Śpij

Zaśnij Kochany
niech Twe serce śpi spokojnie
jutro o świcie
dnia rydwany
wtoczą po niebie
słońc pochodnię,
by tchnąć w nas życie.

Gorące piaski
sparzą stopy
czas się utrwali
w piramidach
i zapomnimy echa bogów,
którzy w miłości
mieli skrzydła.

Świat się potoczy
do otchłani,
gdy śmierć zabierze
resztki Ciebie.
W płaskich rysunkach
malowani
nie rozpoznamy więcej
siebie.

I kiedy wszystko się odmieni,
kiedy osłabnie cień na ziemi
Niebo otworzy swoją głębię
i powrócimy
połączeni.

14.08.2018

Cisza

Zakochałam się. W ciszy. Nie chodzi o całkowity brak dźwięku, tylko mój dostęp do siebie. Trenuję tę ciszę w sobie jak jogę. Codziennie. Siadam i otwieram ramiona, a ona wpada i siada przy mnie. Jesteśmy tak chwilę, a potem już jej nie widzę, nie słyszę. Wchodzę w moje ja i zamykam drzwi za sobą. A tam jest pełnia i spokój jakiego nie widać na zewnątrz. Dzięki tej miłości do ciszy, więcej słyszę, więcej rozumiem. Nadal nie dochodzą do mnie pewne dźwięki, ale może one są zastrzeżone dla innych? Kiedyś ktoś się zdziwił, że nie dosłyszałam nazwy substancji psychotropowej jaką stosuje się w celu odzyskania szczęścia i miłości w sobie. Widać nie potrzebowałam tego słyszeć. Nie potrzebowałam zażywać, żeby czuć szczęście i miłość, nawet jeśli nie do końca rozumiałam siebie i nie całkiem byłam szczęśliwa. Droga do miłości nie potrzebuje sztucznego napędu. Napęd nie zastąpi wglądu. Wgląd daje stałe zrozumienie, nie znikającą iluzję otwarcia na siebie. Tylko to co sam wypracujesz cię uwalnia, nic ci tego nie zastąpi, nikt ci tego nie wytworzy. Nawet miłość innego człowieka, co może ci towarzyszyć, ale jeśli jest zbyt uzależniająca, nie znajdziesz w niej swojego szczęścia. Będzie zawsze pochodną czyichś emocji w kompromisie z twoimi. W ciszy, w samotności jest siła i moc. Siła, bo ciało się regeneruje, a moc, bo dusza nas nawiedza i ruguje wszystko co trzeba wyrzucić z naszego serca. Kocham ciszę i moją duszę. Będę mocno trzymała się ziemi nawet kiedy moja rozmarzona dusza będzie chciała ulecieć ku gwiazdom. Ziemia jest teraz celem. Ziemia jest pamięcią i ograniczeniem, ale ziemia nas uczy tego co nadrzędne. W tej chwili.

31 maja 2018

Kora

Kora odeszła w noc czerwonego księżyca. W swoim domu na Roztoczu. Pierwszy raz widziałam Ją jako dziecko na koncercie Maanamu, a ostatni na Festiwalu Języka Polskiego w Szczebrzeszynie. Mówiła o swojej książce i życiu jakie wiedzie w swoim roztoczańskim zaciszu przed światem. Pamiętam, że spóźniłam się na rozmowę z Nią i jedyne co pamiętam to, że bardzo namawiała do śpiewania. Ze względu na oddech. Kiedy się śpiewa, ćwiczy się cały proces wdychania i wydychania powietrza. Przepona lepiej pracuje i dotlenia się cały organizm, w tym mózg. Chciałabym, żeby nauczyciele w szkołach pomyśleli o tym poważnie. Oddech jest najbardziej podstawowym aspektem naszego życia. Bez oddechu możemy żyć zaledwie parę minut, a nikt nie zwraca na niego uwagi oprócz wyczynowców i zapaleńców. I tych co medytują. Oddech jest ważny. Po poznaniu instrukcji technik Wima Hofa mniej się męczę pływając. Uważny oddech wymienia stare powietrze zalegające w dolnych partiach płuc na nowe, odświeża nas. Niedawno zwalczyłam ból brzucha oddychając głęboko przeponą.
Nie wiem czy Kora cierpiała, ale przy swojej chorobie walczyła też o refundację leku, występowała, żyła. Różne są nowotwory i związane z nimi komplikacje. Kiedy ktoś, kogo znałam, umierał na raka mózgu sądziliśmy, że to nie boli. Ale reakcje organizmu były trudne do zniesienia dla czuwających przy łóżku. Śmierć zawsze przeraża, nawet jak przygotuje otoczenie długą chorobą i smutkiem łykanym dzień za dniem, jak lekarstwem i trucizną zarazem, kiedy nadzieja znika za horyzontem. Każdą śmierć trzeba zrozumieć. Ja się staram spojrzeć oczami tego co odchodzi, bo kiedyś będę na jego miejscu. Warto spojrzeć tak i oswoić śmierć. Kora miała pełne życie. Nie chodzi tylko o karierę, ale odwagę do bycia sobą, niezależność, miłość, wiele strapień, traum, ale i szczęścia, spełnienia, pasje. Walczyła pewnie do końca o siebie, o godne odejście. Nie chodzi o hollywoodzki obrazek śmierci, ale o pozwolenie na nią w odpowiedni sposób. Bez uporczywej terapii, bez rurek, bez karmienia do żołądka dla polepszenia samopoczucia rodziny z bólem dla chorego. Bez odwlekania tego, co i tak przyjdzie, choć warto, żeby dało nam trochę czasu na jeszcze parę spraw do załatwienia. Ksiądz Kaczkowski mówił, że w momencie umierania ludzie nie żałują, że nie odwiedzili Majorki, albo nie wykupili spółki za bezcen, żeby z zyskiem sprzedać. Żałują, że nie przytulili dziecka zanim dorosło, nie pogodzili się z kuzynem zamiast się spierać, nie rzucili zawodu co ich moralnie upadlał wcześniej, przed chorobą. Nie uśmiechnęli się do ludzi na ulicy, dodam, nie przepuścili w kolejce, nie zapomnieli o urazach dnia codziennego i tych zamierzchłych, schowanych na specjalną okazję pastwienia się nad sobą i innymi. Ciężko jest odchodzić tym, co nie wierzą, że coś ich dalej czeka. Zachód tak jest pochłonięty konsumpcją materialną, że przerwanie tego procesu śmiercią może być faktycznie szokiem. Jak odstawienie narkotyku. Ale ja patrzę na to tak, że śmierć dojrzewa we mnie co dzień, rozpręża się i zamieszkuje coraz więcej przestrzeni. Daję jej tę przestrzeń. Ten kto ucieka przed śmiercią, starzeniem się, losem nie zyska nic, oprócz rozczarowania. Dlatego nie jest mi smutno, kiedy ludzie odchodzą. Wiem ile kosztują ich cierpienia, ale większość z nich to rachunek jaki wystawia strach i karma. Nie warto się bać. Przecież śmierć to jedyna sprawiedliwa, nieunikniona rzecz jaka nam się przydarzy niezależnie od tego co robimy. Dlatego warto żyć. Śmierć nadaje sens każdemu życiu, a choroba przypomina o znikomości kontroli nad nim. Ci, którzy odeszli wypełniają przestrzeń naszej pamięci. Więc pamiętajmy, mądrze, z dystansem, ucząc się na czyichś błędach, pamiętajmy, że nas też to czeka. Jak schody do nieba, albo przy akompaniamencie zawodzenia, albo energii wyzwalającej się duszy z ciała. Każdy ma swoją bajkę, wiarę, przekonania. Warto wybierać to co nas w obliczu odejścia wzmocni, trening odwagi, miłości i akceptacji przejścia do jutra, które jest trochę tak niewiadome, jak to co po śmierci. Ćwiczę uważnie odpuszczanie i życie zarazem. Dualizm w pełni. A Kora pozostanie, tak czy siak, przez swoje piosenki i jasny płomień osobowości.

Czas

Chwytam za rękę Czas
jak złodzieja chwil,
które chcę przeżyć
od nowa.

Kudłaty mały smyk,
który nie waży nic
i w czwartym wymiarze
się chowa.

Czasami traci rytm,
przyspiesza
albo drwi
wydłużając spojrzenia.

W oczekiwaniu śpi
w miłości kwitnie bzy
w starości skraca sny
bezpański od niechcenia.

Uczeszę Go choć wiem,
że wejdzie przez mą sień
w godzinie
wypełnienia.

30.07.2018

Pewien człowiek

Pewien człowiek
przyszedł po moje ciało,
ale ono go nie chciało,
więc założył maskę miłości
i kłamstwem włamał się
do domu Mojej Duszy.

Kiedy zatrzaskiwałam za nim drzwi
przycinając lepkie macki
serce płakało mi
jak dziecko.

Poszedł kłamać
innej kobiecie
dopóki nie zapełni
czarnej dziury pustki
jaką w sobie nosi

Prawdą.

29.07.2018

O miłości do Księżyca

Kocham Księżyc. To długa historia. Ostatnio kolor czerwony Księżyca mówi do mnie. Na Roztoczu jest nadmiar krasnych miejscowości – czyli czerwonych. (Właśnie przyszedł Syn i powiedział, że chce jutro spagetti, pomidorowe z rurkami 🙂 )  Czerwone, bo Ruś Kijowska była zwana Rusią Czerwoną z czasów Władimira zwanego Wielkim, pierwszego cara i założyła na Roztoczu grody zwane czerwieńskimi, czyli krasnymi. Stąd ten nadmiar czerwonego w nazwach na Roztoczu.  Wszystko jasne. A Księżyc? W tamtych czasach uznany byłby za zwiastun klęsk, wojny albo innej nienawiści. A dziś? Tłumy na mostach w Warszawie, zgaszone światła na Narodowym i Pekinie, show kosmiczne, które komentowane było wszędzie i z nabożeństwem, jak starosłowiańska ceremonia. W internecie miliony horoskopów, znaczeń, nagle wszyscy zapominają o swojej religijnej antypatii do guseł. Medytują, spotykają się na wspólnych kręgach, albo piją wino w trawie wśród komarów, jak ja z Mężem, patrząc jak się zasnuwa oblicze kamiennego satelity. Po lampce wina łatwiej znieść ukąszenia, koleżanka pisze spod Pułtuska, że u niej błyska i nie widać Marsa. Po godzinie z hakiem wróciłam na osiedle, gdzie kręcą się mieszkańcy w poszukiwaniu dobrego miejsca. Szczęściarze na balkonach z lornetkami i aparatami robią zdjęcia i kolekcjonują wspomnienia dla potomnych. W końcu będzie o czym opowiadać wnukom, które to ominie. Najdłuższe zaćmienie. Mój Syn wypełzł z domu na finał, bo w internecie czatował z dziewczyną z Poznania. Córa wróciła ze skakania z drugim Synem i poszła do siebie. Jutro pracuje od rana. Powiedziała, że myślała, że to będzie bardziej spektakularne. Dzieci biegają po dworze, my siedzimy i ustalamy wspólne sprawy. Zaćmienie, przechodzi.
Czasem zdarza się zaćmienie. Wszystko co jasne, co nocą na Ziemi pozwala coś zobaczyć – znika. Paradoksalnie wzrok przyzwyczajony do mroku pozwala zobaczyć prawdę, że wąwóz to nie strumień, że płot to nie skała. Niekiedy nie ma wyboru, kiedy ktoś nie widzi mimo światła prawdy, trzeba to światło „zniknąć”, żeby dotrzeć do sedna. Kiedy światło znika, można odwrócić się swobodnie od zewnętrza, bo go nie widać, w kierunku wnętrza. I jeśli ktoś zrobi odpowiednią pracę i taki czas wykorzysta, może dostrzec to co ukryte nawet w świetle. Dzięki temu słychać i widać potem więcej. Nie trzeba już zaćmień, ani niepokoju, wszystko staje się wyraźniejsze, dzięki temu wewnętrznemu płomieniowi, który zapala się samoistnie, kiedy przychodzi pora i kiedy jest to najważniejsze. Warto wtedy zachować spokój i otwartość, bo na chwilę wytrąca nas z równowagi mocna siła, i może pojawić się strach, jak przy zgubieniu kierunku, kwestia nastawienia ponownie błędnika. Przeniesienia go z mózgu i osądów, zwykle zewnętrznych, do wnętrza. Do środka naszego ciążenia, do serca. Całe nasze życie kręci się nie wokół tego co mamy, zdobywamy, ale co czujemy. Warto się temu przyjrzeć, żeby się nie zapędzić gdzieś, gdzie nas poniesie czyjaś latarka. Tylko nasze wewnętrzne światło nam sprzyja. Ono nam wszystko pokaże, jeśli staramy się go słuchać i nie przeczymy czynami, swoim prawdom. Kiedy Księżyc wychodzi z cienia, a był w nim dość długo, byśmy zdążyli się cieniowi przyjrzeć, pojawia się jasny i mocny. Tak jak my po konfrontacji ze swoimi cieniami, kiedy pozwalamy im być i odejść, kiedy je rozświetlamy naszym wnętrzem. Kolor czerwony, to kolor czakry podstawy, więzi rodzinnych, naszych mocy życiowych. Nie wiem co mówią horoskopy wszelkiej maści, bo ich nie czytam, żeby nie zasiewać sobie w podświadomości czyichś wyobrażeń, wolę swoje filtry, ale dla mnie to zaćmienie to przemiana między naturami, moją przeszłą, i obecną. Taką jaka jestem, kiedy cień przeszedł, a ja zostałam i okazało się, że wszystko w co wierzę jest takie samo jak było. Ten cień nie podważył żadnej istotnej prawdy jaką wyznaję, bo większość tego w co wierzyłam oparte było o miłość. Do ludzi, zwierząt, do świata. Ten cień zasłonił ją na chwilę, żebym odkryła, że nie potrzebuję zewnętrznego światła. Mam wszystko wewnątrz i nawet w cieniu mogę podążać raźnie w jedynym kierunku w jakim warto się poruszać myśląc i czując. Wracając do siebie. Do swojej pierwotnej natury, do pasji. Wszystko co było i będzie, jest tylko złudzeniem. To co jest daje potencjał chwili, ale nie ma się co spinać. Tylko chłonąć. Po to właśnie jesteśmy. By chłonąć bycie w chwili.
Mój Księżyc stał się jasny. Odbija światło słoneczne, którym karmię ciało kiedy tylko mogę. Przez odbicie Księżyc jest zwierciadłem Słońca. Pokazuje nam inną jego naturę. Naturę skupienia, tęsknotę do dnia, pełnego światła i pomoc w poruszaniu się w cieniu. Pomoc w odnalezieniu drogi, dla mnie istotną podwójnie, przez kontakt z cieniem wewnętrznym i światłem słonecznym jednocześnie. O cieniu jeszcze opowiem, ważne, żeby go w sobie zrozumieć i wchłonąć jego ciemną materię, bo jest jej we wszechświecie więcej niż jasnej. W cieniu jest potężna moc. A odrodzenie daje prostą prawdę, że wszystko jest cykliczne, dzień, noc, pory roku i życia. Kiedy pojawia się koniec cyklu, nowy się zaczyna. Nie da się tego zatrzymać. Więc kiedy w czyimś życiu jest ciemna, przerażająca noc, to nieuchronnie potem o świcie wstanie dzień i tylko ten co zasłania oczy nie widzi światła. Trywialne rzeczy opowiadam, a jednak trzeba czasem wrócić do starych prawd widzianych pod innym kątem. W cyklu narodzin i życia doświadczanie nie jest monotoniczne. Czasem zdarza się wchodzić w ciężkie doświadczenia wielokrotnie, żeby dopełnić zrozumienie, żeby więcej nie dać się nabrać na złudzenia. Życie to spiralna droga nad tymi samymi punktami, problemami do rozwiązania wciąż odkrywanymi na nowo i do chwili, w jakiej wszystko staje się jasne i pojawia się akceptacja. I miłość właśnie.
Mars kroczy pod jasnym Księżycem, Mąż na ławce rozmawia z Dziećmi. Jest późno, a ja piszę. Wystarczy mieć w sobie ciszę i parę rzeczy zwyciężyć. Wchodzę do cienia by widzieć. Po prostu kocham Mój Księżyc.

 

O miłości i chwaleniu się

Nie umiemy się chwalić. Nawet kiedy mamy do tego powody. Tak w większości zostaliśmy wychowani. Koleżanka przychodzi do pracy w pięknej kwiaciastej sukience. Mówię:”Cudna!”- ona na to: „Wyjęłam z dna szafy. Nie chodziłam w niej, bo myślałam, że nie wejdę, ale może schudłam.” Inna jeździ na mordercze rowerowe rajdy i na mój zachwyt wytrzymałością jej organizmu, mówi: ”Tak, ale i tak jadę często poza klasyfikacją, bo przede mną są faceci. Wiesz, ci to biją rekordy.” Kolejna gotuje tak, że nie ma się ochoty wyjść z wizyty: ”To stary przepis mojej mamy, z czasów jak w sklepach wszystkiego brakowało, nic takiego.”

Do diaska – myślę – kobiety! Kiedy wy – bo to w większości płeć żeńska – zaczniecie cenić swoje talenty?! Jestem taką sobie kucharką, ale robię super ciasto o nazwie „wulkan”, jakie kochają moje dzieci. Na rowerze jeżdżę z częstotliwością zaćmień słońca, bo drapie to to, sztywne jakieś i niepodatne na komendy, i chyba wolę konia, choć konno jeździłam tylko parę razy. Jakbym miała przejechać tak, jak Magda 72 godziny bez spania, to bym powiedziała – pas – od razu. Jakiś czas temu się nauczyłam, że nikt nas bardziej nie doceni niż my same, sami, bo czasem nawet faceci unikają komplementów, chociaż rzadziej. Mają widać taką tendencję, żeby się instynktownie bardziej cenić. I to im wychodzi. Wystarczy mały sukcesik, jakaś zdobycz i puszy się to to, obrasta w piórka, a my co … wielbimy te czyny! Ale kiedy przychodzi do naszych zalet do buzia w ciup i czekamy, aż ktoś nas przyozdobi komplementami. Oczywiście nie wszystkie tak mają. Ja też się staram i widzę, że coraz mniej już mam tendencję do umniejszania własnych osiągnięć. Znam swoją wartość, ale wciąż się uczę tego doceniania za drobne i duże dokonania. Nie trzeba tego robić publicznie, mówić, jak ja w poprzednim wpisie. Warto to robić w sobie, albo przed lustrem. Albo z kimś kogo się obdarza zaufaniem, kto umie nas zobaczyć takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. I mówimy wtedy szczerze, to co potrafimy, co nam wyszło, bo to nas wzmacnia. Zrobiłam pyszne bułki drożdżowe z jabłkiem, wszyscy się zajadali. Jakie piękne wyhodowałam kwiaty, raj dla pszczół i oka. Pomalowałam ściany, jest tak czysto i schludnie. Zbudowałam wędzarnię na palce lizać sery i wędliny. Umyłam te zapaćkane okna, wreszcie widać słońce. Skończyłam raport, dobrze mi wyszło końcowe podsumowanie. Założyłam firmę chociaż się bałam przepisów księgowych. Poprawiłam artykuł, bo recenzent słusznie mnie łajał. Wysłuchałam strapień przyjaciela ze współczuciem i wsparciem. Odrobiłam lekcje z dzieckiem z cierpliwością starożytnego mędrca. Przeszyłam sukienkę, pięknie podkreśla moją sylwetkę. Przyjęłam dzisiaj 20 osób w moim gabinecie, pomogłam wielu wyleczyć schorzenia. Umiem robić trzy rzeczy jednocześnie i się nie pogubić, myję gary, robię pranie i wysyłam pracę przez internet, a wolnym okiem patrzę na szkraba co pełza pod stołem. Uśmiechnęłam się do klienta i rozwiązałam trudną sprawę. Zdobyłam nowy stopień, nową umiejętność, nową znajomość. Zakleiłam plastrem palec synowi i opanowałam dzieci w swojej klasie. Ze spokojem wstałam i zrobiłam śniadanie rodzinie. Umiem wziąć za siebie odpowiedzialność i to robię. Jestem sobą i cenię to w sobie.

Więc kiedy ktoś nam mówi: Świetnie wyglądasz- wystarczy powiedzieć- Dziękuję, dobrze się czuję. Albo na komentarz: Dobrze ci w tej bluzce – odpowiadasz – Tak, dziękuję, bardzo ją lubię. I kiedy przyjdzie czasem usłyszeć: Jesteś wspaniała. Tylko ty tak potrafisz – odpowiadasz – Dziękuję. Włożyłam w to dużo pracy. Bo faktycznie włożyłaś, żeby spojrzeć na siebie łaskawym okiem wewnętrznego sojusznika a nie wiecznego krytyka.

Nie trzeba być mistrzem świata. Takich mistrzów może być po jednym na każdą dziedzinę, a co z całą resztą? Ja się tam cieszę, że na rowerze, z minimalną ilością zadrapań dotaczam się po płaszczyźnie nad wodospad na Roztoczu, żeby na bosaka przejść lasem całą drogę, jak Magda – joginka, co chodzi w taki sposób po Tatrach. Nie mam zaparć na bycie najlepszą, bo już ktoś mnie dawno wyprzedził w każdej możliwej sprawie. Zwyczajnie wolę się cieszyć swoją przeciętnością i tym, że jestem dostatecznie dobra w tym co robię. A jak będę chciała być lepsza to będę, bez spinki, że muszę. Już dawno poodpuszczałam sobie chore ambicje, które ciśnieniem prężą gruczoł rozczarowania. Znam takich i im nie zazdroszczę takiego spraw pojmowania i życia w wiecznej pustce. Dlatego chwalę swoje dobre strony w sobie i trochę prowokacyjnie tutaj je opisałam, żeby wywołać to co dobre w każdym, kto to czyta. Żeby mu się chciało samego siebie zapytać, czym się może pochwalić, przed sobą. Bo zamiast bajać o przyszłych osiągnięciach, marach, medalach, stanowiskach, zaszczytach, warto wzmacniać to co dobre już teraz, jak fundamenty naszego charakteru, co muszą unieść całą skomplikowaną konstrukcję emocji i pragnień. Chwalcie swoje patrzenie na świat, co wam życie ułatwia, chwalcie to co potraficie, chwalcie to co daje ludziom do was dostęp, chwalcie z właściwym umiarem, ze szczerością, w radości i mądrze. Bo im wy będziecie czuli się lepsi w tym co robicie, im bardziej będziecie czuć się pełnią, tym lepiej się będzie z wami żyło innym ludziom i wam samym w obfitości codziennych talentów.

O miłości i dumie

Roztocze. Od paru lat jeździmy na Roztocze na wakacje. Co rok głębiej. Eksplorujemy te rejony, bo jeszcze nie są zalane turystami. Południowo-wschodnia Polska, jeszcze nie Bieszczady, już nie Mazowsze. Sielsko-kameralna, nieuprzemysłowiona, zielona kraina. Pierwszego dnia po przyjeździe podczas spaceru dostałam śmiechawki z nadmiaru tlenu. Pewnie dlatego, że ostatnie trzy tygodnie przesiedziałam w pokoju w pracy kończąc międzynarodowy projekt, z którego jestem dumna. Rzadko okazuję dumę z własnych osiągnięć. Nauczona, że duma równa się pysze, zwykle unikałam mówienia o sobie dobrze. Ale obiektywnie osiągnęłam dużo dzięki tytanicznej i natchnionej pracy, w której towarzyszyli mi przyjaciele jak drogowskazy na drodze. I teraz mogę powiedzieć bez fałszywej skromności, jaką odradzam każdemu i sobie również, dumna jestem z moich osiągnięć. Z rodziny, z pracy, z wykształcenia, z życia jakie wiodę z dnia na dzień i z mojego nastawienia do tego co przyjdzie. Dlatego napiszę, bo czasem łatwiej mi się czemuś w ten sposób przyjrzeć, że moja praca to cudowna ścieżka po chaszczach ze światełkiem ciekawości w duszy i daje tak wiele możliwości jakich nie dałaby mi chyba żadna. To co udało mi się ostatnio zrobić, to złączyć jednym projektem 3 kontynenty, 7 krajów i 14 jednostek naukowych z tych najlepszych na świecie, żeby polscy naukowcy mogli jeździć na wizyty naukowe i rozszerzać horyzonty. Natchnęłam ich wszystkich, wyzwoliłam nadzieje, ambicje i dobre samopoczucie, wiarę, że się uda a potem podchwyciłam entuzjazm kilkunastu osób i spięłam w gigantyczny plan, przedsięwzięcie na miarę światową i wypuściłam ponad 100 stron naszych marzeń o nowoczesnej wymianie akademickiej do krajowej agencji co może dać nam pieniądze. Skoordynowałam i okazało się, że mam w sobie niezwykłą moc do wyzwalania nowych idei i dzięki dobrze zaplanowanej pracy i temu, że mam tak dobre kontakty z ludźmi z całego świata powstało coś czego w polskiej nauce jeszcze nie było. Wyzwoliłam cuda. Teraz czekam na recenzję pierwszego naszego międzynarodowego projektu. Nawet jak się nie uda dostać finansowania, postęp jaki dokonał się w głowach wszystkich uczestników i mojej już wart był tego, co zrobiłam. Bo mimo gigantyczności obowiązków, pracy tak mi niezwyczajnej i braku przygotowania, nauczyłam się tego czego nie umiałam w niespełna miesiąc, przyspieszony kierunek marketingu i zarządzania. Co ciekawe mimo niezwykle krótkiego czasu, ani razu nie spanikowałam, nie poczułam strachu, że nie zdąrzę, że ktoś nawali, a system grantowy „we sieci” zawieszał edycje wniosku, testując naszą cierpliwość. Praca szła jak z płatka, bo jak zauważyłam, nikt z kilkunastu osób mojego zespołu nie chciał mnie zawieść, a ja wierzyłam, ale się nie fiksowałam myślą, że muszę, że jak nie to porażka. Kolega zza oceanu na mail, że jesteśmy jak muszkieterowie i „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, odpisał nawet, że woli umrzeć niż nas zawieść i w tydzień wychodził dokumenty „nie do podpisania” w sezonie urlopowym. Taka była fala zaangażowania i taką siłę miał mój spokój. Bo ja się cieszyłam tym co robimy, nie stresowałam. Gasiłam fochy, tak częste wśród naukowców, okrajałam lęki i dmuchałam na zwątpienia. Maile, zlecenia zadań, spinanie wszystkich oczekiwań i pomysłów. Kompetencja i dyplomacja. I duża dawka uroku i dobrego humoru, mrówcza praca. Cały mój potencjał. Kolega powiedział mi kiedyś, nie kadząc mi nieszczerze, że kiedy mnie w instytucie nie ma, wszyscy zaglądają jak błędni rycerze do pokoju socjalnego, czekając, czy może jednak jestem, bo kiedy jestem, mój śmiech stamtąd słychać na korytarzach i od tego łatwiej się pracuje. To miłe, ale i odpowiedzialne być takim atraktorem dla ludzi tak specyficznych, jak umysły ścisłe. W piątek 13tego pełnomocniczka dyrektora przycisnęła przycisk „wyślij” i nasz projekt popłynął do agencji, a ja … wyjechałam. A duma z wykonanego dla kolegów zadania osiadła we mnie i dała mi ciepłe poczucie dobrze spełnionego obowiązku. W projekcie napisałam, że to co planujemy wyniesie mój instytut na nowy poziom umiędzynarodowienia. A w sercu czuję, że rzeczywistość dla wszystkich zmienia się już teraz. Na lepsze się zmienia.I tyle jeśli chodzi o dumę i o przyzwyczajenia do jej unikania. Trochę jest, ale zupełnie inna, taka codzienna. i zwyczajna. Duma, że można się zdobyć na rzeczy wyjątkowe, bez zaparć i stresu, że można być jak latarnia dla innych i spokojnie przyjmować fale czyjegoś strachu. Jeszcze w sobotę mówiłam o projekcie, bo w końcu mogłam ulać z siebie ostatnie z nim powiązania. W poniedziałek już na Roztoczu, siedziałam na ławce w parku, kiedy mój syn jeździł na gokartach, a mąż widząc jak milczę, spytał:” Nadal koordynujesz?”. Odparłam: „Tak, koordynuję jazdę gokartów. Wszystkie jeżdżą jak trzeba.” I wybuchnęliśmy śmiechem.

Jechaliśmy przez wszystkie Krasne Roztocza, Krasnystaw, Krasnobród, Krasne, Krasne Polesie i wreszcie Ciotuchy Stare, żeby wylądować na …Majdanie Sopockim. Trochę ukraiński, trochę morski. Pogoda nie za łaskawa., jak nad morzem polskim Pierwszą noc przespałam jak niemowlę do południa, bo zawsze ciężko wstawać kiedy za oknem pada ulewny deszcz. Ale w końcu się spisałam i nawet pochodziłam trochę po Zamościu. Tak tu swojsko jest wszędzie i spokojnie. Janko z Zamojskich w bojowej pozie z postumentu zagrzewa usilnie do walki o wiedzę w swojej uczelni postępowej, pierwszej szkole wyższej dla ludu w przeciwieństwie do jagiellonki z arystokratycznie zadartym nosem, ja jem lody malinowo-czekoladowe i cieszę się słońcem, co nas raczy dobrotliwie. Za to jutro ma być cyklon … z Ukrainy. Dach nam wytrzyma nie jedną burzę, a ja odpoczywam, bo odpoczynek mi się należy, jak każdej osobie co zrobiła coś dla siebie albo dla innych. Zasadziła ogródek, wymiotła sień, zaorała, wysłała ekipę na Marsa, kupiła czas dla wszystkich budując wynalazek, napisała piosenkę, wyszyła makatkę i zawiesiła półkę, założyła fundację, leczy, produkuje, pracuje w zgodzie ze swoim sercem i robi wspaniałe pizze jak pani w maleńkiej dziupli Il Tempo w Zamościu.

Dziś zasnę ponownie, wiedząc, że widziałam wczoraj najwspanialszą w swoim życiu tęczę przed deszczem, co rozdzielała niebo na jasną i ciemną stronę. Trwała tam z pół godziny zanim nie sięgnęła od horyzontu po horyzont. Siedziałam na ławce i patrzyłam. Tylko tego mi trzeba. Chcę tylko ciszy, nieba i tego, żeby zauważać jak mój syn puszcza moją rękę kiedy mijamy grupki chłopaków w jego wieku, a ja spoglądam ze zrozumieniem, bo kiedy potem niepotrzebnie mnie przeprasza, kiwam głową, a on mówi, że dobrze go rozszyfrowałam. W końcu jestem jego mamą i kiedy się pojawia taka sytuacja, jestem przygotowana.I to są prawdziwe wyzwania i kiedy się zastanowić to o wiele dłużej na nas wpływają niż praca. I to też jest powód do dumy, że wyczuwam czyjeś emocje i strapienia, a duma dobrze ulokowana rozszerza nie pychę a wyobraźnię i wiarę w wartościowe dla wszystkich marzenia.

O miłości i wdzięczności

 

Jestem wdzięczna za to co mam i kim jestem. To ważne, aby coś takiego czasem sobie powiedzieć z głębi serca. To wzmacnia ostatecznie fundamenty naszego istnienia. Wdzięczność za zdrowe ciało, bolid do przenoszenia miedzy punktami w drodze przez życie, za umysł co rodzi myśli i snuje dobre skojarzenia, za serce co umie kochać bez zaborczego pierścienia i zawiści. Jestem wdzięczna za Dzieci i Mojego Męża, za wytrwałość i próby na krętej drodze zwanej życiem, za rodzinę, za Moje Ciotki, czarodziejki roześmiane, które z Moją Mamą śpiewają śmiechem w kuchni u Mojej Babci i oczyszczają przestrzeń ze smutków. Za Wujów pełnych wesołej buty i pokory jednocześnie przed tym śmiechem tak niepustym i pełnym życia, jak czereśnie latem. Za Moje Siostry i Braci,  dzieciństwo słodko-gorzkie a czasem gorzko-słodkie, co mnie nauczyło widzieć ludzkie cierpienia i lęki, ale i to co ważne w obliczu codzienności, za minimalizm i kreatywność wzięte od rodziców. Za ciepło w ścianach mojego domu, za Przyjaciół tak rożnych i tak wspaniałych, jak wielcy przewodnicy duchowi uniwersalnej religii tolerancji, za sens, jaki czuje w sobie w każdej chwili, za trwałość i zmiany jakie obserwuję we wszystkim, kiedy sunę w czasie. Za to, ze piszę, ale też za zatrucie od ludzi zawistnych, dzięki którym włączał mi się mój system immunologiczny do walki o własną prawdę i za gigantyczną ilość miłości od tak wielu istnień. Za całość scenariusza życia, za lekcje, za pogardę, za wspaniałomyślność niepamięci i uczucie przemijania najczystszej próby.
Moja Córka powiedziała mi niedawno, ze miłość w naszym wymiarze jest rozszczepiona, jak białe światło po przejściu przez pryzmat, rozpięta na wielu kolorach, od czerwieni po fiolet. Każdy z kolorów to inny rodzaj tego uczucia, inna manifestacja miłości. Kiedy czujemy w świecie miłość pochodzi ona z rożnych źródeł, jak miłość od i do dzieci, rodziców, przyjaciół, zwierząt, kochanków, muzyki, sztuki, piękna itd. Każda jest inna, ale kompletuje się w całość. Kiedy każdy kolor wyświetla się w nas mocno, mamy szanse zintegrować je w biel, pełnię. Kochając to co nas otacza, akceptując to co przychodzi możemy sięgnąć do najpełniejszego uczucia miłości, do światłości, jaką osiągają pełni mocy ludzie łagodni, cisi i pokorni, ale jednocześnie zwyczajnie pogodni. Nie szaleni szamani naszych czasów zapięci w systemy religijne, albo charyzmatyczni kombinatorzy rozwojów duchowych wszelkiej maści. Prosta miłość do podstawowych istnień. Wystarczy kochać to co się robi, kim się jest i całe swoje otoczenie. Rolnik krowy, lotnik samoloty, fizyk rozpad atomowy, nauczyciel uczenie, sędzia sądzenie, starzec starość, matka i ojciec dziecko. Znaleźć w sobie ten rdzeń człowieczeństwa, nic więcej. Dawać sobie jasność akceptacji i postaw. Szacunek dla odmienności i zrozumienie. Może jest tak, że każde uczucie wyższe to miłość w jakiejś postaci? Współczucie, akceptacja, serdeczność, wyrozumiałość, radość. Inne kolory miłości. Inne częstotliwości fali, inne tempa bicia serca. Pełnia. I za to też jestem wdzięczna, że mogę to widzieć, i rozumieć jak należy.
Wdzięczność to siła. Moja przyjaciółka, po latach w ciemności, dzięki wdzięczności jaką w sobie rozpaliła, poczuła w sercu ciepło i ogarnął ja spokój po latach depresji. Bo zauważyła, że miłość trwale przychodzi do tych, co są wdzięczni. I będąc matematykiem wysnuję na koniec porównanie, że miłość jest wprost proporcjonalna do wdzięczności i, cóż … odwrotnie proporcjonalna do pragnień.

to co odeszło

wypuściłam z rąk
pęk kolczastych bluszczy

poranione dłonie
obmyłam
w różanej wodzie
pełnej zapachu
przyszłości
bez słów
zawsze
nigdy
ja
ty
w miłości …

3 czerwca 2018