Zmęczenie Anioła

Nic nie powiedziałam
gdy się rozstawaliśmy
i tak byś zapomniał
jak ja zapomniałam
kiedy nas uniosły
podprzestrzenne stany
domykając w kształty
w jakich tu mieszkamy.

Nie mówię i teraz
chociaż nieba zorze
przypominają co dzień
inność mej natury.
Idziemy jak lądy
przecinając morze
do celu wiedzeni
miłością do ludzi.

Może powiem kiedyś
przed powrotem w miejsca
co wypełnią sensem
bardziej niż poezja,
że pragnęłam życia,
które tu nie przyszło
i wciąż nie wybaczam
poraniona w więzach…

I niech się już martwią
ci co nas przysłali
jak mi odpowiedzą
na te wszystkie rany,
na gniew co mnie trawi
bardziej niż wulkany
co je wylewali
niepokornym
za nic!

I za tę świadomość
niesprawiedliwości
co ostro się wdziera
w każdą mą szczelinę,
przeczucie nicości
i braku wolności
tych co giną co dzień,
a których jest tyle…

Niech się wreszcie skończy
czas tego dramatu!
Niech wygra ktoś w końcu
tę wojnę o władzę!
Dowolny, losowy
z rodu, bez mandatu!
Dajcie mu koronę
i połowę światu.

Niech ten co nie rozumie
i ten co wie wszystko
wejdą choć na chwilę
po rozum do głowy.
Niech ten co nic nie ma
i ten co ma wszystko
zobaczą siebie
patrząc prosto w oczy.

A wtedy może
usiądą do stołu
albo pójdą bosi
poszukując siebie…
Niech się światło na koniec
splendorem nie pyszni,
a ciemność nie boi
dać owoców w niebie.

Niech moje i twoje
weźmie się za ręce
w dowolnej przestrzeni
z dowolnym sumieniem.
Niech moja i twoja
muzyka zgra Ziemię
na koniec, początek
po wszystko
co nie wiem.

A wtedy odejdę
niesiona spokojem
do domu w ciszy
gdzie me serce mieszka
i może po drodze
zatęsknię do tego,
by wrócić,
by spotkać,
by znów tu zamieszkać.

28 grudnia 2018

Rycerze Światła

Jestem Rycerzem Światła
który zasnął w ciemności
zaklęty w żelazną zbroję
w cieniu Wielkiej Góry

Dźwigam nowe niebo
w tym czasie ponurym
co zapomniał historii
i myśli mądrości

Kiedy czas mnie obudzi
wstanę gładko z kolan
miecz mój przypnę do pasa
pójdę szlakiem Gwiazd
nie wspominając nicości
w której zanurzony
trwałem czujnie strzegąc
zapomnianych prawd

W ostatnim marszu spotkam
Rycerzy o kruchych sercach
którzy śpiew podniosą
w szumie proporców nieba

I odejdziemy w pokoju
zostawiając Ziemię
ze świetlistym wspomnieniem
w rękach ostatnich Ziemian.

28 grudnia 2018

Święta, święta …

W tym roku od Świętego Mikołaja dostałam wirusowe zapalenie zatok. „Zdarzasię”. Dzięki temu legalnie mogłam się wymiksować z różnych przygotowawczych zajęć. I tak planowałam się wymiksować z tej, jak mówi Moja Córa, świątecznej gorączki, więc Święty niepotrzebnie się trudził, ale doceniam wkład i wysiłek, żeby mnie magicznie spotkać z kimś zarażonym i, w razie jakbym miała się nie oszczędzać, dodał mi niezbity argument. Może i miał rację, bo zanim wirus mnie całkiem rozłożył zrobiłam pranie, ubrałam choinkę, odkurzyłam mieszkanie, przygotowałam barszcz, kutię, farsz do pierogów i zrobiłam zakupy. To ostatnie na spółkę z mężem, ale zawsze. Potem jakoś wszystko potoczyło się mimo mnie, pierogi zagniótł Syn we własnoręcznie zrobionej z papieru czapce Mikołaja, urodzony komik, Mąż upiekł rybę, ugotował co się dało. Młodsza Córa Starszej zrobiła wegańskie pierogi , a Starsza zrobiła sushi dla wszystkich, żeby nam się przy wigilijnych potrawach nie nudziło. Ubrałam się jak Śnieżynka, co Syn skomentował, że patriotycznie wyglądam w tej bielo-czerwieni. Odparłam śmiejąc się, że to na rok niepodległości i skorzystałam z wprawnej rączki Mojej Córy, która wyjątkowo dobrze umie podkreślić moje szlachetne oblicze trikami, których ja nie umiem, bo jak ma się w domu taką kosmetyczkę to się człowiek rozleniwia.

Najmłodszy Syn długo, zwycięsko walczył o prawo do siedzenia przy stole wigilijnym w dresach i bluzie z kapturem na głowie. „I tak nic nie będę jadł, bo tu nic nie ma do jedzenia!”- orzekł. Jak powiedział, tak zrobił, nie zjadł nawet specjalnie dla Niego zrobionego przez troskliwą Starszą Siostrę bałwana z ryżu do sushi z pięknymi ozdobami z marchwi i buraka. Starszy Syn z braku długich spodni, które nagle wszystkie wyparowały, wystąpił w krótkich, dzięki czemu mogłam zobaczyć, jak dużo urósł od wakacji. Córy w swetrach i dżinsach wyglądały cudnie, jak żywcem przeniesione z lat, kiedy ja sama chodziłam do liceum. Nie mogłam się napatrzyć, istny powrót do przeszłości. Mąż chciał wygłosić jakąś mowę powitalną, ale został chóralnie zakrzyczany, żeby nie przynudzał, więc się tylko wyściskaliśmy i wycałowaliśmy, przegryzając opłatkiem.

Po wchłonięciu niewielkiej części przygotowanych potraw (na dzisiejsze, poranne pytanie męża: „Co dziś na obiad?’, odparłam: „To co wczoraj na kolację!”) uraczyłam się lampką wina i pierwszy raz poczęstowałam winem Starszego Syna. Bartek, wyższy od Taty, sam otworzył butelkę, a przy okazji usłyszeliśmy parę historii od Dzieci, jak to się teraz pije w młodym towarzystwie i, że wśród obecnej młodzieży pasterka to synonim zakrapianej imprezy.

Prezenty miały być następnego ranka, ale Dzieci nie mogły się doczekać, więc wysłaliśmy je do sprzątania stołu i zamknęliśmy się pakując. Nie obyło się przy prezentach bez fochów, ale i zachwytów. Julia jak zwykle bardzo się napracowała, szukając świetnych rzeczy dla nas wszystkich i podpisała wszystkie prezenty artystycznie, aż trudno wyrzucić opakowanie. Leszek swoje zachował z napisem: „Santa Dad”. Ja dostałam nowy telefon i ciekawą gromadkę oczu, co chce mi wszystko w tym telefonie ustawić. Córa powiedziała, że wreszcie nie będę jak ten dinozaur i, że jak mam teraz najlepszą maszynę w domu, to nie mam prawa nie odbierać telefonów. Fakt, czasem nie odbieram, w tym się wyraża moja wolność i samostanowienie, a co!

Kiedy wieczór miał się ku końcowi, obejrzeliśmy film świąteczny, nie Kevina, całkiem zabawny, z dokładnością do tego, że w kluczowym momencie zdradziłam, jakie będzie zakończenie, bo dla mnie było oczywiste i nie mogłam się powstrzymać.
-„Mama! Niech ktoś zamknie tę kobietę, co za dużo gada!”
-„Ale ja jeszcze nie skończyłam, zaraz wejdzie Pani Mikołajowa …”
-„Mama!!”

No i na tyle wystarczyło mi energii. Kiedy kładłam się w sypialni z nosem jak Rudolf, bo co jakiś czas śluzówka oczyszcza mi się na czerwono, patrzyłam na choinkę, którą mąż kupił, ale zapomniał dokupić 10ciu metrów kwadratowych mieszkania do niej i pomyślałam, że to chyba były najspokojniejsze, najradośniejsze święta, jakie miałam w życiu. Bez spinki, sztuczności, z niepohamowanym humorem, autentycznością na jaką stać i mnie, i wszystkich, kiedy się im pozwala. Patrzyłam jak kot podgryza ubranego do połowy świerka od spodu, przebrany w świąteczne ubranko z reniferem i pomyślałam, że zespół Monty Pytona byłby zachwycony taką gwiazdką. Mam nadzieję, że koty trawią świerkowe igły, nie będę jeździć zwirusowana na żadne izby przyjęć dla przejedzonych wegańską dietą drapieżników.

A dziś leżę w łóżku, a świat kręci się nadal. Wstałam pierwsza, odsłoniłam okna i zobaczyłam cienką warstwę śniegu. Wszechświat nas nagradza za to, że nie oczekujemy tego, co jest złudzeniem szczęścia. Prawdziwie świąteczna atmosfera to dla mnie śmiech moich dzieci, kiedy mówią:”Mama, nie mów naszym językiem, bo to brzmi jak suchar!” A ja mrużę oko, bo wiem o tym, robię to dla siebie, dla własnej radości i dla nich, bo czują się inne, młodsze, należące do siebie, innej generacji, nie do mnie. A wczoraj przy wigilijnym stole się dowiedziałam, że słówkiem roku 2018 jest „dzwon”. Dzwon oznacza pusty w środku. Dzieciaki mówią: „Ale dzwon…”, czyli kiepski, bez wyrazu, dno i wodorosty, jakbyśmy powiedzieli w naszych czasach. Słówkiem 2017 roku był „sztos”. To z kolei oznacza coś świetnego. W użyciu: „Ale sztosik!”, o czymś fajnym, odjazdowym – tutaj nasza gwara. Słowa te zostały oficjalnie uznane, przyklepane i weszły do słownika nowomowy w całkiem nowych znaczeniach. Wszystko się zmienia. Rytuały, wartości. Szczerość, mam wrażenie, wiele uświęca. Nawet niezadowolenie, zgoda na wiele nieakceptowalnych w czasach mojego dzieciństwa emocji, jak gniew, zniechęcenie, smutek: „No czemu się nie cieszysz z prezentu? Toż to nie wypada, Mikołaj tak się starał…” -„Nie cieszę się i tyle, tak się zdarza”.

Na mojej wigilii, na której spotykam tych, których kocham autentycznie, można wyrażać wszystkie emocje i uczucia. Nikt nikogo nie krępuje, nie przymila się po głaski: „Ładnego ci misia Mikołaj przyniósł?”. To nie istotne dla tych, co kochają i czują się kochani, prezenty to tylko przedmioty, trochę do ułatwienia, trochę do zabawy. Nie wyrazy miłości, bo miłość nie wyraża się przedmiotami. Miłość to akceptacja każdego przejawu ludzkiego wnętrza. Można symbolicznie coś prezentem przekazać, ale miłość płynie mimo, obok tego. Bez niej, żaden prezent, żadne danie wigilijne, żaden wyszukany gest, podniosłość, po prostu żadna maska nie zapełni pustki czekania, na miłość, co się wyraża akceptacją w byciu tym, kim jesteś naprawdę i traktowania z pełną akceptacją tych, których się kocha.

Bez przymrużenia oka: „Niech te święta będą dla Was otwarciem na miłość, autentyczność w uczuciach, radościach i dąsach. Niech Wam się zdarzą autentyczną chwilą, spokojem patrzenia w serca bliskich ludzi. Bo kiedy zobaczycie ich takimi, jakimi są naprawdę, będziecie ich kochać. To nieuniknione. Więc jeśli chcecie, żeby Was kochano, bądźcie autentyczni, nie fałszujcie swojego obrazu, żeby Ci co na Was patrzą widzieli prawdę. A wtedy i Was pokochają. W tym się przejawia synergia miłości.”

Z mojego pamiętnika

20 grudnia 2018

Żyjemy w rzeczywistości nieustannie oceniani i oceniający. Mamy taki obiekt w głowie, zwany mózgiem, który pojmujemy, jako źródło naszej mądrości, a co ocenia rzeczywistość, w jakiej jesteśmy. Nie ma w tym nic złego. O ile rozróżniamy mierzenie i opiniowanie. Kiedy jadę samochodem i ktoś mi zajeżdża drogę wciskając się na pas przede mną to mój mózg mówi: 'Odległość między poprzedzającym cię pojazdem robi się za mała – zwolnij”. To jest mierzenie. Opinia zaś się pojawia kiedy włącza się lęk. „Ten pacan zaraz mnie zadraśnie, powinien poczekać!” Wyobraźmy sobie sytuację, że na mierzeniu mózgiem sytuacji kończymy. Nie przechodzimy do opinii. Wyobrażacie sobie? Trudne zadanie, takie nie wyrażanie tego co się myśli, o jakimś nadmiernie szybkim pacanie. A jeśli wam powiem, że większość opinii tworzymy z lęku? Jak się z tym czujecie? Dziwnie, prawda. Niezależnie, czy to są tzw. dobre czy złe opinie, są tworem myśli, ucieczką przed konfrontacją. Mój lęk, że jakiś gozdek mnie walnie swoją rozpędzoną furą, wyraża się w mojej opinii. Mózg tworzy ją na bazie moich doświadczeń. Wyobraźmy sobie teraz sytuację, że faktycznie dochodzi do stłuczki. Wyskakuję z samochodu pełna gniewu, a tam drobna kobietka z zapłakanym maluchem na tylnym siedzeniu. Może być? Może. Kiedy uświadomimy sobie lęki, jakie prowadzą nas do opinii, o wiele łatwiej nam będzie dostrzec prawdziwą rzeczywistość.
Czym jest strach? Iluzją. Strach to myśli, jakie rozpętujemy w głowie, kiedy się straszymy. Zaraz, zaraz, tzn. że boimy się myśli? Tak, myśli się boimy. Kiedy ktoś w niedzielę wieczorem nie może zasnąć, bo już żyje poniedziałkowym tokiem zadań, to pogrąża się podwójnie, bo ani nie działa, co odciąża od stresujących myśli, ani nie wypoczywa przed podjęciem działania. Straszy się myślami. Iluzja strachu polega na tym, że jak coś przemyślimy, postraszymy się konsekwencjami tego, że może nam się coś nie udać, np. zrobić w pracy, nie dojechać do celu, nie znaleźć klienta, to samo straszenie nas zmobilizuje i w ostateczności nam wyjdzie. Nic bardziej mylnego. Im więcej strachu – tym marniejszy efekt.
Prosty, choć krańcowy, przykład z metra koreańskiego. Kobieta spada z peronu na tory. Jakiś chłopak rzuca się za nią i błyskawicznie podnosząc jej ciało, staje z nią pod ścianą tunelu. Pociąg przejeżdżając w tej samej chwili nawet ich nie drasnął. Chłopak opowiadał potem, że się w ogóle nie zastanawiał, co robić, działał. Bo jakby się zaczął zastanawiać, to by się zdążył wystraszyć, że za mało czasu, że się potknie, że może ona za wiele waży i jej nie podźwignie. Robienie rzeczy zamiast przemyśliwania o nich ma taką prostą funkcję, że rzeczy się wtedy dzieją samoczynnie. Ciało się dostosowuje, umysł czyści i wdraża odpowiednie programy do robienia, nie konfabulowania. Są ludzie, którzy to mają automatycznie, większość się jednak powinna przestawiać z myślenia o robieniu, na akt robienia. Dlatego kiedy zasypiam w niedzielę nie straszę się poniedziałkiem, nawałem zadań, ilością godzin przed monitorem i mnogością skomplikowanych obliczeń. Zasypiam, albo jestem sobie, a w poniedziałek idę, siedzę, piszę, czasem tańczę dla rozluźnienia kręgosłupa przy biurku, żeby nie wybiegać w strachy, jakich nie ma, poza moją głową.
Lęk od strachu różni się położeniem w czasie. Strach wybiega przed lęk i mówi: „Patrz! Tam się może palić! Oj, będzie piekło w pięty.”  Dlatego strach można rozpuścić patrząc na swoje myśli i łagodnie się do nich uśmiechając. Ja tak robię i działa. O, pięty powiadasz? A czemu nie palce? A może pośladki? Właściwie zrobiła się zima to trochę ciepła się przyda itd. Lęk dla odmiany pojawia się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Co robić z lękiem? Ja pozwalam mu być i tyle. Serce mi wali, a ja to widzę, no wali. Ręce mi drżą, nie mogę usiedzieć w miejscu. Wstaję i chodzę, jak tego nie wytrzymuję. A w duszy mówię do siebie spokojnie: „No tak, zdenerwowałaś się Agnieszko. Boisz się tego. Tak jest ok. Możesz się bać. To ludzkie, to autentyczne. Popatrz na siebie w tym i nie udawaj, że cię to nie rusza, jak kiedyś udawałaś. Lęk to prawdziwe, ludzkie emocje. Przyszło i przejdzie, jak zwykle.” I lęk się wtedy rozpuszcza. Trenowałam, to może za dużo powiedziane, trochę ze strachem i lękiem osobiście. Tak mi wyszło, że się oswajałam z lękami różnego rodzaju przez akceptację, że się boję. I doszłam do tego, że już nie chojraczę, że co, ja się boję? Nigdy! Wchodzę do tego tunelu ze skorpionami, pierwsza wchodzę! Otóż nie. Nie wchodzę, jak się boję, ale wielokrotnie się przekonałam, że jak nie zakłamuję strachu i mówię, tak, ja się boję, to strach, lęk mnie opuszcza prawie od razu. I poprzez akceptację samej możliwości strachu, lęku, poczucia zagrożenia doszłam do stanu, że ostatnio prawie w ogóle się nie boję. Niczego, aż się zaczęłam rozglądać, czego by się tu pobać, bo jakoś pusto się zrobiło i taka przestrzeń dookoła. Czas ją zapełnić tym co lubię, tak myślę. Mną samą, nie zestresowaną kolejnymi wyzwaniami życia, a mną ciekawą, co się pojawi, jakie zadanie, jaki finał. Nie myślę o porażkach, sukcesach, a doświadczeniach. Bo opinie segregują nam życie na pozory dobrego i złego, a czegoś takiego nie ma. Jest tylko to, co się zdarza, może być ruiną firmy, albo wyczyszczeniem kalendarza do zapełnienia nową działalnością. Może być w finalnej scenie śmiercią kogoś bliskiego, albo wyzwoleniem z obciążającej nas zależności. Każde doświadczenie lękowe odsłania nam opinie, jakie mamy o rzeczywistości. Ona nam nie zagraża, ona tworzy możliwość transformowania naszych ukrytych, nieświadomych uwarunkowań. A lęk nas prowadzi do tego, czego jeszcze nie przetransformowaliśmy. Zostawiam torebkę wszędzie, idę po nocy w ciemnych ulicach. Nie brnę w zagrożenie, ale świadomie mierzę, jaka jest moja odległość od poprzedzającego pojazdu i zwalniam tam, gdzie zdążę. A jak nie zdążam, wręcz się cieszę, że jest coś jeszcze czego nie przeżyłam, jakieś nowe terytorium, nowy podzbiorek do zajęcia w mojej przestrzeni własnej. Opinie wyłączam, albo daję im przepływać przez moją głowę. Dziś w nocy po spaleniu jakiegoś jedzenia w mikrofali cały dom śmierdział jak wnętrze kominka. Zasypiając złorzeczyłam mężowi, że się zagapił, a potem powiedziałam w myślach: „To będzie ciekawe doświadczenie zasnąć w stęchłym powietrzu, jak w komorze gazowej. Zapach w końcu zwietrzeje, a ja mam nowe doświadczenie.” Obudziłam się wyspana i rześka, a moja opinia o roztargnieniu męża minęła bezpowrotnie.
Lęku nie trzeba przełamywać, tak jak i strachu. Walka z nimi, albo z sobą w lęku powoduje spiętrzenie, czyli panikę, albo zaprzeczenie, czyli odrzucenie lęku i siebie. Nie odrzucam siebie w lęku, po prostu siebie widzę i lęk, i sytuację i zagrożenie, jeśli istnieje. A wtedy zaczynam efektywniej myśleć nad rozwiązaniem tego co mi doskwiera. Co zrobić jednak, kiedy zamiast zwalniać przed pacanem w autku, nałogowo przyspieszasz? Idziesz na kolizję z pełną akceptacją wszystkich konsekwencji. Włącznie z pobiciem się z karkiem z BMW, jakie rozbiłeś. Bądź świadom tych konsekwencji i mierz swoim mózgiem, czy je bierzesz na klatę, żeby potem nie fałszować rzeczywistości, że to jego wina. Jak nie bierzesz takich konsekwencji, zwalniaj. Ja się czasem trykam z jakimiś pacanami co mnie drażnią i zauważyłam, że kiedy nie jestem w opiniach, emocjach a faktach, mój mózg nieźle potrafi nawijać i wybroni mnie z każdej matni. „Zajechał/a mi pan/i drogę.” Koniec. I sprawa do wyjaśnienia. A nie „Co pan/i narobił/a!”, bo taki klimat, bo to już jest opinia.
Mierzenie rzeczywistości to głęboki temat. Widzisz to, co widzisz swoim wnętrzem, swoim doświadczeniem. To co pokazują ludzie jest ich doświadczeniem, które jest odmienne. Jak kobieta zakłada krótką spódnicę to nie musi znaczyć, że ma ochotę kogoś wyrwać na dyskotece na łatwy seks. To może oznaczać, że lubi mieć swobodne nogi w tańcu, który kocha. Dlatego ja się powstrzymuję przed opiniami, mierzę i słucham, co ludzie mówią o sobie, żeby nie iść przez świat jak specyficzny ślepiec w matni własnego mózgu, maszyny do mierzenia. Ona zmienia się z doświadczeniem. Jedyne co się nie zmienia, to prawda. Kiedy patrzymy na ludzi sercem, nie kadzimy im, nie strofujemy, widzimy prawdę w oderwaniu od wszelkich umysłowych opinii. A prawda wyzwala, zwłaszcza od lęku, ale pojawia się czasem w wielu przybliżeniach, sytuacjach jakie nas do niej wiodą. Nie należy się za bardzo fiksować na jej szukaniu. Kiedy jesteśmy gotowi do jej zobaczenia, ujawnia się sama. A wtedy nie da się jej zignorować, staje się fundamentem naszego istnienia i żadna opinia, żadna sytuacja jej nie zmienia.

Z mojego pamiętnika

18 grudnia 2018

Padła mi maszyna w pracy. No bywa! Przed świętami można taki fakt zinterpretować, jako znak od wszechświata, żeby zamiast symulować ruch włókienek w płynie, ruszyć w miasto na zakupy świąteczne. Prezenty, choinki, ciasteczka, karpie, brokat, kolędy, tłumy… Faktycznie zachęcające. Wczoraj rozmawialiśmy o tym przy obiedzie w pracy. Wszyscy na samą myśl o świętach są zmęczeni! Ale się urządzamy świętami. Najpierw harujemy, żeby przygotować, potem zjeść, bo się zmarnuje jak nie zjemy, a na koniec posprzątać i nieć fajrant.
W tym roku się nie wyrywam do świąt. Zaplanowałam kilka potraw, jak wyjdą to zjemy. Jak nie … to nie. Prezenty kupuję z Córką, bo jak nie trafię w kolor cienia do powiek, to będzie musiała oddać. Niespodzianka, cóż, może i spalona, ale trafiona najpewniej. Od wszystkich zbieram zamówienia do Mikołaja, a potem bez spinki realizuję jak się da. A jak nie da, to nie da. Nie martwię się, nie stresuję. Moje dzieci i tak najbardziej z wigilii pamiętają słodycze, a jeść chcą pierogi. Jedyna Córa co je kutię. O rybach, barszczu i reszcie nie wspomnę. Żadne z dzieci tego nie ceni, bo może nie dorosły, a może wolą inne smaki. Gotuję maleńko. Tylko na jedną posiadówkę przy stole, co i tak wystarcza na kolejny obiad w świąteczne dni. Może to nie jest polska tradycja, ale jak mam się zarzynać tradycją to mówię pas. Niektórzy uciekają z domu, żeby się nie przygotowywać, taką mają panikę, że ktoś podpatrzy, że stół nie ubrany, nie wyszorowani, nie rodzinnie, nie ze śpiewem. Opłatek, przytulas, życzenia. Zawsze składam je z serca, nie to co wypada powiedzieć, ale to co czuję, że chcę żeby się komuś spełniło. W święta patrzę na ludzi pogrążonych niewolniczo w gorączce przygotowań i trochę na przekór wszystkiemu cieszę się, że nie będę wstawać zbyt wcześnie, że będę chodzić spać późno, jak lubię. Może obejrzę jakiś film, albo pobędę z sobą i innymi, pogramy w gry przy stole i pośmiejemy się z naszych skojarzeń w Dixicie. Już od lat w to gramy i każdy ma swoje typy. Ja wymyślam takie hasła, że nikt nie kojarzy i zwykle przegrywam. Julia pokazuje na kartach rzeczy jakich ja nie widzę, Lena cytuje książki, których nikt inny nie zna, a Iwo chce się co jakiś czas pozbyć kart, bo mu nie pasują. Bartek puszcza te swoje krótkie komentarze, tak zabawne, że śmieję się zgięta w pół, a Leszek za każdym razem jak kładzie kartę jest pewien, że ma pewniaki i dużo ugra, i mu się udaje.
Ze świąt lubię choinkę nocą. Nie gaszę jej długo. Wspominam, święta które były, od czasów mojego dzieciństwa. Mam wrażenie, że im jestem sędziwsza, tym częściej zatrzymuję się w czasie. Także tym świątecznym. Patrzę wtedy na wszystkich i wszystko, jak na kolejny moment w przestrzeni do porównania, jak slajd w tej samej pozie od lat robiony na tle znanego krajobrazu. Rodzina, nastrój, gotowy obraz, powielany rok po roku. Moje wspomnienia nie są nostalgiczne, nie roztkliwiam się nad czasem, jaki mnie dzieli od świąt przeszłych. Dzieci rosną, my się starzejemy. Zwyczajnie, proza i życie. W tej prozie warto posmakować autentycznych uczuć, jakie nas nachodzą kiedy wchodzimy znów w świąteczny nastrój. I wchodzę w to cała.

Odpływam

Odpływam
moją łódź
porywa ocean
dokąd płynę
nie wiem
jestem sama
nie mam bosmana
prowadzi mnie Orion na niebie
byle bliżej gwiazd

Niech próżnia mnie
pochłonie
w ciszy
Niech oddech
spłonie
Niech krople
zastygną
wokół mnie
jak diamentowy naszyjnik

I kiedy spojrzę
w nieskończony
bezmiar możliwości
niech się odsłoni
cel…

12 grudnia 2018r.

Czekając na cholernie duży wykres

Komputer mieli mi dane do wielkiego podsumowania moich badań. Czekam. Wyszłam po wodę do kwiatów, odwiedziłam przybytek, napiłam się i przemyślałam, jak się wywinę z pracy w deszcz bez parasola. A ten ospale żuje i jeszcze nie wydał na ekran mojego ponad dwuletniego starania, więc zerknęłam na stronę i podpisuję.
Przed kolejnym tygodniem zrobiłam sobie dzień leżenia plackiem w łóżku. Niedziela pod pierzynką czasem się przydaje. Zapracowana matka i mrówka naukowa powinna czasem poleżeć bez ruchu dla regeneracji. Ludzie nie umieją odpoczywać. Od czasu, jak odpuściłam martwienie się na zapas, odpoczywam naprawdę pełnym ciałem, świadomością i obserwuję, albo i nie, co się dzieje. Jak nie wybiegam myślą w to, co będzie, nie obarczam się nadmiernie i jest mi lekko, stabilnie, efektywnie. Jak jest niedziela i ciemno, to leżę. Oglądam filmy na netflixie, od czasu jak się przeprosiłam z telewizją, ale tylko z internetu i na monitorze, bo odkryłam, że wreszcie powstają filmy ciekawe, intrygujące, po które nie trzeba iść na niszowy festiwal. Wchłaniam chwilę leżąc i nie obarczam się zanadto, że moje ciało nie trenuje jogi, nie spożywa witamin, nie uczy się 7 języków i nie bierze udziału w aktywnym wychowywaniu następnego, podobno- jak mówi znajomy geofizyk, co się w publicznej telewizji udziela – ostatnim pokoleniu ludzkiego gatunku. Prawdziwe? Gdzie tam. Doszliśmy do granic, ale wciąż się odwracamy od faktów tworząc kolejne, wygodne wątpliwości na przeczekanie. Szymon nie ma złudzeń, bo zmierzył. Wolę wierzyć jemu, niż tym, co się odwracają. Matka Ziemia już się przegrzewa od dawna, ale leżąc w niedzielę nie martwię się tym, nie wybiegam na ulicę uświadamiać, walczyć, zdobywać poparcie. Za to kiedy rozmawiam, nawet w pracy, gdzie ludzie światli, znają fakty, analizujemy to co widzimy, jakie są wykresy, jakie dane, jaka ich wrażliwość, to widzę, że mamy proszę państwa, pozamiatane. Tak, że jak ktoś zrobił pewną inwestycję może się zdziwić za parę lat, a jego dzieci tym bardziej. Wielopoziomowy temat, wart poznania.
Świadomość ludzi, z jakimi przebywamy albo nas stymuluje, albo zubaża. To widać, czuć i każdy wie, jaki wpływ ma na niego środowisko ludzkie, a także ekologiczna powłoka. Smog, spaliny, koty i podpaski w Wiśle. Takie wydawałoby się nieistotne drobiazgi. Plastik, ciągle powielane opakowania, fabryki z dziećmi w Bangladeszu. Jak sobie wyobrażam moje dzieci przy maszynie, dowolnej, to dopiero do mnie trafia, że żyję w enklawie luksusu.
O jest! Wypłynął na powierzchnię 🙂 Ależ piękny. Nie zamieszczę, żeby nie odstraszać.
Kolega co pisał doktorat u Szymona mówi, że jesteśmy ostatnim pokoleniem co w miarę swobodnie pije wodę. Pustynie, żar i, jak mi się wydaje, przemoc z tym związana w walce o dostęp do różnych niezastępowalnych rzeczy, jedzenia, energii. Smętne te nasze rozmowy. Już widzę, jak robią z Szymona nawiedzonego świętego od plagi klimatycznej. Znajoma przy okazji powiedziała w zamyśleniu, że jakby w rzeźniach były szklane ściany, to ludzie nie jedliby tyle mięsa co teraz. CO2 i metany, jakoś nie mamy wrażliwości na te sprawy. I wiedzy jednocześnie.
Leżę więc sobie i myślę, w przerwie między odcinkami, co ja mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej sama ze sobą. I wymyśliłam, że nie zamierzam się karać np. niejedzeniem mięsa, bo lubię i potrzebuję, to podstawa, bo z poczucia winy jeszcze się nic dobrego nie urodziło, ale odpowiedzialnie sprawdzam co mogę wyrzucić poza nawias nawyków. Oddałam samochód do lakiernika i pomykamy z Iwem autobusem. Jakiś czas się nada taka gimnastyka. Segreguję śmieci, inna sprawa co śmieciara i odpowiednia instytucja z nimi robi, ale na to nie mam wpływu. Na razie. Mówię, dzieciom, przyjaciołom, co uważam. O badaniach, jakie widziałam, a do których pewnie nie mają czasu sięgnąć. O udokumentowanych zagrożeniach np. nanocząstkami, co przenikają błony komórkowe i barierę krew-mózg. Bez straszenia, obiektywna wiedza. Z drugiej strony mówię o tym, że lubię zieleń, kontakt z życiem w chaosie przyrody, bez regulacji rzek, lasów, wygładzania, prostowania i dymienia. Tak się złożyło, że dziś jestem ubrana na zielono, może mnie to nastraja. A może moi przyjaciele z pracy, bo mają wrażliwość na wszystko i ostrożne podejście do newsów, jak te rodem z superekspresów.
Wbrew pozorom nie martwię się za bardzo co nas, jako gatunek czeka. Niektórzy twierdzą, że ludzkich odnóg ewolucji było już w historii ziemi wiele i wcześniej, i za naszej pamięci antropologicznej, żeśmy dali w kość neandertalczykom, bo byli zbyt przyjaźni. A teraz przyszło na swoich. Jak nie wojna to plaga, albo katastrofa ekologiczna. Zastanawiam się kiedy nadejdzie spokój. Kiedy będę mogła powiedzieć, że zaliczam się do rasy ludzi rozumnych, a nie ewoluujących wciąż obiektów człekokształtnych ogarniętych obsesją zdobywania kontroli nad wszystkim i niszczenia tego, czego się nie rozumie i co wystaje poza schemat. Taka kobieca fanaberia widzenia świata jako całości, powiązań, możliwości. I w obliczu tego, że kobiety od 100 lat mogą brać udział w wyborach myślę, że może nadeszła pora na zmianę optyki, na łagodne dryfowanie do bardziej naturalnego celu, jakim jest zdrowe środowisko wszelakie, tolerancja, wolność, współczucie? Nie walkę, nie straszenie prawem, nie grożenie sobie nawzajem. Od kiedy kobiety zaczęły się trochę bardziej liczyć w historii, nie te co pojedynczo pociągały za sznurki w imieniu nieudolnych mężczyzn od czasów starożytnych, ale te co z odkrytą przyłubicą idą do działania, mam coraz więcej optymizmu. Podziwiam je i wspieram. Dlatego przyznam, że prawie zawsze głosuję na kobiety chyba, że nie da się inaczej, bo ich nie ma na listach wyborczych. Można powiedzieć fetysz, ale ja widzę ile kosztuje praca na rzecz czegoś z jednoczesnym prowadzeniem gospodarstwa domowego i często jeszcze wykonywaniem zawodu. Jak się tym kobietom udaje to znaczy, że warto je wspierać. Taką mam filozofię wyborczą, osobistą i nie namawiam, żeby ją powielać, każdy ma swój gust i przekonania, jak się wyrazić na forum społeczeństwa.
No to zaraz zmierzę się z deszczem, naturalnym, choć niewyjaśnionym do końca fenomenem fizycznym, procesem opadania kropel z nieba. Wiedzieliście, że deszcz to nadal zagadka? Tak jest, jeszcze nie powstał model fizyczny, mamy przypuszczenia, symulacje i teorie, ale twardych dowodów, jak to się dzieje, że pada, nie ma. Taki świat jest zagadkowy. Poświęcam tę refleksję wszystkim tym, co się mają za rozumnych. Bo rozum jest ograniczony i potrafi zawieść do lokalnego piekła. Mądrość zaś wynikająca z tego co czujemy, co jest ważne, jest uniwersalna i krzepka. Warto ją przedstawiać, zmagać się w dyskusjach, nie oddawać pola dyletantom, broniąc tego, co w nas wybrzmiewa. Jesteśmy tylko ludźmi i będziemy się spierać. Oby te spory prowadziły nas do zrozumienia, nie wytrzebienia przeciwnika. Co dedykuję wojującym ekologom i industrialistom, zdrowym i chorym, lewicowcom i prawicowcom, tańczącym i lewonożnym, aktywnym i leniwym, homo i heterykom, młodym i starym, po prostu ludziom, takim jacy są i jacy mogą być… akceptującym, mądrym i odważnym.

Autentyczność

Ludzie nie są autentyczni, bo nie znają siebie. Kreują się za to na postaci z bohaterskich albo świętych wizerunków wszelakich. Nie oceniam nikogo, ani za wizerunek jakiego kurczowo się trzyma w swoich ograniczeniach, ani za to kim naprawdę jest. Bo jak się przejdzie przez swoje małe piekiełko cienia, przestajesz oceniać. Widzisz więcej i więcej akceptujesz w innych, ale nie dajesz się ponieść iluzjom ani wrogości. Współczucie pojawia się samo, jako rezultat rozpoznania ludzkich słabości.
Poznałam kiedyś człowieka tak zniekształconego duchowością, że latał wyłącznie w rejonach nieba. Ciągnęło go do ziemi, ale nie umiał się z nią zjednoczyć. Ziemia była dla niego złem. Wyprojektował na mnie swój cień braku osadzenia w materialnym świecie. Szukał winnego swoich porażek życiowych, złamanej kariery, utożsamił mnie ze swoją matką, co go tłamsiła w młodości i usiłował mi wmówić, że posiadł mądrość, większą niż moja. Niewiele wtedy wiedziałam o duchowości, czułam tylko, jak moje ciało boleśnie odpowiada na jego słowa, co były jadem niespełnienia. Mówimy czasem, że spotkaliśmy toksycznego człowieka, wampira energetycznego, a co bardziej religijni widzą demony i opętania. Nie ma czegoś takiego moi drodzy. Nie ma nic co widzimy poza nami. To co robią inni ludzie to ich sprawa. Zawsze możemy się odgrodzić, jeśli tego nie robimy, to nasz wybór, nasze brzemię jakie sobie wkładamy na plecy. Zniekształcenia rzeczywistości to codzienność, to człowieczeństwo. Mam swoje i wolę mierzyć się ze swoim niż nosić czyjeś demony.
Dla mnie kluczowym momentem, jak do tej pory, było zobaczenie swojej autentyczności w każdym aspekcie, jasności i ciemności. Każdy ma ciemność, wyparte pragnienia, zsuwające nas w zmęczenie. Walka z cieniem to bardzo energetyczny proces. Lepiej wejść w cień, rozejrzeć się i poddać. Pozwolić sobie na bycie nieświętym. Im dłużej widzę ludzi wraz z ich cieniami, tym więcej widzę jasności w nich. Męczy mnie natomiast wszelka budowa systemów służących do tłumienia rozpoznania co jest cieniem w człowieku. Nazywanie grzechów, pokuty, wytykanie a jednocześnie bezsilność wobec rażącego zła autentycznego. Człowiek, który mnie próbował oświecić swoją duchowością miał ogromne narcystyczne ego. Wytykał ludziom ich błędne przekonania nie widząc swoich błędów. Koronnym dowodem na fałsz jego postawy była jego postawa w relacji z bliskimi. Bliskie relacje bowiem obnażają naszą autentyczność. Ktoś może się kryć za maską pozorów, ale ponad wszelką wątpliwość zdarza się, że rano zaspany coś rąbnie wewnętrzną prawdą. I wtedy bliscy widzą, ale widzą też ci co przepracowali podobne demony i sytuacje. Dlatego tacy, co się skrupulatnie kryją, zbierają włosy z podłogi w sypialni po wizycie kochanki, kręcą licznikiem kilometrów w pracy, uśmiechają się jak nieświadome niczego dzieci, żeby ich nie ganić, nie zranić za ich nieodpowiedzialność, w końcu docierają do granic swojej prawdy. Bo kryją się ci co nie mają odwagi powiedzieć:”Kochanie, ciąży mi to, że muszę utrzymywać całą rodzinę i nie mam czasu na pójście z synem na piłkę. Czy możesz pójść do pracy?”, albo „Jestem zmęczona byciem na każde zawołanie dzieci. Czy ktoś mnie na chwilę zastąpi?”, albo „Nie czuję się przy tobie mężczyzną. Czy to się da zmienić?”
Szczerość. Taka trudna sprawa. Mówienie prawdy, kluczowe dla miłości. Wszystkie półprawdy to kłamstwa. Wolność w miłości jak ktoś chce być zależny i polegać na kimś, albo rodzicielstwo, jak ktoś ma problemy z powodu nieukochania wewnętrznego dziecka, to proste drogi do problemów. Wszystko da się rozwiązać, nawet sytuacje krytyczne, ale podstawą zawsze jest szczerość. Mężczyznom generalnie trudno się przyznać do słabości tak, jak kobietom do siły. Zamiast wisieć jak plastikowa lala na ramieniu, kobieta może iść sama. Facet za to może czasem popłakać i to jest autentyczność. Jesteśmy ludzcy, każdy stan radości i smutku jest dla nas. Jak ci zmarła bliska osoba to masz prawo być w rozpaczy, nie strugaj twardziela i znajdź sposób na wyrażenie każdego uczucia, jakie do ciebie przychodzi. Jak nie chcesz całować kobiety choć ją zaprosiłeś na randkę, a ona jakoś tak się słania, to mów o tym. Nie zawsze taka konfrontacja jest przyjemna, ludzie siedzą głęboko w swoich wyobrażeniach, jak powinniśmy się zachowywać, ale przekonałam się, że autentyczność tak działa, że zaraża. Niedawno kolega powiedział mi, że podobało mu się, że w kinie śmiałam się na całe gardło nawet w kontrowersyjnych momentach filmu. Po prostu jak mnie coś śmieszy to się śmieję. Nie przejmuję się tym, co ludzie myślą. Każdą szczerość można odpowiednio przekazać. Jak ci żona przytyła i nie masz ochoty na seks z nią to nie udawaj, że idziesz pobiegać, porozmawiaj z nią. Jak ktoś czegoś w tobie nie rozumie to nie zakładaj, że jest głupi, ma swój własny system pojęć. Chcesz być zrozumiany, przemów jego językiem, ale się nie zniekształcaj, nie dopisuj sobie cech jakich nie masz, bo zaciemniasz swój prawdziwy potencjał. Kobieta mocna zawodowo, która się przeobraża w domu w kuchtę, bo boi się reakcji męża, co sunie finansowo brzuchem po ziemi, to droga do porażki w relacji. Jak facet, co sobie wmawia, że ona wszystko mu zawdzięcza, bo zrezygnował z kariery. A po co taka farsa. Szczerość jest wtedy, kiedy ona mimo, że wpada w szpilach i siada do obiadu to ceni, że jest zrobiony. A facet w kuchennym fartuchu co miał czas i zrobić zakupy, i wyskoczyć na pływalnię, może być bardziej spełniony w swojej roli niż nie jeden korporacyjny szczurek. Czas na zmiany myślenia, bo inaczej zadręczymy się nieautentycznością, nieszczerością. Mój znajomy lubi wyższe kobiety. Jak jego partnerka chodziła w szpilkach to był o głowę niższy od niej, ale czuł się bardzo męski i na miejscu niż suchy koszykarz. Skonfrontujcie się z tym obrazem w sobie. Jakiej cechy nie umiecie ujawnić choć jest w was autentyczna? Co wam doskwiera, bez udawania i poszukajcie przyczyn. Może chcecie wyjść na męczennika, bohatera, świętą, nieskalaną, matkę Polkę na przykład? Co wam wmówiono, może to, że z taką autentycznością to się lepiej nie wychylać? Takie stłumione autentyczności pokazują, jakie mamy wzorce, jakie mamy więzy i kajdany. Nie uświadomione kajdany prowadzą do takich przekłamań rzeczywistości: „Też bym chciała mieć BMW, ale nie zarobię na nie, bo nie wierzę w siebie, więc wyjdę sobie za mąż za faceta co mnie będzie woził”, albo „Wezmę sobie za żonę taką, co mnie nie zdradzi, to będę miał kontrolę. Nie ważne, czy ją kocham. Ona kocha mnie, to wystarczy, resztę się dopowie.”, albo „Moje dziecko spełni dla mnie wszystkie moje niespełnione marzenia”. Czas przestać. Czas się nie wybielać, ale przyjrzeć sadzy tam gdzie przywarła. Każdy kto prał wie, że są gorsze plamy do wywabiania. Ale chodzenie z plamą i wmawianie światu, że to nie plama, tylko dekoracja, jest jak herezja, jak kpina z prawdy. W końcu świat się połapie i wytknie w najgorszym dla nas momencie. Plamy dla porządku są całkiem ok, kiedy robimy im miejsce i świadomie je wkładamy w mozaikę naszej osobowości.  Ktoś, kto się sztukuje samochodami w brakach w poczuciu męskości, może prawdziwie o tym powiedzieć z żartem: „Wolę moje gładkie ferrari, bo mnie nie puszczająści kantem”. Ale na taki autentyczny żart stać nas dopiero wtedy, kiedy przyznamy się przed sobą do własnej słabości, albo nieumiejętności, niewiedzy. Wtedy nasze ego nie karmione strachami przed ujawnieniem naszych słabych miejsc staje się pomostem między rozumem a uczuciami, wygasa jego władza nad nami. W kontakcie ze sobą stajemy się kolorowymi wachlarzami uczuć, emocji, mądrości, świadomości, stajemy się sobą, takimi jakimi jesteśmy naprawdę, wyłuskani z masek własnej małości. Wtedy stajemy się indywidualnościami i od tej pory, z każdym dniem stajemy się autentycznie niepowtarzalni nie poprzez dążenie do jakiejś wydumanej doskonałości, ale poprzez dochodzenie do prawdy.

A Thousand Kisses Deep – Leonard Cohen / moja wersja tekstu niezgodna z oryginałem

 

To tylko sen
kolejny sen
co wraca budząc świt
za oknem deszcz
szumiący bzem
i zapomniany rytm
nie pytasz mnie
o nic,
no cóż,
i zbierasz się bez słów
nie wtrącasz się
w pochmurność brwi
w głęboki grymas ust

to tylko noc
kolejna noc
złożona z ciemnych chwil
zamykasz drzwi
nie mówisz nic
nie czekasz na mój film
i choćbym dziś
znalazła klucz
do serca swego wrót
odejdziesz tam
gdzie nie ma już
grymasu moich ust

świat sunie w cień
i tak jest lżej
niż mogłoby nam być
w ciemności jest
nieważny ten
grymasu kwaśny tik

odwracam twarz
gdy zbliżasz się
choć czuję ciepło ust
nie wierzę że
coś zmieni się
w przestrzeni naszych snów
zasypiasz znów
zmęczony dniem
znikając aż po świt
nie wtrącam się
to co wiem
w grymasie ust twych tkwi

nie szukam cię
nie szukasz mnie
spinamy razem dni
realność śpi
spokojnym snem
nie cieszy nas już nic
czy znajdę drzwi
do przyszłych dni
za które ciężko wyjść
gdzie nie ma słów
co budzą znów
grymasy czyichś ust

i czasem mam
poważny żal
co niesie mnie bez sił
że przeszłość nam
zgubiła coś
grymaśnie burząc mit

To tylko sen
kolejny sen
co wraca budząc świt
za oknem deszcz
szumiący bzem
i zapomniany rytm
nie pytasz mnie
o nic,
cóż,
i zbierasz się bez słów
nie wtrącasz się
w pochmurność brwi
w głęboki grymas ust.

20 listopada 2018

Można wszystko

Można w szaleńczym tańcu życia
roztrwonić siebie i rozsądek
cudowną bajkę brać do picia
stronić od myśli, rwać porządek.

Można z rozsądku prać marzenia
ustawiać dni jak drogowskazy
wiązać spojrzenia i uczucia
nie mówić, patrząc na rozkazy.

Można iść drogą bezcelowo
można zaniechać oczekiwań
można nie tęsknić i żyć zdrowo
można nie kochać, można mijać.

Można zasłonić okna nocą
nie patrząc w gwiazdy bez sumienia.

Można umierać, albo płonąć
każdemu inna Matka Ziemia.

20 listopada 2018