Wychowano mnie na dziecko grzeczne, układne, które chętnie odda zabawkę, niczego nie pragnie, nie ma potrzeb oprócz spełniania wymagań innych i żyje w poczuciu zakłopotania, po co właściwie jest na świecie. Moja matka całe swoje życie się poświęcała, tak jak cała jej żeńska linia. O tym poświęceniu wiecznie słyszałam. Wyrosło na cnotę większą niż miłość, bo dla wszystkich oczywiste było, że poświęcenie to droga do doskonałości. Tylko czyjej? Poświęcenie mojej matki okupione było poczuciem winy otoczenia, któremu wypominała niezaradność, ale nie umiała puścić sznurków swojego uzależnienia. Swoją drogą czcicielami poświęcenia są religie w skrzywionym obrazie: „Oddaj majątek, srebra i maybacha, a my ci załatwimy windę do nieba w pierwszej klasie.” To inny temat. Codzienne poświęcanie się więc wchłonęłam bardzo wcześnie. Dlatego, kiedy widziałam kogoś w potrzebne, po prostu nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pomóc, często własnym kosztem. I oczywiście czułam brak symetrii w dawaniu z siebie, ale sądziłam, że tak jest dobrze. Jestem silniejsza, bardziej świadoma, więc podołam i na plecach wciągnę tego czy innego, skoro sam nie może. Do czasu.
Pewnego dnia poczułam, że lata takich poświęceń bez perspektywy na uwolnienie to za dużo, że prędzej sama się wyczerpię niż dojdę i dociągnę wszystko wokół. I stanęłam. A ziemia kręciła się nadal beze mnie. Potykała się wpadała we wściekłość, że mnie nie ma, że nie biegnę w popłochu, ale nie miała wyboru. Żyła. Ja się przyglądałam, jak spadają kolejne przekonania, że gdzieś w konkretnym miejscu jestem niezbędna i odpuszczałam. Szczególnie miejsca, gdzie być nie lubiłam, gdzie chłonęłam dużo jadowitego niespełnienia innych, którym pomagałam. Samo zatrzymanie kołowrotka zdarzeń pozwoliło mi na dystans. Przestałam czuć się odpowiedzialna za sprawy poza moją kompetencją, zbilansowałam sobie zyski i straty z kontaktu z poszczególnymi osobami, i jak brzytwą odcięłam te, co mnie obciążały, a inne przedefiniowałam tak, by czuć się wszędzie sobą. Zawsze o to dbałam, ale teraz nie dawałam więcej niż potrzeba. Nie wkręcałam się w życia innych z matczyną troską, ale z chłodnym okiem przyjaciela i mocnym ramieniem w odwodzie.
Poświęcanie ma też inna, ciemną stronę. Kiedy taki poświęcacz dostanie coś od człowieka, czuje się na tyle wyjątkowo, że wyolbrzymia to co dostał. W końcu tyle dał, a rzadko ktoś się odwdzięcza. Byłam przesadnie wdzięczna za skrawki, jakie otrzymywałam, ale i nie umiałam zważyć, że jestem cenna, że kontakt ze mną, moja postawa daje ludziom wiele dobrego i nie ceniłam dostatecznie siebie. Teraz nie rozdaję się jak kiedyś. Jestem otwarta, ale nie na każdego. Ludzie pazerni, chciwi, których kiedyś postrzegałam jak biedne zagubione dusze, nie najedzą się przy mnie. Szlaban.
Poświęcenie jako program nadal przerabiam względem dzieci. To najtrudniejsze w moim życiu, oddzielić co jest miłością i je wzmocni w przyszłości, a co poświęceniem, które je obarczy zależnością. Już takie skrajne sytuacje zależności widziałam. Nie chcę ich zafundować dzieciom. Dużo muszę sama odkryć bez właściwych wzorców z domu. Poświęcenie poprzednich pokoleń mojej matki wyłączam w moim pokoleniu. Poświęcenie tysięcy „Matek Polek”, o których się mówi z fałszywą czcią. Zamykam. W zamian za to daję wsparcie i zrozumienie, jakie procentuje w przyszłości do samodzielnego życia, bez obciążeń noszenia czyichś problemów na karku, szczególnie moich. Moje dzieci będą miały dość swoich do rozwiązania. Jak ja miałam i mam nadal.
Oswobodzenie z poświęcania nie oznacza wcale egoizmu. Ktoś, kto miał tak przechyloną szalę na niezdrowe poświęcanie zyskuje balans i jest bardziej zdrowy, zdrowo też podchodzi do życia. Trochę jak w tangu, jak partnerka za dużo potrafi i zawsze ratuje partnera z jego niezdarności, to jak ten partner ma się nauczyć, jak dobrze prowadzić? Toteż ja pozwalam się ludziom uczyć samodzielnie przy mnie, ale i beze mnie. I to się naprawdę sprawdza.
Zrzucając ten balast, program na wyczerpanie moich baterii życiowych pojęłam, jak mocno umiem pomóc wskazując tylko, bez wchodzenia w czyjeś buty, przejmowania się jego sytuacją, bez niańczenia. Perspektywa jaką zyskałam jest może i chłodna w stosunku do poprzedniego zaangażowania, ale o wiele bardziej konstruktywna i tak mnie nie spala, jak ta pierwsza, jaką stosowałam instynktownie. Patrzę na ludzi jaśniej, pogodniej i tak jest chyba lepiej im pomagać, niż zmagać się za nich z rzeczami, jakie sami rozwiązać muszą prędzej czy później. W końcu też nauczyłam się prosić o pomoc, bo ktoś tak przeładowany poświęceniem nie chce skazywać na własny los innych i nie prosi. Więc już proszę, kiedy muszę, nie martwię się czy wypada. Każdy może odmówić. Ja też odmawiam, nie walcząc ze sobą. Zwyczajnie. Bo mój czas, moja energia są cenne, jak czas i energia każdego człowieka, którego życie splata się ze mną i ucieka. Warto tę energię zużywać na to co nam sprzyja, nam wszystkim w harmonijnym współistnieniu. Dawaniu i braniu, w wymianie, która prowadzi do naszych celów.
Autor: JA
Nawracająca fala we mnie
Tęsknię …
Czy można upleść wiersz
z czegoś czego nie ma?
Wiem, że nie będę tęsknić wiecznie,
ale teraz
tęsknota
odmienia mnie na chwilę
by mnie zawieść w zakamarki
mnie jakiej na co dzień
nie widzę.
Pobędę tam chwilę
i wrócę
do siebie.
1 maj 2018
Taka jest prawda
Zamilkło we mnie
serce,
z gorącego płomienia
został ogarek na parapecie,
popiół zwiał wiatr.
Czy to moja miłość się rozprzestrzenia
w świat?
To taki dziwny stan
kiedy cały czas
płonęło,
czuło,
odbierało wszystko wokół
i nadawało rytm mojemu życiu.
Zamilkło, a przestrzeń
nie daje odzewu.
Widzę tylko to co jest
naprawdę,
a prawdy nie da się zmieniać
na kształt iluzji.
Czy już nie wrócisz?
Nie rozpalisz we mnie pasji
istnienia?
Prawda jest głęboka tylko przez chwilę.
Reszta jest popiołem.
Chcę czuć
a nie czuję
nic
oprócz
przemijania.
1 maj 2018
Akceptacja
Pozwalam sobie na miłość
jakiej w moim życiu
nigdy nie było
pozwalam jej zasypiać ze mną
i budzę się przy niej rano
pozwalam jej rozpierać
granice mojego serca
akceptuję jej siłę
modulacje, wibrację
i to,
że z nią
czy bez niej
zarazem
czuję się silniejsza.
28 kwietnia 2018
Kiedyś
Pewnego dnia się dowiem
o co się modlić
a wtedy świat się rozstąpi
jak Morze Czerwone
o brzasku
a ja suchą nogą
przejdę
w świetle słonecznej pochodni
głębią przejrzystą
na drugi brzeg
ku wolności.
28 kwietnia 2018
O miłości i poczuciu szczęścia
Tak się jakoś składa, że tematy toczą się same. Piszę o doświadczeniach, które się manifestują w życiu moim i moich bliskich, przyjaciół, znajomych. Dziś drąży mnie myśl, że coś przegapiam. Skutecznie przegapiam w życiu i postanowiłam pisać, bo w pisaniu często dochodzę do tego co ważne, sama. Jakbym dała się prowadzić … komuś.
Szczęście, to kwestia wyboru. Wybierając marudzenie, niezadowolenie i wyrażanie słowami nieszczęścia to, co szczęśliwe przepędzamy z zasięgu naszego istnienia. Ono nie ma dostępu do nas kiedy się wplątujemy w dyskusje o negatywności, nieszczerości świata, katastrofach, niespełnieniach. Wypełniamy się do pełna tym, co mówimy, ono wpada do naszej żyznej podświadomości i zaczyna kiełkować, żeby stać się pełnoprawną rzeczą, sytuacją, manifestacją, jaka obrodzi. Mówiąc o chorobach, wypadkach, złych prognozach, wytwarzamy w sobie obraz, jaki trudno przełamać dobrocią, łagodnością, pięknem. Tak przywykliśmy do tego, że wspaniałe rzeczy są niecodzienne, że nie pozwalamy im się zjawiać. Mam kolegę, który na każde pozytywne stwierdzenie odpowiada ostrożnym, zwykle negatywnym komunikatem. Jakby obawiał się tych dobrych, nawet jeśli obiektywnie coś dobrego się zdarza, jak słońce wiosennego dnia. Myślę, że od czasów dzieciństwa, wpaja się nam, że smutek i powaga są uznawane za objaw dojrzałości. Bo ten co się śmieje, jak głupi do sera, pewnie jeszcze nie dostał po nosie od życia. I tak na spółkę się silimy, żeby sobie dodać powagi smutkiem, frustracją i postrzegamy to jako rozsądne. Lepiej się nie nastawiać na coś dobrego, żeby się nie sparzyć. Im dłużej na to patrzę, tym więcej mam podziwu dla dziecięcej naturalności w odczuwaniu szczęścia. Dorosłemu musi zajść 7 tysięcy okoliczności, żeby ocenił, że mu się zdarzyło, a dziecko cieszy się z tego tylko, że przyszło na świat, że ma lalkę, że chodzi i się przewraca nie częściej niż raz na godzinę i woda kapie z nieba, a w kałuży może mieszka ryba. Warto sprawdzić, jak mama nie zdąży zatrzymać.
Co nas tak obciąża niespełnieniem, że nie umiemy się cieszyć jak dzieci samym tylko istnieniem swoim i rzeczy jakie nas otaczają? Dlaczego tak usilnie staramy się ten świat naprowadzić na danie nam szczęścia, co kosztuje lata całe pracy, energię rozszczepienia atomu i nie ma, jak to w przyrodzie, pewności czy nam się uda? Co nas tak zamyka na istniejące cuda, które ludzie o otwartości umysłu dziecka widzą każdego dnia tysiącami? My sami. Dlatego mówię, że szczęście to kwestia wyboru. Wybieramy, że będziemy się cieszyć tylko pod pewnymi warunkami i grodzimy się nimi od szczęścia na mile morskie. A to będę się cieszyć jak ten projekt skończę, a to w piątek, bo weekend, a to po spotkaniu z trudnym klientem, szefem, a to kiedy wreszcie rurę mi naprawią, albo kupię ten zestaw do kawy, cudny, albo kiedy jest słońce, bo sorry bez słońca dzień jest nieciekawy, ludzie nudni, smutni, i wszystko ciągnie się jak flaki.
Ja nie mówię, żeby skakać do nieba z wymuszenia na sobie radości, ale żeby się przynajmniej oduczyć mówić o negatywności tego co nas z prasy, telewizji i innych info zalewa, po szyję. Jak się komuś dom spalił – to się spalił. Można mu pomóc? To pomóc, nie dyskutować, upajać sie każdym zwęglonym krzesłem. To jakaś paranoja, że nas to tak pochłania, upajanie się czyimś nieszczęściem. Na zasadzie, nie jest mi tak źle, mój dom jeszcze stoi. Jeśli ktoś do poprawy humoru potrzebuje się od takiej tragedii odbić, to gratuluję, w sarkastycznym tonie oczywiście. Takie rozmowy mają sens tylko wtedy, kiedy są konstruktywne, kiedy się mówi o faktach i dąży do rozwiązania. W innych przypadkach to tylko upajanie swojego ego, pozorowanie mądrości.
Jestem realistką, wiem jak trudno przełamać ten schemat negatywnego myślenia. „Oj, niech się tak nie cieszy, jeszcze go życie skoryguje”. O rany i co z tego, że skoryguje. Skoro skoryguje, to tym bardziej warto się teraz cieszyć, że jeszcze odpuszcza i nie włazi nam w życie. Niech czeka na swoją kolej. Teraz się cieszymy, jak ja z jazdy samochodem, że chrypnę od śpiewania i śmieję się z siebie, kiedy nie wyciągam dobrze tonów, że syn mi się zbiesił, a córka wyładniała i zaraz czas kupić wiatrówkę na chłopców.
I przyszła na mnie właśnie pora, że się cieszę nie do sera, a do kwiatów w pracy, bo zarosłam dżunglą i nie ma gdzie ich przestawić. A może też, że nie mam wrogów, nikt mi źle nie życzy. A jak życzy to nie ważne, bo mnie to nie rusza. Mam swoją karmę. I, że jestem tak niezwykle obojętna na wiele cywilizacyjnych chuci w stylu materialno-elitarnym, na widok których, innym tylko się dziura w sercu otwiera i wyją z pustki. Kiedyś przyszłam do światłej osoby, a ta mi powiedziała: „Pani jest taka promienna, ale to się może zaraz skończyć, więc proponuję pakiecik.” No, jak znalazł! Gdzież miałabym szukać mojej promienności, jak nie u innych. Pakiet, skutecznie podany, pewnie na czas określony, do następnej sesji.

Sami możemy być swoimi nauczycielami w szukaniu szczęścia. Tylko my wiemy co nas uszczęśliwia. Nikt nam nie musi tego mówić. Wystarczy się głębiej w siebie zanużyć, wejść do kałuży pod nieobecność rodziców i spytać: „Chcesz się bawić?” A odpowiedź przyjdzie sama. Ta zabawa, może być niecodzienna, jak moje tango, malowanie Iwonki, rowerowy wycisk Magdy, czy śpiewanie Lenki, pływanie kajakiem Leszka albo rejsy Tomka, jak zdjęcia nieba Ani, bębny Małgosi, i jak każda myśl pełna słońca, która wynurza nas nad powierzchnię codzienności, gdzie w końcu nie czujemy granic. Bo szczęście jest świadomym uczuciem sięgania nieskończoności, którą każdy inaczej opisuje. Dla ludzi religijnych jest przejawem boskości, dla innych harmonią w świecie pełnym chaosu. Warto więc w obu przypadkach dostrajać się do jej głosu, wibracji, pełnej miłości, jednej z wielu jakie nas otaczają i zwyczajnie oddalać to, co nam nie służy, co nas zniewala do podróży przez mętne odchłanie zwątpienia.
Melancholijnie, albo z buta, czas już powiedzieć smutkowi: „Do widzenia”, by dzień się udał. Mój się uda!
O miłości i wybaczaniu
Nie zrobimy w swoim życiu postępu, jeśli nie wybaczymy. Szczerze, prawdziwie, dogłębnie, pełni siły, wybaczymy tym, co nas skrzywdzili, zadali rany, lekceważyli, nie szanowali, słowem – nie kochali. Wybaczanie nie jest trudne, kiedy przychodzi na nie pora. Wtedy wystarczy puścić żal, smutek, poczucie bycia ofiarą i wszystkie pozorne korzyści z tego wynikające. Zainteresowanie ludzi, współczujące spojrzenia, poklepywanie po plecach, słowa otuchy i przytulenia. Pozwalając temu odejść pozwalamy odejść cierpieniom, a pustka po nich zapełnia się powoli akceptacją. Zrozumieniem, ze już nie trzeba kurczowo trzymać się stromego zbocza z gniewem, że nikt nas nie ratuje. Kiedy puścisz wszystko po kolei palec za palcem, poczujesz jak z tyłu, na twoich plecach za skrywaną maską ignorancji i obciążającego cierpienia wykluwa się wielka tajemnica. I kiedy odpadniesz całkiem od ściany płaczu, z szumem wzniosą cię do góry twoje własne skrzydła. Niekiedy wisimy ma tej ścianie zbyt długo, by uwierzyć, że wybaczanie pomoże nam przeżyć w innym stanie niż z napiętymi do bólu mięśniami i uwagą skierowana na ochronę przed upadkiem. Siła naszych ramion w końcu się wyczerpuje i, jeśli jeszcze tli się w nas wiara, że nie jesteśmy tylko marnym pyłem, ta resztka wewnętrznego płomienia może wypali nam skrzydła na plecach nim spadniemy na samo dno. Nie czas tu jest ważny, a postrzeganie świata. Miałam silne ramiona jak atleta. Kiedy spadałam byłam gotowa się rozbić, ale w głębi siebie wiedziałam bardziej niż kiedykolwiek, że wystarczy otworzyć oczy i zobaczyć, że stoję stabilnie w powietrzu, uczepiona wirtualnej ściany. Odwróciłam się w jednej chwili i czas mnie już nie dotyka wyrzutami sumienia, że tak długo czekałam z tym otwarciem. Bo czas to fikcja do odmierzania naszego nieskończonego istnienia. Wybaczyłam wszystkim i sobie samej na końcu. Sobie samej wybaczyć jest najtrudniej. Przeoczenia, zaniechania, udawanie, iluzje, że widziałam prawdę, ale się jej wyrzekłam. Na chwile wyrzekłam się siebie i nie podążałam za swoim sumieniem, sercem, rozsądkiem, w przebraniu, grałam role kogoś, kim nigdy nie byłam. Dla mirażu idealnego życia o jakim śniłam. Ten czas trwał chwile. Teraz nadeszła chwila z jaką się mierze, jak z wysoka góra, albo piramidą schodkową, stopień za stopniem, noga za nogą. I choć wiem, że wszystko jest iluzją, to ta iluzja wydaje się prawdziwa, kiedy większość ludzi dla niej robi rzeczy niewyobrażalne.
Dlatego wybaczyłam i sobie, żeby przejrzeć na oczy w nowym paradygmacie odpowiedzialności za wszystko co mi się zdarzyło, od początku do końca. I nienawiść, i groza, i piękno, i miłość. Wszystko co nam się przydarza jest bowiem wynikiem pośrednich i bezpośrednich wyborów całego naszego życia. Wzięcie za nie odpowiedzialności jest częścią ludzkiego samookreślenia, dojrzewania. Bez odpowiedzialności za całe swoje życie nie ma nas, jako autonomicznych jednostek w przestrzeni świata. Bezwolni, bez wpływu, z założenia stanowimy nieistotny element krajobrazu, jaki nic nie może, i jaki przestawiają inni zgodnie z własnym wyczuciem przestrzeni, porządkując nasze miejsce w życiu, a tego przecież nie chcemy. Chcemy być wolni, niezależni od innych, choć będziemy z nimi spleceni, tworząc coś dla siebie w poszanowaniu własnych granic i wyobrażeń o szczęściu. Kocham tańczyć i nie wyobrażam sobie żeby jakiś człowiek mi zabraniał chodzić na tango, a jeden mi perswadował, że tracę czas zamiast rozwijać się w „pożyteczny” sposób. Ale ja wiem sama co jest dla mnie dobre, co mnie wypełnia pozytywną myślą, nastrojem i radosnym poczuciem zmęczenia. Żeby się tak oprzeć cudzym opiniom w drodze do własnego szczęścia, trzeba przestać się obwiniać i wybaczyć sobie, ludziom i wziąć odpowiedzialność za absolutną całość. Z tego rodzi się potężna pewność, że nasze życie należy do nas w sposób ze wszech miar zasłużony i możemy w nim wykonać nie jeden udany albo nieudany pivot, albo boleo, potknąć się na nogach partnera podczas sacady. To wszystko mija, a kiedy kolejny raz idziemy na tango, w życie, co chwilę, możemy coś poprawić, poćwiczyć i bawić się tym nie obciążając, że nie wszystko nam wyszło jeszcze w życiu. Bo gdyby już nam wszystko wyszło, gdzie mielibyśmy ulokować poczucie satysfakcji, jaką czujemy, gdy pokonujemy przeszkody? Co by nas motywowało do istnienia?
Jak wybaczać? Nie ma reguł, po kolei, chronologicznie, alfabetycznie, osobami, miejscami, intensywnością ran od najmniejszych do największych, albo odwrotnie od traum do uraz, chaotycznie. To się samo robi, kiedy w końcu się zgadzamy na wybaczenie i odpuszczenie. Zwykle świat nas inspiruje do tego od czego zacząć. Wystarczy być uważnym i z samego rana, kiedy jesteśmy między snem a obudzeniem poczuć czy coś nas boli, drażni, przypomina się mimowolnie. I od tego zacząć. Można w środku dnia, jadąc autobusem sprawdzić to samo, to co nas obciąża, albo po prostu wtedy, gdy będziemy gotowi się przyznać, że coś mamy do wybaczenia innym i sobie, i pozwolić sobie na powrót emocji, jakie towarzyszyły nam w przeszłości. Złości, skrzywdzeniu, lękowi, żeby wróciły i wypłynęły z naszej podświadomości. I przepuścić je przez swoje ciało. Powiedzieć sobie: „widzę, czuję i wybaczam” i naprawdę to poczuć. Czasem warto to robić w bezpiecznym otoczeniu, bo jedna mała uraza potrafi być wierzchołkiem góry lodowej, nieuświadomionej w naszym wnętrzu. Można podczas medytacji, modlitwy, jak kto woli, na wycieczce rowerowej, plaży, w ogrodzie podczas kopania grządek, pozwalając sobie na regresję w czasie skupić myśli na dojmującym wydarzeniu, osobie. Kiedy emocja wraca, przez chwilę czujemy się gorzej, ale dynamika emocji jest znana, najpierw stromo się pnie do góry, potem spada. I odchodzi. Odchodzi na zawsze, a wraz z nią cały balast skojarzeń, myśli, wewnętrznych blokad, których czasem nie widzimy, tak są wtopione w naszą podświadomość. Wybaczanie zdejmuje z nas te siły, które przyszły nie zapraszane, które nas ograniczyły. Wiedząc o nich nie warto walczyć z nimi zajadle, przetrenowywać muskułów umysłowych tłumaczących naszej podświadomości, czemu ta konkretna rana nas nie boli. Takie chroniczne wyparcie samo w sobie jest ograniczeniem. Trzeba szczerze przyznać, że rana boli, ale dając jej miejsce na wyrażenie siebie w emocji, wyzwolić ją na zawsze. Robiąc to ciągle, obserwując emocje i swoje działania, stajemy się tak bardzo świadomi siebie, że trudno będzie nas w przyszłości zranić, omamić strachem, albo nienawiścią. Rozumiemy więcej i choć więcej odczuwamy, nie zatapiamy się w emocje, ale wypuszczamy je w przestrzeń pozwalając sobie na wolność w podejmowaniu decyzji i wybór tego co nas nie rani, a pozwala nam rosnąć. Im więcej odpuścimy wybaczając, tym więcej w nas zrozumienia i czystości w zgodzie z własnym JA. A wtedy przychodzi spokój i miłość, do świata i ludzi. Czujemy się częścią jasnej drogi, która nas nie łudzi spełnieniem w nieistotnych aspektach. A kiedy zrozumiemy siebie, bez zaciemnień, na końcu drogi wybaczania, czeka prawdziwa wolność. Sedno istnienia człowieka.
przemijanie
rozkruszyłeś się między moimi palcami
spokojnie zdmuchnęłam okruchy wspomnień
idę spać
niech iluzja mnie nie mami
jutro moje myśli
pobiegną wolne
9 kwietnia 2018
O miłości i bliskości
Do napisania tego tekstu zostałam wyzwana, a że ostatnio nie boję się wyzwań, więc postanowiłam sprostać i dziś się postaram ująć parę aspektów, jakie wypłynęły w trakcie naszego ostatniego spotkania z tangiem, kiedy Maria uczyła nas idei objęcia. Dokładnie idei i praktyki.
Objęcie w tangu jest bliskie, nie koniecznie w sensie fizycznym, jak je sobie wyobrażamy, ale mentalnym, bo między partnerami zachodzi wymiana energii. Stąd taki kłopot z tangiem w ogóle, że energię trzeba przekazać, ale też trzeba umieć przyjąć, więc otworzyć się na nią, a co za tym idzie, otworzyć się na bliskość.
Są różne rodzaje bliskości. Intelektualna, kiedy z kimś świetnie nam się rozmawia na wspólne tematy, czujemy wtedy ten przepływ energii w rozmowie i każdy wie o czym mowa. Bliskość mentalna, kiedy mamy podobne wartości i odczuwamy podobieństwo w innych, łatwiej nam się wtedy dopasować, zgrać werbalnie. Mam na myśli wiek, doświadczenie, sposób patrzenia na życie, czyli pokrewieństwo nie koniecznie rodzinne. Jest też bliskość fizyczna. O ile pozostałych możemy doświadczać mniej lub bardziej bezpiecznie w naszych kanonach społecznych, o tyle ta ostatnia kuleje, moim zdaniem, na potęgę, bo bliskości fizycznej przypisałiśmy łatkę.
Moim zdaniem to, jak odbieramy bliskość wszelkiego rodzaju świadczy o naszym kontakcie z sobą samym, nie innymi. Po prostu, nasz stosunek do bliskości określa, jak blisko jesteśmy z naszym wewnętrznym JA. Kiedy rozmawiamy, widzimy innych empatycznie, albo zamykamy się na nich. Obserwując siebie jesteśmy w stanie dostrzec, gdzie w naszym wnętrzu czycha zadra, której sobie nie uświadamiamy, a która nam uniemożliwia spotkanie z drugim człowiekiem. Wsłuchując się wnikliwie w innych słuchamy tak naprawdę siebie w innej postaci fizycznej. Może to pokrętne, ale spróbujmy się kiedyś poobserwować, jak reagujemy kiedy ktoś mówi do nas rzeczy bolesne, wstydliwe. Jaki to w nas wywołuje dysonans. Taka bliskość daje nam szanse na weryfikację tego, co myślimy, jak działamy, jakie są nasze emocje i co nami kieruje. Warto się bacznie sobie przyjrzeć podczas rozmowy i znaleźć te sprawy, jakie nas blokują w życiu do większej otwartości na bliskość z innymi, na życie. Można to poćwiczyć w bezpiecznym gronie, ale też rozszerzać na inne obszary, sprzedawczyni w sklepie, pana na ławeczce w parku, czy kierowcy autobusu, kiedy wpuści nas życzliwie mimo, że mógł odjechać bez nas, jeden mały uśmiech i dziękuję, dzień dobry, przepraszam, do szefa w pracy, dzieci. Otwartość, szczerość w rozmowie, nieocenianie siebie i partnera jest wyzwalające i powoduje dużo prawdziwego szczęścia. Taka bliskość może spowodować, że zauważymy jak niewiele różnimy się od siebie w gruncie rzeczy, a to już jest kolejny poziom bliskości, pokrewieństwo. Kiedy rozmawiam z ludźmi, a dziś rozmawiałam z głodnym marynarzem pół-Portugalczykiem w tramwaju na Ochcocie, który pił od czwartku po rocznym zasłużonym pobycie w więzieniu, i któremu wręczyłam moją bułkę do pracy, żeby dojechał do córki do Wrocławia i odmówiłam kasy na papierosy i alkohol, żeby był zdrowy i wrócił do malowania, to widzę, jak jesteśmy sobie bliscy, kiedy nie oceniamy człowieka, ale go widzimy. Tylko widzimy, jak nas samych. Krzysztof-Marynarz, pożegnał mnie szarmanckim pocałunkiem w rękę i krótkim komplementem po portugalsku, wcinając moją bułkę wrocławską nota bene. W Portugalii mieszka niedaleko Lizbony. Lizbona mnie prześladuje w łagodnie szczęśliwy sposób.
„Zobaczcie człowieka w człowieku” – ja dodam, zobaczcie w nim siebie. Również w tangu, w kontakcie z człowiekiem.
Wracając do blisko
ści fizycznej, ta jest źródłem niesamowitej energii życiowej, zrodzonej z dotyku. Kiedy się przytulamy w tangu, tworzymy komfort partnerowi, ale też dbamy o siebie, o swój balans, postawę. Jak w dobrej relacji, nie uwieszamy się na nikim, bo jak go zabraknie to leżymy i kwiczymy. Balans, ale bliskość i odczuwanie, pozwalanie na przepływ energii. Trzeba być świadomym swoich barier i swojej siły, żeby pozwolić na wejście w swoją przestrzeń innemu człowiekowi. Trzeba mu coś sobą zaoferować, w tańcu – taniec, w relacji wspólną drogę życiową, w jakichś jej aspektach, może to być przyjaźń, wspólne podróżowanie, kino, rozmowa, praca. Wspólne tworzenie, bo tango tworzymy w parze, umożliwia właśnie bliskość. Można uczyć się figur do zdarcia obcasów i palców, do bólu pleców, ale nie zatańczymy tanga i nie stworzymy relacji w oparciu o złe podstawy, bez kontaktu. Dlatego wracam do podstaw i ćwiczę objęcie, komfort dla partnera, ale i dla mnie. To nie jest łatwe. Nie uczą nas tego w życiu, musimy to sami wypracować, a najpierw zauważyć taką potrzebę, w sobie.
A przytulanie, codzienne, ma zbawcze działanie. Może działać terapeutycznie na osoby zamknięte, sfrustrowane. Warto przytulać tych, których kochamy, lubimy, bądź spotykamy po to, by ich wesprzeć. Ktoś mi ostatnio powiedział, że jak się bardzo kłócił ze swoją partnerką, to najlepszym balsamem było chwilowe przytulenie nawet w środku kłótni. Moje dzieci przytulam regularnie, nawet syna, który przed kolegami się do tego nie przyzna, bo takie mamy błędne przekonanie, że bliskość fizyczna jest nieobyczajna, albo dla mazgajów. Kobieta siedząca na kolanie „obcego” mężczyzny zyskuje przydomek. Tak to działa. Dzieci i nastolatki próbują to przełamać, ale szybko ich wtłaczamy w nasze kanony społeczne. Zostaliśmy zaprogramowani na życie w dystansie, który nas w gruncie rzeczy rani i ogranicza. Przytulanie, dotyk, uśmiech, czy wnikliwe słuchanie innych, zaraz się kojarzy z nie wiadomo czym. A to przecież tylko kontakt, bliski kontakt i nic więcej. Do takiego kontaktu mamy wszystkie zmysły i warto się nimi posługiwać w celu większego zrozumienia świata i poczucia szczęścia w życiu, większej uważności i otwartości na przeżywanie. Kiedy znikają bariery uwarunkowań społecznych, że coś wypada, a coś nie, każdy z nas łatwo jest w stanie określić, jakie granice ma jego bliskość i mentalna, i fizyczna. Bo wbrew pozorom największą barierą dla naszej bliskości nie jest poprawność społeczna, a niezaglądanie do własnego wnętrza. Kiedy zaglądamy, widzimy siebie i akceptujemy to, jacy jesteśmy, wtedy nie boimy się kontaktu z innymi, nie boimy się odbioru nas w całej krasie. Bliskość obnaża nas wewnętrznie, dlatego nierozpoznani, bądź nielubiący siebie się ukrywamy w dystansie. Kiedy jednak się otwieramy na swoje dusze, z akceptacją na to kim jesteśmy naprawdę, otwieramy się na innych. A to jest megaciekawe, jak ciekawy jest wszechświat. Ja zawsze byłam ciekawa innych ludzi. Nie wszystkich chcę przytulać, ale lubię słuchać i mówić. Dlatego tak się jakoś dzieje, że mnie różni ludzie spotykają w celu wysłuchania, jak ten Marynarz. Długo by opowiadać. Słucham innych ludzi, mówię, stwarzam przestrzeń do otwarcia. Z tangiem jeszcze się biedzę, ale też załapię. To przyjdzie z czasem. Już czuję postęp i czuję, jak wiele barier pękło po ostatnich zajęciach, kiedy przytulaliśmy się w tangu, żeby nauczyć się prawidłowego objęcia. Jak zdejmujemy pancerze sztucznej poprawności i otwieramy się na siebie, na spontaniczne reakcje w bliskości, na ich akceptację. Taniec daje pole do wyrażania siebie w całości, pięknie i w harmonii z drugim ciałem, człowiekiem, z jego percepcją, finezją. Lepiej to wychodzi kiedy się rozumiemy poprzez otwarcie, na bliskość. Mamy jeszcze tyle do zrozumienia i wytańczenia w życiu. I to jest wspaniałe.
Na koniec nasunęła mi się taka myśl:
Dzielmy się tym, jacy jesteśmy, by inni rozumieli siebie lepiej, odbijając się w naszych wnętrzach.
I to tyle narazie, ale CDN.
Może nie ma
odpowiedzi
tam gdzie ich szukamy
brodząc po kostki
w mroźnej świadomości.
Widziałam
obraz
utkany
z miłości,
w którym wszystko
było Jednym.
3 kwietnia 2018
