Ty

Wyśniłam cię
to był krótki sen
i nim się obudziłam
nie zdążyłam
dopełnić obrazu

Teraz szukam
idąc
kogoś
podobnego
do niedokończonego
ciebie…

3 kwietnia 2018

Dni takie inne

Przychodzą dni
kiedy wszystko
wydaje się puste
i ulice
i słowa
i przeszłość
i przyszłość
nawet chwila obecna
jest cienka
jak papier lakmusowy
na zgięciu
między myślą
a wiecznością

Wtedy po prostu
trwam
interwałami bicia mojego serca
i liczę
jak odchodzą jedna za drugą
punkty na prostej czasu
w oczekiwaniu
momentu przegięcia

3 kwietnia 2018

O miłości i rozstaniach

Każda nasza relacja, z dziećmi, partnerem, w pracy, z rodzicami, przyjaciółmi kończy się rozstaniem. To fakt niezaprzeczalny. Albo ktoś odchodzi, albo my odchodzimy, dzieci dorastają, zmieniamy pracę, rozwodzimy się, wyjeżdżamy za granicę, ktoś umiera. Wszystkie te sytuacje są naturalne i wciąż się zdarzają, dlatego każda relacja powinna się opierać od początku na przekonaniu, że jeśli ktoś nam towarzyszy teraz, to z pewnością nastąpi rozstanie. Z pewnością, bezdyskusyjnie. Kiedy, to już zależy od okoliczności, ale wchodzenie w relacje na zasadzie nieskończoności to zwykłe samookłamywanie. Nie oznacza to paradoksalnie, że nie należy kochać albo się angażować. Wręcz przeciwnie.

Co daje takie podejście do związku, w który jesteśmy zaangażowani? Wolność i brak zaborczości. A to już warte jest przepracowania, kiedy widzimy ile energii pochłania zazdrość i potrzeba zatrzymania drugiego człowieka. Poczucie, że czeka nas rozstanie daje nam wolność przeżywania chwili, w jakiej właśnie jesteśmy, otwiera nas na zmiany i pomaga nie martwić się o przyszłość, która w finalnym sensie już jest ustalona. Tylko droga do niej może być różna, zależna od nas. Podejście z pozycji rozstania wyzwala również radość z cieszenia się chwilą, podnosi jakość tego co przeżywamy tu i teraz, bo przecież jeśli wiemy, że coś się skończy, bardziej się staramy wydobyć z każdej sekundy jak najwięcej szczęścia. Przez to stajemy się w pewnym sensie panami sytuacji, bo ona nie rządzi nami z pozycji straty. O takiej relacji można powiedzieć, że jest idealna do przeżywania pełni życia. Uwalniamy się w ten sposób od strachu, że możemy stracić coś, kogoś na wieki przez swoje postępowanie, a bardziej się koncentrujemy na dawaniu z siebie tego co najlepsze. Skoro czas nas ogranicza, kochamy też bardziej. Z takim nastawieniem do związku więcej dajesz, i więcej otrzymujesz od partnera, dzieci, szefa. I tak wyłania się pełnia.

Wszyscy odchodzą, nie ma nic stałego i niezmiennego na świecie. Przekujmy więc ten paradygmat w nasz oręż zamiast czuć cierpienie, że wszystko mija. Roztoczmy nad sobą jak parasol tę prawdę o zmianach i pozwólmy sobie na radość z tego, że każdego dnia czeka na nas coś nowego. W miłości, w rodzicielstwie, w przyjaźni. I przeżywajmy to, co nam się zdarzy całymi sobą, bo to odejdzie. Tak jak ludzie, których kochamy.

O miłości – faza druga

Po zakochaniu i koktajlu niespodziewanych przyjemności pojawia się nowy czynnik. Hasło – oksytocyna. Hormon o wielopoziomowym działaniu dobrze znany kobietom, które rodziły, bo w postaci syntetycznej jest podawany w czasie porodu. Wzmaga skurcze macicy, wywołuje laktację, wyzwala się w czasie orgazmu. Ma ciekawe działanie w fazie wyłaniania się miłości z zakochania. Oksytocyna po pierwsze zmniejsza nasze lęki i wzbudza zaufanie do partnera, po drugie zwiększa empatię, radość z przeżywania, po trzecie co ciekawe, w przypadku mężczyzn, na których oksytocynę testowano, zmniejsza zainteresowanie innymi osobami poza wybraną, więc są mniej podatni na zdradę w tej fazie związku. Społecznie oksytocyna pozwala na większą współpracę i twórcze działania w oparciu o potrzeby wszystkich członków społeczności. Dobry hormon, nazywany czasem hormonem miłości. Co jeszcze ciekawe, u mężczyzn wyzwala się w czasie seksu tylko z osobą, z jaką są związani emocjonalnie. Zgodnie z badaniami i naszą obserwacją, miłość pozwala przenosić góry, bez wysiłku, z radością, a oksytocyna zmniejsza również poziom odczuwania bólu.

Jak się ją wyzwala? Oczywiście poprzez seks, dotyk, ale również słuchanie i przebywanie w towarzystwie bliskiej nam osoby. Oprócz tego przez medytację i trening sportowy. Jest wiele sposobów. Generalnie oksytocyna pomaga w życiu, a ponieważ kochający i przebywający ze sobą ludzie źródeł tego hormonu mają pod dostatkiem, więc są szczęśliwsi, żyją pełnią życia, bez lęków i w harmonii. Z czasem organizm się nasyca. Nie znam takich badań, ale z obserwacji wiadomo, że po jakimś czasie wszystkie te czynności, jakie pozwalają na ugruntowanie związku dzięki oksytocynie, osłabiają swoje działanie. Jeśli w tej fazie nie zajdzie poważna integracja między osobami, związek się rozpada, albo jest powodem frustracji, bo oksytocyna na pewnym poziomie już nas nie zadowala. I tu właśnie wchodzi świadomość. Jeśli w miłości podlanej hormonem oksytocyny wyrosło coś, co ma szansę na przetrwanie, zostanie, jeśli nie to tylko się zwodzimy. Może jest tu też odpowiedź na pytanie dlaczego kobiety tkwią dłużej niż mężczyźni w nieudanych związkach. Rodząc dzieci, wciąż mają dostęp do oksytocyny podczas laktacji, gdy mężczyźni mają ograniczone źródła i szybciej się „odstawiają” od oksytocyny. Można powiedzieć, że praca nad związkiem to praca nad utrzymaniem poziomu oksytocyny.

Tyle jeśli chodzi o biochemię. Stosunki społeczne są jednak bardziej skomplikowane. Kobiety w związkach są bardziej niepewne. Nie chodzi tylko o dysproporcję fizyczną, ale o przyszłość. Kobiety więcej planują i wolą inwestować uczucia w mężczyzn, jacy nie stanowią zagrożenia dla tych planów, a je spełnią. O ile oksytocyna zapewnia zaufanie w pierwszej fazie miłości po zakochaniu, o tyle potem trzeba wypracować takie wspólne działanie, żeby miłość była niejako niezależna od chwilowych wahnięć. I na tym etapie zaczyna się kłopot z dogadaniem. Ludzie często dochodzą do tego etapu po ślubie i stąd te stwierdzenia o goryczy małżeństwa, o trudzie, znoju wspólnego życia. Właśnie sobie wyobraziłam przyszłość, jak z powieści Lema. Para przychodzi do lekarza i bada poziom hormonów wytwarzanych w kolejnych fazach, najpierw zakochania, potem miłości i przywiązania, i stwierdza na jakim etapie jest ich związek. Lekarz wyjmuje wydruk z komputera i mówi: „No tak, pani się hormony przesunęły w kierunku miłości, ale pan został na poziomie zakochania. Jak długo się państwo spotykają? Dwa lata? Według wzoru Monroa-Shoringera przekroczyliście moment na integrację pół roku temu. Ewidentnie związek nie przetrwa. Dziękuję, następny proszę.” Żart oczywiście i wątpię, żeby dało się tak sformalizować podejście do związków i kochania. Jesteśmy zbyt skomplikowani na medyczne procedury w tej materii. Nie jesteśmy po prostu tylko biocyborgami zaprogramowanymi na prokreację i przetrwanie gatunku, szczególnie w naszych czasach, kiedy przeludniamy ziemię i zaczynamy zwracać się częściej do swojego wnętrza.

Jeśli więc chodzi o hormony, nic nie poradzimy na takie funkcjonowanie naszych organizmów. Możemy co najwyżej śledzić to co czujemy wnikliwiej. Na tym etapie związku trudniej o rozstanie, również z powodu inwestycji jaką poczyniliśmy w partnera. Inwestycji emocjonalnej. Kiedy jednak zdamy sobie sprawę, że związek nam nie służy, warto rozważyć rozstanie mimo powszechnego społecznego niezadowolenia z rozwodów, rozpadu rodzin i etykiet z tym związanych serwowanych przez pewne środowiska. Najistotniejsza we wszystkim jest zdrowa więź jaką może stworzyć z drugim człowiekiem emocjonalnie zdrowy człowiek. Bo oksytocyna ma również pewne działanie, które może stać się pułapką dla par. Zwiększa hojność i wyzwala skrajne poświęcanie się. Poświęcenie zaś nielimitowane doprowadza do całkowitego wycieńczenia na wielu polach rodzinnym, zawodowym, społecznym. Dlatego też zadbanie o siebie w związku na każdym etapie jest kluczem do zdrowego rozwoju w miłości, bez poczucia winy, zazdrości, pretensji i oczekiwań, że ktoś o nas zadba. W miłości dbamy o siebie stwarzając sobie wzajemnie przestrzeń do rozwoju, do magii przeżywania życia z inną osobą, nie wpatrywania się w nią jak mnich w święty obraz. Życie w fazie miłości to ciągły proces, bo wciąż się zmieniamy i jeśli ktoś w nim zaśpi, oczywiście można mu pomóc, pociągnąć za sobą, ale nie można wciąż go taszczyć, albo z kolei stale liczyć na podwiezienie.

W tej fazie miłości warto określić, jakie się ma podstawowe wartości i cele, bo one muszą być zgodne. Tego się nie da obejść. Nie chodzi o to, czy słuchamy tej samej muzyki, albo lubimy krewetki, ale już to, czy jesteśmy wegetarianami a partner nie, może się liczyć. Łatwo się zorientować co jest ważne, mówić i słuchać. To w zupełności wystarczy. I nie zmieniać się pod dyktando czyichś wyobrażeń, ale też nie przywiązywać zbyt dużej wagi do błahostek. To co ważne i tak wypłynie na powierzchnię, a co nieistotne samo zniknie.

Każda kolejna szansa na miłość jest jak szansa na dopełnianie siebie i poznawanie jakim się jest naprawdę człowiekiem. Tylko w konfrontacji z tak silnym uczuciem możemy wydobyć na powierzchnię nasze prawdziwe ja i dać sobie szansę je przetransformować, oczyścić z niepotrzebnych elementów. Bo ja głęboko wierzę, że każdy z nas jest dobry, i miłość to pokazuje w największej mierze. Naszą hojność, otwartość, piękno i czyści w nas zwątpienie, stare rany, uwikłania z przeszłości. Korzystajmy z niej mądrze kiedy przychodzi, bo to prawdziwy dar dla nas samych. Dar dla naszej osobowości, ale też otoczenia w jakim przebywamy. Stajemy się pod jej wpływem o wiele lepsi jeśli jest prawdziwa i współgramy z jej brzmieniem. Warto na nią czekać, ale warto też zaglądać w głąb siebie, żeby być przygotowanym na drugiego człowieka.

Muzyka

Stoję na skalistym wybrzeżu
ciemność rozcinam
swoim ciałem
wiatr wolności
rozwiewa
moje włosy …

Jak pierwsza kobieta
pełna życia
i miłości
słucham fal oceanu
kiedy grają
pieśń
mojego serca …

31 marca 2018

O miłości i świętości

Zbliżają się święta i choć wymodliliśmy, że będą śnieżne, to chyba nie trafiliśmy w te właściwe. Ważne, żeby następnym razem modlić się o śnieg z zastrzeżeniem, że chodzi o Boże Narodzenie nie Wielkanoc, tak na marginesie. A skoro święta, to będzie o świętości. Świętych jest od groma, więcej niż bogów egipskich, greckich, rzymskich i pogańskich razem wziętych. Święci mają taką funkcję, że nam podpowiadają jak żyć. Mało się tym przejmowałam przez całe życie, bo jako osoba żyjąca poza religią nie czułam, że potrzebuję się wzorować na takich autorytetach. Moimi przewodnikami w życiu byli żyjący ludzie, a znałam ich, i znam nadal nie mało, i wielu z nich mogłabym nazwać świętymi w jakiejś dziedzinie. Asię za rodzinność i miłość do dzieci, Anetę za odwagę, Kasię za zaradność życiową, Magdę za światło siane jogą, Gosię za stworzenie metaprzestrzeni w Sopatowcu itd. Każdy człowiek nosi w sobie takie ziarenko świętości, jedni mniej a drudzy bardziej widoczne. Jednym ono kiełkuje i się rozprzestrzenia, innym wrasta w duszę i jest wtedy mniej zauważalne.

Chcę jednak dziś napisać o jednej świętej osobie, która jest moją przyjaciółką, o Beatce, którą czasem nazywam Świętą Beatką od Bezdomnych. Kiedy o Niej myślę, nie wiem od czego zacząć, jest tak wielowymiarowa i ta wielowymiarowość ma cechy silnego kontaktu ze swoją duszą. Beata bowiem wspiera kloszardów i ludzi opuszczonych przez społeczeństwo, żyjących w upodleniu i nędzy. Nie robi zbiórek, nie pikietuje, po prostu kiedy widzi, pomaga. A widzi więcej, bo więcej czuje. Jeździ do pracy koleją i przechodzi przez dworzec, na którym koczują takie zagubione dusze. Zna ich, identyfikuje i podrzuca, a to spodnie po mężu, kurtkę po tacie, jakieś rzeczy do wyrzucenia, już nie przydatne, ale dobre i do wzięcia. Czasem kupuje głodnemu bułkę z kiełbasą w podziemiach i daje, daje, daje. Kiedyś policja przegoniła jednego takiego człowieka, a że był zawiany alkoholem nie mógł zebrać swoich rzeczy z ziemi pod peronem, gdzie spał i przebywał. Beata zgarnęła wszystko w jedną rękę, kartony, siaty, reklamówki, jakie uzbierał, drugą go chwyciła i przeprowadziła w bezpieczne miejsce. Idąc z zawianym człowiekiem od ściany do ściany przejściem podziemnym, nie przejmowała się wcale, jak to wygląda w oczach innych, doprowadziła człowieka na miejsce i rozłożyła. Nakarmiła i pojechała do pracy. Beata patrzy sercem na świat i tam, gdzie większość z nas widzi brud, zapaść, Ona widzi człowieka, jego zagubienie i potrzebę pomocy. Robi to, bo nie może nie robić. Każdy kto Ją zna wie, że jest to tak zgodne z Jej naturą, tak prawdziwe, że aż trudno wyobrazić sobie, żeby była inna i zaprzestała wspierania tych, których opuścili wszyscy, nawet oni sami.

Można powiedzieć, że ma takie niepraktyczne hobby, nic bardziej mylnego. O Jej praktyczności może świadczyć, jak z sercem podchodzi do rodziny i życia w ogóle. Prosty przykład. Zamarzyła raz o domu. Kto z nas nie marzył. Ona marzyła tak intensywnie, że zaczęła go rysować najpierw w swojej wyobraźni, a potem na papierze milimetrowym. Pokój za pokojem, parter, poddasze, sypialnia, kuchnia, garderoba, tu światło wpada od wschodu, kiedy wstaję, tam od zachodu jak wracam z pracy, w sypialni okno, łóżko i bez szafy, tu pokój córki, schody, tu siadamy z przyjaciółmi, kuchnia oddzielna z salonem, nie lubię roznoszących się zapachów, gałki do mebli kuchennych już kupiłam, bo były piękne i w przecenie. Ziemię pod dom też wymarzyła. Jeździła z mężem samochodem po różnych miejscach i chodziła po ziemi, czuła co ta ziemia do niej mówi i patrzyła oczami wyobraźni, jak pnie się bluszcz, róże, bez, pasieka w tyle, płot z dzikim winem, altana w kwiatach, weranda, dom niski, drewniane okiennice, jak w Anglii. W końcu znalazła. U sołtysa była milion razy zanim sprzedał. Zaprzyjaźniła się z jego rodziną, obejrzała wszystkie zwierzęta w zagrodzie, przywiozła swoją rodzinę, była do bólu szczera, że chce kupić i żeby Jej nie obdzierał ze skóry, bo nie ma za dużo pieniędzy. Sprzedał za rozsądną cenę. Kupiła.

Pierwszy rok zbierała pieniądze. O osobistych trudnościach w tym czasie można by napisać epopeję. Szło ciężko, ale się nie załamywała, bo wprost żyła swoim marzeniem. Zamówiła ekipę na ładny uśmiech, jeszcze nie mogąc zapłacić i budowa ruszyła. Pięciu Ukraińców bardzo solidnych w swoim fachu przekonała do siebie na tyle, że zaufali Jej i bez gwarancji, jak sobie z zapłatą poradzi, wylali fundament. Kolejne etapy budowy to prawdziwy majstersztyk w Jej wykonaniu. Potrafiła znaleźć materiały najwyższej jakości za połowę ceny, bo objeździła wszystkie dostępne miejsca, chłamu nie brała i wszędzie mówiła o swoich potrzebach prosto z mostu i o tym, że nie ma zbyt wiele pieniędzy. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki okazywało się, że świetne okna trzywarstwowe można kupić za połowę ceny dwuwarstwowych nisko ocenianych u dostawcy co likwiduje sklep, bo się przenosi z synem do nowej placówki, a niektóre elementy, metalowe druty do konstrukcji, belki do stropu, wylewki była w stanie wynegocjować tak tanio, że inni budujący w tym samym czasie nie wierzyli ile zapłaciła. Tu wywrotka piachu, tam pustaki, drzwi wejściowe, znów wymarzone, piękne. Była zwyczajnie otwarta na odmowę, miła i wiedziała na co ją stać. Tak długo czekała na ten dom, że wyrobiła sobie cierpliwą postawę oczekiwania i równocześnie nie zakładała, że ktoś Ją oszuka, zwiedzie czy naciągnie. Ukraińska ekipa po wyższych studiach pracowała z wielkim poświęceniem, widząc jak Ona się wokół tej budowy uwija z mężem na spółkę. Zadbała i o nich. Zakwaterowała, czasem podkarmiła jakimś specjałem i dobrym słowem mówionym autentycznie, gdy obserwowała, jak rośnie w górę Jej marzenie, jak się materializuje. Już na poziomie projektu, architektka tylko odwzorowała Jej projekt bez żadnych praktycznie zmian, tak był przemyślany.

Dom Beatki czeka na dach. Kiedy tylko minie to przydługie przedwiośnie, zacznie się nowe krzątanie, ale nie mam wątpliwości, że ten dom powstanie i będzie niezwykłym miejscem wyrosłym z prawdziwej miłości i pasji. I już się cieszę na parapetówkę u Niej, na werandę, na bluszcz i serce, jakie tam zastanę, kiedy Ją w przyszłości odwiedzę. Kiedy z niczego, z marzeń i determinacji powstaje dom, to musi być magiczne miejsce. Dlatego dodaję nowy przydomek mojej osobistej świętej. Niech od tej pory będzie Święta Beatka od Bezdomnych i Spełnionych Marzeń.

Ps. Zdjęcia jakie tu zamieściłam zrobiła inna święta, Małgosia od Pięknych Rzeczy, której również życzę spełnienia tego właśnie marzenia.

O miłości do samotności

Kocham samotność. Przebywając w samotności czuję, jak wygładza się każda fałdka na skórze mojego świata, jak powoli dryfuje do portu każda myśl, każde słowo. Znikam w samotności,jak ryba w oceanie, jak materia w kosmosie, kiedy nie ma nikogo i jestem tak bardzo sobą. Lubię się delektować samotnością. Moja dusza mi wtedy śpiewa i bywa, że muszę ją nieco uciszać medytacją kiedy się przepełniam sobą. To ważne, aby dawać sobie samotność. Ona nas prostuje do naszego wnętrza, wyciera brud codzienności, zdejmuje maski poprawności i uwalnia od oceniania, prognozowania i uciekania przed sobą. Cisza w myślach jest błogosławieństwem. Kiedy na chwile przestajesz myśleć serce przejmuje rolę przewodnika i idziesz tam, gdzie ci naprawdę po drodze. Samotność w biegu, w tańcu, w leżeniu i patrzeniu w słońce. Samotność pozwala nam znikać z uwarunkowań, siatek mętnej rzeczywistości i przeniknąć prawdą to, po co i dla kogo jesteśmy, właśnie tutaj. Samotność pozwala nam siebie zaakceptować w całości i pokochać, daje nam odwagę w życiu do działania, kiedy w końcu powoli, sunąc z powrotem wracamy do rzeczywistości, do czasu, do układania chwil jedna po drugiej. To bywa mozolne, trudne. Dlatego dawajmy sobie z tego odrobinę wytchnienia. Samotność na chwilę, cyklicznie dozowana, odmienia … życie.

Samotność jest jak czuła kochanka
robi przestrzeń na rozwinięcie
tłumionych pragnień
pozwala oddać się i daje
siebie
zapominasz
widząc jej oczy
co myślałeś nim przyszła
tak dokładnie odbija ciebie
że nie masz wątpliwości
kim jesteś
i coraz bardziej
z chwili na chwilę
jej pragniesz

O miłości w pierwszej fazie

Z doświadczenia wiem, że każda miłość przybliża nas coraz bardziej do siebie. Jeśli tak nie jest, jeśli miłość nas oddala i koncentrujemy się tylko na tym kimś w naszych myślach, to przykro mi bardzo, ale to nie miłość, to uzależnienie. Z fizyko-chemicznej strony to zatrucie nadmiarem dopaminy, serotoniny, norepinefryny, a potem fenyloetyloaminy i innych tym podobnych, które fundując nam uniesienie, nie dają czasu i przestrzeni na myślenie, na dystans do siebie i emocji. A to emocje są wtedy ważne, bo z emocji, rodzi się uczucie, z uczucia relacja i związek, ze związku wyłania się miłość, a z miłości prawdziwe partnerstwo, i w moim odczuciu to chyba koniec. Na tyle nas stać. Niektórzy zatrzymują się po drodze i myślą na etapie zakochania, że to miłość, a inni na etapie miłości, że to partnerstwo i dalej nie idą. A szkoda, bo jak ktoś doszedł do miłości to ma już tylko krok do czegoś naprawdę wyjątkowego. Gorzej jak ktoś sobie wmówił, że jakiegoś etapu mu nie potrzeba, to tak, jakby chciał z dzieciństwa wskoczyć wprost do rodzicielstwa.

Dlatego warto obserwować emocje i nie chodzi o to, by cały czas je tłumić czy wypierać, ale kiedy emocje przychodzą zostawić sobie bufor na refleksje do czego nas prowadzą, co zmieniły na lepsze w nas samych. Czy na przykład emocja przyjemności, jaką odczuwamy przy tym kimś daje nam radość, czy przygnębienie kiedy jesteśmy sami? Czy kiedy ta osoba mówi coś dla nas trudnego, jest wyrozumiała i towarzyszy nam emocja ulgi, uporządkowania, czy lęku i oceniania? I w końcu najważniejsze, czy kiedy patrzymy na siebie, czy stajemy się pod wpływem tych wszystkich emocji lepsi dla siebie, czy robimy sobie krzywdę, bo np. staramy się być kimś innym dla tego kogoś, zamiast cieszyć się z bycia sobą?

To ważne na początku znajomości, kiedy poczujemy, że coś nam się dzieje w emocjach, poobserwować je trochę i pozwolić sobie na refleksję. Jeśli wyczujemy, szczerze, że coś nas w tej materii drażni, piecze i nie daje spokoju, poza tym całym entuzjazmem i ciekawością, jaka wypływa z poznania bliżej drugiej osoby, czas na stop i weryfikację całości. Na początku najłatwiej się zatrzymać, dlatego cała praca warta jest podjęcia w tym właśnie stadium, kiedy człowiek jeszcze nie zagości w bliższych okolicach naszego serca. Pozwólmy mu się zbliżyć, podejść, obejrzyjmy nasze emocje i, jeśli serce mówi: „Dobrze. Spróbujmy się jeszcze zbliżyć, bo człowiek jest prawdziwy, lubimy go, ale też lubimy siebie przy nim”, wtedy wchodzimy w sferę, jaką nazwałabym pierwszą fazą intymności. Bez szczegółów, jest to łatwo wyczuwalne, każdy ma swoje granice i umie je opisać, a jeśli nie umie, to dobra okazja się określić. Rozumne podchodzenie do człowieka nie musi być zaraz nie romantyczne czy nie ciekawe. Romantyzm z łamaniem serc niewieścich, to przeszłość i niedojrzała mityczna opowieść bazująca na krzywdzącym dogmacie, że miłość wyłania się z wielkiego cierpienia, walki, buntu, rozpaczy. Też tak kiedyś myślałam, ale teraz wiem, kiedy siebie bardziej znam, że nie tędy prowadzi prawdziwa, choć czasem dziwna z pozoru, droga do miłości. Za to ta przez fałszywy paradygmat potrafi wyłącznie zakopać cię w całości w ziemię i nie dać tego co miłość potrafi dać z łatwością, bez wysiłku. Spokój, ale również ekstazę, radość, ale też nostalgię, zrozumienie, ale też dzikie przeżywanie życia, jeśli tego potrzebujesz. Bo kiedy się odkrywasz szczerze, przyciągasz do siebie ludzi, którzy pragną tego samego co ty i łatwiej wtedy spotkać taką pokrewną duszę. Wyzbywanie się więc cząstek siebie, swoich marzeń, pomysłów na życie jest strzelaniem sobie w stopę. Zazwyczaj prowadzi do długotrwałej frustracji po początkowej fascynacji pt. „Warto się było przełamać do ciebie”.

Kiedy jesteś prawdziwy nawet w dziwnostkach, przemyśleniach, słowach, potrzebach wobec drugiego człowieka, on widzi i może znaleźć w tobie to, na co czekał. Pokazujmy więc siebie prawdziwych, szczerych, bo w tym jest mądrość natury, żeby wilki były z wilkami, niedźwiedzie z niedźwiedziami, a lew znalazł lwicę. Nie mieszajmy szyków naturze, choć czasem nas kusi i myślimy, że poradzimy sobie z jedzeniem przez hienę padliny, albo lwim wylegiwaniem się całymi dniami. Nie koniecznie nas uwiedzie samotny tryb wilka, albo chłód, czy zwinność jaszczurki. Znajdźmy takie zwierzę, które na drodze życia będzie z nami chciało iść … myśl w myśl i ciało w ciało.

Czuwanie

Czuwam nocą
zawsze to lubiłam
patrzyłam
jak noc przelewa się
ziarenkami ciemności
do świtu
jak głuche dzbany ciszy
zapełniają się iskrami
jasności
jak po śmierci snu
wraca magia świadomości
ku życiu

25 marca 2018

Kiedyś

Będę kiedyś starą kobietą
o pomarszczonym spojrzeniu
każda fałdka będzie spiętrzeniem
wspomnień

Połóż dłoń na mojej głowie
i pamiętaj
ze mną zawsze będzie ci dobrze

Kiedy śpię
mocno tul moje ciało
zapamięta cię na zawsze
jak najwspanialsze
miękkie westchnienie
gwiazd

Dobranoc …

23 marca 2018