nam przeszkadza w życiu swobodnie iść.
Obserwuję jak ludzie starają się być jacyś, konkretnie tacy, aby ich zaakceptowano i o wiele bardziej wolę jasne sytuacje, kiedy ktoś się nie sili na dyplomację i dyskrecję, a jest autentyczny. Coraz więcej uczuć i emocji tłumi się w nas w imię lepszych stosunków międzyludzkich. Staramy się wszystkich lubić albo tolerować, nie złościć się, nie być nachalni w swoich zachowaniach, dystans, wzorowa komunikacja, zdrowy tryb życia. Jak ktoś się objada, to wszyscy patrzą na niego z politowaniem, ale nie robią uwag. Jak ktoś aż trzeszczy od traumy, to się spinają przy nim żeby nie urazić itd. A stres rośnie pod sufit. Nie chodzi o to, żeby walić między oczy prawdą, ale żeby sobie nie wmawiać, że trzeba być dobrym dla innych, bo dobro jest względne jak diabli. To, że ktoś je kompulsywnie, bo nie umie sobie poradzić z jakimś problemem, może być jedyną radością, jedynym dostrzegalnym sposobem radzenia sobie na tę chwilę i nie ma co naprawiać człowieka na siłę mówiąc mu: „Nie żryj tyle!”. Ale uśmiechać się i wspierać jego demona nie ma potrzeby, mówiąc: „On zawsze był kurpulentny”. Jeśli czujemy odrazę do czegoś, co jest powszechnie tolerowane, to nie znaczy, że z nami jest coś nie tak. Czuję odrazę do sztuczności, do fałszywości ludzi. Widzę tę odrazę w sobie i tak teraz mam, że nie ganię się za to, że mi przeszkadzają oszuści emocjonalni, albo ludzie świadomie kręcący z tym co czują, żeby lepiej wypaść przed innymi. A widzę to kręcenie nawet w sobie czasem. Uśmiecham się do kogoś kogo nie lubię i myślę wtedy: „A widzisz, nawet ty się zmuszasz do udawania. Widać jeszcze nie dojrzałaś do szczerości z tym kimś.” Ważnym krokiem jest dla mnie nie kręcenie przed sobą, to poważny krok. Znam sytuacje, kiedy ludzie są w związkach, nawet małżeńskich, udając miłość i bóg wie jakie zaangażowanie, a naprawdę boją się samotności albo straty finansowej, jaką by ponieśli w wyniku rozstania. A wystarczy przyznać się przed sobą, nawet nie partnerem:” Sam/a nie dam sobie teraz rady, poczekam aż dojrzeję.” Ale nie ukrywać, nie oszukiwać siebie. Słabość wobec skomplikowanych ludzkich sytuacji jest ludzka, zwyczajna. Zakłamywana może się stać kulą u nogi na lata.
Wracając do emocji, pozwalam sobie też na przepływanie błogości, radości, ekstazy. Jeśli je czuję, nie upajam się, nie zatrzymuję, nie siadam jak kwoka na nich, tylko smakuję. Umiem się paradoksalnie, nakarmić wszystkimi odczuciami. Bo one wszystkie są dla mnie, złość, radość, rozpacz, zadowolenie, smutek, cierpienie i rozkosz. Jestem boskim stworzeniem co ma ciało do odczuwania wszystkiego, do pojmowania stanów w jakich jestem. Coraz swobodniej się czuję z emocjami na co dzień i one trwają też jakoś krócej. Nie martwię się, że szybko przepływa radość, bo łatwo też przechodzi mi żal. Dzięki temu, że emocje przepływają, nie czuję się przez nie kontrolowana. Nie wysysają energii ze mnie. Chodzę nie zestresowana a ciekawa co za chwilę będzie. I zwykle przychodzi co ma być, ani za silne, ani za słabe. Odpowiednie, żeby żyć. Bo po to, by czuć emocje, uczucia żyjemy, reszta, okoliczności, ludzie, przedmioty, są tylko rekwizytami do scen odczuwania. Wiem to, bo kiedyś miałam piękny i prawdziwy sen, co mi odsłonił, czym jest świat. Ale o tym może następnym razem.

Tęsknię …

Przelewa się przeze mnie
czułość
do przeszłości
ukołysanej czasem

patrzę na nią
spełnioną
jasną
odległą
zamkniętą
w miękkiej
kolebce zdarzeń

I mogę już iść
beze mnie będzie jej lepiej
rozkwitnie
wyrośnie
pojmie
i przybiegnie
za mną
wspomnieniem

a ja spojrzeniem
zmienię ją
w najpiękniejszy dźwięk
na giętkiej strunie
przyszłości

23 stycznia 2019

22 stycznia 2019

Nie warto się nadmiernie starać ani martwić. Wstałam późno, wsiadłam do samochodu z dzieckiem i pojechałam na wizytę lekarską. Korek jak malowanie opóźnił nasze przybycie do rejestracji o 50 minut. Wysiedziałyśmy w kolejce kolejne 50, a i tak zdążyłyśmy na ospałego lekarza co przyjął nas 40 minut po zakończeniu przyjmowania. No stress. Lena siedziała zdenerwowana i głodna, ale kanapce odmówiła po kęsie, więc zjadłam sama zaczytana w podrzuconą pozycję od kolegi w pracy „Hinduska sztuka kochania”. Słowo pozycja jest jak najbardziej na miejscu. Po pierwszych stronach zorientowałam się, że to książka dla mężczyzn, ale jak przystało na ciekawskie stworzenie wniknęłam głębiej, żeby się dowiedzieć, że są 4 typy kobiet i jaką jestem. Mam dużo z Muszli, ale też Artystki. Za to mało u mnie Lotosu i Słonicy. Gdyby się panowie trochę pomocowali z czytaniem takich pozycji, może więcej szczęśliwych kobiet chodziłoby po świecie. Zwrot historii, w tym religijny, podciął skrzydła wolnej myśli w wydaniu tantrycznym, i trudno się dziwić, że mężczyźni przestali zdobywać taką wiedzę. Za to typów mężczyzn ze względu na przyrodzenie jest 3: Zając, Ogier i Buchaj. Monotonicznie znaczy. Książeczka malutka, zwarta, z obrazkami, łatwa do pochłonięcia w jeden wieczór. Wyjęłam w przychodni pokątnie i zdałam sobie sprawę z własnej myśli, że chyba nie chcę pokazywać okładki dwulatkom biegającym jak elektrony między pacjentami. Lena zirytowana na brzdące, a ja tylko powtarzałam:”Też tak biegałaś, też tak krzyczałaś, też miałaś pobieraną krew, i tak, smoka nie miałaś”.
-A czemu nie miałam smoka?
-Bo nie był potrzebny.
-Ale za to miętosiłam wszystkim uszy.
-Ale nie buzią i nie wykrzywiłaś sobie zgryzu.
Teraz myślę patrząc na dzieci z zatkaną smokiem buzią, że to w gruncie rzeczy nieistotne. Czasem miętoszenie smoka może być zbawienne. Te dylematy już za mną, i dobrze.
Po wysiedzianej wizycie około południa wylądowałam w pracy. Zatłoczony parking, ale naprzeciw wejścia „miejsce dla królowej”, jak powitał mnie palący przed budynkiem kolega wizytujący pracownię. Bez obiadu, na kanapce i kawie, weszłam do pokoju socjalnego, po czym inny kolega zaproponował zupełnie nie pytany swoje zasoby obiadowe, co ich miał nadmiar i tak objadłam się zupą i drugim daniem. Bez wysiłku, bez planu. Powiedziałam:
-Ależ mam dzisiaj łaski z nieba. Za niedenerwowanie się czymkolwiek wszystko idzie mi jak trzeba.
Rozmowa przy stole jak zwykle wciągająca i ciekawa. Opowiedziałam o książce. Potem rozmawialiśmy o zaginionych indyjskich cywilizacjach, o zmienności klimatu tamże i starożytnych rzekach uwiecznionych na budowlach w gęstym buszu, a potem o koncepcji człowieka jako zwierzyny łownej w prehistorii i zmianie optyki patrzenia na rolę homo sapiens we wczesnych stadiach rozwoju pierwszych społeczności. Siedziałam przed pustym talerzem kiedy ten sam kolega wstał i w trakcie rozmowy wziął mój talerz i umył go. Nim się zorientowałam, dostałam w garść kawę zrobioną dla mnie przez innego kolegę. Dziękując im za takie poczucie zaopiekowania jakie mi dali bezinteresownie, śmiejąc się na głos poszłam do swoich obowiązków. Jeśli chodzi o męskość to kocham męskość w takim wydaniu. Ma niesamowitą moc.
A a propos: Wszechświat nas nagradza, za zaufanie, za nie gonienie, za cierpliwość, za to, że umiemy widzieć go takim, jaki jest. Życzliwy, dowcipny, plastyczny. Wspaniałych mam kolegów w pracy, aż się chce do niej chodzić dla nich. I w ogóle spotykam ostatnio tylko fajnych ludzi, ciekawych, z pasją, z błyskiem w oku.
A jutro siadam do pisania harmonogramu wydarzeń w moim projekcie ITHACA. Najlepsze było jednak to, że kiedy wczoraj myślałam, że czeka mnie żmudne analizowanie wyjazdów dziś po zajściu do naszej Agi zobaczyłam pięknie zrobiony harmonogram tegoż i tak właśnie świat się toczy. Palcem nie muszę już kiwnąć. Za to symulacje to inna sprawa. Trochę leżą, ale to mnie uczy, że jak zyskujemy gdzieś czas to on nie jest do marnowania, tylko do wykorzystania. Ale rozsądnego. Więc jutro siadam do maglowania moich danych żeby je wypuścić w dwóch publikacjach i tyle. A dziś już tylko się wyleżę w wannie i wyśpię. A jeszcze wcześniej wsiądę do samochodu i posłucham z radością muzyki jadąc do domu. Dziś świat jest cudownie spolegliwy i zrozumiały. Warto się tym stanem posilić przed innymi stanami.

Kobieta współczesna

jestem ziemska
chaotyczna w swej manifestacji
raju i piekła
dla odważnych
nie dla skąpców
ściskających ciepłe wspomnienia
w słabych sercach

ja, kobieta współczesna
schronienie dla wędrowców
wyzwanie dla mędrców
kolebka dla szczęścia

moje ciało ogniste
rani aż do Prawdy
zrywając kłamstwa
słabości z troską

przy mnie jesteś sobą
albo jesteś martwy
mężczyzno współczesny
rozdarty miłością

12 stycznia 2019

Mam tylko chwilę

Mam tylko chwilę
do poniesienia
to niewiele
mało
znikomo dla świata

Im więcej widzę jak
niewiele zmieniam
tym jestem lżejsza
tym pewniej czas splatam

Nie szukam idei
do przezwyciężenia
nie myślę na wyrost
nie walczę z duchami

Idę przed siebie
zagubioną linią
a serce mnie wiedzie
między lodowcami

Spotykam ludzi
o otwartych duszach
mijam narośle
współczesnego świata

Nie muszę wierzyć
nie muszę wiedzieć
myślę gdy zechcę
i bez końca latam

Nie prężę muskułów
masek nie zakładam
obnażam ludzkie oblicza w miłości
w słabości
w ciszy
troskliwie wygaszam
przeszłość
co pod nogi ściele
bruki w kształcie kości

Odpowiadam sobie
spowiadam się chmurom
słońce biorę wieczne
wybijam rytm własny

Niech mnie nikt
nie łapie
nie nawiedza dumą
nie próbuje odwieść
ani mnie zawłaszczyć.

12 stycznia 2019

O miłości do nienawiści

Tytuł tylko pozornie jest paradoksem. Nie ma nic wspólnego z nadstawianiem drugiego polika i poświęcaniem się tym, co nas nienawidzą. To fałszywe, wdrukowane często w młodości, pojmowanie świata i rzeczywistości. Miłość do nienawiści jest prosta – jeśli kogoś nienawidzisz nie kłam, że kochasz, że tolerujesz go, że jesteś ponad tę nienawiść. Nienawiść pojawia się wtedy, kiedy ktoś naruszył naszą granicę, granicę naszej jaźni, wielokrotnie nam szkodząc, więc nie oszukujmy się, że jesteśmy aniołami i będziemy agresji odpowiadać miłością. Bronienie siebie jest priorytetem. Jeśli ktoś nas nienawidzi, bo tylko z tego powodu może nas ranić, mamy prawo odpierać jego ataki na nasz świat, na nasze wartości. Mamy prawo nienawidzieć go i czuć to, co czujemy w pełni.
Spotkałam w swoim życiu wielu agresorów. Jedni byli jawni, inni ukryci. Nienawidzili mnie za moje sukcesy w pracy, za rodzinę, zazdrościli mi wielu rzeczy, jakich do głowy nie przyszło mi zazdrościć innym. Byłam naiwna wierząc, że ludzie mają w większości dobre intencje w kontakcie ze mną. Wynikało to z mojej własnej postawy, w myśl której podchodziłam z szacunkiem i troską do wszystkich ludzi. Dlatego byłam łatwym żerem dla bandytów emocjonalnych. Prosty przykład – spotkanie z teściową. Siedzimy przy stole:
– Córki to się wychowuje dla siebie, a synów dla innych kobiet.
Kontekst rozmowy, syn za rzadko odwiedza mamusię. Ale syna nie ma przy stole, jestem tylko ja. Zakamuflowana agresja, tak zwana agresja pasywna. Agresja jawna w tej sytuacji wyglądałaby tak:
-Oddaj mi mojego syna!
Ale na taką agresję trzeba się zdobyć.
Są dwa typy agresorów: nieświadomy i świadomy. Z agresorem świadomym jest o tyle łatwo, że jak cię kąsa, to otwartym kodem. Mówisz wtedy:
– Nie oddam.
Albo:
– A weź go sobie – i sprawa załatwiona.
Trudniej jest z agresorem pierwszego typu. Zanim człowiek, jak ja naiwny, zobaczy agresję w komunikacie, poszuka najpierw w sobie winy, przeanalizuje trudną życiową sytuację teściowej, i tym podobne opłotki odwiedzi, zanim dojrzy, że ten człowiek atakuje i, że na atak nie powinno się być biernym. Bo ataki z czasem dają echa. Odparte wracają w postaci siły do odpierania innych ataków w przyszłości, budują charakter, waleczność, odwagę. Nieodparte, podcinają nogi przy kolejnych takich sytuacjach. Dlatego zbieram się kiedy czuję, że ktoś mnie atakuje i, nawet jeśli potem się okaże, że potencjalny agresor miał coś innego na myśli, a ja pomyliłam jego intencje, walę petardę ostrzegawczą. Kontynuując schemat:
– To trzeba rodzić tylko córki, a synów od razu oddawać na wychowanie. Po co się trudzić?
Inny przykład. Żona prezentuje się stale krytykującemu ją mężowi w nowej sukience:
– Jak wyglądam?
– No ładnie, ale czemu taka czarna, jak na pogrzeb?
Właśnie ten pan pogrzebał swoje szanse na coś miłego wieczorem. Sytuacja warta zanalizowania. Po pierwsze, jeśli mąż stale krytykuje żonę, to po co ona go pyta o ocenę? Przecież jego zdanie jest z góry przesądzone. A może czeka na akceptację? Po co nam akceptacja stałego krytyka? Ja się od stałych krytyków odcinam. Mam dość mocnego krytyka w sobie, żeby się jeszcze borykać z żerującym na mnie krytykiem zewnętrznym. Hejt ma to do siebie, że mali ludzie sztukują sobie braki pomniejszaniem innych i poprzez krytykę kamuflują swoje własne kompleksy. Po co się wystawiać na żer dla nich? Nie warto. Jeśli się pani podobała sukienka na tyle, że ją kupiła, to czy musi przejść w domu krytykę swojej decyzji oczami stałego zewnętrznego krytyka? Czy chodzi o narcyzm, który się domaga pogłaskania? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania, zanim się człowiek wystawi do oceny. Ludzie niepewni siebie często potrzebują czyichś oczu, żeby zobaczyć, że są coś warci. Do pewnego stopnia źródłem tego może być narcyzm.
Wróćmy do nienawiści. Nienawidzą ludzie, którzy zazdroszczą innym tego, czego im samym brakuje. Gdy rozwiedziony wmawia wszystkim, że małżeństwo to fikcja, to mu go brakuje. Zatrzaśnięty w małżeństwie za to notorycznie zachwala więzi rodzinne. Do prawdy nie trzeba przekonywać. Obu się czasem zdarza popuszczać parę zwątpienia w postaci agresji wobec tych, którzy uświadamiają im braki w ich własnej sytuacji. Na pewno macie takich ludzi wokół. Rozwiedziony wymawia zamężnym domowe kapcie, a zamężny w gorzkich żartach pyta o pustą lodówkę rozwiedzionej osoby. Paradoksalnie wszyscy widzimy po twarzach, po postawach, że mają nieprzepracowane braki, że nienawidzą się nawzajem, że zazdroszczą sobie tego, czego jak sądzą potrzebują. Ale jawne wyrażenie nienawiści nie następuje, bo przecież wszyscy jesteśmy tacy cywilizowani. A tu proszę wielkiego państwa: „Król jest nagi!” i nie ma co sobie wmawiać, że nikt nie zauważy, że ten z pustą lodówką tęskni do podanych kapci, a zamężny do pustki w domu wieczorem po kolacji i chętnie opróżniłby lodówkę, żeby to nastało.
Ludzie kierowani nieświadomą nienawiścią tej nienawiści nie spalają. Dlatego, paradoksalnie, ci, którzy nienawidzą jawnie, mają na to szansę. Jawna nienawiść pokazuje czego nam brakuje w życiu, co powinniśmy dla siebie zrobić, żeby poczuć się lepiej i nie chodzić między ludźmi z fochem. Nienawiść nieświadoma jest podszyta wielowarstwowym problemem. Ale nie jest to nasz problem i nie warto się wikłać w czyjeś złogi psychiczne. Dla własnego bezpieczeństwa po pierwsze należy unikać otwarcie nienawistnych ludzi, bo oni nienawidzą nie dla nas, ale dla siebie. Po drugie, unikać jeszcze bardziej tych, co nienawidzą skrycie, bo jad z kontaktu z nimi jest trudny do odkrycia i zmycia. Unikać i się bronić kiedy zachodzi potrzeba, nawet za cenę ryzyka niezrozumienia, popsucia kontaktu, bo jeśli ktoś nas lubi szczerze, albo kocha, zrozumie nasz niepokój, współczuciem taką niezręczność pokryje od ręki. Ten co nam nie sprzyja, zrażony odejdzie. I tak jest łatwiej odróżniać tych, co są na naszej drodze przychylni, od tych co na nas żerują.
Dlatego kocham nienawiść – jawna i niejawna uczy mnie odróżniać przyjaciół od wrogów. Uczy mnie też, że nie wszystkich muszę kochać, jak mnie uczyli na religii, w szczególności tych, co najmocniej we mnie bili. Mogę ich odcinać, mogę ich boksować jak się zbliżą. A power w sierpowym mam mocny. Idzie w pięty, więc nie polecam się narażać tym, co coś przeciw mnie knują. Szanuję ludzi obcych i zostawiam w spokoju, z pozornych przyjaciół też robię ludzi obcych, kiedy widzę, że mi szkodzą. I pewnego dnia odkryłam, że nienawiść to siła, dzięki której się pozbyłam tak, bądź inaczej, wrogów, bo świat o dziwo nie czekał na drugi policzek, tylko na akceptację prostego prawa: nie musisz być żerem dla wampirów żeby ich zauważać.
A z nienawiścią, jeśli kogoś niepokoi fakt nienawidzenia innych, jest tak, moi drodzy, że świadoma nienawiść rozpuszcza się w czasie. Dłuższym, krótszym, ale odchodzi, kiedy nie wystawiamy się na ludzi i sytuacje, jakie przychodzą do nas z nienawiścią. Kiedy porobimy porządki w sobie, nienawiść jest rodzajem uczucia ostrzegawczego, co nas również oddziela murem od tych, z którymi nam nie po drodze, którzy nam nie sprzyjają. Oni mają swoje własne ścieżki, niech idą sobie. I tyle jeśli chodzi o nienawiść. Dlatego ja ją biorę, widzę, szukam intencji, jaka ją wywołuje i podejmuję decyzję co z nią zrobię. Czy wykorzystuję do domknięcia mojego świata i w jakim aspekcie? A jak nie wiem dlaczego kogoś nienawidzę, to czekam, bo życie pokaże mi to prędzej, czy później. Ale nie kłamię, nie nakładam fałszywie aureoli świętości i wybaczania za krzywdy. Wybaczać należy tylko dla siebie i tylko tym, których ostatecznie odcięliśmy. Ci, którzy nas nagabują swoim postępowaniem, nie ważne świadomie, bądź nie, biorą odpowiedzialność za swoje działanie, również za wyrzucenie poza horyzont naszego świata. Na zawsze, bądź na czas swojego dogłębnego poukładania, aby wchodząc w nasz świat ponownie, o ile to nastąpi, w zgodzie z naszym rozpoznaniem, byli przez nas mile widziani.

Jeszcze się ciągną

Jeszcze się ciągną
barwne korowody
od złudzeń mętne
w szafirowym cieple

Ale już nie kwitną
te zorze promienne
i wachlarze zmysłów
w noce nieprzewiewne

Nauczeni blaskiem
spleceni z nicością
stąpamy ostrożnie
po linii do siebie

I tylko kierunek
wiedziony miłością
co raz nam umyka
boleśnie,
boleśnie …

4 stycznia 2019

O miłości do bezwysiłkowości

Mamy taki program w głowie, bardzo powszechny, że najlepsze rzeczy przydarzają się nam kiedy na nie zapracujemy. Absurd. Dochodzi więc do paranoi, że nie umiemy się wręcz cieszyć z rzeczy, które nie zostały przez nas okupione wysiłkiem i to sporym. Im większy wysiłek, tym większe szczęście, że się udało, że jest, że będzie. Kolejny absurd. Większość rzeczy naprawdę pięknych w życiu przeżyłam nie dlatego, że siliłam się na nie ale, podążając we właściwym kierunku, a kiedy podążamy we właściwym kierunku, wszystko samo idzie, bez wysiłku, lub z małym wysiłkiem, którego ciało potrzebuje do jakiejś drobnej zmiany naszego sposobu myślenia, odczuwania. Dlatego, kiedy tak się pocimy i dochodzimy do czegoś, nasze ego, które lubi nas mieć dla siebie, mówi :”To dobre, ale gdybyś się jeszcze trochę postarał, byłoby lepsze.” I tak w nieskończoność, niewolnictwo duszy zależnej od ego. Ego lubi kiedy się staramy i przemy z trudem, bo ma nas wtedy na wyłączność. Jesteśmy tak skupieni na działaniu, pozornie ważnym i wysiłku, że nie mamy czasu na refleksję, czy to o co się staramy w ogóle jest nasze, a jeśli za chwilę ktoś podejdzie i zdejmie ciężar mówiąc:” Chodź, tamtędy jest łatwiej”, odruchowo odmówicie, bo przecież wysiłek jest sednem. Moim zdaniem ten niebezpieczny program doprowadził do paranoi całe społeczeństwa ludzkich mrówek, jakie teraz tyrają w trudzie bez refleksji nad swoim życiem. Czy można szczęście okupić pracą? Popatrzmy na radość. Można sądzić, że kiedy osiągamy cel po długiej pracy to czujemy radość. Myślę, że jest inaczej. Czujemy ulgę, łatwo ją pomylić z innym uczuciem. Jeśli cię boli i przestaje, to czujesz się uwolniony od bólu a nie radosny.
Nie oznacza to, że nie należy się napocić. Trzeba, ale tylko w jednym aspekcie, rozpoznania, co dla nas jest dobre i pilnowania myśli, które materializujemy w świecie. Jeśli bowiem ktoś wywołał myślami, że po długiej drodze pełnej niebezpieczeństw dojdzie do prawdy, to tak będzie. Pocieszające jest to, że z programu wysiłek=szczęście można wyjść przed czasem, ale to nie jest proste, bo intensywność zdarzeń bywa przytłaczająca.
Co zatem ze szczęściem bez wysiłku? Każdy je czuje, np. kiedy patrzy na swoje dzieci śpiące w łóżku. I one i my bez wysiłku. Trudno takie szczęście przebić. Słońce na plaży rozgrzewające nas latem. Komiczna sytuacja, spontaniczna w pokoju socjalnym w pracy. Można powiedzieć, że wysiłkiem było wstanie i przyjście, gdzie trzeba i o czasie. Tak, tyle jest potrzebne, żeby przeżyć prawdziwe szczęście – przyjść o czasie we właściwe miejsce.
Zdjęcie programu wysiłku jest potrzebne byśmy, jak głodne duchy nie dążyli do jakiejś abstrakcyjnej doskonałości pracą, żeby zasłużyć na okruchy. Prawdziwe szczęście pojawia się kiedy śpimy, chodzimy, jemy i rozmawiamy o pogodzie ze znajomymi. Życie jest szczęściem i nie wymaga wysiłku, dzieje się automatycznie. Kiedy startujemy z tego poziomu, jest łatwiej zrozumieć, że szczęście nie wymaga siły do odczucia, że jest. Wymaga świadomości, że zachodzi w naszym życiu, że je odczuwamy. Cała więc sztuka pozwolić sobie na szczęście z poziomu istnienia. Potem okaże się, że wszystko nas potrafi cieszyć i przynosi szczęście, bez pracy, bez konieczności, naturalnie, tak trochę dla zabawy, zachęca nas do podróży przez życie w obecności radości, miłości do wszystkiego. Bo wszystko może być szczęściem, jeśli z poziomu serca widzimy rzeczywistość, sami decydujemy co nim jest, więc weźmy go więcej. Cieszmy się z płaskiego chodnika, z kolorowego samochodu na ulicy, z tego, że coś mamy i z tego, że do czegoś dążymy, bo na nas czeka. Kiedy nie mamy siły na naukę czegoś, na dążenie, odpuśćmy to z poziomu serca, może wyzwolimy tę energię gdzie indziej, bardziej twórczo, bardziej prawdziwie i po czasie okaże się, że to było lepsze, mądrzejsze. Ważne i podstawowe jest, abyśmy nie obciążali się poczuciem winy, że się nie silimy. W wysiłku nie ma żadnej wartości z poziomu celu. Ten kto szedł schodami, nie jest lepszy, niż ten kto wjechał windą. To tylko droga jaką obieramy. Jeśli chodzenie po schodach rozpoznajesz jako wartościowe tylko z takich powodów jak wysiłek i duma, bo czujesz się lepszy od windziarzy, to utknąłeś w przekonaniu o wysiłku. Windziarze tego nie docenią, bo się pewnie i tak z nimi miniesz, kiedy będą szli dalej, gdy ty dopiero docierasz na miejsce. Więc po co ci wysiłek?
Wysiłek należy włożyć tylko w rozpoznanie siebie, gdzie i jakie mamy intencje. Jeśli twoją intencją jest chodzenie, bo możesz się rozejrzeć więcej, lubisz chodzić, masz czas dla siebie i kontemplujesz ten stan z lubością, nie wsiadaj do windy. Tam cię wyrwie w górę i będzie za szybko, stracisz wszystko co lubisz, a gdy osiągniesz cel, co z nim wtedy zrobisz? To prawda, że nie cel a droga jest ważna. To ona sama jest celem nie wysiłek w nią włożony. Poczuj to co czujesz, czego naprawdę potrzebuje twoje serce. Wtedy niezależnie od tego jaką drogę obierasz, masz w sobie spokój i szczęście, i choć byś się wdrapywał schodami do nieba, a windziarze krzykną ci w locie:”Co za wariat, idzie, zamiast wjeżdżać!” Ty się uśmiechniesz z poziomu zrozumienia i wdychając cudowne górskie powietrze, powiesz sobie w duszy:”Jestem, gdzie trzeba i, proszę o jeszcze.”

16 luty 2018

Przy pleceniu warkocza

Gdybyś powiedział mi, kochany,
że będziesz tylko jedną chwilę
nie szyłabym tej sukni białej
i nie czekała w oknie tyle.

Poszłabym łąką w rannej rosie
na powitanie światła słońca
zamiast w ciemności własnych myśli
szukać przyczyny, szukać końca.

Gdybyś mi przesłał list gołębiem,
co białym głosem by wyśpiewał,
że to już koniec jest podróży
w błękit naszego uczuć nieba…

To bym skoczyła do strumienia
co wartką wodą smutek zmywa
i byłabym dziś bardziej piękna,
i byłabym cokolwiek żywa.

Więc jeśli chcesz mnie znów zwieść kiedyś
upojnym słowem jak nektarem
przypomnij sobie stare wierzby
co je mijałeś tuż za sadem.

One tam płaczą za kochanym
co odszedł mimo ich miłości.
W ich łzach się kąpie, by zapomnieć,
by w sercu poczuć chłód wieczności.

One mnie uczą widzieć prawdę,
jakiej nie widzą ludzkie oczy,
żebym oddała serce temu
co z prawdą w życie moje wkroczy.

28 grudnia 2018