Przed końcem

Kiedy nie zostanie już nic
gdy powietrze oderwie się zmęczone od ziemi
i świat stanie w pomarańczowej łunie
zrobię krok
tyle wystarczy
by sięgnąć księżyca
w przedśmiertnym tańcu ciał niebieskich

I tylko modlę się
by to nie była wiosna
żeby trawa nie rosła
i kwiaty, których byłoby mi żal
zostawiać
jak gasnących w ogniu wspomnień
deszczowego powietrza
i spojrzeń moich dzieci.

14.08.2018

O miłości i kwiatach

Kwiaty lubią dla mnie rosnąć. Nie zawsze tak było. Kiedyś schły mi nawet kaktusy, bo się za bardzo starałam, żeby żyły. Potem odpuściłam, stwierdziłam, że jak nie chcą, to nie muszą rosnąć … i wtedy odżyły. W pracy zadżungliłam dwa pokoje, jeden, który opuściłam i drugi, w którym pracuję. Co jakiś czas wywożę, albo rozsadzam, przycinam. Mam taras z mini ogródkiem i sadzę. Róże, dziurawiec, michałek, bez, dzikie wino, pnącza, maliny, zioła. Wkradam się do pokoju Córek i słyszę: „Mama, tylko nam tu nie stawiaj, nie będziemy podlewać.” Odpowiadam, że dobrze, że tylko na ich parapecie jeszcze jest miejsce i, że ja sama zadbam. Jak w domu nie mam miejsca, to w pracy jest korytarz do zagospodarowania i chętne dusze co lubią kwiaty i dżungla im nie przeszkadza. To w większości kobiety, ale w Kansas dzieliłam pokój na uniwersytecie z kolegą, który miał swój ogród wewnątrz i wspaniale było pracować z kimś, z taką pasją w oku do kwitnienia (patrz zdjęcie obok 🙂 – królestwo Brenta).

Dziś wracając z plaży zboczyłam ze ścieżki w koniczynę i uplotłam wianek. Całą drogę do domu przeszłam w wianku na głowie, rozpuszczonych włosach i długiej sukience. Idąc czułam się jak Gaja i myślałam nad swoją innością. Każdy z nas jest inny, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Nawet jednojajowe bliźnięta mają inne linie papilarne, osobowości. Ale inność jest dla nas trudna. Dla mnie była, bo mieszkałam w bardzo małej miejscowości, gdzie wszyscy starali się być tacy sami. Rodzice biedzili się z moją innością, bali się wytykania palcami, bo mój temperament i wyobraźnia były zbyt widoczne. Dlatego dziś idąc po tej miejscowości przystrojona w wianek uświadomiłam sobie jak trudno jest czasem przyznać się do swojej inności. Przeszłam ze spokojem obok sąsiadek, co w latach przeszłych nie dawały mi spokoju plotkami, a one z uśmiechem komplementowały kwiaty. „Jak Świtezianka” – ktoś rzucił. Tak, teraz, kiedy odegrałam rolę, matki, żony, można mnie trochę bardziej „stolerować”. A moja tolerancja? Dzięki temu, że zawsze czułam się inna, mam głęboką niewzruszoną tolerancję dla inności. Dla homoseksualizmu, dla ludzi samotnych i grających na nosie społecznym rolom, dla tych religijnych i tych niezrzeszonych, dla ojców w chustach i motocyklistów, dla kobiet pracujących i zatrudnionych w domu, dla starych narzekających i młodych lśniących od nihilizmu. Mam takiego sporadycznego rozmówcę w pracy, z którym się wymieniamy uwagami na temat tego co jest normalne. Kiedy już przebrnęliśmy przez opcje seksualne, debatujemy nad normalnością faceta bez nogi. Normalna wg tego pana jest dwunożność. A ja ją obalam. I tak sobie dyskutujemy, 30 sekund w windzie, 15 w drodze do kadr, albo na korytarzu idąc na lunch. Tylko z tego go znam i tylko o tym rozmawiamy. To dla niego ważne, a mnie się w głowie bardziej układa, co ja sądzę na temat normalności i czy wg tego pana ja sama jestem normalna. Nie chodzi o to, by przekonać go do mojej wizji, ale by zobaczyć co się samemu myśli. Taki test poglądów i przekonań. Dla mnie cała gama ludzi jaka mnie otacza, w tym niewidzący, niesłyszący, blondyni i bruneci, kolarze i biegacze górscy, entuzjaści samochodowi i pływacy, kajakarze, niezależnie od płci, antyklerykałowie i oazowicze, nie znoszący dzieci i mający ich na tony, wszyscy są normalni, choć inni. I każdy z nich ma swoją historię. Każdy w swoim tempie idzie przez życie, w swojej postaci i przekonałam się na sobie, że im szczerzej siebie każdy z nich wyraża, tym lepiej dla niego, niej i dla innych. Inność to nic innego jak nasza wewnętrzna manifestacja. Czasem jest silna, bo im sięgamy głębiej w siebie, tym stajemy się zewnętrznie bogatsi. Gdyby ludzie robili szczerze to co chcą, w granicach nie krzywdzenia innych, żyłoby nam się prościej. Nie bylibyśmy postaciami wykreowanymi przez obrazy ludzi o nas samych. Takimi fantomami. Im bardziej w nie się wikłamy tym mniej nas zostaje. Tym bardziej się odcinamy od tego co nas wyraża, wzbogaca jako ludzi. Czasem praca wymaga noszenia garnituru, ale nie marnujmy wolnego czasu na zmuszanie się do grania w golfa dla lepszego wizerunku w pewnych towarzystwach. Z wyobrażeń warto się wyrwać, bo tkwią w nas od dzieciństwa. Znam człowieka, który przypłacił takie spełnianie swoim życiem czyichś wyobrażeń depresją, inny jest samotny i zgorzkniały. Za życiem w roli stoi bowiem strach przed swoją innością. Nie każdy ma odwagę wziąć łopatę i pokopać w sobie. Ale ci co wiedzą co ich uszczęśliwia, a tego nie robią, tracą szansę na bycie autentycznym, unikatem w skali światowej. Każdy wyraża jakąś inność, zwaną przeze mnie talentem. Talent do bycia duszą towarzystwa, talent do wnikliwego słuchania, talent do rozśmieszania, talent do szycia, do uczenia, do grania na giełdzie i wdrażania nowych technologii, talent do pielęgnowania kwiatów albo ludzi w szpitalu. Jeśli ktoś wie o swoich talentach i z nich nie korzysta, to szkoda. Traci dużo szczęścia.

Idąc dziś nasłoneczniona i pełna migotliwej radości myślałam, jaka czuję się wolna od tego jak moją inność odbierają ludzie, którzy w czasach dzieciństwa i młodości byli mi tak nieprzychylni. Zupełnie mnie to nie obchodzi. Dlatego usiadłam na maleńkim balkonie domu moich rodziców i napisałam o tym co czuję, w wianku na głowie. Zawsze będę trochę dziwna, szalona w ten bezpieczny sposób, ale wam powiem, że wyrażanie siebie, to podstawa zdrowia społecznego i koloru, jakiego brakuje kiedy się zamykamy w klatkach szarego systemu codziennych zjadaczy chlebów.

Ps. Na koniec dnia, w porze zachodu słońca, poszłam na mostek niedaleko domu, gdzie pierwszy raz umówiłam się z chłopakiem i rzuciłam mój wianek do wody. I wianek tam został. Susza odebrała ruch potoczkowi. Wokół zielono i cicho, tylko pył na drodze. Niepoprawny romantyzm mam w sobie.

Przekora rzekła

Chyba pójdę
do buddyjskiego piekła
tyle komarów zasiekłam
i mięso jadłam
byłam nieumiarkowana
w miłości
radości
smutku
i romantyzmie …

Może mnie skażą
na nowe życie
w innej
strunie wszechświata?

I tam nareszcie
na przekór wszystkiemu
będę latać!

16.08.2018

O miłości i sercu

 

Jestem sercem mojego wszechświata. Kiedy czuję lęk świat odpowiada strachem, kiedy czuję spokój – ciszą, kiedy się śmieję dźwięczą nawet kolory. Ostatnio zobaczyłam taki obraz mojej rodziny: jestem w centrum i wszystko przeze mnie przepływa, uczucia, emocje, energia, działania; mój mąż jest głową, analizuje, myśli, przetwarza, wdraża; moje córki – ręce, moje nogi – synowie. Luc Besson niewiele się mylił w swojej wizji. Jestem nie piątym, a szóstym elementem. Numerologiczna podwójna trójka po zsumowaniu. Scalam wszystkie żywioły. Jestem ziemią, ukorzeniam wszystkich. Mój mąż to zodiakalna woda, nawadnia, użyźnia. Moje córki duchowy ogień i powietrze. Jedna oczyszcza, druga nadaje lekkość mojemu istnieniu. Moi synowie to podwójny ogień przy moich stopach, jak dwa silniki odrzutowe. Dlatego moja rodzina jest tak żywa, dynamiczna. Lecimy razem w przyszłość. To ważne, żeby będąc sercem, nieść pozytywną energię we wszystkie strony. Udrażniać przepływ dobrej woli i odprowadzać zmartwienia w ziemię korzeniem, z dala od żywego ciała moich bliskich. Dlatego moje wewnętrzne serce musi być mocne i mądre, żeby kierować tym wszystkim. Serce pierwsze rozumie świat, przy całym szacunku dla mózgu. Ono rozpoznaje jaka jest waga zdarzeń, siła wiatru zmian, rozrost przekonań i barier. Dzięki niemu intuicja prowadzi nas w stronę światła, dobra, które serce czuje w sobie. Odróżniając to co złe od tego co dobre, przesyła emocje jak pochodnię do mózgu, który kieruje tym, co materialne, wykonalne, osadzone tu, w świecie.

Kiedy serce jest zmęczone, osłabione, słabnie każda część organizmu. Rywalizacja między sercem i mózgiem nie ma sensu, sens ma tylko współpraca. Mózg dba o ciepło, ochronę serca, a ono dostrzega, czuje, tłoczy, zasila ręce w chwytaniu, nogi w chodzeniu i mózg w myśleniu. Serce przez emocje włada całym organizmem. Jeśli mózg nie słucha serca,  zaniedba, serce obumiera, albo zamienia się w czerwonego karła i wypromieniowuje nienawiść, zamiast łagodnie wspierać organizm. Niekiedy mózg i serce nadają na innych falach. Informacja przepływa wtedy błędna, albo niepełna. Kiedy mózg złośliwie odcina dopływ tlenu do serca ograniczając mu zasoby życia, serce zanika. Kiedy serce blokuje dopływ krwi do mózgu, mózg zatruwa się toksynami i nie działa prawidłowo podejmując niewłaściwe decyzje. Zbyt małe serce, niedojrzałe, nie odżywi dojrzałego mózgu, zbyt dojrzałe serce nie nadąży pulsacją za zbyt młodym mózgiem. Nie ma to nic wspólnego z wiekiem, ale ze sposobem funkcjonowania, wizją, wibracją. Warto szukać wspólnych punktów styku dla obu tych najważniejszych organów tworząc rodzinę i warto słuchać co podpowiadają, kiedy kogoś spotykamy. Szczerość z samymi sobą pozwala wtedy uniknąć rozczarowania, pochopnych decyzji i zmartwień, albo stresujących kontaktów z ludźmi w togach. Warto nadawać swojemu sercu szczerą wizję swoich potrzeb, pragnień, oczekiwań, żeby wydobyte na zewnątrz stały się inspiracją dla kogoś podobnego. Splatanie ludzkich losów, kiedy tylko spełnianie społecznych ról jest celem, to trucizna dla serc i mózgów. Z czasem narasta wypaleniem i skłonnością do szukania winnych w innych.

Patrząc na moje dzieci i męża widzę, jak odpowiedzialna jest rola serca. Musi ono dbać o siebie, żeby żyć w zgodzie ze sobą, z prawami natury, energią świata, czuwając nad wszystkimi. Musi też dobrze wiedzieć kiedy przestać tłoczyć energię i pozwolić na odpłynięcie autonomicznej istoty – dziecka – we własnym kierunku. Połączenie energetyczne umiejętnie wygaszone, to duża sztuka dla rodzinnego organizmu. Pozostaje więź, niteczka mentalnego połączenia, tkana wspomnieniami z okresu dzieciństwa, kiedy linia jego życia była zależna od nas. Lepiej jednak nie zaplątywać tej nitki kotwicą do jego nogi, nie pozwalając samodzielnie kształtować swojej rzeczywistości, wspierając raczej jego zaradność, a nie przywiązanie. Nota bene, przywiązanie zyskało tu jasne znaczenie leksykalne.
Moje serce żywię więc spokojem i harmonią, kiedy tylko mogę. Oddaję się temu co dla niego dobre i pozwalam rosnąć, żeby zdołało wykarmić z troską całą rodzinę tym, co w nim najcenniejsze, moją do wszystkich miłością.

Głos

Księżyc zmienia się co noc
mój kot chodzi po ulicy
ja piszę
wciąż cię słyszę
w moich myślach
wciąż słyszę twój głos

Śpiewasz mi w piosenkach
kolory zmieniają ton
coraz głośniej
ciszej
słyszę

Co mam odpowiedzieć?
Nie wiem
Słucham i niosę w sobie słowa
jak mrugnięcia gwiazd
w galaktyce ciszy

A czas mnie zmienia
do siebie
jakiej zawsze
pragnęłam.

14.08.2018

Przyzywam z nieba
jasne anioły
ślą mi przejrzyste spojrzenia.
Stoję ubrana w ziemskie ciało
w oparach zapomnienia.

Myśli
jak hałas autostrady
toczą przez głowę zwątpienia,
i tylko czasem
zwolniona z lęku
uwalniam się od istnienia.

I wtedy chwila
i wieczność to jedno
nie rozpoznaję twarzy
i jest mi całkiem
wszystko jedno
co jeszcze się wydarzy.

Dokąd zabiorą mnie ziemskie nogi
i czy opowiem to komuś,
bo poza ciałem
z przestrzeni utkana
jestem nareszcie
w domu.

14.06.2018

Śpij

Zaśnij Kochany
niech Twe serce śpi spokojnie
jutro o świcie
dnia rydwany
wtoczą po niebie
słońc pochodnię,
by tchnąć w nas życie.

Gorące piaski
sparzą stopy
czas się utrwali
w piramidach
i zapomnimy echa bogów,
którzy w miłości
mieli skrzydła.

Świat się potoczy
do otchłani,
gdy śmierć zabierze
resztki Ciebie.
W płaskich rysunkach
malowani
nie rozpoznamy więcej
siebie.

I kiedy wszystko się odmieni,
kiedy osłabnie cień na ziemi
Niebo otworzy swoją głębię
i powrócimy
połączeni.

14.08.2018

Cisza

Zakochałam się. W ciszy. Nie chodzi o całkowity brak dźwięku, tylko mój dostęp do siebie. Trenuję tę ciszę w sobie jak jogę. Codziennie. Siadam i otwieram ramiona, a ona wpada i siada przy mnie. Jesteśmy tak chwilę, a potem już jej nie widzę, nie słyszę. Wchodzę w moje ja i zamykam drzwi za sobą. A tam jest pełnia i spokój jakiego nie widać na zewnątrz. Dzięki tej miłości do ciszy, więcej słyszę, więcej rozumiem. Nadal nie dochodzą do mnie pewne dźwięki, ale może one są zastrzeżone dla innych? Kiedyś ktoś się zdziwił, że nie dosłyszałam nazwy substancji psychotropowej jaką stosuje się w celu odzyskania szczęścia i miłości w sobie. Widać nie potrzebowałam tego słyszeć. Nie potrzebowałam zażywać, żeby czuć szczęście i miłość, nawet jeśli nie do końca rozumiałam siebie i nie całkiem byłam szczęśliwa. Droga do miłości nie potrzebuje sztucznego napędu. Napęd nie zastąpi wglądu. Wgląd daje stałe zrozumienie, nie znikającą iluzję otwarcia na siebie. Tylko to co sam wypracujesz cię uwalnia, nic ci tego nie zastąpi, nikt ci tego nie wytworzy. Nawet miłość innego człowieka, co może ci towarzyszyć, ale jeśli jest zbyt uzależniająca, nie znajdziesz w niej swojego szczęścia. Będzie zawsze pochodną czyichś emocji w kompromisie z twoimi. W ciszy, w samotności jest siła i moc. Siła, bo ciało się regeneruje, a moc, bo dusza nas nawiedza i ruguje wszystko co trzeba wyrzucić z naszego serca. Kocham ciszę i moją duszę. Będę mocno trzymała się ziemi nawet kiedy moja rozmarzona dusza będzie chciała ulecieć ku gwiazdom. Ziemia jest teraz celem. Ziemia jest pamięcią i ograniczeniem, ale ziemia nas uczy tego co nadrzędne. W tej chwili.

31 maja 2018

Kora

Kora odeszła w noc czerwonego księżyca. W swoim domu na Roztoczu. Pierwszy raz widziałam Ją jako dziecko na koncercie Maanamu, a ostatni na Festiwalu Języka Polskiego w Szczebrzeszynie. Mówiła o swojej książce i życiu jakie wiedzie w swoim roztoczańskim zaciszu przed światem. Pamiętam, że spóźniłam się na rozmowę z Nią i jedyne co pamiętam to, że bardzo namawiała do śpiewania. Ze względu na oddech. Kiedy się śpiewa, ćwiczy się cały proces wdychania i wydychania powietrza. Przepona lepiej pracuje i dotlenia się cały organizm, w tym mózg. Chciałabym, żeby nauczyciele w szkołach pomyśleli o tym poważnie. Oddech jest najbardziej podstawowym aspektem naszego życia. Bez oddechu możemy żyć zaledwie parę minut, a nikt nie zwraca na niego uwagi oprócz wyczynowców i zapaleńców. I tych co medytują. Oddech jest ważny. Po poznaniu instrukcji technik Wima Hofa mniej się męczę pływając. Uważny oddech wymienia stare powietrze zalegające w dolnych partiach płuc na nowe, odświeża nas. Niedawno zwalczyłam ból brzucha oddychając głęboko przeponą.
Nie wiem czy Kora cierpiała, ale przy swojej chorobie walczyła też o refundację leku, występowała, żyła. Różne są nowotwory i związane z nimi komplikacje. Kiedy ktoś, kogo znałam, umierał na raka mózgu sądziliśmy, że to nie boli. Ale reakcje organizmu były trudne do zniesienia dla czuwających przy łóżku. Śmierć zawsze przeraża, nawet jak przygotuje otoczenie długą chorobą i smutkiem łykanym dzień za dniem, jak lekarstwem i trucizną zarazem, kiedy nadzieja znika za horyzontem. Każdą śmierć trzeba zrozumieć. Ja się staram spojrzeć oczami tego co odchodzi, bo kiedyś będę na jego miejscu. Warto spojrzeć tak i oswoić śmierć. Kora miała pełne życie. Nie chodzi tylko o karierę, ale odwagę do bycia sobą, niezależność, miłość, wiele strapień, traum, ale i szczęścia, spełnienia, pasje. Walczyła pewnie do końca o siebie, o godne odejście. Nie chodzi o hollywoodzki obrazek śmierci, ale o pozwolenie na nią w odpowiedni sposób. Bez uporczywej terapii, bez rurek, bez karmienia do żołądka dla polepszenia samopoczucia rodziny z bólem dla chorego. Bez odwlekania tego, co i tak przyjdzie, choć warto, żeby dało nam trochę czasu na jeszcze parę spraw do załatwienia. Ksiądz Kaczkowski mówił, że w momencie umierania ludzie nie żałują, że nie odwiedzili Majorki, albo nie wykupili spółki za bezcen, żeby z zyskiem sprzedać. Żałują, że nie przytulili dziecka zanim dorosło, nie pogodzili się z kuzynem zamiast się spierać, nie rzucili zawodu co ich moralnie upadlał wcześniej, przed chorobą. Nie uśmiechnęli się do ludzi na ulicy, dodam, nie przepuścili w kolejce, nie zapomnieli o urazach dnia codziennego i tych zamierzchłych, schowanych na specjalną okazję pastwienia się nad sobą i innymi. Ciężko jest odchodzić tym, co nie wierzą, że coś ich dalej czeka. Zachód tak jest pochłonięty konsumpcją materialną, że przerwanie tego procesu śmiercią może być faktycznie szokiem. Jak odstawienie narkotyku. Ale ja patrzę na to tak, że śmierć dojrzewa we mnie co dzień, rozpręża się i zamieszkuje coraz więcej przestrzeni. Daję jej tę przestrzeń. Ten kto ucieka przed śmiercią, starzeniem się, losem nie zyska nic, oprócz rozczarowania. Dlatego nie jest mi smutno, kiedy ludzie odchodzą. Wiem ile kosztują ich cierpienia, ale większość z nich to rachunek jaki wystawia strach i karma. Nie warto się bać. Przecież śmierć to jedyna sprawiedliwa, nieunikniona rzecz jaka nam się przydarzy niezależnie od tego co robimy. Dlatego warto żyć. Śmierć nadaje sens każdemu życiu, a choroba przypomina o znikomości kontroli nad nim. Ci, którzy odeszli wypełniają przestrzeń naszej pamięci. Więc pamiętajmy, mądrze, z dystansem, ucząc się na czyichś błędach, pamiętajmy, że nas też to czeka. Jak schody do nieba, albo przy akompaniamencie zawodzenia, albo energii wyzwalającej się duszy z ciała. Każdy ma swoją bajkę, wiarę, przekonania. Warto wybierać to co nas w obliczu odejścia wzmocni, trening odwagi, miłości i akceptacji przejścia do jutra, które jest trochę tak niewiadome, jak to co po śmierci. Ćwiczę uważnie odpuszczanie i życie zarazem. Dualizm w pełni. A Kora pozostanie, tak czy siak, przez swoje piosenki i jasny płomień osobowości.

Czas

Chwytam za rękę Czas
jak złodzieja chwil,
które chcę przeżyć
od nowa.

Kudłaty mały smyk,
który nie waży nic
i w czwartym wymiarze
się chowa.

Czasami traci rytm,
przyspiesza
albo drwi
wydłużając spojrzenia.

W oczekiwaniu śpi
w miłości kwitnie bzy
w starości skraca sny
bezpański od niechcenia.

Uczeszę Go choć wiem,
że wejdzie przez mą sień
w godzinie
wypełnienia.

30.07.2018