O miłości do Białołęki

 

Mieszkam na Białołęce, gdzie jak mówi miejska legenda, wrony zawracają w kierunku Śródmieścia. Mnie i moich sąsiadów nazywają Słoikami, szczególnie ci Warszawiacy, których rodzice lub dziadkowie w gumiaczkach przyjechali po wojnie budować „Stolycę”. Ja się tym mianem trochę szczycę, bo w ludziach z Białołęki widzę pionierów naszych czasów. Przyjechali tu rzucając wszystko za lepszym życiem. Zajęli nieużytki najbliżej raju jak się dało i całą energię włożyli w to, żeby tu zostać nawet kiedy infrastruktura rzuca im pod nogi kłody w postaci braku komunikacji, szkół, ośrodków zdrowia. To się przez ostatnie lata bardzo zmieniło. W końcu na szkole szkoła, na centrum handlowym Biedronka, Carrefour, Lidl i inne takie czujne korporacje co prześcigają się o klienta. Zatrzęsienie nowych knajpek i regionalna żywność w sklepach, bo Warszawiak nie rozróżni, ale ktoś co żył całe życie na Roztoczu Lubelskim nie zadowoli się szynką co smakuje uniwersalnie, jak sto innych gatunków wędlin.
Kiedy zamieszkałam tu kilkanaście lat temu, na przystanek autobusowy chodziłam przez żywe pole ścieżką „wedle kościoła”. Teraz mam kilka ekspresowych autobusów spod domu co parę minut. Metra nam nie dociągną, bo silne ramię Bródna je zagarnęło dla siebie. My sobie i bez tego poradzimy. Tysiące młodych ludzi z dziećmi przeciw starzejącej się populacji Warszawy, nie ma powodu nas antagonizować. Ludzie, którzy jak zdobywcy poprzyjeżdżali tu do ciężkiej, ale upragnionej pracy bez wygód, dadzą radę i temu.
Od czasu, gdy we trawach chodziłam do autobusu, co mi przypomina filmy Bareji o Ursynowie, wszelkie pola pochłonął developer. Takie ekonomiczne monstrum, co nabudowało osiedli grodzonych niemal w ciągu jednej nocy. Taki dżin cudu ekonomicznego nad Wisłą. Nie było nic, a nagle wszędzie domy, za płotem. Dlaczego się grodzimy? Dyskusje na ten temat są niepotrzebne. Grodzimy się, bo musimy wyrosnąć z mentalności socjalistycznej, że jak wszystko jest wszystkich i dostępne to ktoś to zaraz zniszczy bądź ukradnie, i tyle. Jak ludzie dorosną do otwarcia innym swojej własności na zasadzie: „Widziała pani, droga sąsiadko, jak za tymi tujami zasadziłam róże? Nie? To proszę do mnie”, to się wszystko zmieni. I płoty pozostaną tylko po to, by na nich bluszcz, albo wiciokrzew się rozpierał zacieniając co delikatniejsze rośliny opodal, albo ławkę do siedzenia w czasie upałów. Ja tak właśnie to widzę.
To czego nam może zazdrościć mieszkaniec bliskiego centrum, to ciszy i zieleni. Osiedla toną w niej, nawet te najgęściej upakowane blokami, bo każdy skrawek mieszkańcy zasiedlają roślinami. Na moim rosną wszędzie bzy, pną się żywopłoty, róże w przydomowych ogródkach, peonie, tulipany, akacje. Kiedy dziś lunęło poczułam się jak w raju, jakby te wszystkie rośliny wydały oddech ulgi swoimi zapachami po długich dniach upałów. Nikt tego nie niszczy, bo ludzie tutaj mają ogromny szacunek do natury. W końcu bardziej pamiętają, że z niej wyszli. Kochają miasto i jego energię, nowoczesność, technologię i pęd, ale odpoczywać wolą w swojej enklawie. Kwiaty na balkonach, surfinie, pelargonie, nagietki i niezapominajki. Gdyby ktoś w przeszłości miał dość wyobraźni, by zaplanować lepiej tę mieszkalną przestrzeń zwaną Białołęką, powstałoby coś na kształt ogrodu w mieście. Ale i tak to, co tu ludzie zasadzają, rośnie nieoczekiwanie i pięknie, i trochę dziko rozproszone, jak w przyrodzie. Na skateparku huczy od młodzieży i dzieci, ale jako młoda społeczność wszystko to traktujemy z rozsądkiem. Raz do roku albo częściej spotykamy się z sąsiadami z całego bloku na grillu, taka miejscowa tradycja, znów się kłania Bareja „nie imię dziewczynki”.
Pojechałam ostatnio za las graniczący z Markami i zobaczyłam, że tam też się rozwija dzielnica mieszkalna. W większej dziczy i związanej z tym urodzie rosną domy, osiedla, bloczki. „To się nie kończy” – pomyślałam. Miasto się rozlewa na boki, granice są tylko umowne. Tak jak granice mentalne między Warszawiakami z różnych dzielnic. Większość swojego życia mieszkam w Warszawie i bywają miejsca, że się nią zachwycam. Nawet tam, gdzie na Pradze straszą pustostany. Mój syn ostatnio znalazł apkę, z którą z kolegami zwiedzali niezamieszkane budynki w mieście. Wrócił zafascynowany. Warszawa jest jak dżungla z tajemnymi miejscami, gdzie dzikie plemiona na Ząbkowskiej w bramie potrafią uwolnić od telefonu i kasy, albo w Mcdonaldzie na Młodzieńczej pokazać prawdziwą strzelaninę jak w westernie. Jedno jest pewne, tyle się tu dzieje, że warto mieć czas i eksplorować, niekoniecznie w poszukiwaniu guza, tańczyć swing na Ochocie, słuchać koncertów w Łazienkach, nocą przechadzać się po Powązkach. A jak już się chce spać, wrócić do domu z radością w sercu, gdziekolwiek on jest. Moja Białołęka nad ranem zdradza czemu ją tak nazwano. Wilgotny grunt terenów dawnego koryta Wisły i rozlewiska powoduje, że rankiem często stoją u nas mgły. Mleczny welon nad łąkami, białe łąki. Bajeczne miejsce dla takich, co umieją żyć wszędzie.

26.05.2018

Jestem za stara

Jestem za stara
na swoje lata
po co mnie dręczą

narodziny
dzieciństwo
młodość
serce bije mi od nowa
i zanika pamięć
podążając tęczą

mogłabym być wiatrem i zniknąć
gdybym wiedziała
dokąd zmierza
przepływ powietrza
żeby się nie zapętlić
nad ziemią

13.08.2018

Nieważne

To nieważne
jaki kolor ma dzień
jaki sen przyśnił się
jaki los spotka mnie
i czy noc będzie pełniejsza od łez

Śmieję się z tych nut
co wpadają w nurt
i ślą mi głos
plotąc wprost
skojarzeń moc
i delikatnie kształtując obraz mojego serca

I noc pełniejsza
i dzień jak migotliwa
superpozycja chwil

Żyj, żyj, żyj
niech świat się zmienia
tylko żyj…

19.08.2018

Z przymrużeniem oka

Miałam kilka epizodów z tzw. coachami, jeden osobiście chciał na mnie wpływać ( BŁYSK, BŁYSK, hmm… Masz taki potencjał, ale go nie używasz… hmm). Inni rzeźbiciele ludzkich losów i przebojowości wtargnęli do mojego świata przez przypadek. Był taki, co obwieszczał, że ludzie generalnie się lenią, zamiast zarobić na dom za 8 milionów dolarów na wzgórzu z palmami. Jednym ze sposobów dokonania tegoż było zaniechanie onanizowania się rano, tu szczególnie do panów, co szukają kobiety swojego życia. „Jak taka energia ujdzie z ciebie” – pan mawiał – „to jak ją znajdziesz (znaczy kobietę), co jej masz do dania? Puste naczynie.” Ten sam człowiek bez wahania na nagraniu video mówił o stronieniu od toksycznych ludzi i jednym tchem wyrzekał na sąsiada, co zasadził na swojej działce drzewa przysłaniające mu widok.
Jeszcze inny postanowił podzielić się wszystkim co wiedział, i co drugie zdanie powtarzał, że jakby wiedział kilka lat temu to, co wie teraz, to byłby wiecie gdzie? On sam nie wiedział, ale bardzo się starał sprzedać swoją wiedzę wycenioną na tysiaka w promocji stulecia za 5 dych, ale tylko przez 10 minut od tego ogłoszenia. Pewien, który miał nawet wiele mądrych rzeczy do powiedzenia, kierujący się służbą dla ludzi, ale i siebie, wyceniał takie polepszenie na całkiem poważną sumę. Uczył wszystkiego, od tego jak mieć lepszy seks, do tego jak się nie bać publicznych wystąpień i efektywnie odpisywać na maile. Ostatni chciał mi powiedzieć, że miłość jest wszędzie (ja wiem, że jest wszędzie), a on mówi sobie z Jezusem na ty i żartują sobie, jak kumple, bo to jest równy gość. Ja nie wątpię, żeby być Jezusem, trzeba być cool, inaczej się nie da. Tylko jakoś mi się tak wydaje, między tymi wszystkimi doświadczeniami z rozwoju osobistego i pogranicza religii i magii, że ja od tego nurtu jednak odstaję. Jakiś demon we mnie siedzi i podśmiewa te serio zamknięte ceremonie pobudzania się do istnienia, do robienia tego, co właściwie zrobić trzeba. Mój kolega oszołomiony patosem do zmiany sposobu myślenia, w celu zrobienia ze swego życia raju na ziemi, postanowił przełamać przyzwyczajenia i biegać, bo tego najbardziej nie lubił. Po zmaganiach kilkutygodniowych przestał, i z przyjemnością wrócił do chodzenia. Z psem. Pies to docenia. Pewnie by się znalazł coach co by go zdeptał, że nie wytrwał w boju o lepsze życie. Ale kto chce wstawać o świcie i lecieć w las, ten niech biega, bo jednego kręci a innego wzdraga sama myśl o dresach. Jak mnie jazda rowerem, albo narty. A łyżwy akurat lubię i powyginam się w jodze, ale bez zacięcia, na luzie. Tango mi się powoli wykluwa, a postawa mojego kręgosłupa w tangu jest bardzo zdrowa.
Dlatego z rezerwą przyjęłam zaproszenie na kolejne takie wydarzenie, obudzenia do życia. Przyjdę, zobaczę i napiszę. Mój chochlik w głowie już się cieszy na nowy temat do wyśmiania. Zauważyłam, że człowiek, który nie umie się śmiać z siebie jest dla mnie, na dłuższą metę, nie do wytrzymania. A ja po ciotkach odziedziczyłam cięty dowcip z różnych życiowych spraw. W szczególności z nadęcia ego, również duchowego, jak bańka mydlana. Z wierzchu kolorowe bajeczne prążki, a wewnątrz pustka hula. Takich ludzi też widuję, choć na szczęście rzadko, bo chyba umarłabym z ich obśmiewania w wyniku nieodwracalnego skurczu mięśni brzucha. Ale pośmiać się lubię. Z siebie też, i ze swoich wierszy, wpisów, z wyborów, z zaniechań, z leniuchowania, w którym jestem mistrzem („Medal dla tej pani – tylko nie za ciężki”), z nieumiejętności stawiania przecinków i interpunkcji w ogóle. I jakoś autowyśmiana, żyję. Nie powalają mnie zaczepki kolegi: „Jak tam twoja droga do miłości?”, BŁYSK, BŁYSK, ani: „Coś się ostatnio udzielasz?”, SZUR, SZUR, brewki do góry. Uśmiałam się jak wieprz, kiedy ktoś mi powiedział, że moje wpisy to „masturbacja publiczna”. W końcu zawsze byłam zwolenniczką rewolucji seksualnej. Można powiedzieć, że realizuję jej założenia poprzez zdejmowanie masek z siebie i z otoczenia, jakie obserwuję. I to mnie bawi, zadziwia, ale też smuci zarazem. Taki człowieczy tygiel. Ale skoro ja to widzę i piszę o tym, to może komuś przyjdzie do głowy zdjąć swoją wypolerowaną złotą maskę, choćby w domu, przy zasłoniętych zasłonach w samotności, na chwilę, żeby ze sobą samym pobyć. Pozwolić szczerym myślom przepłynąć i wydostać się ze studni zakłamania, i znaleźć do siebie dystans, niekoniecznie od razu do obśmiania siebie albo innych. Do zobaczenia, zrozumienia, odszyfrowania czego chcemy, co ukrywamy przed sobą. Do poznania cienia w naszym wnętrzu. I zaakceptowania wszystkiego tego wewnątrz. A kiedy akceptacja wszelkich naszych stron wielowymiarowej osobowości okrzepnie, jak lukier na wiedeńskim pączku (mniam – przypis autorowego ego spożywczego), można z przyjemnością wyśmiać się po cichu, żeby nie wpadać w sidła czyichś karykatur szczęścia, w jakie bez rozpoznania siebie i swoich mechanizmów, łatwo się złapać. Dlatego trochę czasem szydzę i przyzwyczajam moje wnętrze do przekłuwania pustych przestrzeni nadęcia. Taka akupunktura prewencyjna. Polecam w zestawie z leżakiem, słońcem, kawą – w promocji tysiąclecia – za darmo.

8.08.2018

Gniew

Czasem jestem wściekła na ludzi, którzy z premedytacją mnie ranili, wymyślając coraz to nowe preteksty na swoją obronę. Ludzie, którzy przychodzili żeby wyrwać mi kawałek serca tylko po to, żeby sobie umilić życie chrupaniem go w swojej jaskini. Prymitywni, choć z narcystycznym przekonaniem o swojej wyjątkowości. Niech ich prawda dopadnie i obierze ze skóry fałszu.

8.08.2018

Kolor wolności

Zawsze życie chciałam przeżyć szybko
i odejść
Zazdrościłam staruszkom
o siwych myślach
Dziś nie mam nic w sercu
do zostawienia
do zabrania
nie obawiam się ani piekła
ani nieba
a moja własna muzyka
rozbrzmiewa.

Słucham,
a ona pogania
żyj, żyj, żyj …

I żyję na granicy
gdzie nie dociera
ani radość w postaci
łez
ani smutek w postaci
cierpienia.

Co to za miejsce
tak odległe od wyobrażeń
jak monotonny ruch kłosów zboża
jak opadanie mgieł
nad krajobrazem?

A muzyka zanika
za horyzontem
bez łkania
bez uderzeń.
Sunący powoli
głęboki ton,
głos,
który kocham
choć niepodobny
do niczego
co znam.

Szarosrebrny
migotliwy
kolor
wolności.

17.05.2018

O miłości i smutku

Miłość kojarzy nam się ze szczęściem, wyjątkowym szczęściem jakiego w życiu można doświadczyć. Co zrobić kiedy to szczęście odchodzi? Pozwolić, pozwolić, żeby odeszło. Miłości nie da się zamknąć w klatce potrzeb, pragnień, przyzwyczajeń. Jeśli odchodzi, to znaczy, że nie miała być dłużej, że wyczerpała się, zmęczyła, albo po prostu nie była sobą, czyli miłością właśnie. Na miłość od człowieka się nie czeka, ona nie mówi: „zaraz wracam”. Zamyka drzwi i znika. Nie warto siedzieć pod drzwiami i płakać. Bo miłość, jeśli ją czujemy naprawdę, zawsze w nas będzie i jeśli jej pozwolimy, otworzy w nas drzwi do prawdy, jaka drzemie w każdym. Miłość nie odbiera siły, miłość nas napełnia mocą do zmian, jakie są konieczne w naszym życiu, żebyśmy byli lepsi, pełniejsi, mądrzejsi i czulsi dla siebie nawzajem.
Miłość, która wchodzi w życie zawsze jest piękna. Może boleć jeśli naprawia w nas pewne rany, oczyszcza i wyzwala, ale też ujawnia to, jacy jesteśmy na prawdę, po to żebyśmy zdołali sami coś naprawić. A kiedy odchodzi ten kogo kochaliśmy, zostaje tylko kochać go i cieszyć się, żeśmy mieli szczęście, żeśmy się poznali, odnaleźli w tym życiu. Miłość staje się tym, co w nas zmieniła idąc i przenikając nasze istnienie, kiedy była w pewnym sensie nami. Kiedy błądziliśmy z nią i kiedy żeśmy się odnajdywali. Kiedy lecieliśmy na jej nurtach powietrznych, albo spadaliśmy w dół, w wody wodospadu. Kiedy żyliśmy za dwoje i nie baliśmy się niczego. Miłość dodawała energii, mocy, spełnienia każdej cząstce życia w nas i budziła do dobra, do podążania za palcem nieskończoności.
Miłość odchodzi z różnych względów. Czasem nie ma na nią miejsca, czasem z czymś się wyklucza, jak z cierpieniem innych, którzy także kochają. Czasem jest złudzeniem, jakie nam się przyśni, a czasem jest naszą karmą. Niezależnie jak i kiedy przychodzi i odchodzi miłość, kochać zawsze warto.
Boimy się miłości. Nie czujemy się pewnie, kiedy odbiera kontrolę, zaciąga nas w rejony jakich nie znamy, walczy z naszymi przekonaniami i obnaża słabe strony. Dlatego Miłość bywa tak wielkim cierpieniem. Jesteśmy wobec niej bezbronni. Jak dzieci przed tytanem serca i rzeczywistości. Ona wszystko zmienia w rytm, który nas rozpiera do większej wrażliwości. Kiedy odchodzi, czujemy się jak żółw bez skorupy porzucony na brzegu. Całkowicie odkryci, bez zabezpieczenia. I choć czujemy się tak słabi bez niej, jej brak to tylko wskazówka. Miłość bowiem przychodzi, by nam pokazać jak w naszym własnym wnętrzu stworzyć dla niej miejsce, by chciała w nim zamieszkać. Ten, kto takiego miejsca nie ma w swoim sercu i widzi miłość tylko w innych, na zewnątrz, jakby pozyskiwał obcą energię, zwykle ją traci. Miłość chce zostać w miejscu w jakim spokojnie czeka na nią stół i krzesło, jakiś las, albo weranda, okno i komin, pościel, albo śpiwór, dowolnie. Nie komfort jest ważny, ale dobra atmosfera na miłość. Pragnienia, oczekiwania, osądy jaka być powinna, albo co daje, ją odstrasza, gubi. Idzie tam, gdzie nie wiąże się z nią wymagań, potrzeb i niezaspokojonych tęsknot. Tam gdzie czuje się wolna, nie spełnia niczyich wyobrażeń, jest sobą i jest ważna, taka jaka jest. Bo miłość zawsze daje, tylko my czasem nie umiemy brać, wplątani w sieć iluzji czym miłość ma być, co nam się wydaje, czego nas nauczono, a nie to czym ona jest naprawdę.
Miłość mieści w sobie wszystkie uczucia. Smutek, żal, rozczarowanie, radość, ekstazę, pożądanie, spokój. Jest jak mistrz, który dobiera to, co najbardziej nas oczyści do zobaczenia prawdy o nas samych i tym co nas otacza. Miłość nie jest źródłem nienawiści, tylko jej brak, który doskwiera. Ci, którzy nienawidzą w miłości, albo nie kochali, albo są więźniami swojego cierpienia.
Co jakiś czas wypływa ze mnie, wybija, źródełko miłości w postaci smutku. Patrzę wtedy na świat jak na obraz, który mnie nie dotyczy. Następuje coś w rodzaju obcości. Wszystko się toczy wokół, a ja stoję i patrzę, pozwalam się wydostawać najgłębiej zakopanym ranom i płaczę. Rzadko w życiu płakałam autentycznie. Miałam tak zblokowane uczucia na półodczuwanie, że nie umiałam się otworzyć na głębsze rejony, gdzie nie da się zejść tak od razu. Teraz pozwalam sobie płakać i nie czuję z tego powodu wstydu. Nie czuję też żalu, że nie robiłam tego wcześniej, widocznie nie umiałam, nie byłam gotowa, nie byłam dość silna, żeby to znieść, by wydobyć i rozpuścić to, co najgłębsze. I po każdym takim nurkowaniu w siebie wynoszę na powierzchnię kamienie, które mnie gną do ziemi, które nie pozwalają wybierać tego, co dla mnie samej jest najlepsze, które przechylają łódź mojego życia skręcając tam, gdzie nie chcę.
Robię to sama, ale też wpadam czasem na kogoś, kto tak, jak dziś Ania, zamiast ze mną śpiewać, dała mi lekcję oczyszczania czakr i rozluźniania. Kiedy intonowałam dźwięki, czułam jak się łączę po kolei z każdą swoją cząstką, jaka chciała być w tym śpiewie wyrażona. Pokochana, nawet ta, będąca źródłem smutku. Ciekawa rzecz, bo chociaż całą drogę do domu przepłakałam, jadąc i niewiele o tym myśląc, że kieruję, a wokół tysiąc rozpalonych maszyn w upale, kiedy weszłam do domu, czułam spokój i ciepło swojego serca. Usiadłam na balkonie obok bzu, w moim maleńkim ogrodzie i się wyciszyłam. Smutek okazał się drogą do ukojenia, do kontaktu z moją wewnętrzną mocą. I teraz, choć go czuję, czuję też, że akceptując smutek, staję się silniejsza. On także przeminie, jak wszystko co we mnie i na zewnątrz. Jak każda emocja, zapala się i gaśnie, a ja idę dalej. Ważne, że idę czując, bo tak jest prawdziwiej i, wbrew pozorom jaśniej.

13.05.2018

O miłości karmicznej

Jest magiczna dla mnie godzina 22:22. Z jakichś powodów bardzo lubię tę chwilę każdej doby i cieszę się mogąc zauważyć jej nadejście. Dziś, kiedy pomyślałam, że chcę napisać o miłości karmicznej wybiła właśnie ta chwila, można więc powiedzieć, że mam pozwolenie od kosmosu na opisanie tego, co niekiedy się zdarza i jest prawdziwym wstrząsem w życiu.
Miłość karmiczna nie musi być prawdziwą miłością, trwałym uczuciem, prowadzącym do związku. Zdarza się tym, którzy mają to zdarzenie zapisane w karmie i służy do odszukania w sobie dróg do siebie, do załatania dziur w skomplikowanej sieci naszych losów i osobowości. Miłość ta przychodzi niespodziewanie, zwykle wtedy, kiedy zupełnie się jej nie spodziewamy, choć potem, kiedy przyglądamy się serii wypadków odkrywamy, że były pewne zapowiedzi jej pojawienia się i dziwimy się, że nie dostrzegliśmy ich w porę. Czym taka miłość różni się od innych? Że nie sposób się jej oprzeć. Można mieć poukładane życie, dom, pracę, szczęście wszelkie, rodzinne, zawodowe, ale kiedy przyjdzie, zmiecie wszystko niezależnie od tego, jak jesteśmy silni i jak mądrze w życiu postępujemy. Jest pewnikiem na osi naszego losu, jeśli jest nam pisana, nie ominiemy jej, nie unikniemy. Jedyne co można zrobić w przypadku takiej miłości, to nie zamykać oczu i mimo, że niesie ona w zawrotnym tempie uczucia, zdarzenia i zmienia, niepowstrzymanie wszystko wokół, trzeba patrzeć i badać. Bo miłość taka zwykle jest bolesna, a boli tam, gdzie coś nas uwiera, coś nie pozwala być wolnym, szczęśliwym, prawdziwym.
Pewna kobieta powiedziała mi, że pokochała tą miłością człowieka, który początkowo ją tylko irytował. Wywrócił jej świat na długie lata nieformalnego związku. Prawie wycieńczona dobrnęła do końca lecząc następnie całe ciało, otarła się o raka, anemię. Teraz jest jak skała silna i niezależna. Wspomina tę miłość, jak etap w życiu, jakiemu się poddała bez możliwości przeciwstawienia. Ktoś inny opowiedział mi, że mimo iż słyszał najgorsze rzeczy o człowieku, którego pokochał znienacka, i tak nie umiał w nie uwierzyć. Nie widział tego, co wszyscy z boku widzieli, że jest to straceńcze uczucie, bez możliwości powodzenia. Jest to miłość do pewnego stopnia niespełnialna i trzeba się liczyć z jej magią, siłą i rozpiętością. Kiedy przechodzi obnaża, wszystkie nasze niedoskonałości w miłości własnej. Jest jak pożar, który wypala stare rany, żeby na nowo powstał w nas potencjał do kochania, ale w zgodzie z sobą, jeśli tak nie kochaliśmy, albo kiedy uczucia miażdżyły naszą osobowość.
Jak się pojawia? Widzisz kogoś i całkowicie wpadasz. Czasem nie od razu, po tygodniu, miesiącu, czujesz, jakby cała przestrzeń zaginała się w kierunku tej osoby. Staje się ona atraktorem tak dosłownym, że pragnienie przebywania z nią staje się kwestią życia lub śmierci. Wewnątrz tego stanu czekają jednak nie cudowne spełnienia z romansów, ale ból i obdzieranie ze skóry naszych lęków. Dłubanie w traumach, ponurych wspomnieniach, które wcześniej wyparte, nagle spać nie dają i idziesz przez ten gąszcz cierniowych krzewów coraz bardziej świadomy tego, że nie czeka cię raj a przepaść w dolinie szaleńców.
Dla mnie taka miłość była dobrą lekcją spokoju, jaki nastąpił po niej i tego, że człowiek, który przyszedł, był na tyle próżny, że mimo pozornej dużej samoświadomości i wiedzy oraz mojego zaufania, okazał się tak samo niezdolny do właściwej oceny sytuacji. Wyszłam z tej matni z przekonaniem, że moje filary świata może i były podkopywane, ale nie były zgliwiałe. Wartości jakie w głębi siebie wyznaję zostały na mocnym fundamencie mojego istnienia. Wyszłam więc z lekcją, nie z porażką i zamknęłam ten etap z uczuciem oszołomienia, ale też radości jaką mam z każdego dnia, kiedy tej osoby w moim życiu nie ma. Bo osoby takie przychodzą do nas z miłością karmiczną nie po to, aby nas kochać, ale żeby nas wytrącić z pozornego ładu, stanu komfortu, jaki nam nie służy. Kiedy wyprosimy je, świat cały staje się w jednej chwili pełen możliwości i odkrywamy w sobie zapał do nowych zadań. Odczuwamy lekkość, jakiej przy nich nigdy byśmy nie osiągnęli. Ta miłość potrafi być krótka, trwać parę miesięcy, albo lata. Najtrudniejsza jest wtedy, gdy połączy dziećmi. Jest to zarazem wyzwanie i nadzieja dla takiej miłości, bo może ona się zmieniać, wyzwolić innego poziomu uczuć, jeśli znajdziecie w niej potencjał do rośnięcia w głębi siebie samych. Miłość karmiczna otwiera i zamyka rany, i im mniej się jej opieramy, tym szybciej przechodzi.
Nie zostawia pustki, ale żyzna pole do obsadzenia kwiatami, ziołami, do wyzwolenia zupełnie nowego potencjału. Nie da się bowiem wlać nic nowego do pełnego naczynia. Miłość karmiczna ulewa z nas to, co nam nie sprzyjało i pozwala na ponowne napełnienie czymś co w nas zakiełkuje. Sama odchodzi i z perspektywy czasu widzę, że warto ją wykorzystać na zbudowanie w sobie nowych elementów, odświeżenie piękna i szczęścia, jakie w każdym z nas drzemie i przełamanie barier, niepotrzebnych nikomu w wejściu jeszcze głębiej w siebie.
Ważne, aby się tą miłością nie obwiniać, bo nie zależy od nas, ale od nas zależy, jakie nadamy jej znaczenie w życiu, kiedy przemija. Ja w sobie odkryłam nieprzebrane morze śmiechu nad tym, jak naiwna byłam na początku tej miłości, i łagodną dumę z siebie kiedy odważnie jej odmówiłam, gdy przyszedł kres jej ważności. Im więcej czasu przelewa się między nią a moją obecną chwilą widzę więcej jasności w karmicznej roli tej miłości w moim życiu, a to daje mi energię i pobłażliwość, lekkość i cierpliwość, pełnię i elastyczność w kolejnych etapach, chwilach życia. Nikt kto nie przeżył takiej miłości, pewnie nie pojmie dosadności jej wpływu na wnętrze człowieka. Dość powiedzieć, że z moją szamańską siłą, mentalną mocą, jaka się we mnie obudziła, podniosłam poziom swojej świadomości i, z każdym dniem jestem coraz bardziej szczęśliwa tym tylko, że jestem zwyczajnie, po prostu … sobą.

9.04.2018

O miłości i przyjaźni

Czy jestem swoim prawdziwym przyjacielem?
Co robi przyjaciel, kiedy przychodzisz i mówisz o sobie? Zawsze wysłucha. Czy ja siebie zawsze słucham?
Przyjaciel patrzy z miłością i nie ocenia. Czy ja siebie oceniam?
Przyjaciel radzi nie pod wpływem emocji, ale z troską. Czy ja się troszczę o siebie, czy ponoszą mnie emocje?
Przyjaciel mnie przytuli, kiedy trzeba. Czy ja siebie tulę?
Przyjaciel czasem wstrząśnie z życzliwością. Czy ja to umiem?
Przyjaciel zawsze wybaczy. Czy ja sobie wybaczam?
Przyjaciel czasem milczy kiedy chcesz odpocząć. Czy ja czasem milczę?
Przyjaciel da ci czas na reakcję, nie pospiesza, robi ci przestrzeń na wybór. Czy ja się zatrzymuję przed wyborem?
Przyjaciel nie musi być nieomylny. Czy ja sobie pozwalam na omylność?
Przyjaciel się stara. Czy ja się staram?
Przyjaciel zawsze da ci drugą szansę. Czy ja ją sobie daję?
Przyjaciel kocha cię bezwarunkowo. Czy ja tak się kocham?
Przyjaciel nie grzebie w starych błędach. Czy ja je zostawiam?
Przyjaciel chce dla ciebie dobrze, dba o ciebie. Czy umiem to wykorzystać?
Przyjaciel mówi ci prawdę. Czy ja ją sobie mówię?

Mój wewnętrzny przyjaciel ma niezwykłą magiczną moc odmieniania mnie na lepsze. Kiedy się do niego zwracam jest jak najwspanialszy towarzysz życia. Dba o mnie niezależnie czy sama potrafię, warto się dokopać do jego mocy i poczuć, jak wiele strachów, cierpień znika, kiedy stoi się w tym świetle. Przyjaciel na zawsze z sedna istnienia, Jestem swoim przyjacielem i to mnie odmienia.

 

22.03.2018

Dualizm

Nasz mózg tak został pomyślany, żebyśmy zdołali wyłapywać wzory, które paradoksalnie sami tworzymy, będąc jednocześnie artystą i materiałem. Nie ma w tym żadnej sprzeczności jeśli się zastanowić. Dualizm jest pozorny, jeśli dopuszczamy, że jesteśmy wyłącznie ciałem, to tak pojmujemy rzeczywistość jako dualną. Ale jeśli założymy, że posiadamy ciało do istnienia, ciało jakie sami stwarzamy, badamy sobą tworzone przez nas otoczenie, dualizm znika. Jestem osobą, która kreuje rzeczywistość wewnątrz siebie. To jedność z założenia. Nie jestem osobą, ale procesem z możliwością kontroli tego co robię, poprzez czas i porównywanie zmysłami, które zresztą także tworzę, i sygnały, i bodźce. Stop. Wystarczy na dziś tej abstrakcji.

 

1.03.2018