Niedokończona piosenka

Nie potrzebuję
tego czego nie mam
czego mi nie dano

kiedy tańczę
drży ziemia
i księżyc zbliża się
do oceanu

Odpowiedz mi
co tańczą moje stopy
kiedy w pożądaniu
wybijam rytm …

31 marca 2018

List do Nieba

 

Przepraszam,
trochę się zmęczyłam
życiem.
Czy mogę przyspieszyć do mety …?

„Nie.
Od dzisiaj każdy Twój dzień jest święty. „

 

22 marca 2018

O miłości i macierzyństwie

Przenosiłam ten temat trochę, jak swoją trzecią ciążę, kiedy syna urodziłam w dwa tygodnie po terminie, w ostatniej chwili bezpiecznego okienka wyznaczonego przez lekarza. Ostatnie dni przed porodem spędziłam na konferencji, która odbywała się w Warszawie i z wielkim brzuchem wygłaszałam swoje wystąpienie, a potem stałam pod plakatem mojej pracy. Wszyscy pytali kiedy rodzę, a dopiero potem o moje symulacje. To był sierpień i upały. Piszę o tym, bo trochę tak właśnie od początku wyglądało moje macierzyństwo. Przeplatane seminariami, konferencjami, wyjazdami i pracą. Nie wzięłam nigdy urlopu macierzyńskiego, nie odpoczywałam, wakacje spędzałam z dziećmi. Można by narzekać na brak zainteresowania babć wzięciem dzieci na tydzień albo miesiąc, żeby mózg mi się odświeżył, ale rzeczywistość bywa skomplikowana. Koleżanka, która mnie przez ten cały czas obserwowała, powiedziała mi kiedyś, że byłam jak cyborg i, że się zastanawiała, kiedy mi się przegrzeją zwoje. No to się przegrzały i z zadaniowego robota wyskoczyłam do bycia sobą z uwzględnieniem wszystkich swoich słabości, jakie ignorowałam do tej pory. Również w macierzyństwie. Nauczyłam się odpoczywania i tego, że dzieci wbrew pozorom nie ma się w pojedynkę. To ważna, wiekopomna uwaga. Po całym okresie bycia niezniszczalną maszyną zostawiłam sobie nie żal za to co było, ale poczucie dumy i głębokiego spełnienia, że wbrew wszystkim trudom, przeciwnościom, niewiedzy, samodzielnie z mężem wychowałam czworo dzieci pracując bez wytchnienia, jak w natchnieniu, choć z ogromnym obciążeniem i dałam temu radę na wielu polach jednocześnie. I tak widocznie miało być, skoro było i nadal żyję, i pracuję, i jestem mamą, bo zawsze już będę.
Macierzyństwo na początku jest trochę jak sprawna obsługa samochodu. Niech się nikt nie obraża na to porównanie. Musisz małe ciałko tankować, myć regularnie, parkować w łóżeczku, myć szybki z przodu, słuchać co w silniczku, nie przegrzać i zwiedzać świat wspólnie, patrząc z zupełnie innej perspektywy, z perspektywy brzucha, piersi, podłogi, poznajesz nowe zapachy, dźwięki, tempo, cykliczność spania, bądź jego brak i walczysz z usterkami w mechanizmie, jak kolki. Oczywiście kochasz ten nowy superszybki samochodzik, który pewnego dnia na słowa cioci Asi: „Chodź”, zaczyna chodzić. Tak. Moje dzieci były bardzo spontaniczne jako brzdące, śmiały się całymi dniami, od chwili kiedy otwierały oczy. Czasem spały z nami, czasem same. Nie mieliśmy żadnych narzuconych ram wychowania, żadnego systemu oprócz miłości, intuicji własnej i dążenia do tego, żeby się nam świat nie zawalał na głowę. Nie miałam żadnych problemów z karmieniem i pielęgnowaniem niemowląt. Jakbym to wyssała z mlekiem matki. Przed pierwszym porodem przeczytałam dwie książki i odwiedziłam koleżankę ze studiów, która rok wcześniej rodziła, przez kilka lekcji uczyłam się opieki na szkole rodzenia od położnej. Myślę, że gdyby ktoś mi wtedy wmówił, że macierzyństwo to taka ogromna odpowiedzialność, pewnie bym się przytłoczyła i nie prowadziła moich dzieci z taką lekkością i wiarą, że jest i będzie dobrze. Myślę, że ludzie obecnie czują się bardzo przytłoczeni perfekcją, i to ich skutecznie paraliżuje przed byciem rodzicem. Dążenie, wszechobecne, do ideału także w rodzicielstwie powoduje również krytyczne sytuacje w następstwie, kiedy dziecko po urodzeniu poddane jest presji spełnienia marzeń rodziców, wyrażone ich perfekcyjnym wpływem na życie dzieci. Obserwowałam nieraz, szczególnie w szkołach, jak rodzice cisną dzieci z ocenami, zajęciami dodatkowymi, medalami, konkursami, żeby spełnić swój wizerunek, a nie po to, żeby dziecku coś więcej w życiu umożliwić. Smutny efekt. Dlatego warto dojrzewać do roli wspierającego i życzliwego mentora, nie dyktatora i marudy, sączącego jad niespełnienia swoich własnych marzeń. Macierzyństwo to sztuka rozdzielenia i powolnego procesu adaptacji dziecka do skoku w swoją własną przestrzeń, gdzie my jesteśmy tylko, i aż wspomnieniem. Z tym się trzeba pogodzić dość wcześnie. Ludzie realizujący swoje ambicje dziećmi, nigdy nie dojrzeli do swojej roli.
Z moich obserwacji wynika, że macierzyństwo ma ograniczony wpływ na dzieci. W pewnym wieku świat dziecka przenika przyjaźń z innymi dziećmi, wychowawcy zewnętrzni i los, na który nie ma wpływu nasze zaangażowanie w wychowanie. Nie można się więc obarczać ponad miarę odpowiedzialnością za to, jak ten świat na dziecko wpływa. Wbrew pozorom, dzieci jako przyszli dorośli też mają swoją karmę i będą ją realizować konsekwentnie w przyszłości. Należy to uszanować, nie starać się wpływać na nie zbyt ograniczająco. W moim przekonaniu, tak jak wszędzie, warto kierować się sercem i widząc, że nasze działanie daje dziecku szczęście, rozwój odwagi, samodzielność i satysfakcję z pokonywania barier, iść za tym. Nie chronić nadzwyczajnym kordonem naszych lęków, bo dziecko nie zaszczepione różnymi wydarzeniami w życiu w porę, przyjmie potem pakiet szczepień naraz, a jego układ odpornościowy na różne nieuniknione wady świata, może temu nie dać mu rady. Jak się maluch tapla w błocie, to go wyprzysznicować potem, jak spróbuje marihuany, bo całe życie był kontrolowany, może być problem. Dlatego trzeba pozwalać na małe odstępstwa od normy, jaką chcielibyśmy w dzieciach widzieć. Zaufać im, że dadzą radę z dołków wyleźć, a same sobie zaufają. Ograniczając je w ciekawości, wzmagamy ciekawość i negatywne poczucie, że nic nie wolno. Znam chłopaka, któremu zabrano dzieciństwo muzyką. Marzył, żeby pograć z chłopakami w nogę. Przez całą szkołę średnią pił po lekcjach, kiedy rodzice nie mogli go skontrolować. Muzykiem nie został. Został mu za to smutek. Do dorosłości, że nikt nie widział jego potrzeb.
Wbrew powszechnym opiniom wpływ matek na dzieci jest tak samo ważny jak wpływ ojców, i to na każdym etapie, i choć to nie dzień ojca minął, chcę napisać o tym, na co patrzę ostatnio z przyjemnością. Widzę jak ojcowie opiekują się dziećmi z radością, z zaangażowaniem, nie w stylu: „kupiłem ci zabawkę to się baw, nie marudź”. Ojcowie pokazują świat dziecku niezależnie od jego płci tak, jak połowa populacji go widzi. Nie można dziecku odmawiać tego wglądu, bo to je mentalnie krzywdzi. Matki ograniczające kontakty dzieci z ojcami, niezależne od żalów partnerskich uzasadnionych, bądź nie, jeśli nie mają zarzutów do rodzicielstwa ojców, np. bezpieczeństwa maluchów przy nich, powinny dążyć do zacieśniania kontaktów, bo to dzieci żywi pasją życia, nowymi horyzontami. Zakleszczenie kobiet na wyłącznej opiece przeżyłam osobiście i wiem, że to nie jest łatwe przełamać schematy i puścić kontrolę nad wydarzeniami, ale warto to zrobić, żeby dzieci wspierać i dawać więcej, nie alimenty, prezenty, samochód czy wymienienie dziecka w polisie na życie albo testamencie. Dziecko musi się uczyć życia od wielu osób. Ojca również, dziadków, kolegów, obcych ludzi. W ten sposób otwiera się dziecko na wiele możliwości, na wiedzę, na skuteczność w życiu. A ja z przyjemnością ostatnio patrzę na tatusiów czeszących dziewczynki na pływalni po wyjściu z basenu. Stoją razem pod suszarką, dziewczynka się krzywi, tata trochę stęka, ale sprawnie czesze i nawet robi kucyk. Można spytać: Co robi mama dziewczynki? Odpoczywa, pływa, robi coś dla siebie. I to jest, moim zdaniem, symbol i dobry wzorzec do naśladowania dla następnych pokoleń. Matka poza zajmowaniem się dziećmi musi dbać o swoje wnętrze, o swoją przestrzeń, żeby dobrze wpływać na dzieci, a ojciec powinien pomóc jej w tym względzie. I mimo, że nie nauczyło nas tego pokolenie naszych rodziców, to nasz obowiązek iść odważnie z rodzicielstwem w przyszłość. Nie w pozorne honory Matek Polek, ale harmonię i partnerstwo z dobrze określonymi granicami potrzeb.

Lodowa Frigg

Wolę pustkę chmur
wolę przestrzeń nieograniczoną
w sobie
i na zewnątrz
ona mi daje pewność
że gdzieś się udaję
że ma sens
moje poruszanie
moje dążenia
nawet jeśli nie dojdę
do tej skalistej krainy
z marzeń
o ziemi skutej lodem
gdzie przy ogniu czekasz
umówiony
nim nas Ragnarok zastanie.

Będę wiatrem co niesie głos twój nad szczytami
bielą śniegu
zapachem stajni
i myślą ostatnią przed zaśnięciem
skurczem serca
nieuświadomionym
oddechem w biegu przez las świerkowy
śmiechem
wspomnieniem
smakiem stali.

Nic mnie nie złapie w ramy codzienności
pomogę ci uciec z każdej zasadzki
módl się do mnie
a ja się zjawię
niewidzialna
nieważka
lecz silna
na granicy twojej świadomości.

Tylko mnie nie wzywaj
jeśli nie pragniesz bym została
bo wrócę jak burza lodowa
łamiąca na swej drodze kontynenty
w imieniu wszystkich
zdradzonych miłości
a światem twym zawładną
krwawe odmenty.

2 maja 2018

Kołysanka

Cii…
cisza
nie obawiaj się
to tylko spokój
przyszedł miękko
i oswaja
moje serce

Cii …
ciepło
zamiast żaru
i kołatania
w wiecznej za czymś
rozterce

Cii …
ciemność
która koi
światło w lewej
butonierce

Cii …
Cebie
więcej
mnie więcej
przestrzeń
powiewa wolnością
latania

Cii …
cień zamieniony
w rozkosz i energię.

23 maja 2018

O miłości do jedzenia

W książce, którą właśnie przeczytałam mowa jest o szczęściu. Wszyscy podobno do niego dążymy. Pięć zasad szczęścia jednak ujawnia, że nie zawsze wiemy, co nas uszczęśliwia i jak do tego dojść nie robiąc sobie krzywdy. Pierwsza zasada szczęścia: „Ciesz się szczęściem”. Wydaje się absurdalne. Przecież to szczęście, jak się nim nie cieszyć, ale czy naprawdę cieszymy się szczęściem nawet, gdy przychodzi do nas bez wysiłku? Przykładem jest jedzenie. Lubię jeść, lubię smaki. Często jem też w dobrej atmosferze, nawet w pracy, gdzie zbieramy się na wspólne jedzenie i żartujemy przy stole, coś sobie opowiadamy, jak w rodzinie, w gronie przyjaciół. Dlatego też w pracy wszystko nam smakuje, dzielimy się, karmimy, wymieniamy, podrzucamy na stół jedzenie i cieszymy się tym, że jemy i przebywamy ze sobą w cudownej atmosferze. Ale bywają chwile, że jemy w biegu, bezmyślnie pałaszując to co na talerzu, wybiegając w przyszłość, która nas przytłacza, bo nieuchronnie idzie, a my czujemy się na nią nie przygotowani. Żaden posiłek zjedzony w ten sposób nie zostawia w nas uczucia szczęścia, raczej nas przygnębia. Są też inne przygnębienia związane z jedzeniem. To tycie. Ludzie, którzy kochają jeść tak się obwiniają jedząc o przyszłą tuszę, że nie mają za grosz radości z tego ile i co jedzą. A smutek usiłują jaześć jeszcze większą porcją, deserem, dokładką. Organizm dawno już przestał walczyć z nawykiem nadmiernego jedzenia i tylko robi kolejne kieszonki tłuszczowe w oczekiwaniu, aż się człowiek opamięta. A gdyby tak zamiast się obwiniać o to ile i co jemy, zacząć się cieszyć każdym kęsem i spożywać go w cudownym uniesieniu, że takie dobre, bo to kochamy, i smak i zapach i kolory … mmm. Mniam! Kiedyś doznałam oświecenia w restauracji. Podano nam potrawę, wino a ja oniemiałam. Takie to było piękne wizualnie. Kiedy już się naoglądałam, zaczęłam dyskretnie wąchać wszystko po kolei. Wąchanie jest ogromnie ważne. Ja w ten właśnie sposób rozpoznaję co chcę jeść, a czego nie. Nawet jak mi się coś początkowo podoba, wcześniej sobie wymyślę, że tak, to bym zjadła, to potem, kiedy już to widzę, wącham. A mój nos mi podpowiada, jeść czy nie jeść. Ma też inną funkcję. Ja się potrafię nasycić zapachem potraw do jakiegoś stopnia. Więc wącham. Herbatę przed i po zaparzeniu, sok, jabłko, rybę, duszoną cukinię i parmezan. Wącham, bo to pachnie nie na daremno, dla mnie pachnie, i lubię niektóre zapachy bardziej niż inne, a to mi daje radość, gdy je czuję, jak zapach kawy. Kawa dla mnie lepiej pachnie niż smakuje! Kiedy już powącham i chcę jeść, taka analiza trwa parę sekund, dla wyrobionego nosa pewnie jeszcze szybciej, próbuję. Lubię być kiperem jedzenia. Wgryzam się, odłamuję kawałek i rozmiękczam smakując. Wczorajsza drożdżówka z rabarbarem była pyszna. Miała cienki film lukru, kwaskawy zapach owoców i chrupiącą kruszonkę na wierzchu. Zjadłam ją z prawdziwą przyjemnością i bez cienia wyrzutów sumienia. Nawet w kontekście cukru. Zjadłam ją całą, powoli, bez pośpiechu, ciesząc się każdym kęsem, w zasłużonym stanie spokojnej rozmowy. Nie leżała mi dzięki temu na wątrobie, nie powodowała wzdęć i nie odbijała się wieczorem czymś nieprzyjemnym. Zdradzę wam ciekawą prawdę, która jest w naszych czasach całkowicie niewidoczna, zasłonięta przez przemysł i reklamę. Jeść należy kiedy się jest głodnym i kiedy nasze ciała tego chcą. Po to mamy oczy, nos, usta i głowę. Jeść trzeba, różne rzeczy. Jak byłam mała jako niejadek, byłam piętnowana przez wszystkich, którzy chcieli mnie nakarmić z miłości. Nie jadłam śniadań, czasem obiadów, a wpadałam na jedzenie jak czułam głód. Bo jako dzieci mamy prawidłowo zaprogramowane organizmy i cała sztuka dosłuchać, co też nam ten organizm mówi i kiedy. Czasem głód nie jest głodem na kaczkę tylko na zainteresowanie, albo przystosowanie się do grillujących kolegów. Nie jest chętką na loda, ale zapomnieniem o kąśliwej uwadze. A nawet jak się spotykamy i jemy, jedzmy z radością, nie z żalem, że trzeba to będzie potem w pocie czoła spalić, bo się odłoży, a tu lato za pasem i desperacko rzucamy się od diety do diety, od systemu do systemu. Ja przez całe życie nie tyłam, bo nigdy nie przywiązywałam wagi do jedzenia, ale kiedy jadłam cieszyłam się i teraz, też jem kiedy popadnie, ale chrupię wszystko i jak mi zostaje na talerzu to się nie martwię. Odkładam na potem, jak nie zjem to wyrzucam. Lepszy kosz na resztki niż własny brzuch, a następnym razem robię mniej, albo przerabiam ziemniaki na kopytka, warzywa na sałatkę, kotlety dla kota, bez zobowiązań, nasze koty są wybredniejsze czasem niż my pod względem jedzenia. Bo lepiej wiedzą co mogą zdrowo zjeść i w razie czego zamiast śledzia drugiej jakości wrąbią ptaszka z podwórka, albo nic. My mamy o wiele więcej możliwości, żeby sobie sprawić dobre warunki i jeść. Wegetarianie, weganie czują wewnętrzną potrzebę specyficznego jedzenia i dobrze, że idą za intuicją ciała. Za mało wiem o dietach żeby się wypowiadać, ale o jednej, o której wiem, że działa, dowiedziała się moja znajoma przed operacją biodra. Miała schudnąć i na pytanie, jaką dietę stosować, lekarz jej odpowiedział: „Dietę MŻ”. „A co to za dieta?”- zapytała. „Mniej żreć”. I w tym się zawiera cała mądrość, mniej, bo nie potrzeba aż tyle, a żreć należy przestać, żeby się zacząć cieszyć jedzeniem i uszanować swoje ciało, ale też podniebienie. Dlatego nad jedzeniem warto się zatrzymać. Popatrzeć, powąchać, skomplementować kucharza. Wino wąchać, ach jaki bukiet potrafi trzymać dobre wino. I każdą porcję z widelca uważnie jeść, świadomie przetwarzać, na dobrą energię do wnętrza. Nie liczyć kalorii, nie wykluczać, nie tęsknić za walorami smakowymi, tylko dać je sobie z miłością i słuchać co nam ciało powie, a gwarantuję, że kiedy się w nie wsłuchamy, bez nastawienia, bez sugestii, że czegoś nie powinniśmy, ono powie co nam trzeba, a wtedy z radością mu to dajmy. W końcu nosi nas bez przerwy, czas je naoliwić, nie zalać. A w idealnych kształtach ciała przez ostatnie wieki takie zmiany zachodziły, że nie ma co gadać. Ważne, żeby z sercem, z miłością, z troską zajmować się swoim ciałem i karmić je wszystkim pozytywnym. Lecę na rukolę z pomidorami, oliwą i twarogiem do koleżanki na działkę, gdzie w centrum Warszawy, w enklawie zieleni, pogadamy sobie o tym co nam leży, wisząc na hamakach, albo leżąc na trawie. Smacznego!

Cisza

Kocham moją ciszę
ruch czasoprzestrzeni
co go obserwują
anioły na ziemi
nie słuchając zgiełku
tego co jest wokół
dotykają ciszy
by nas lepiej poczuć.

Byśmy choć na chwilę
złączeni jak iskrą
posiedli w swym wnętrzu
przeczucie boskości,
że miłość jest falą
przez ciszę wzmaganą
z modulacją serca
słaną do wieczności.

15 maja 2018

O miłości prawdziwej

Prawdziwej miłości nie da się opisać. Jest tak oczywista i mocna, a jednocześnie przejrzysta. Miłość wypromieniowuje z serca na otoczenie i zmienia je, tak jak nas zmienia, dogłębnie. Mam taką teorię, że ludzie tak kochają innych, jak kochają siebie. Jeśli bardzo łakną od kogoś miłości, nie mogą się obejść bez niej, wciąż im brak z zewnątrz potwierdzeń, albo marzą i czekają na prawdziwą miłość, tak naprawdę nie czują jej w sobie dostatecznie.
W miłości zawiera się pojęcie nieskończoności. Kiedy kochasz, każdy aspekt życia, intencje są podporządkowane miłości. Przenoszenie gór czy sięganie nieba nie wydaje się nierealne. Kiedy ktoś nas zachwyca, kochamy go całym sercem, wszystko jest najpiękniejsze, jasne, goją się stare rany, sprawy do wybaczenia i błędy, bo kochamy i to nas przepełnia. Nie ma w nas miejsca na smutki i żale, na zastałe bóle i złogi. Czyścimy miłością wszystko w sobie, i stół i kuchnię i podłogi. Aż pewnego dnia staje się jasno i przestronnie. Miłość się rozgaszcza i świeci w nas od tej pory tym, co w nas dobre. Dlatego warto mieć w sobie coś dobrego, żeby mogło świecić i zarażać dobrem inne aspekty naszej osobowości, jak wzbudzanie uczynności, uprzejmość, pogoda ducha i inne objawy wszelkiej pozytywnej energii.
Kochając ludzi, kochamy siebie bardziej i pozwalamy sobie na odpuszczenie tego, co było dla nas niewybaczalne, co nam szkodziło. Często zakopane i zapomniane. Wybaczamy, a wybaczając wracamy do siebie mocni, piękni, swobodni. Miłość prawdziwa roznosi się jak ogień w lesie. Miłość do ludzi, do idei, do pasji, do życia, do biedronek i paproci, do smętnych melodii i tańca, do patrzenia na niebo rozświetlone blaskiem księżyca.
Miłość prawdziwa nie odchodzi. Zostaje w nas na zawsze. Nie boli brakiem tego kto był jej współtowarzyszem. Zostawia po sobie najcudowniejsze wyobrażenia o głębi ludzkiego pojmowania i życia. Daje nadzieję, na to, co po tym życiu, co po nas pozostaje. W moim odczuciu, jesteśmy z miłości zbudowani, nie tylko dlatego, że kiedyś ktoś, być może przez chwilę, albo lata całe kogoś kochał abyśmy powstali. Miłość nas stworzyła, a życie jest jak specyficzne równanie na to kim się stajemy. Zawsze jednak, jak po nitce do kłębka, możemy wrócić do tego czym byliśmy na początku, zanim nas przepchnięto przez trudy życia. Warto wracać do tej czystej energii. Ona jest jak czuwający nad nami anioł. Nie ocenia nas, nie kształtuje, nie stawia wymagań do kochania nas takimi jakimi jesteśmy. Każdy inaczej ją nazywa. Miłość własna, pierwiastek życia, dusza, Bóg, źródło nieskończonej energii. Ja się nie koncentruję na nazwach. Mnie miłość wystarcza. Miłość prawdziwa, bo miłość jaką jakiej doświadczam, zawsze jest prawdziwa.
Kiedy kocham taką miłością, niczego od człowieka nie wymagam. Niech będzie sobą, niech idzie własną drogą do szczęścia. Cieszy mnie każdy krok i każdy śmiech w jego życiu, każda refleksja. Tak kocham ludzi mi bliskich. Nie oceniam ich, nie mówię, że są jakieś warunki, które muszą spełnić, żebym ich kochała. Cała ja. Zawsze to o sobie wiedziałam. Nie jest to miłość z ckliwej historii miłosnej prosto z Hollywood, ani ze skomplikowanego życia celebrytów. Bo miłość jest prosta, kiedy jest i zazwyczaj, jest łatwa do wykrycia w sercu.
Czym jest więc ból po rozstaniu, albo w trakcie związku? Nieporozumieniem z samym sobą. Kiedy kochasz nie możesz cierpieć przez kogoś. Nie oznacza to, że kiedy ktoś cię rani np. fizycznie musisz się na to narażać, ale z miłością możesz odejść, bo miłość wyzwala zrozumienie sytuacji. Czasem trzeba nam cierpienia do ujrzenia pewnych naszych autodestrukcyjnych reakcji. Cierpienie nie jest składnikiem miłości, cierpienie jest objawem jej braku w nas samych. Kochając wystarczająco siebie nie musimy się obawiać ani ran zadanych przez kogoś, ani bólu straty. Miłość własna nas chroni jak włókno węglowe, albo tytanowa zbroja, albo raczej powoduje, że dla ciosu stajemy się niedotykalni. To takie proste i zarazem takie trudne, aby skompletować siebie na tyle, by nas nikt nie ranił. Szczególnie w miłości kiedy się odkrywamy z najbardziej strzeżonymi rejonami serca i osobowości. Tylko miłość daję taką okazję na weryfikację tego co naprawdę w nas jest. Kochać znaczy ryzykować, bo kto wie, czy na miłość jesteśmy gotowi? Czy jesteśmy gotowi na tę konfrontację z samymi sobą? Miłość głęboka wydobywa z nas wszelkie skrajności. Odwagę i strach, śmiech i nostalgię, ekstazę i bezwład. Daje nam to możliwość przejścia, nauczenia się co dla nas samych jest uleczalne, co nas buduje, a co dociska do ziemi. Czym możemy powalać mury zwątpienia, a czym z finezją malować najwierniejsze piękno. Miłość jest przebiciem do tego co poza nami, do uniwersalnego dobra, światłości umysłu. Miłość nie rani, ranimy się sami, zaciskając palce na sznurku, który ma ją do nas przywiązać. Miłości nie da się zamknąć w klatce pragnień, korzyści, przyzwyczajeń. Ona musi latać wolna. Tylko wtedy daje szczęście i przyświeca naszemu życiu. Jeśli kochasz cierpiąc, pokochaj siebie bardziej. Znajdź te miejsca, które cierpienie warunkują i napraw, a pewnego dnia poczujesz skrzydła. Skrzydła miłości, które cię unoszą i pomyślisz, że to takie naturalne. Tak właśnie miało być, że to było oczywiste. I ze spokojem, w ciszy, bez wysiłku oddasz swoje życie, swój wiatr i kierunek mądrej sile prawdziwej miłości.

O miłości i karmie

Dzisiaj będzie bajka. Bajka cybernetyczna, albo jak kto woli, prawda kosmiczna o naszej rzeczywistości. Jesteśmy biomaszynami zalogowanymi w czasoprzestrzeni w jednym celu, poznania prawdy. Jaka jest ta prawdą? Każdy sam do niej dojdzie w swoim czasie. Ja do swojej dążę od niedawna, ale zawsze przeczuwałam, że jest za rogiem. Moja prawda na tę chwilę jest taka, że nie jest istotne co się zdarza, ani jak, ani z kim, a jedynie jakie to, co się zdąża pozostawia w nas emocje i doświadczenia uczuciowe. Czy nas wyzwala z cierpienia, pożądania, wstydu, czy nas uwzniośla do patrzenia z miłością na świat i ludzi? Czy budzi w nas gniew, czy zwątpienie, czy radość i spokój. Tylko to jest istotne, nic więcej. Żadne materialne sprawy, nie mają tu nic do rzeczy. Czy potentat naftowy w Teksasie traci bliską osobę, czy bezdomny w Bangladeszu, nieistotne. Ważne czy, i jak emocje zmienią ich wewnętrznie. Wszystkie emocje jakie mamy. Kontekst emocji jest zaplanowany, jak nasze życie. Jak i kiedy przeżyjemy zmiany jest również nieistotne. Życie mamy tak zaplanowane, by przeżyć najmocniej, najefektywniej to, co zamierzone. Sposób, miasto, mąż, zawód, dzieci, nieistotne. Więc nie ma o co walczyć, wystarczy się poddać i akceptować to, co przychodzi. I za to dziękować, bo nas zbliża do prawdy, do celu.

Uff, już widzę jak was zniechęciłam, że to czego tak silnie się trzymamy, ta materialna strona świata jest nieistotna? Ludzie, okoliczności? Skąd ten pozorny nihilizm? Gdzie wolna wola, gdzie człowiek panem świata itd. O wolnej woli powiem tyle, że pozwala nam wybrać, jakie emocje czujemy w związku z życiem, jeśli jesteśmy dostatecznie świadomi, a to nam wyznacza kurs do następnych zdarzeń. Jesteśmy panami swojego losu, wydarzeń tylko pozornie, bo tylko w kontekście emocji. Bez tego poczucia, bez walki o lepsze, nie krystalizowalibyśmy się w zrozumieniu rzeczywistości.

Skąd mi się to wszystko wzięło? Czasem myślę, że było zawsze w mojej głowie, a poza tym, taki opis świata pokrywa się z teorią fizyki kwantowej. Moja wizja świata jest bowiem nie liniowa, a dyskretna w pewnym szczególnym sensie. Wyobraźmy sobie, że każdy z nas ma swój własny wszechświat w jakim się porusza, jaki widzi. Wszechświaty oddziałują ze sobą przez naszą percepcję. Kiedy dostatecznie wiele wspólnych wizji się pokrywa, wizja się materializuje. Wszyscy wiemy jak wygląda niebo, ale głowę daję, że każdy z nas inaczej je widzi. A teraz wyobraźmy sobie, że w każdej chwili, kiedy coś robimy, dokonujemy wyboru w prawo albo w lewo. I tak przechodzimy do równoległych wszechświatów zgodnych z naszym wyborem, których jest ogromna ilość. Które wypełniają sobą wszystkie możliwe wybory jakie możemy uczynić. Za dużo tego? Matematyka to widzi poprzez nieskończoność. Co dalej? Ponieważ obiekty obserwowane zmieniają swą naturę ( eksperyment Younga), nasza świadomość zmienia obiekty o jakich myślimy, czyli to my jesteśmy kreatorami wydarzeń. Proste. Ktoś kto myśli uporczywie, że umrze młodo, ma to jak w banku. Ktoś, że spotka właściwą osobę, również. Myśl ludzka, percepcja wpływa bowiem na gęstość prawdopodobieństwa zaistnienia tego, o czym traktuje. Teoria równoległych światów jest znana od kilkudziesięciu lat i podobnie jak fizyka kwantowa ma problem z przebiciem do powszechnej wiedzy ludzkiej. Brzmi zbyt naukowo, albo fantastycznie. A to fakt, nie ma co się uprzedzać. Ludzka świadomość jest kreatorem wszelkiego istnienia. Również naszych ciał.

Skoro to takie proste, czy nie wystarczy myśleć o rzeczach dobrych, mądrych i radosnych? Wystarczy, ale ilu znacie ludzi, którzy tylko tak myślą? W nasze obrazy wciąż się wplatają przekazy mniej sprzyjające, takie wirusy, programy przesterowujące nas z prawdy na iluzję. Wszystkie uczucia są również wytworem naszej wyobraźni. Kiedy przekraczamy dołujące emocje w kierunku tego, co nas cieszy łamiemy kod programu i wyzwalamy się spod jego niszczącego wpływu. Bo programy są niszczące. Czasem trudno to zrobić kiedy program jest głęboko osadzony, niewidoczny, ale autodestrukcyjny. W przeprogramowaniu dążenia np. do niewłaściwych ludzi, którzy nas ranią, potrzebna jest głęboka znajomość siebie, swojej natury. Żeby zobaczyć trochę z góry i z boku swoje zachowania, uwarunkowania z dzieciństwa i wziąć za nie odpowiedzialność, nie kogoś obwiniać, ale wyciągnąć lekcję. Bo życie w tym świecie jest taką lekcją wieloprzedmiotową z dochodzenia do prawdy, swoją własną drogą.

Czym jest więc siła, która nas prowadzi, przez czasem bolesne, trudne ścieżki? To karma, która ciągnie nas tam, gdzie możemy najwięcej doświadczyć. Świat idealny, bez trosk, bez wrażeń, nie uczy tak, jak ten, który czasem doskwiera. Stara prawda o dochodzeniu do świętości, czyli prawdy, przez cierpienie jest faktem. Cierpienie nie jest wcale celem, jak nam czasem opatrznie wmawiają. Jest drogą do zrozumienia. A umyślne umartwianie to, moim zdaniem, zwykłe zagubienie.

I teraz najbardziej ryzykowny z moich poglądów. Karma determinuje jakie życie nam się zdarza. Gdzie się rodzimy i wszelkie okoliczności tego, jak żyjemy. Wszystko to ma nam pomóc w dotarciu do prawdy. Każde zatem doświadczenie jest bramą do nowego punktu w kolejnym wszechświecie. Idziemy jak mrówki po pajęczynie i tylko od nas zależy, jakie tym razem wybierzemy doświadczenie, czy w kierunku środka, czy na zewnątrz, czy do sedna istnienia czy iluzji, która jest zwykle łatwiejsza, nie mylić z dająca szczęście. Jeśli świadomość mamy dostatecznie głęboką i czystą, prawda o tym, że wszystko wokół sami tworzymy myślą, jest łatwa i zgodna ze współczesną fizyką. Materia jest początkowo tylko energią jaka się zmienia w obiekt wygenerowany w naszej świadomości, a to co generować jak stół, krzesło, królika i ogień, uczymy się w młodości, przez naśladownictwo. Podobnie jak to, czego się bać, co kochać, czego unikać.

Oczywiście taka jest moja koncepcja rzeczywistości i zupełnie się ona nie wyklucza z każdą inną koncepcją, jaka się wam nasunie, bo przy nieskończonej liczbie wszechświatów, każda teoria znajdzie swój dom. Mój oparłam na swoim rozumie i percepcji, a także na odkryciach osób ode mnie niezależnych. Nie przywiązuję się jednak zbyt mocno do koncepcji. One w moim świecie wciąż ewoluują. Wszechświat ludzki, czy nieskończona plątanina wszechświatów mnie ujmuje, za serce, bo tak świat widziałam w dzieciństwie i młodości, tylko zapomniałam, na korzyść innych koncepcji. Między innymi materializmu. Teraz się z niego wycofuję, albo raczej przemodelowuję.

Mając taki wgląd w strukturę rzeczywistości, ważne jest, aby świat traktować jak obiekt miłości i dbać o niego, w każdym aspekcie, bo dzięki temu życie ludzi staje się lepsze. A ludzie oddziałujący na siebie dobrą energią zdwajają, rozmnażają dobro dalej. Tak powstają fale zmian świadomości ogólnej. Jeśli ktoś z pełną wiarą zaczyna ten proces i wysyła dobro, ono się multiplikuje w sercach innych ludzi, które wibrują tą samą pozytywną energią. I ta energia wraca do nas jak fala odbita. Prosta prawda, że dobro rodzi dobro i wraca do nas. To samo jest ze złem jakie roznosimy. Często przez nasze pomieszanie nie widzimy, że robimy coś złego, ale jeśli po czasie dostrzeżemy konsekwencje naszych poczynań, nie wypierajmy się ich, weźmy na siebie i nauczmy się tego co daje to doświadczenie. Istotne są bowiem nie wyrzuty sumienia i kara, ale nauka i nie powtarzanie błędów. Wszechświat pamięta wszystkie nasze przejścia, wybory. Jeśli nie przejdziemy drogi poprawnie, wracamy na start i idziemy ponownie, przyciągani przez odpowiednie doświadczenia. Jako istoty inteligentne, musimy pojąć wszystko co najważniejsze. Buddda, Jezus, Kriszna, Jung mówili o tym samym. Warto się nad tym zastanowić, ale bez uprzedzeń. Dla każdego z nas prawda jest trochę inna, bo każdy z nas jest w swoim wszechświecie, ale trzeba ją poznać zanim nie rozstaniemy się ze zmysłami, jakie nas prowadzą przez to życiowe, ludzkie doświadczenie.

Zapachniało religią. Dla niektórych matematyka jest językiem Boga. Myślę, że jest raczej językiem naszych interpretacji Boga, którego próbujemy doświadczyć i zunifikować, żeby zrozumieć sens naszego życia. Dlatego też narodziła się numerologia. Interaktywna wymiana symboli ze wszechświatem. Wszechświat do nas mówi, do niektórych liczbami, do innych muzyką, obrazem. W każdym razie sztuką. Czasem nie umiemy tych znaków odczytać, bo nie zaglądamy w siebie. Dziś dostałam znak. Na stole w pracy, w pokoju socjalnym po długim weekendzie majowym zobaczyłam książkę. Wiem, że czekała na mnie. Nikt nie wie, kto ją tam położył i nikt oprócz mnie nie był nią zainteresowany. Tytuł „Dynamiczna kontrola umysłu metodą Silvy”. Wygląda jakby ktoś ją czytał, a nawet siedział na niej kilka razy. Postanowiłam wziąć i przeczytać. Zobaczymy dokąd mnie ten wybór doprowadzi. Jedno jest pewne. Kiedy się smucę i martwię, na zewnątrz pogoda robi się ponura. Kiedy śmieję się i jestem spokojna, świeci słońce, a niebo jest lazurowe jak w Lawrence w Kansas. Od kilku miesięcy sprawdza się to co do dnia i godziny. Co do chwili. Warto, żebyście sami to poobserwowali, dla siebie. Może u was jest inaczej. A może podobnie. W końcu to czytacie, więc w jakiejś mierze potrzebujecie tego w swoim życiu. Do czego? Zależy tylko od was.

Na koniec podsumowanie tego skrótu moich rozważań. Każdy z nas, w każdej chwili jest dokładnie tam, gdzie ma być i kim ma być. Jest doskonały, kompletny, tylko nasze programy zasłaniają tę prawdę i pchają nas w zwątpienie. Tak mi przyszło do głowy, że kocham bzy, ich zapach, kolor, kształt kwiatów, pęków fioletu, lawendy albo bieli. Te kwiaty są dla mnie idealne, perfekcyjne w swojej materializacji. Potrzebujemy piękna i je tworzymy, nie tylko rękami, umysłem, to znaczy, że sami, wewnętrznie też jesteśmy piękni.

O miłości do rozmawiania

Uwielbiam rozmawiać. Uwielbiam słuchać ludzi. Robię to pasjami. Ludzie mają tak wiele wspaniałych rzeczy do powiedzenia, tak wiele zaskakujących wskazówek dla mnie, kiedy ich spotykam i słucham uważnie. Słucham nie tylko uszami, słucham sercem. Moje serce doskonale rozpoznaje emocje, jakie kryją się za poszczególnymi przekazami słownymi. Na tej podstawie umiem czasem pomóc komuś wydostać się z plątaniny w jaką wpadł, nie rozwiązuję niczyich spraw, ale patrzę i jestem lustrem. Z własnych doświadczeń, z rozmów z ludźmi mogę śmiało powiedzieć, że wiele rozmów jakie prowadzimy, prowadzimy do samych siebie. Nasze mózgi inaczej pracują nad poszczególnymi koncepcjami, kiedy możemy zobaczyć ich odbicie w czyichś oczach, takie odbicie fali, która wraca do nas i coś nam odkrywa na nowo. Wtedy myśl wypowiedziana, przefiltrowana przez kogoś, kto słucha, staje się więcej wymiarowa, przez pryzmat czyichś doświadczeń, przez kontakt. Nie chodzi wcale o to, że ktoś nam potakuje, lub zaprzecza, że mówi co zrobić. Kiedy uważnie słucham człowieka on widzi w sobie samym kształt swoich słów, konotacje i umie sobie wytworzyć lepszy obraz tego co omawia, pełniejszy, a przez to mądrzejszy obraz sytuacji, człowieka, siebie. W tym sensie jestem lustrem. Zaś kiedy sama mówię, ktoś inny filtruje moje słowa przez siebie i odczuwa to, co wysyłam, co zmienia w nim wyobrażenie o jego sprawach, zmienia, a czasem ustawia, na nowo. Taka ewolucja w wyniku rozmawiania.
Dlatego kocham rozmawiać, ale też się staram słuchać tak, jak powinno się słuchać. Nie oceniam, nie chwytam za słowa, chyba, że są kluczem do zrozumienia pojęć i kamieniem milowym jakiejś większej wizji.
Kocham też pisać, bo pisanie jest jak rozmowa ze sobą, wyekstrachowana na papier – komputer.
Jest tylko jeden warunek dobrej, efektywnej rozmowy. Szczerość. Jeśli jestem z kimś i on kręci, rozmowa zgrzyta jak stare zawiasy, bo ja aż do bólu jestem uczciwa. To czego nie chcę powiedzieć zastrzegam, albo przemilczam, ale nie konfabuluję, nie kłamię i nazywam rzeczy takie, jakie są, nie koloryzuję, nie podpinam cekinów, nie wydymam jak balon, tylko kładę. Sprawę po sprawie, zdanie po zdaniu.
Czasem w rozmowie zachodzi impas, kiedy strony się nie dogadują w podstawowych sprawach, jak wspólny zespół pojęć. Dla jednych miłość to niezła zabawa na boku i dla pozoru nazywają to co robią ciut inaczej, bo czują, że druga strona używa pojęć prawidłowo. Kiedy się kocha to się postępuje uczciwie, nawet jeśli się traci. Bywa, że ktoś jest takim narcyzem, że stwarza sobie własne definicje i się ich trzyma, zmuszając innych do ich akceptacji, albo świadomie manipuluje rozmówcą, żeby się wybronić z niewygodnej sytuacji. To kiepsko dla tych innych. Zanim się zorientują co rozmówca miał na myśli, rozmowa może zabrnąć za daleko.
Słowa „służba”, „ojczyzna”, „pomoc”, wydają się uniwersalne, ale kiedy widzimy, jak wypływają w kontekście polityków czy ludzi fałszywych, włos się jeży na głowie. Co tu mówić o „honorze”, „miłości bliźniego” czy „sprawiedliwości”. Do wszystkiego dochodzi kontekst. Ktoś jest tchórzem, i wymyśla sobie, że miłości to seks, bo się boi emocjonalnego zaangażowania i pracy nad związkiem, a ktoś, że rodzina to wyłącznie mama i tata, bo jest uprzedzony i nie umie się otworzyć na koncepcję dwóch tatów z dziećmi. Warto więc rozmawiać ustalając najpierw zestaw pojęć i definicji konieczny do prowadzenia rozmowy, do relacji, do wymiany doświadczeń. Kiedy widzę jak ludzie się kłócą, to myślę sobie, że w większości mają problem z ustaleniem podstawowych pojęć, a nie z wrogością w ogóle. Kiedy komuś odpowiada wolny związek oparty wyłącznie na seksie, albo wyłącznie na wychowywaniu dzieci, nie ma powodu się kłócić. Sprawa uprzednio uzgodniona pojęciowo jest oczywista i czysta.
A co jeśli chodzi o emocje w dialogu? Dialog to wymiana dwu, bądź więcej osób. Zwielokrotniony tygiel interakcji. Kiedy już wiemy czym są dla nas pojęcia podstawowe, o jakich rozmawiamy, trzeba zadać sobie trud analizy tego, co druga strona mówi, nie w kontekście emocji, ale faktu i właściwej interpretacji.
Przytoczę przykład. Teściowa podczas obiadu u synowej:
– Ten schab to pewnie mój syn zrobił.
Kontekst pierwotny, emocjonalny: teściowa synowej nie lubi (to fakt), więc szydzi (ocena na podstawie doświadczeń, bo często tak robi względem innych), że tylko jej syn może dobrze coś ugotować. Żeby się nie dać wciągnąć emocjonalnie w narzucającą się interpretację, należy wejść oczko wyżej. Wszak teściowa stwierdziła, że schab jest dobry. Ponieważ synowa go zrobiła, powinna się poczuć doceniona. Jej mąż obiektywnie bardzo dobrze gotuje.
– Nie, schab ja piekłam – mówi.- Smakuje ci?
I sprawa załatwiona. Po chwilowym impasie rodzice synowej szczerze komplementują menu i pytają o przepis. Rozmowa się toczy dalej swobodnie, a teściowa już jedzenia nie komentuje.
Taki prosty manewr wytrąca mieczyk z ręki, a czasem niezłą truciznę, zwaną agresją pasywną. Technika uwalniania dla nas do praktycznych ćwiczeń. Czasem warto się też dopytać, o co człowiekowi chodzi, kiedy się takich jadów chwyta. Czasem to niestety tylko odruchowe podgryzanie innych. Na to jest jedna rada. Nie dać się wkręcać w emocje i kłótnie. Ludziom złośliwym to wytrąca oręż, a nas ochroni przed zatruciem. Złośliwości bowiem nie da się zreformować, chyba że złośliwiec tę potrzebę czuje i ćwiczy swoje własne odtrucie. Bo rozmowa ma cel wyłącznie konstruktywny. Wymianę informacji, wrażeń, nie walkę zaczepną z podchodami. Ja się dopytuję, albo trzymam z daleka od ludzi takiej orientacji. I wychodzi mi to na zdrowie.
Szczerze wszystkich pozdrawiam w ten kolejny prześliczny majowy dzień, przed lub po degustacji życząc dobrej komunikacji ze wszystkimi ludźmi jakich spotkacie na drodze życiowej.