Z miłością na Dzień Kobiet

Dziś Dzień Kobiet. Międzynarodowy. Kobiety całego świata zwracają oczy w kierunku innych kobiet. W kierunku świata kobiet i ich roli w tym świecie. Jest wiele dyskusji, wiele akcji, wiele inicjatyw. Kobiety w domu, w demokracji, w pracy, w biznesie, w szkole, w parlamencie i w połogu. Wszędzie kobiety, połowa populacji globalnej, ale nie w każdym społeczeństwie. W Chinach, Indiach, gdzie dziewczynki w ostatnich dekadach nie były mile widziane, jest ich dramatycznie mało. Mężczyźni dostają tam autentycznego bzika z powodu niedostępności żeńskiej przeciwwagi. Rząd Chin namawia na gry komputerowe młodych mężczyzn, którzy nie mogą znaleźć partnerki, mafie kradną dziewczynki na żony, a w Indiach nastąpiła eskalacja przemocy seksualnej.
W spokojnej względnie Europie kobiety chcą walczyć o wyrównanie szans na rynku pracy, równowagę w opiece nad dziećmi i respektowanie nietykalności osobistej, o tolerancję dla ich inności od mężczyzn. Patriarchat zrobił już swoje i odpływa w zapomnienie na dobre. Pogorzelisko, jakie zostawił, leczyć będziemy pokoleniami. Mężczyźni paradoksalnie nie zyskali na nim specjalnie wiele. Wymagania jakie stawia spuścizna patriarchatu są nieszczęściem dla wielu panów, którzy świadomie chcieliby robić coś innego, być kimś innym niż macho, dorobkiewicz, szczur korporacyjny, co z lekceważeniem mówi o swojej kobiecie, popijając drinki w towarzystwie innych facetów pretendujących do bycia alfa-samcami. Z prawdziwą męskością niewiele to ma wspólnego. Świadome kobiety prawdziwą męskość rozpoznają w masie fałszywych atrap. I tak, jak prawdziwa kobiecość, ma ona wiele barw, wiele temperamentów. Mężczyzna szachowy, spokojny, zrównoważony, cichy. Mężczyzna tramp, wędrujący, wesoły, poszukujący. Mężczyzna muszkieter (pewien mój kolega wybitnie) opanowany, bystry, błyskotliwy. Mężczyzna skała, zawsze gotowy do wsparcia, mężczyzna tancerz tanga, namiętny, stabilny, wrażliwy, potrafiący kobietą i jej energią wyczarować prawdziwe piękno. Mężczyzna artysta twórczy, kreatywny,  mężczyzna bohater, poświęcający się dla innych. Ale na bok stereotypy vel archetypy. Wielu ich widziałam i widzę na co dzień. Ważne jest to, że męska energia w świadomych siebie mężczyznach jest zrównoważona energią kobiecą. Kobiecą empatią, subtelnością, wdziękiem. To nie jest niemęskie, kiedy mężczyzna potrafi mówić o emocjach, nie pozuje na twardziela, kpiarza. Pewnemu koledze powiedziałam, kiedy się przy mnie rozpłakał, że łzy mężczyzny są dla kobiety piękne. Prawda dziewczyny? Prawda. Wiele sytuacji trudnych, stresowych, można by łatwo rozładować stwierdzeniem: „To mnie boli”, zamiast atakiem w stylu: „Spadaj!” Ale do tego, żeby przyznać się do emocji potrzebna jest odwaga, a odwaga to – męstwo, czyli to co męskie. Warto się nad tym zatrzymać chwilę i poczuć, że paradoksalnie to, co w naszym społeczeństwie jest uznawane za męskie, siła fizyczna, buta, pozorny blichtr, pogarda dla słabości, to niedojrzałe postawy rodem z neolitu, kiedy łowca o takich cechach mógł się przydać do zabicia mamuta i inaczej swego plemienia, wspólnoty nie wspierał. Za rozwój społeczeństw zaś odpowiadali osobnicy przekraczający bariery umysłu, świadomości społecznej, mający dalekosiężne idee, plany, strategie, którzy pojmowali więcej niż, jak dopaść zwierzę, albo przeciwnika co wlazł na zajęty teren.

Nie jestem feministką, bo skutecznie obrzydzono to pojęcie, ale z wieloma ideami równości płci się zgadzam. Wiem jednak, że na zmianę optyki do zobaczenia tego, że kobiety mogą robić pewne rzeczy i nie powinno im się tego zabraniać, potrzeba lat. Trzeba wychowania nowych pokoleń mężczyzn i kobiet, którzy nie niosą np. społecznych uwarunkowań zależności żon od mężów, czy akceptowania przemocy w rodzinie. Dlatego moich chłopców i dziewczyny wychowuję w jednakowym poczuciu ich wartości jako ludzi, nie stosuję kodów ani religijnych, ani nawet kulturowych. A w każdym razie się staram. Wiem, że każdy z nas ma jakieś naleciałości w stylu – chłopak może wchodzić na drzewa, dziewczynkom nie wypada. Ja mam tego mało może dlatego, że jak byłam mała, łaziłam po drzewach jak małpa i niczego się nie bałam. Zauważam jednak inność moich dzieci pod względem płci i preferencji. Czasem, jak widzę pewne zachowania chłopców, mówię: „Wy to jednak jesteście z Marsa”. A oni się śmieją, tak po męsku z dumą, że tę męskość zauważam. Prawdziwym testem tolerancji dla indywidualizmu moich dzieci jest dla mnie ostatnio to, że Syn chce sobie przekuć uszy, a Córkę podleczam altacetem po rozbijaniu desek dłonią na taekwondo. I tu się biedzę i tam się biedzę, bo wiem, że nasze społeczeństwo nie na wszystko jest gotowe.

Świadome kobiety rozpoznają prawidłowo role, jakich się podejmują, role matek, żon, pracownic, liderek, źródeł wsparcia, zaplecza, stabilności, zaradności, kreatywności. Widzą konsekwencje podejmowanych decyzji zupełnie jak mężczyźni, nawet jeśli podejmują je inaczej. Nie są strukturalnymi ofiarami społecznych przekonań, nie czekają na względy, widzą co jest możliwe i czują swoją wartość. Kobiety posiadające rodziny i bezdzietne, bizneswoman i straganiarki, które mijam na bazarze pod Banacha. W przeciwieństwie do mężczyzn, przeważnie przyjmują strategie długofalowe, nie ryzykują. Ewolucja pokazała im, że warto pomyśleć w dłuższej perspektywie niż jedna zima, albo wiosna, kiedy dzieci rosną przy piersi. Wszystko wskazuje na to, że kobiety średnio są lepiej wyedukowane od mężczyzn. Tam gdzie edukacja kobiet jest wartością społeczną, abstrahując od możliwości rozwoju na rynku pracy, kobiety rodzą mniej dzieci, a społeczeństwa się bogacą. Dotyczy to i krajów skandynawskich, i Arabii Saudyjskiej.  Wszędzie tam, gdzie z kobiet robi się trochę inteligentniejsze zwierzęta lub trofea z wianem, cywilizacja cofa się do średniowiecza. Tam rodzi się przemoc na wielu poziomach społecznych od rodziny, po klany, kasty, narody, rasy. Tam z nienawiści robi się prawo państwowe, niepisane albo religijne, tam króluje tabu i zakłamanie egzystencjalne. Tam kobiecość zeszła do podziemia, wypierana jako zło, wywołująca strach, zasłonięta, obarczona grzechem istnienia. Szanuję każdą kobietę, taką jaka jest, w swych religijnych, społecznych przekonaniach, jeśli jest ona w nich prawdziwa. Często się jednak zdarza, że kobieta jest niewolnikiem systemu w jakim żyje. Jestem pewna, że podnoszenie poziomu świadomości we wszelkich sferach  takich, jak oczekiwania ekonomiczne, relacyjne, prawne, edukacyjne, seksualne, pasje, ambicje, poczucie wolności wewnętrznej i społecznej powinny być polem do dyskusji między nami. W tym wypadku kobietami i mężczyznami, albo zwyczajnie ludźmi. I również wiem, że nie wszędzie jest to możliwe.

Kobiety, nie oszołomki, nie walczą o masowy powrót kobiet na traktory i aborcję zamiast antykoncepcji. Kobiety walczą o świadomość ich wkładu w rozwój społeczny, czego nadal im się odmawia, zalepiając im usta słodkimi słówkami: „Proszę iść poniańczyć dzieci. Niech się pani nie obraża, ale pani nie da rady.” Nie wykluczajmy, bo może kobieta jednak sobie poradzi, może pani wymyśliła podnośnik do tej rzeczy/sprawy. Długa jest lista kobiet, które podniosły poziom naszego życia i świadomości. Pierwsze lądowanie na Księżycu lotu Apollo 11 oprogramowała piękna dwudziestoparoletnia blondynka. Nie sugerujmy się za mocno ani płcią, ani pozorną słabością naszej płci, bo  powiem przewrotnie, dlaczego by drzemiącego w kobietach potencjału, Drodzy Panowie, nie wykorzystać? Nawet do własnych celów, za zgodą, w harmonii, w pięknej symbiozie, jak w tańcu żywiołów: woda i ogień, ziemia i powietrze.
Kiedy widzę tańczące pary, w szczególności w tangu, a w nich autonomiczność osób i zależność jednocześnie, myślę sobie, że na tym polegać będzie nowa era współpracy między kobiecością i męskością w świecie. O ile znajdziemy na to w sobie dość odwagi do wyjścia z nierozwojowej, ale oswojonej sytuacji pozornej dominacji racjonalnych, silnych mężczyzn nad nieracjonalnymi, słabymi kobietami. Kobiety są już gotowe okazać się sobą w świecie uregulowanym przez męskość, gotowe do zmian takich, które nie tylko w Dniu Kobiet połowę populacji świata zauważą jako wyjątkowe,  twórcze, indywidualne osobowości wnoszące zrozumienie, tolerancję, miłość i pokój. I za to właśnie chylę czoło i powiem, bez przesady: Chwała kobietom, dziewczynom i dziewczynkom za to, że przetrwały, za to, że idą swoimi drogami, w zgodzie z kobiecością, która się staje dzięki temu wspaniałą wartością w naszym chaotycznym  ponaprężanym niebezpiecznie konfliktami świecie! Odwagi dziewczyny, odwagi!

Ps.
Dziś dostałam tulipana, piękny wiersz Gałczyńskiego, czekoladę z żurawiną, życzenia z całusem i przytulasy. Od kilku mężczyzn, w tym od Syna. I tę dobrą energię wysyłam do Was wszystkich, Kobiet i Mężczyzn, którzy to czytacie.

O neurotyczności współczesnego świata

Współczesny świat dąży do zaplanowania. My dążymy. Tak boimy się zaskoczeń, chaosu, że planujemy, ograniczając potencjalne wystąpienie porażki, łykamy suplementy, a plany ograniczają dostęp wielu nieprzewidzianych zdarzeń i ich konsekwencji, niekoniecznie niewłaściwych. Neurotycznie staramy się zapanować nad pogodą, pracą, rodziną, życiem społecznym. Mamy ambicje i wyobrażenia, jak to wszystko co nas otacza powinno działać, na koniec mamy oczekiwania, żeby nasz obraz się wcielił i cała nasza energia idzie w realizację zaplanowanego oczekiwania.
Pokażę to na przykładzie dzieci. Z neurotycznością pragniemy, żeby im było lepiej niż nam, żeby uniknęły pułapek, w które, jak sądzimy wpadliśmy i chronimy, chorobliwie dbając i ograniczając dziecięcą fantazję do bycia sobą, a nie naszym wyobrażeniem w drodze do idealnej dla nich przyszłości. Moja córka ma talent plastyczny i jest bardzo bystra. Wymyśliłam sobie, że można to połączyć w dobrej pracy i skierowałam ją w kierunku architektury. Przez dwa lata chodziła na rysunek przygotowujący do egzaminu, ale kiedy przyszło do zdawania, powiedziała „Basta!”. I chwała jej za to, że się nie dała. Wybrała inny kierunek, swój własny. Powiedziała mi, że nie jest dla niej ważny status społeczny, kasa, ani moje poczucie spełnienia dobrze swojej roli, bo o wiele lepiej ją spełniam, kiedy córę wspomagam w realizacji jej własnych pasji. Odpuściłam, przebolałam i zobaczyłam w sobie, że tak bardzo się starałam w dobrych intencjach, ale własnych. Mam jednak dość pokory i zaufania do córy, żeby nie biadać, a dać jej przestrzeń na samodzielne działania. Są rodzice, którzy nie umieją przestać kontrolować dzieci. Od podstawówki i wkładania śniadania do plecaka, aż do dorosłości i wyboru życiowej drogi, partnera, kraju zamieszkania. W swojej neurotyczności trzymają sznurki życia dziecka żeby sobie udowodnić, że ich rola jest dobrze obsadzona i ważna, że tylko oni mogą dziecku dobrze tę drogę wyznaczyć. Każde dziecko zaś to indywidualność i kiedy rodzic je spłaszcza do własnych wyobrażeń, zubaża je i pozbawia własnego zdania, zaufania do siebie i do świata.
Neurotyczność otacza nas wszędzie. W pracy planowanie zadań, w domu zakupy, pranie, plany na miesiąc, rok, dekadę, plany emerytalne, wakacyjne, towarzyskie, kalendarze spuchnięte od wydarzeń i ciągłe napięcie związane z wypełnianiem tych punktów na mapie czasu. Bo jak coś się poślizgnie, obsunie w misternej pajęczynie zdarzeń, w dążeniu do celu, zapomni, nie daj boże, to poczucie winy sięga zenitu i znów gonimy, żeby dopaść do mety. Niektórzy w planowaniu biją innych na szyję i głowę, bo mają już zaplanowane całe życie swoje i swoich bliskich. I dążą, pocą się, złoszczą kiedy nie idzie jak miało być. Winią, karzą siebie i innych za niepowodzenia w spełnianiu się tego koncertu marzeń.
Patrzę na moje koty i myślę, że gdyby miały świadomość poznawczą i porównawczą, to by bez przerwy kręciły głowami z bezbrzeżnego zdumienia, po co i dlaczego my tak neurotycznie brniemy w schemat, żyjąc pod dyktando wypełniania kolejnych pól na schodkach życia. Czy brakuje nam wyobraźni, żeby pojąć, że dostaliśmy życie po to, by z niego czerpać, a nie biec z innymi szczurkami w wąskim kanale do ścieku, koniecznie na przedzie?
Zatrzymanie jest w naszym świecie niewyobrażalne, bo szkoła, szef, pensja, partner, uff … niewykonalne, a poza tym kiedy wszyscy biegną łapiąc po drodze co popadnie, stajemy się frajerami na końcu stawki i wmawiamy sobie, że dla nas już nic nie zostanie. Kiedy opadamy z sił, tracąc wiarę, rozglądamy się w poszukiwaniu pomocy i widzimy, że zatrzymali się tacy, co ich poraził piorun bezdomności, szaleństwa albo objawienia, że „Bóg jest miłością i nic więcej nie ma”. Oświeceni guru łapią nas wtedy za ręce i nogi proponując swoje usługi obdarzenia cudownymi mocami uzdrowienia, skaczą po scenie jak szamanka voodoo i przekonują, że wystarczy zapłacić za technikę oddychania, wypierania niepowodzeń, rozluźniania powięzi, śpiewu i wyrażania emocji, dzięki którym prędkość zbliżania się do celu się podwoi. Gotówką najlepiej, bo często nie chcą płacić podatków.
Kiedy się zatrzymałam mnie też dopadły różne wampiry. Potykałam się idąc kiedy wszyscy biegli, nogi tak były nieprzyzwyczajone do wolnego poruszania. Byłam natomiast na tyle czujna, że się nie wywaliłam, a w chwili największego załamania się położyłam i leżałam. W końcu wstałam i odkryłam, że życie idzie nie w jakimś uniwersalnym tempie, ale w moim, że jestem kreatorem, ale nie niewolnikiem swoich wyobrażeń, że nie pocę się do ról, ale się spełniam powoli, że nie mam oczekiwań, ani marzeń. Zamiast się neurotycznie zapracowywać podziękowałam tym, z którymi praca była nieefektywna. Otworzyłam się na innych, bez oczekiwań. I przyszli. Stojąc na poboczu autostrady samorozwoju zrozumiałam i odczułam, że ludziom da się sprzedać wszystko co przyniesie im chwilową ulgę w odpowiedzialności za ich własne wybory. Jak mąż cię zdradzał z kochanką w twoim łóżku, to jakaś zdolna terapeutka wytłumaczy ci za odpowiednią sumę w ustawieniach, że to konsekwencja miłości teścia do kobiety jaką kochał, ale inną poślubił, albo że to wibracyjna energia jakiej mąż nie był w stanie się oprzeć, albo karma, albo tarot pokaże, że mu chodziło o pieniądze itd, tylko uwierz, skoro zapłaciłaś. Najtrudniej ponieść prawdę, że mężczyzna, który tak zdradza zwyczajnie, przyziemnie i najprościej nie kocha cię naprawdę, a to, że od ciebie nie odszedł to znaczy, że cię potrzebuje, bo nie czuje się kompletny. Brzytwa Okhama bezlitośnie, ale precyzyjnie wyznacza granice prawdy i iluzji, jakie tworzymy wokół zdarzeń dla nas zbyt bolesnych, żeby je przyjąć na raz.
Neurotyczność w wielu aspektach życia pokazuje, że tak boimy się zatrzymać, że nie żyjemy w ogóle. Albo myślami jesteśmy w przeszłości, wciąż rozrywani podjętymi wyborami, albo usiłujemy sobie wykreować przyszłość. Chwila obecna, ta chwila, w jakiej piszę na klawiaturze, nam umyka, a tylko ona jest prawdziwa, tylko ona składa się punkcik do punkcika na naszą wieczność. Wszystko co minęło znika, co będzie – nie wiemy. Jedna z moich mądrych przyjaciółek powiedziała mi kiedyś:”Ludzie chodzą do jasnowidzów po to, żeby się nie bać wytworzonych we własnych głowach smoków”. Chcemy zapewnienia, że przyszłość będzie zgodna z naszymi oczekiwaniami. Wielokrotnie przekonałam się, że to co przyszło w zastępstwie moich marzeń, było o wiele cenniejsze, głębsze i choć dalekie od moich wyobrażeń, wnosiło w moje życie nową energię i mądrość. Kiedy fiksujemy się na planach, tracimy lekkość, elastyczność, zamykamy się na szansę otrzymania czegoś niewyobrażalnie innego.
Neurotyczność współczesności wyraża się również w dążeniu do doskonałości. Nie cenimy średnich rozwiązań, zachmurzonych dni, oczekujemy, że życie będzie przyjemne, łatwe albo, jak mówią warsztatowcy od rozwoju, że będzie wreszcie energia, sukces i spokój. (O sukcesie jeszcze kiedyś wspomnę. Słówko majstersztyk.) Życie nie po to jest, żeby w nim panował tylko oświecony spokój. Nie jesteście mniej oświeceni od mnicha buddyjskiego tylko dlatego, że on siedzi w medytacji całe dnie. Życie po to jest, by go doświadczać na wszystkich poziomach, rodzinnym, w relacjach, w pracy, w pasjach, w samotności i wśród ludzi. Nie żeby planować własny rozwój – w tym miesiącu rozwinę kobietę wewnętrzną i rozliczę się z rodzicami, popracuję nad pozycją drzewo w jodze, odbędę warsztaty z wystąpień publicznych i wejdę na K2 – nic w tym stylu. Podstawową prawdą, jaką współczesny świat nam zakłamuje neurotycznością strachliwego planowania, jest to, że życie nas prowadzi. To my się opieramy, uciekając przed życiem, przed uczuciami. Idziemy w komfort. Jak wszyscy lecą na skraj tej grani, to my też, w razie co – byliśmy w stadzie, więc nas nie ocenią z zewnątrz, a ci wszyscy co się zatrzymali i nie spadli, pewnie nie mieli dość bohaterskiej odwagi w samounicestwieniu.
Sądzę, że nasza neurotyczność w życiu, ciągłe planowanie, podsumowywanie przeszłości, analizowanie na rozum jak tu następnym razem uniknąć przeciwności, ma głębokie podłoże lękowe. Najwięcej planów i analiz przeprowadzają ludzie siebie niepewni, nie mający do siebie zaufania. Jakie mają lęki? Każdy może sobie sam odpowiedzieć. Mój lęk wynikał z negatywnego oceniania siebie. Braku własnej wartości. Moja neurotyczność doprowadziła do tego, że niosłam na plecach cały zaplanowany świat, wybory swoje, dzieci, bliskich dorosłych, bo sądziłam błędnie, że mam wpływ na zachowania otoczenia, że mogę tak zorganizować przestrzeń, że będę kontenta. Energia jaką wkładałam w każdy dzień, puściłaby z dymem w wybuchu kolejną Hiroszimę. Kiedy zwolniłam, wyszłam z koleiny, potykając się o różnych fałszywych ludzi, zobaczyłam jaką mam siłę. Teraz idę w poprzek, w zupełnie innym kierunku niż przez ostatnie lata. Praca ta sama, ale inna, dzieci te same, ale inna relacja, ja ta sama, i nie ta sama. Kiedy świadomie, bez zakłamania podchodzę do swoich uczuć, intencji, prawda pojawia się samoczynnie i ona prowadzi mnie do zrozumienia mojej rzeczywistości, nie do wygodnych projekcji. Nie ciągnie mnie więc do iluzji, np. takiej, że jak się napocę w życiu, to dostanę w prezencie spokój spełnienia. Spokoju doświadczam tyle ile trzeba, niepokoju również. A każdy niepokój, to wskazówka, gdzie jeszcze przeciekam, gdzie ucieka mi moja miłość własna.
Nie uciekam przed neurotycznością współczesnego świata, co zalecają wszelkiej maści oświecone trendy rozwojowe, w stylu:”Załóż sandałki i leć do Indii, tam się odprężysz i znajdziesz spokój wewnętrzny. Spróbuj techniki xyz – to jest czadowa zmiana, świat stawia na głowie”. Widzę neurotyczność, również w rozwoju osobistym, latanie na warsztaty, jogę, gongi, byleby się nie zatrzymać i nie spotkać ze sobą. Łatwiej się wyłączyć jakąś modną metodą. Neurotyczność widzę i jej doświadczam w kontaktach z ludźmi, w relacjach. Umiem też zobaczyć jak mnie czasem kopnie. Nie obrażam się na nią, jak na niesforne dziecko. Neurotyczność jest szansą. Kiedy się pojmie swoje intencje życia w neurotycznym świecie, neurotycznego podchodzenia do jego aspektów, przychodzi czas na wybór, zmianę, na refleksję i na odkrywanie samego siebie, a nie magiczne oczekiwanie oświecenia. Przychodzi głęboka konieczność nie brania udziału w owczym pędzie neurotyczności wynikającej z zakłamania wartości współczesnego świata. Przychodzi odpowiedzialność za przeszłość i zgoda na przeżywanie życia w każdej odsłonie, uniesień i bólu, niepokoju i wzruszeń. Odkrywa się, że nie ma dobrych i złych chwil, są chwile o mniejszym i większym wpływie na nas. W tej akceptacji jest i miłość uniwersalna, i moja własna, i stabilność, i niestabilność. Jest przepływ energii życiowej między biegunami przeciwnych emocji, racji. Jak ktoś dąży do bezpiecznego siedzenia w centrum komfortu bez uczuć, bez zmiany, w masce zdystansowanego do życia guru, kupionej na targu rozmaitości rynku rozwoju osobistego, i trzyma się tego rękami i nogami, nawet kiedy widzi, że to go zubaża, że życie omija go w swym bogactwie doświadczeń, może tak zostać w zgodzie ze sobą, ale niech rozważy czy nie lepiej kupić trumnę i się położyć. Zużyje mniej energii i grabarzowi da zarobić. Podobnie jak ten, co pędzi na oślep w wyścigu cywilizacyjnego stada.

O miłości w obecności

Jestem w dolinie między Gorcami a Pieninami i internet to dobro mocno ograniczone, ale chciałam opisać ciekawą historię, jaka nam się ostatnio przydarzyła. Niestety zostałam zblokowana przez dzieci, bo to o nich chciałam napisać. Ostatnio miałam z nimi starcie zasadniczej natury, że publikuję prawdziwe wydarzenia z ich życia bez ich zgody. W trakcie rozmowy usłyszałam między innymi:
– RODO, mama, RODO!
No to się poddaję. Autoryzacja mnie zatrzymuje. Szczególnie, że jak mówi moja córa, nawet jacyś jej koledzy czytają mojego bloga. Rany, chyba się nie przygotowałam na taki zasięg multipokoleniowy.

Napiszę więc neutralnie, bez szczegółów, że w obliczu ostatnich wydarzeń widzę, jak ważne jest czujne bycie, towarzyszenie temu, kto zmaga się ze swoją słabością. Jeśli kogoś kochamy, widzimy go w prawdzie i jeśli nam pozwala, bo to także jego wybór, możemy być przy nim, gdy podejmuje trudne zadania, walcząc z jakimiś swoimi strachami. Często patrzę na otaczających mnie ludzi i, ponieważ mam dużą dozę empatii, widzę jak zmagają się ze swoimi słabościami na różnych polach. Widzę to wszędzie, w pracy, w domu, w tramwaju, w sobie. Różne są podejścia do radzenia sobie z sytuacjami życiowymi. Jeśli problem wydaje się beznadziejny poddajemy się czując się bezsilni. Niekiedy próbujemy, złoszcząc się i przeżywając najtrudniejsze uczucia jak gniew, żal, rozpacz. Zauważyłam skuteczność pewnej metody, i od jakiegoś czasu ją stosuję, metodę obecności, bycia przy tym, kto się trudzi. Jestem takim trochę towarzyszem, trochę lustrem. Wyobraźmy sobie długą drogę pod górę w śniegu z deszczem, w ciemności, kiedy mijają nas samochody z wygodnie rozpostartymi personami, a my idziemy i nic nie możemy zmienić. Można się poddać, zawrócić, można czekać na coucha co nas będzie tresował mówiąc całą drogę:”Dawaj człowieku, dawaj! Widziałeś tego jednonogiego co cię minął? Myślisz, że jesteś gorszy? Udowodnij sobie i innym, że cię stać na zrobienie tego!” itd. w ten deseń.

Moja metoda jest inna. Polega na towarzyszeniu aktywną obecnością. Kiedy ktoś obok robi wysiłek, zmaga się ze swoją słabością, ja jestem. Przytomnie jestem. Jak się potyka ze złością mówię: „Możesz się złościć, albo iść pod górę i całą energię przeznaczyć na nogi.” Kiedy ma ochotę komuś za swój los przyłożyć, mówię: „Możesz to zrobić, ale wyobraź sobie konsekwencje tego, co się stanie i czy chcesz brać za to odpowiedzialność.” Kiedy potrzebuje przytulenia, przytulam. Nie oceniam, nie moralizuję. Nie zdejmuję z człowieka obowiązku jego zadania, biorąc je na swoje plecy, ale czuwam i wspieram jego siłę.

Historia, której tu nie opiszę, dotyczyła właśnie mojego towarzyszenia w trudzie komuś, kto czuł duży ciężar. Pokazała mi, jak łatwo się pomaga tylko umiejętnym byciem. Moja znajoma powiedziałaby: „Kiedy jesteś w czakrze serca i z tego poziomu patrzysz na ludzi, widzisz czego im naprawdę potrzeba. I dajesz im to bez trudu.” Dlatego mam generalnie dużą awersję do wszelkich trenerów osobistych, trenerów rozwoju i tym podobnych dawców produktów, coraz bardziej masowych. Oczywiście metoda jest tak dobra jak człowiek, który z niej korzysta, więc znając skutki kontaktu z osobami z tej branży można wnioskować co nam posłuży, a co nie. Każdy z nas jest jednak inny i to, co działa na wielu, na nas nie musi. Warto to rozważyć zanim się utknie u jakiegoś guru rozwoju osobistego. Znam pana, co od lat chodzi na ustawienia hellinger’owskie, a nadal ma problemy z traumami z dzieciństwa. Uparcie jednak nie zmienia metody, bo pani terapeuta mu schlebia, a tego pan nie chce się pozbywać w swoim narcyzmie. Dla pani terapeuty to żaden problem. Klient jest klient. Inny pan po kilku latach terapii zdał sobie sprawę, że nie rozwiązał żadnego swojego problemu, choć wszystkie omówił. Po krótkiej rozmowie ze mną doszedł do prawdy, że nie mógł zaufać terapeucie, nawet jeśli ten mówił rzeczy prawdziwe, bo terapeuta był tylko magistrem, a pan ma doktorat i podświadomie ignorował jego zdanie. Zadziwiające rzeczy widać kiedy patrzy się na ludzi z poziomu serca, nie rozumu.
Ludzie czytają książki dla inspiracji osobistego rozwoju, tresują się metodami, chodzą na kolejne warsztaty i kręcą się wokół własnych problemów generalnie dlatego, że nie chcą spojrzeć w swoje strachy, że odrzucają się w strachu, że jakaś metoda się sprawdzi i pozwoli im nie zajrzeć w strach a rozwiązać problem. Nie ma się co dziwić, kiedy wokół krzyczą, że odwaga się liczy, a strach to zło, więc wypierają, maskują, uciekają przed strachem wszyscy, żeby go przypadkiem nie okazać, nie poczuć.

A ze strachem jest jak z drapieżnikiem co zawsze może czyhać w krzakach. Denerwujesz się kiedy idziesz w gąszczu życia. Couche mówią o ich łamaniu, wychodzeniu naprzeciw, o narażaniu się, żeby je spotkać i ustrzelić. Zabijać strach. Dlatego w wyniku takiej bądź innej manipulacji nieśmiali są zmuszani do wyzbycia się wstydu, strachliwi do odwagi, słabi tresowani zadaniami ponad siły. Wstawaj o godzinę wcześniej i zrób to, czego nienawidzisz, wygnij się w jodze jak wąż kiedy czujesz się sztywny, skocz na bungee, jak ci cierpnie skóra na wysokości i .. złam strach. Wyśmiej go, wydrwij, dorób mu zajęcze uszy. Jak słucham tego couchowego bełkotu myślę, że niekiedy ludzie są tak złaknieni natychmiastowego rozwiązania swoich problemów, że z łatwością stają się marionetkami w umiejętnych rękach biznesmenów rozwoju osobistego, ale jak ktoś usiłuje zbolałej duszy wmówić, że ma kropnąć tego smoka, co go straszył latami, tu zaraz przy wszystkich, to się wycofuję chyłkiem z takiej oświeconej prelekcji z wielkim współczuciem dla audytorium. Jeszcze inni nawiedzeni znawcy zalewają wszystko miłością i powtarzają bez przerwy, że na świecie jest tylko boże dzieło, czyli wszelkie przejawy niegodziwości – to miłość – tylko niezrozumiała w naszym ludzkim ograniczeniu. Skóra cierpnie kiedy widzę jak facet powtarza, że molestowane dziecko nie może mieć żalu do rodzica, co je niszczył latami, bo ma obowiązek wybaczyć, bo to miłość, ale w innej postaci. Tacy chorzy ludzie też nauczają i mają zwolenników, a nawet wyznawców. Biznes rozwoju duchowego wchłania tyle chaosu, ile mamy obecnie w życiu i jego pomieszanie rośnie wraz z entropią otaczającego nas świata. Trzeba się rozeznać dobrze w sobie żeby nie utonąć w nonsensach.

Co do strachu, to najlepszym sposobem, jaki sama przetestowałam, jest oswojenie. Wyobraźcie sobie, że jakąś metodą zastrzelicie gada tak, jak couch wam kazał. Obedrzecie go ze skóry, zrobicie sobie ucztę itd. Następnym razem, jak wam podobny gad wyskoczy zza krzaka, zobaczy skórę na biodrach i trochę się stropi, ale nadal będzie groźny, i kolejny raz ubijecie go, może trochę sprawniej. I tak historia będzie się powtarzać, ale za każdym razem będzie wymagała zabicia kolejnego potwora, dopóki nie skontaktujecie się skutecznie ze swoim strachem.
Wyobraźmy sobie inną sytuacje. Idziecie sawanną życia. Z zarośli wynurza się lew. Nie macie broni w postaci techniki do zabijania lwa np. wyśmiania. Ale zanim lew skoczy na was, spoglądacie mu w oczy i mówicie:
– Wiem kim jesteś. Jesteś mną. Boję się ciebie, bo cię nie rozumiem, ale wiem, że jesteś silny. Akceptuję swój strach i ciebie w sobie. Wszystkie uczucia i sytuacje jakich jesteś symbolem.
Zrobiłam to kiedyś z wielkim strachem we mnie i po kilku podejściach, zadziałało. Od tej pory, zamiast skóry lwa na biodrach, mam oswojonego lwa przy nodze. Czasem mogę go użyć w obronie, ale to, co jest najbardziej istotne, że z jakichś powodów inne strachy widząc moje oswojone zwierzę, nie podchodzą, albo się z łatwością przyłączają w drodze. Idziemy tak stadem, ja i moje strachy. Myślę z wyrzutem o couchach co radzą pozabijać strachy w sobie. Wszystko czego się boimy w świecie jest nieuświadomioną częścią nas. Trzeba ją przyjąć i oswoić, rozpuścić jej nieznaną naturę i wchłonąć jej moc, nie zakopać w rowie, nie wyszydzić. To jest praktyczna metoda oswajania cienia. Świat pomaga nam w tym dojrzeć, ale tylko wtedy, kiedy nie poruszamy się unikając strachu, bo nie widzimy wtedy siebie. Strach obnaża naszą bezsilność, poczucie odrzucenia, samotność wobec problemów. Dlatego najlepszą metodą pomocy jest towarzyszenie w drodze tym, których chcemy wesprzeć, z czujnym patrzeniem z poziomu serca na ich lęki. Dla tych co się obawiają swoich demonów wewnętrznych, powtarzam, że demony nie podchodzą kiedy nie jesteśmy gotowi na nie, na ich zobaczenie. Dla nieprzygotowanych są niewidoczne. Za to ich unikanie, zabijanie czy wypieranie, kończy się mocnym pomieszaniem w życiu i osłabieniem, skazaniem siebie na ciągłą walkę z tymi samymi ciemnościami. Dlatego nie trzeba zabijać, łamać siebie, a strach oswoić. A najpierw na niego sobie pozwolić, nie wypierać, dostrzec i pójść za nim, być w nim obecnym. Strach nas doprowadzi do tej części nas, do tej słabości, gdzie tkwi największy potencjał. Do wolności od strachu w życiu. Do wolności przemierzania życia ze strachem przy nodze nie w sercu, ze strachem gotowym do zaatakowania w naszej obronie. Bo im ludzie więcej wiedzą o strachu, tym pewniej czują się w życiu. Za to ci, co strachu nie znają, idą nieświadomi, nie rozumieją celu tej drogi i swojej w nim roli. Strach dla mnie miał wielkie oczy do pokochania. Kocie, jak oczy pantery albo lwa i nie bardzo się zdziwiłam, że był wielki. Wszak długo go wypierałam. Nie byłam winna powstaniu tego strachu. To jest warunkiem oswojenia. Nie obarczanie się winą powstania strachu, to niezależne od nas. Tak się składa, że każdy demon ma swojego anioła do kompletu. Od naszego świadomego wyboru zależy, czym posługujemy się w życiu, dbając o siebie i otoczenie. Patrzenie sercem, pomaganie obecnością, nieocenianie, daje spokój i uważność, sprzyja naszej prawdzie. Zamiast rozwoju osobistego, którym autentycznie wymiotuję mentalnie, proponuję odkrywanie siebie. Nie super potencjałów, mocy czy szczęścia, ale siebie. Nic więcej nie jest nam potrzebne, jak świadomość kim jesteśmy, bo to dążenie jest przejawem głębokiej miłości do swojego istnienia na ziemi. Rozwój sugeruje, że czegoś nam brak, a moim zdaniem jesteśmy kompletni tylko schowani, ukryci za swoimi strachami. Obecność w strachu pozwala nam zdjąć tę zasłonę i odkryć prawdę.

O miłości do emocji

Odrzucamy się w emocjach. Już od wczesnego dzieciństwa kiedy zachowujemy się naturalnie, w zgodzie z tym co czujemy, słyszymy:”nie płacz, nie złość się, nie krzyw, nie śmiej się tak głośno, a co ty robisz? itd.” To wieloletnie tresowanie pokazuje nam w nieświadomym jeszcze czasie, że wyrażanie emocji jest niewłaściwe i zaczynamy, żyjąc w społeczeństwie podobnie reagujących jednostek ukrywać, tłumić a z czasem wypierać, mrozić i spychać emocje pod powierzchnię naszej świadomości. To jest przyczyna większości chorób naszej psyche.
Niedawno byłam w kinie i mój kolega śmiał się podczas scen, przy których mi było smutno. Doznawałam świetnego dualizmu uczuć, obserwowałam, jak ja to odbieram. Początkowo mnie to irytowało, aż puściłam zupełnie kontrolę i tak, jak on się śmiał, ja się smuciłam bez poczucia dyskomfortu. Każdy z nas reaguje inaczej na sytuacje, bo jesteśmy indywidualnościami. To co jest dla mnie śmieszne, kogoś może wręcz ranić, wywoływać żal, wstyd, pomieszanie. Ostatnio nie zastanawiam się dlaczego coś czuję – tylko czuję, obserwując jednocześnie, ale nie nadmiernie kontrolująco to, co się we mnie dzieje.
Przychodzi do mnie córka z jakąś pretensją i podnosi głos. Wywołuje mój gniew, bo nie mam ochoty załatwiać spraw w kłótni, a trzeba racjonalnie sprawę przemyśleć. Wypalam:
-Nie krzycz, bo pojedziesz zaraz autobusem sama.
I wychodzę do garażu po samochód. Przychodzi naburmuszona, cicha. Nie odrzucam się w gniewie. Mam prawo do każdej emocji, rozdrażnienia, złości, nawet jeśli ktoś ma to odczuć dogłębnie. Następnym razem, jak podejdzie z problemem rozważy, czy opłaca mu się ze mną kłócić.
Czasem nie wiem co czuję. I tak też jest w porządku. Takie uczucie wydostaje się powoli i daję mu do tego chwilę. Zatrzymuję się na nim, spoglądam i widzę, że już jest. Pozwalam na wszelkie emocje, żalu, złości, rozmiękczenia kolan rozpaczą. Kiedy niczego nie tłumię, emocje trwają parę chwil i mogę iść dalej. Nie medytuję nad nimi, nie skaczę, żeby podnieść wibracje do tych tzw. emocji wyższych, bo ich nie można poukładać względem lepszości i jeśli ktoś myśli, że lepiej czuć się radośnie niż smutno, to się myli. Każda emocja jest wskazówką, jest strzałą zrozumienia prowadzącą nas przez ego do serca. Kiedy zakłamujemy emocje w imię lepszego życia, oświecenia w bezbrzeżnej miłości, odrzucając to co czujemy naprawdę prawdopodobnie mamy coś nieprzepracowane co nas przerasta na tę chwilę. To przejdzie, bylebyśmy nie utknęli w przekłamaniu, że wystarczy warsztat rozwoju osobistego, mantra, albo inna technika wyzwalania światła, aby nie czuć tego co się czuje w cieniu naszej świadomości. Te emocje uznawane za trudne wybrzmią groźniej skumulowane w pakiecie zbiorczym wtedy, kiedy najmniej się spodziewamy, jeśli nie damy im miejsca w życiu.
Przez lata odrzucałam się w gniewie, karałam za to, że mam ochotę komuś przywalić, a okazji do walenia było wiele. Nie znaczy to, że teraz jestem groźnym człowiekiem, wręcz przeciwnie. Kiedy pozwalam sobie na gniew, on schodzi samobierznie, jestem sobą i każdy w moim otoczeniu wie, jakie są moje granice. Narażają się ci, co je przekraczają, na własne ryzyko. Za to udawanie dobrej kobietki, co wszystkich zrozumie i wybaczy, mam już za sobą. Jak chyba większość ludzi co obudzili się po latach wykorzystywania przez otoczenie. Otoczenie nie jest temu winne, po prostu brało czego nie zablokowaliśmy bezwiednie.
Nie odrzucam się też we wstydzie. Nie przełamuję go, ale akceptuję, że się wstydzę w pewnych sytuacjach. Jak powiem coś głupiego, jak ktoś mnie gani, jak sama dostrzegę w sobie jakiś feler. Nie ma już: o rany! co ja robię? I ucieczka przed wstydzeniem. Wstydzę się na tyle na ile czuję i jestem w tym. Obserwuję tę emocję i myślę potem, kiedy wstyd ustanie, że to w sumie bardzo poczciwe uczucie, taki stan jak w dzieciństwie, kiedy mnie blokowano na różne działania wstydem. Myślę wtedy, czy faktycznie to, co zrobiłam było wstydliwe. I w większości przypadków wcale nie jest to oczywiste. Kiedyś weszłam do sklepu i obcas utknął mi w posadzce. Kiedy go wyciągnęłam okazało się, że odpadł mi flek. Pierwsza reakcja – wstyd. Tak mam. Spłonęłam, ludzie gapili się na mnie, a ja się wstydziłam i jednocześnie obserwowałam swoje emocje. I kiedy minęła chwila największego piku emocjonalnego, podniosłam flek, podeszłam do lady z półką na torby, zdjęłam but, wsadziłam flek na obcas i mocnym ruchem walnęłam obcasem w półkę, aż zadudniło. Nabił się pięknie, założyłam but z powrotem i poszłam z uczuciem, że ze wstydem da się żyć, on nas nie paraliżuje tylko pokazuje co nas ogranicza, co nam przeszkadza w życiu swobodnie iść.
Obserwuję jak ludzie starają się być jacyś, konkretnie tacy, aby ich zaakceptowano i o wiele bardziej wolę jasne sytuacje, kiedy ktoś się nie sili na dyplomację i dyskrecję, a jest autentyczny. Coraz więcej uczuć i emocji tłumi się w nas w imię lepszych stosunków międzyludzkich. Staramy się wszystkich lubić albo tolerować, nie złościć się, nie być nachalni w swoich zachowaniach, dystans, wzorowa komunikacja, zdrowy tryb życia. Jak ktoś się objada, to wszyscy patrzą na niego z politowaniem, ale nie robią uwag. Jak ktoś aż trzeszczy od traumy, to się spinają przy nim żeby nie urazić itd. A stres rośnie pod sufit. Nie chodzi o to, żeby walić między oczy prawdą, ale żeby sobie nie wmawiać, że trzeba być dobrym dla innych, bo dobro jest względne jak diabli. To, że ktoś je kompulsywnie, bo nie umie sobie poradzić z jakimś problemem, może być jedyną radością, jedynym dostrzegalnym sposobem radzenia sobie na tę chwilę i nie ma co naprawiać człowieka na siłę mówiąc mu: „Nie żryj tyle!”. Ale uśmiechać się i wspierać jego demona nie ma potrzeby, mówiąc: „On zawsze był kurpulentny”. Jeśli czujemy odrazę do czegoś, co jest powszechnie tolerowane, to nie znaczy, że z nami jest coś nie tak. Czuję odrazę do sztuczności, do fałszywości ludzi. Widzę tę odrazę w sobie i tak teraz mam, że nie ganię się za to, że mi przeszkadzają oszuści emocjonalni, albo ludzie świadomie kręcący z tym co czują, żeby lepiej wypaść przed innymi. A widzę to kręcenie nawet w sobie czasem. Uśmiecham się do kogoś kogo nie lubię i myślę wtedy: „A widzisz, nawet ty się zmuszasz do udawania. Widać jeszcze nie dojrzałaś do szczerości z tym kimś.” Ważnym krokiem jest dla mnie nie kręcenie przed sobą, to poważny krok. Znam sytuacje, kiedy ludzie są w związkach, nawet małżeńskich, udając miłość i bóg wie jakie zaangażowanie, a naprawdę boją się samotności albo straty finansowej, jaką by ponieśli w wyniku rozstania. A wystarczy przyznać się przed sobą, nawet nie partnerem:” Sam/a nie dam sobie teraz rady, poczekam aż dojrzeję.” Ale nie ukrywać, nie oszukiwać siebie. Słabość wobec skomplikowanych ludzkich sytuacji jest ludzka, zwyczajna. Zakłamywana może się stać kulą u nogi na lata.
Wracając do emocji, pozwalam sobie też na przepływanie błogości, radości, ekstazy. Jeśli je czuję, nie upajam się, nie zatrzymuję, nie siadam jak kwoka na nich, tylko smakuję. Umiem się paradoksalnie, nakarmić wszystkimi odczuciami. Bo one wszystkie są dla mnie, złość, radość, rozpacz, zadowolenie, smutek, cierpienie i rozkosz. Jestem boskim stworzeniem co ma ciało do odczuwania wszystkiego, do pojmowania stanów w jakich jestem. Coraz swobodniej się czuję z emocjami na co dzień i one trwają też jakoś krócej. Nie martwię się, że szybko przepływa radość, bo łatwo też przechodzi mi żal. Dzięki temu, że emocje przepływają, nie czuję się przez nie kontrolowana. Nie wysysają energii ze mnie. Chodzę nie zestresowana a ciekawa co za chwilę będzie. I zwykle przychodzi co ma być, ani za silne, ani za słabe. Odpowiednie, żeby żyć. Bo po to, by czuć emocje, uczucia żyjemy, reszta, okoliczności, ludzie, przedmioty, są tylko rekwizytami do scen odczuwania. Wiem to, bo kiedyś miałam piękny i prawdziwy sen, co mi odsłonił, czym jest świat. Ale o tym może następnym razem.

O miłości do nienawiści

Tytuł tylko pozornie jest paradoksem. Nie ma nic wspólnego z nadstawianiem drugiego polika i poświęcaniem się tym, co nas nienawidzą. To fałszywe, wdrukowane często w młodości, pojmowanie świata i rzeczywistości. Miłość do nienawiści jest prosta – jeśli kogoś nienawidzisz nie kłam, że kochasz, że tolerujesz go, że jesteś ponad tę nienawiść. Nienawiść pojawia się wtedy, kiedy ktoś naruszył naszą granicę, granicę naszej jaźni, wielokrotnie nam szkodząc, więc nie oszukujmy się, że jesteśmy aniołami i będziemy agresji odpowiadać miłością. Bronienie siebie jest priorytetem. Jeśli ktoś nas nienawidzi, bo tylko z tego powodu może nas ranić, mamy prawo odpierać jego ataki na nasz świat, na nasze wartości. Mamy prawo nienawidzieć go i czuć to, co czujemy w pełni.
Spotkałam w swoim życiu wielu agresorów. Jedni byli jawni, inni ukryci. Nienawidzili mnie za moje sukcesy w pracy, za rodzinę, zazdrościli mi wielu rzeczy, jakich do głowy nie przyszło mi zazdrościć innym. Byłam naiwna wierząc, że ludzie mają w większości dobre intencje w kontakcie ze mną. Wynikało to z mojej własnej postawy, w myśl której podchodziłam z szacunkiem i troską do wszystkich ludzi. Dlatego byłam łatwym żerem dla bandytów emocjonalnych. Prosty przykład – spotkanie z teściową. Siedzimy przy stole:
– Córki to się wychowuje dla siebie, a synów dla innych kobiet.
Kontekst rozmowy, syn za rzadko odwiedza mamusię. Ale syna nie ma przy stole, jestem tylko ja. Zakamuflowana agresja, tak zwana agresja pasywna. Agresja jawna w tej sytuacji wyglądałaby tak:
-Oddaj mi mojego syna!
Ale na taką agresję trzeba się zdobyć.
Są dwa typy agresorów: nieświadomy i świadomy. Z agresorem świadomym jest o tyle łatwo, że jak cię kąsa, to otwartym kodem. Mówisz wtedy:
– Nie oddam.
Albo:
– A weź go sobie – i sprawa załatwiona.
Trudniej jest z agresorem pierwszego typu. Zanim człowiek, jak ja naiwny, zobaczy agresję w komunikacie, poszuka najpierw w sobie winy, przeanalizuje trudną życiową sytuację teściowej, i tym podobne opłotki odwiedzi, zanim dojrzy, że ten człowiek atakuje i, że na atak nie powinno się być biernym. Bo ataki z czasem dają echa. Odparte wracają w postaci siły do odpierania innych ataków w przyszłości, budują charakter, waleczność, odwagę. Nieodparte, podcinają nogi przy kolejnych takich sytuacjach. Dlatego zbieram się kiedy czuję, że ktoś mnie atakuje i, nawet jeśli potem się okaże, że potencjalny agresor miał coś innego na myśli, a ja pomyliłam jego intencje, walę petardę ostrzegawczą. Kontynuując schemat:
– To trzeba rodzić tylko córki, a synów od razu oddawać na wychowanie. Po co się trudzić?
Inny przykład. Żona prezentuje się stale krytykującemu ją mężowi w nowej sukience:
– Jak wyglądam?
– No ładnie, ale czemu taka czarna, jak na pogrzeb?
Właśnie ten pan pogrzebał swoje szanse na coś miłego wieczorem. Sytuacja warta zanalizowania. Po pierwsze, jeśli mąż stale krytykuje żonę, to po co ona go pyta o ocenę? Przecież jego zdanie jest z góry przesądzone. A może czeka na akceptację? Po co nam akceptacja stałego krytyka? Ja się od stałych krytyków odcinam. Mam dość mocnego krytyka w sobie, żeby się jeszcze borykać z żerującym na mnie krytykiem zewnętrznym. Hejt ma to do siebie, że mali ludzie sztukują sobie braki pomniejszaniem innych i poprzez krytykę kamuflują swoje własne kompleksy. Po co się wystawiać na żer dla nich? Nie warto. Jeśli się pani podobała sukienka na tyle, że ją kupiła, to czy musi przejść w domu krytykę swojej decyzji oczami stałego zewnętrznego krytyka? Czy chodzi o narcyzm, który się domaga pogłaskania? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania, zanim się człowiek wystawi do oceny. Ludzie niepewni siebie często potrzebują czyichś oczu, żeby zobaczyć, że są coś warci. Do pewnego stopnia źródłem tego może być narcyzm.
Wróćmy do nienawiści. Nienawidzą ludzie, którzy zazdroszczą innym tego, czego im samym brakuje. Gdy rozwiedziony wmawia wszystkim, że małżeństwo to fikcja, to mu go brakuje. Zatrzaśnięty w małżeństwie za to notorycznie zachwala więzi rodzinne. Do prawdy nie trzeba przekonywać. Obu się czasem zdarza popuszczać parę zwątpienia w postaci agresji wobec tych, którzy uświadamiają im braki w ich własnej sytuacji. Na pewno macie takich ludzi wokół. Rozwiedziony wymawia zamężnym domowe kapcie, a zamężny w gorzkich żartach pyta o pustą lodówkę rozwiedzionej osoby. Paradoksalnie wszyscy widzimy po twarzach, po postawach, że mają nieprzepracowane braki, że nienawidzą się nawzajem, że zazdroszczą sobie tego, czego jak sądzą potrzebują. Ale jawne wyrażenie nienawiści nie następuje, bo przecież wszyscy jesteśmy tacy cywilizowani. A tu proszę wielkiego państwa: „Król jest nagi!” i nie ma co sobie wmawiać, że nikt nie zauważy, że ten z pustą lodówką tęskni do podanych kapci, a zamężny do pustki w domu wieczorem po kolacji i chętnie opróżniłby lodówkę, żeby to nastało.
Ludzie kierowani nieświadomą nienawiścią tej nienawiści nie spalają. Dlatego, paradoksalnie, ci, którzy nienawidzą jawnie, mają na to szansę. Jawna nienawiść pokazuje czego nam brakuje w życiu, co powinniśmy dla siebie zrobić, żeby poczuć się lepiej i nie chodzić między ludźmi z fochem. Nienawiść nieświadoma jest podszyta wielowarstwowym problemem. Ale nie jest to nasz problem i nie warto się wikłać w czyjeś złogi psychiczne. Dla własnego bezpieczeństwa po pierwsze należy unikać otwarcie nienawistnych ludzi, bo oni nienawidzą nie dla nas, ale dla siebie. Po drugie, unikać jeszcze bardziej tych, co nienawidzą skrycie, bo jad z kontaktu z nimi jest trudny do odkrycia i zmycia. Unikać i się bronić kiedy zachodzi potrzeba, nawet za cenę ryzyka niezrozumienia, popsucia kontaktu, bo jeśli ktoś nas lubi szczerze, albo kocha, zrozumie nasz niepokój, współczuciem taką niezręczność pokryje od ręki. Ten co nam nie sprzyja, zrażony odejdzie. I tak jest łatwiej odróżniać tych, co są na naszej drodze przychylni, od tych co na nas żerują.
Dlatego kocham nienawiść – jawna i niejawna uczy mnie odróżniać przyjaciół od wrogów. Uczy mnie też, że nie wszystkich muszę kochać, jak mnie uczyli na religii, w szczególności tych, co najmocniej we mnie bili. Mogę ich odcinać, mogę ich boksować jak się zbliżą. A power w sierpowym mam mocny. Idzie w pięty, więc nie polecam się narażać tym, co coś przeciw mnie knują. Szanuję ludzi obcych i zostawiam w spokoju, z pozornych przyjaciół też robię ludzi obcych, kiedy widzę, że mi szkodzą. I pewnego dnia odkryłam, że nienawiść to siła, dzięki której się pozbyłam tak, bądź inaczej, wrogów, bo świat o dziwo nie czekał na drugi policzek, tylko na akceptację prostego prawa: nie musisz być żerem dla wampirów żeby ich zauważać.
A z nienawiścią, jeśli kogoś niepokoi fakt nienawidzenia innych, jest tak, moi drodzy, że świadoma nienawiść rozpuszcza się w czasie. Dłuższym, krótszym, ale odchodzi, kiedy nie wystawiamy się na ludzi i sytuacje, jakie przychodzą do nas z nienawiścią. Kiedy porobimy porządki w sobie, nienawiść jest rodzajem uczucia ostrzegawczego, co nas również oddziela murem od tych, z którymi nam nie po drodze, którzy nam nie sprzyjają. Oni mają swoje własne ścieżki, niech idą sobie. I tyle jeśli chodzi o nienawiść. Dlatego ja ją biorę, widzę, szukam intencji, jaka ją wywołuje i podejmuję decyzję co z nią zrobię. Czy wykorzystuję do domknięcia mojego świata i w jakim aspekcie? A jak nie wiem dlaczego kogoś nienawidzę, to czekam, bo życie pokaże mi to prędzej, czy później. Ale nie kłamię, nie nakładam fałszywie aureoli świętości i wybaczania za krzywdy. Wybaczać należy tylko dla siebie i tylko tym, których ostatecznie odcięliśmy. Ci, którzy nas nagabują swoim postępowaniem, nie ważne świadomie, bądź nie, biorą odpowiedzialność za swoje działanie, również za wyrzucenie poza horyzont naszego świata. Na zawsze, bądź na czas swojego dogłębnego poukładania, aby wchodząc w nasz świat ponownie, o ile to nastąpi, w zgodzie z naszym rozpoznaniem, byli przez nas mile widziani.

O miłości do bezwysiłkowości

Mamy taki program w głowie, bardzo powszechny, że najlepsze rzeczy przydarzają się nam kiedy na nie zapracujemy. Absurd. Dochodzi więc do paranoi, że nie umiemy się wręcz cieszyć z rzeczy, które nie zostały przez nas okupione wysiłkiem i to sporym. Im większy wysiłek, tym większe szczęście, że się udało, że jest, że będzie. Kolejny absurd. Większość rzeczy naprawdę pięknych w życiu przeżyłam nie dlatego, że siliłam się na nie ale, podążając we właściwym kierunku, a kiedy podążamy we właściwym kierunku, wszystko samo idzie, bez wysiłku, lub z małym wysiłkiem, którego ciało potrzebuje do jakiejś drobnej zmiany naszego sposobu myślenia, odczuwania. Dlatego, kiedy tak się pocimy i dochodzimy do czegoś, nasze ego, które lubi nas mieć dla siebie, mówi :”To dobre, ale gdybyś się jeszcze trochę postarał, byłoby lepsze.” I tak w nieskończoność, niewolnictwo duszy zależnej od ego. Ego lubi kiedy się staramy i przemy z trudem, bo ma nas wtedy na wyłączność. Jesteśmy tak skupieni na działaniu, pozornie ważnym i wysiłku, że nie mamy czasu na refleksję, czy to o co się staramy w ogóle jest nasze, a jeśli za chwilę ktoś podejdzie i zdejmie ciężar mówiąc:” Chodź, tamtędy jest łatwiej”, odruchowo odmówicie, bo przecież wysiłek jest sednem. Moim zdaniem ten niebezpieczny program doprowadził do paranoi całe społeczeństwa ludzkich mrówek, jakie teraz tyrają w trudzie bez refleksji nad swoim życiem. Czy można szczęście okupić pracą? Popatrzmy na radość. Można sądzić, że kiedy osiągamy cel po długiej pracy to czujemy radość. Myślę, że jest inaczej. Czujemy ulgę, łatwo ją pomylić z innym uczuciem. Jeśli cię boli i przestaje, to czujesz się uwolniony od bólu a nie radosny.
Nie oznacza to, że nie należy się napocić. Trzeba, ale tylko w jednym aspekcie, rozpoznania, co dla nas jest dobre i pilnowania myśli, które materializujemy w świecie. Jeśli bowiem ktoś wywołał myślami, że po długiej drodze pełnej niebezpieczeństw dojdzie do prawdy, to tak będzie. Pocieszające jest to, że z programu wysiłek=szczęście można wyjść przed czasem, ale to nie jest proste, bo intensywność zdarzeń bywa przytłaczająca.
Co zatem ze szczęściem bez wysiłku? Każdy je czuje, np. kiedy patrzy na swoje dzieci śpiące w łóżku. I one i my bez wysiłku. Trudno takie szczęście przebić. Słońce na plaży rozgrzewające nas latem. Komiczna sytuacja, spontaniczna w pokoju socjalnym w pracy. Można powiedzieć, że wysiłkiem było wstanie i przyjście, gdzie trzeba i o czasie. Tak, tyle jest potrzebne, żeby przeżyć prawdziwe szczęście – przyjść o czasie we właściwe miejsce.
Zdjęcie programu wysiłku jest potrzebne byśmy, jak głodne duchy nie dążyli do jakiejś abstrakcyjnej doskonałości pracą, żeby zasłużyć na okruchy. Prawdziwe szczęście pojawia się kiedy śpimy, chodzimy, jemy i rozmawiamy o pogodzie ze znajomymi. Życie jest szczęściem i nie wymaga wysiłku, dzieje się automatycznie. Kiedy startujemy z tego poziomu, jest łatwiej zrozumieć, że szczęście nie wymaga siły do odczucia, że jest. Wymaga świadomości, że zachodzi w naszym życiu, że je odczuwamy. Cała więc sztuka pozwolić sobie na szczęście z poziomu istnienia. Potem okaże się, że wszystko nas potrafi cieszyć i przynosi szczęście, bez pracy, bez konieczności, naturalnie, tak trochę dla zabawy, zachęca nas do podróży przez życie w obecności radości, miłości do wszystkiego. Bo wszystko może być szczęściem, jeśli z poziomu serca widzimy rzeczywistość, sami decydujemy co nim jest, więc weźmy go więcej. Cieszmy się z płaskiego chodnika, z kolorowego samochodu na ulicy, z tego, że coś mamy i z tego, że do czegoś dążymy, bo na nas czeka. Kiedy nie mamy siły na naukę czegoś, na dążenie, odpuśćmy to z poziomu serca, może wyzwolimy tę energię gdzie indziej, bardziej twórczo, bardziej prawdziwie i po czasie okaże się, że to było lepsze, mądrzejsze. Ważne i podstawowe jest, abyśmy nie obciążali się poczuciem winy, że się nie silimy. W wysiłku nie ma żadnej wartości z poziomu celu. Ten kto szedł schodami, nie jest lepszy, niż ten kto wjechał windą. To tylko droga jaką obieramy. Jeśli chodzenie po schodach rozpoznajesz jako wartościowe tylko z takich powodów jak wysiłek i duma, bo czujesz się lepszy od windziarzy, to utknąłeś w przekonaniu o wysiłku. Windziarze tego nie docenią, bo się pewnie i tak z nimi miniesz, kiedy będą szli dalej, gdy ty dopiero docierasz na miejsce. Więc po co ci wysiłek?
Wysiłek należy włożyć tylko w rozpoznanie siebie, gdzie i jakie mamy intencje. Jeśli twoją intencją jest chodzenie, bo możesz się rozejrzeć więcej, lubisz chodzić, masz czas dla siebie i kontemplujesz ten stan z lubością, nie wsiadaj do windy. Tam cię wyrwie w górę i będzie za szybko, stracisz wszystko co lubisz, a gdy osiągniesz cel, co z nim wtedy zrobisz? To prawda, że nie cel a droga jest ważna. To ona sama jest celem nie wysiłek w nią włożony. Poczuj to co czujesz, czego naprawdę potrzebuje twoje serce. Wtedy niezależnie od tego jaką drogę obierasz, masz w sobie spokój i szczęście, i choć byś się wdrapywał schodami do nieba, a windziarze krzykną ci w locie:”Co za wariat, idzie, zamiast wjeżdżać!” Ty się uśmiechniesz z poziomu zrozumienia i wdychając cudowne górskie powietrze, powiesz sobie w duszy:”Jestem, gdzie trzeba i, proszę o jeszcze.”

16 luty 2018

Święta, święta …

W tym roku od Świętego Mikołaja dostałam wirusowe zapalenie zatok. „Zdarzasię”. Dzięki temu legalnie mogłam się wymiksować z różnych przygotowawczych zajęć. I tak planowałam się wymiksować z tej, jak mówi Moja Córa, świątecznej gorączki, więc Święty niepotrzebnie się trudził, ale doceniam wkład i wysiłek, żeby mnie magicznie spotkać z kimś zarażonym i, w razie jakbym miała się nie oszczędzać, dodał mi niezbity argument. Może i miał rację, bo zanim wirus mnie całkiem rozłożył zrobiłam pranie, ubrałam choinkę, odkurzyłam mieszkanie, przygotowałam barszcz, kutię, farsz do pierogów i zrobiłam zakupy. To ostatnie na spółkę z mężem, ale zawsze. Potem jakoś wszystko potoczyło się mimo mnie, pierogi zagniótł Syn we własnoręcznie zrobionej z papieru czapce Mikołaja, urodzony komik, Mąż upiekł rybę, ugotował co się dało. Młodsza Córa Starszej zrobiła wegańskie pierogi , a Starsza zrobiła sushi dla wszystkich, żeby nam się przy wigilijnych potrawach nie nudziło. Ubrałam się jak Śnieżynka, co Syn skomentował, że patriotycznie wyglądam w tej bielo-czerwieni. Odparłam śmiejąc się, że to na rok niepodległości i skorzystałam z wprawnej rączki Mojej Córy, która wyjątkowo dobrze umie podkreślić moje szlachetne oblicze trikami, których ja nie umiem, bo jak ma się w domu taką kosmetyczkę to się człowiek rozleniwia.

Najmłodszy Syn długo, zwycięsko walczył o prawo do siedzenia przy stole wigilijnym w dresach i bluzie z kapturem na głowie. „I tak nic nie będę jadł, bo tu nic nie ma do jedzenia!”- orzekł. Jak powiedział, tak zrobił, nie zjadł nawet specjalnie dla Niego zrobionego przez troskliwą Starszą Siostrę bałwana z ryżu do sushi z pięknymi ozdobami z marchwi i buraka. Starszy Syn z braku długich spodni, które nagle wszystkie wyparowały, wystąpił w krótkich, dzięki czemu mogłam zobaczyć, jak dużo urósł od wakacji. Córy w swetrach i dżinsach wyglądały cudnie, jak żywcem przeniesione z lat, kiedy ja sama chodziłam do liceum. Nie mogłam się napatrzyć, istny powrót do przeszłości. Mąż chciał wygłosić jakąś mowę powitalną, ale został chóralnie zakrzyczany, żeby nie przynudzał, więc się tylko wyściskaliśmy i wycałowaliśmy, przegryzając opłatkiem.

Po wchłonięciu niewielkiej części przygotowanych potraw (na dzisiejsze, poranne pytanie męża: „Co dziś na obiad?’, odparłam: „To co wczoraj na kolację!”) uraczyłam się lampką wina i pierwszy raz poczęstowałam winem Starszego Syna. Bartek, wyższy od Taty, sam otworzył butelkę, a przy okazji usłyszeliśmy parę historii od Dzieci, jak to się teraz pije w młodym towarzystwie i, że wśród obecnej młodzieży pasterka to synonim zakrapianej imprezy.

Prezenty miały być następnego ranka, ale Dzieci nie mogły się doczekać, więc wysłaliśmy je do sprzątania stołu i zamknęliśmy się pakując. Nie obyło się przy prezentach bez fochów, ale i zachwytów. Julia jak zwykle bardzo się napracowała, szukając świetnych rzeczy dla nas wszystkich i podpisała wszystkie prezenty artystycznie, aż trudno wyrzucić opakowanie. Leszek swoje zachował z napisem: „Santa Dad”. Ja dostałam nowy telefon i ciekawą gromadkę oczu, co chce mi wszystko w tym telefonie ustawić. Córa powiedziała, że wreszcie nie będę jak ten dinozaur i, że jak mam teraz najlepszą maszynę w domu, to nie mam prawa nie odbierać telefonów. Fakt, czasem nie odbieram, w tym się wyraża moja wolność i samostanowienie, a co!

Kiedy wieczór miał się ku końcowi, obejrzeliśmy film świąteczny, nie Kevina, całkiem zabawny, z dokładnością do tego, że w kluczowym momencie zdradziłam, jakie będzie zakończenie, bo dla mnie było oczywiste i nie mogłam się powstrzymać.
-„Mama! Niech ktoś zamknie tę kobietę, co za dużo gada!”
-„Ale ja jeszcze nie skończyłam, zaraz wejdzie Pani Mikołajowa …”
-„Mama!!”

No i na tyle wystarczyło mi energii. Kiedy kładłam się w sypialni z nosem jak Rudolf, bo co jakiś czas śluzówka oczyszcza mi się na czerwono, patrzyłam na choinkę, którą mąż kupił, ale zapomniał dokupić 10ciu metrów kwadratowych mieszkania do niej i pomyślałam, że to chyba były najspokojniejsze, najradośniejsze święta, jakie miałam w życiu. Bez spinki, sztuczności, z niepohamowanym humorem, autentycznością na jaką stać i mnie, i wszystkich, kiedy się im pozwala. Patrzyłam jak kot podgryza ubranego do połowy świerka od spodu, przebrany w świąteczne ubranko z reniferem i pomyślałam, że zespół Monty Pytona byłby zachwycony taką gwiazdką. Mam nadzieję, że koty trawią świerkowe igły, nie będę jeździć zwirusowana na żadne izby przyjęć dla przejedzonych wegańską dietą drapieżników.

A dziś leżę w łóżku, a świat kręci się nadal. Wstałam pierwsza, odsłoniłam okna i zobaczyłam cienką warstwę śniegu. Wszechświat nas nagradza za to, że nie oczekujemy tego, co jest złudzeniem szczęścia. Prawdziwie świąteczna atmosfera to dla mnie śmiech moich dzieci, kiedy mówią:”Mama, nie mów naszym językiem, bo to brzmi jak suchar!” A ja mrużę oko, bo wiem o tym, robię to dla siebie, dla własnej radości i dla nich, bo czują się inne, młodsze, należące do siebie, innej generacji, nie do mnie. A wczoraj przy wigilijnym stole się dowiedziałam, że słówkiem roku 2018 jest „dzwon”. Dzwon oznacza pusty w środku. Dzieciaki mówią: „Ale dzwon…”, czyli kiepski, bez wyrazu, dno i wodorosty, jakbyśmy powiedzieli w naszych czasach. Słówkiem 2017 roku był „sztos”. To z kolei oznacza coś świetnego. W użyciu: „Ale sztosik!”, o czymś fajnym, odjazdowym – tutaj nasza gwara. Słowa te zostały oficjalnie uznane, przyklepane i weszły do słownika nowomowy w całkiem nowych znaczeniach. Wszystko się zmienia. Rytuały, wartości. Szczerość, mam wrażenie, wiele uświęca. Nawet niezadowolenie, zgoda na wiele nieakceptowalnych w czasach mojego dzieciństwa emocji, jak gniew, zniechęcenie, smutek: „No czemu się nie cieszysz z prezentu? Toż to nie wypada, Mikołaj tak się starał…” -„Nie cieszę się i tyle, tak się zdarza”.

Na mojej wigilii, na której spotykam tych, których kocham autentycznie, można wyrażać wszystkie emocje i uczucia. Nikt nikogo nie krępuje, nie przymila się po głaski: „Ładnego ci misia Mikołaj przyniósł?”. To nie istotne dla tych, co kochają i czują się kochani, prezenty to tylko przedmioty, trochę do ułatwienia, trochę do zabawy. Nie wyrazy miłości, bo miłość nie wyraża się przedmiotami. Miłość to akceptacja każdego przejawu ludzkiego wnętrza. Można symbolicznie coś prezentem przekazać, ale miłość płynie mimo, obok tego. Bez niej, żaden prezent, żadne danie wigilijne, żaden wyszukany gest, podniosłość, po prostu żadna maska nie zapełni pustki czekania, na miłość, co się wyraża akceptacją w byciu tym, kim jesteś naprawdę i traktowania z pełną akceptacją tych, których się kocha.

Bez przymrużenia oka: „Niech te święta będą dla Was otwarciem na miłość, autentyczność w uczuciach, radościach i dąsach. Niech Wam się zdarzą autentyczną chwilą, spokojem patrzenia w serca bliskich ludzi. Bo kiedy zobaczycie ich takimi, jakimi są naprawdę, będziecie ich kochać. To nieuniknione. Więc jeśli chcecie, żeby Was kochano, bądźcie autentyczni, nie fałszujcie swojego obrazu, żeby Ci co na Was patrzą widzieli prawdę. A wtedy i Was pokochają. W tym się przejawia synergia miłości.”

Autentyczność

Ludzie nie są autentyczni, bo nie znają siebie. Kreują się za to na postaci z bohaterskich albo świętych wizerunków wszelakich. Nie oceniam nikogo, ani za wizerunek jakiego kurczowo się trzyma w swoich ograniczeniach, ani za to kim naprawdę jest. Bo jak się przejdzie przez swoje małe piekiełko cienia, przestajesz oceniać. Widzisz więcej i więcej akceptujesz w innych, ale nie dajesz się ponieść iluzjom ani wrogości. Współczucie pojawia się samo, jako rezultat rozpoznania ludzkich słabości.
Poznałam kiedyś człowieka tak zniekształconego duchowością, że latał wyłącznie w rejonach nieba. Ciągnęło go do ziemi, ale nie umiał się z nią zjednoczyć. Ziemia była dla niego złem. Wyprojektował na mnie swój cień braku osadzenia w materialnym świecie. Szukał winnego swoich porażek życiowych, złamanej kariery, utożsamił mnie ze swoją matką, co go tłamsiła w młodości i usiłował mi wmówić, że posiadł mądrość, większą niż moja. Niewiele wtedy wiedziałam o duchowości, czułam tylko, jak moje ciało boleśnie odpowiada na jego słowa, co były jadem niespełnienia. Mówimy czasem, że spotkaliśmy toksycznego człowieka, wampira energetycznego, a co bardziej religijni widzą demony i opętania. Nie ma czegoś takiego moi drodzy. Nie ma nic co widzimy poza nami. To co robią inni ludzie to ich sprawa. Zawsze możemy się odgrodzić, jeśli tego nie robimy, to nasz wybór, nasze brzemię jakie sobie wkładamy na plecy. Zniekształcenia rzeczywistości to codzienność, to człowieczeństwo. Mam swoje i wolę mierzyć się ze swoim niż nosić czyjeś demony.
Dla mnie kluczowym momentem, jak do tej pory, było zobaczenie swojej autentyczności w każdym aspekcie, jasności i ciemności. Każdy ma ciemność, wyparte pragnienia, zsuwające nas w zmęczenie. Walka z cieniem to bardzo energetyczny proces. Lepiej wejść w cień, rozejrzeć się i poddać. Pozwolić sobie na bycie nieświętym. Im dłużej widzę ludzi wraz z ich cieniami, tym więcej widzę jasności w nich. Męczy mnie natomiast wszelka budowa systemów służących do tłumienia rozpoznania co jest cieniem w człowieku. Nazywanie grzechów, pokuty, wytykanie a jednocześnie bezsilność wobec rażącego zła autentycznego. Człowiek, który mnie próbował oświecić swoją duchowością miał ogromne narcystyczne ego. Wytykał ludziom ich błędne przekonania nie widząc swoich błędów. Koronnym dowodem na fałsz jego postawy była jego postawa w relacji z bliskimi. Bliskie relacje bowiem obnażają naszą autentyczność. Ktoś może się kryć za maską pozorów, ale ponad wszelką wątpliwość zdarza się, że rano zaspany coś rąbnie wewnętrzną prawdą. I wtedy bliscy widzą, ale widzą też ci co przepracowali podobne demony i sytuacje. Dlatego tacy, co się skrupulatnie kryją, zbierają włosy z podłogi w sypialni po wizycie kochanki, kręcą licznikiem kilometrów w pracy, uśmiechają się jak nieświadome niczego dzieci, żeby ich nie ganić, nie zranić za ich nieodpowiedzialność, w końcu docierają do granic swojej prawdy. Bo kryją się ci co nie mają odwagi powiedzieć:”Kochanie, ciąży mi to, że muszę utrzymywać całą rodzinę i nie mam czasu na pójście z synem na piłkę. Czy możesz pójść do pracy?”, albo „Jestem zmęczona byciem na każde zawołanie dzieci. Czy ktoś mnie na chwilę zastąpi?”, albo „Nie czuję się przy tobie mężczyzną. Czy to się da zmienić?”
Szczerość. Taka trudna sprawa. Mówienie prawdy, kluczowe dla miłości. Wszystkie półprawdy to kłamstwa. Wolność w miłości jak ktoś chce być zależny i polegać na kimś, albo rodzicielstwo, jak ktoś ma problemy z powodu nieukochania wewnętrznego dziecka, to proste drogi do problemów. Wszystko da się rozwiązać, nawet sytuacje krytyczne, ale podstawą zawsze jest szczerość. Mężczyznom generalnie trudno się przyznać do słabości tak, jak kobietom do siły. Zamiast wisieć jak plastikowa lala na ramieniu, kobieta może iść sama. Facet za to może czasem popłakać i to jest autentyczność. Jesteśmy ludzcy, każdy stan radości i smutku jest dla nas. Jak ci zmarła bliska osoba to masz prawo być w rozpaczy, nie strugaj twardziela i znajdź sposób na wyrażenie każdego uczucia, jakie do ciebie przychodzi. Jak nie chcesz całować kobiety choć ją zaprosiłeś na randkę, a ona jakoś tak się słania, to mów o tym. Nie zawsze taka konfrontacja jest przyjemna, ludzie siedzą głęboko w swoich wyobrażeniach, jak powinniśmy się zachowywać, ale przekonałam się, że autentyczność tak działa, że zaraża. Niedawno kolega powiedział mi, że podobało mu się, że w kinie śmiałam się na całe gardło nawet w kontrowersyjnych momentach filmu. Po prostu jak mnie coś śmieszy to się śmieję. Nie przejmuję się tym, co ludzie myślą. Każdą szczerość można odpowiednio przekazać. Jak ci żona przytyła i nie masz ochoty na seks z nią to nie udawaj, że idziesz pobiegać, porozmawiaj z nią. Jak ktoś czegoś w tobie nie rozumie to nie zakładaj, że jest głupi, ma swój własny system pojęć. Chcesz być zrozumiany, przemów jego językiem, ale się nie zniekształcaj, nie dopisuj sobie cech jakich nie masz, bo zaciemniasz swój prawdziwy potencjał. Kobieta mocna zawodowo, która się przeobraża w domu w kuchtę, bo boi się reakcji męża, co sunie finansowo brzuchem po ziemi, to droga do porażki w relacji. Jak facet, co sobie wmawia, że ona wszystko mu zawdzięcza, bo zrezygnował z kariery. A po co taka farsa. Szczerość jest wtedy, kiedy ona mimo, że wpada w szpilach i siada do obiadu to ceni, że jest zrobiony. A facet w kuchennym fartuchu co miał czas i zrobić zakupy, i wyskoczyć na pływalnię, może być bardziej spełniony w swojej roli niż nie jeden korporacyjny szczurek. Czas na zmiany myślenia, bo inaczej zadręczymy się nieautentycznością, nieszczerością. Mój znajomy lubi wyższe kobiety. Jak jego partnerka chodziła w szpilkach to był o głowę niższy od niej, ale czuł się bardzo męski i na miejscu niż suchy koszykarz. Skonfrontujcie się z tym obrazem w sobie. Jakiej cechy nie umiecie ujawnić choć jest w was autentyczna? Co wam doskwiera, bez udawania i poszukajcie przyczyn. Może chcecie wyjść na męczennika, bohatera, świętą, nieskalaną, matkę Polkę na przykład? Co wam wmówiono, może to, że z taką autentycznością to się lepiej nie wychylać? Takie stłumione autentyczności pokazują, jakie mamy wzorce, jakie mamy więzy i kajdany. Nie uświadomione kajdany prowadzą do takich przekłamań rzeczywistości: „Też bym chciała mieć BMW, ale nie zarobię na nie, bo nie wierzę w siebie, więc wyjdę sobie za mąż za faceta co mnie będzie woził”, albo „Wezmę sobie za żonę taką, co mnie nie zdradzi, to będę miał kontrolę. Nie ważne, czy ją kocham. Ona kocha mnie, to wystarczy, resztę się dopowie.”, albo „Moje dziecko spełni dla mnie wszystkie moje niespełnione marzenia”. Czas przestać. Czas się nie wybielać, ale przyjrzeć sadzy tam gdzie przywarła. Każdy kto prał wie, że są gorsze plamy do wywabiania. Ale chodzenie z plamą i wmawianie światu, że to nie plama, tylko dekoracja, jest jak herezja, jak kpina z prawdy. W końcu świat się połapie i wytknie w najgorszym dla nas momencie. Plamy dla porządku są całkiem ok, kiedy robimy im miejsce i świadomie je wkładamy w mozaikę naszej osobowości.  Ktoś, kto się sztukuje samochodami w brakach w poczuciu męskości, może prawdziwie o tym powiedzieć z żartem: „Wolę moje gładkie ferrari, bo mnie nie puszczająści kantem”. Ale na taki autentyczny żart stać nas dopiero wtedy, kiedy przyznamy się przed sobą do własnej słabości, albo nieumiejętności, niewiedzy. Wtedy nasze ego nie karmione strachami przed ujawnieniem naszych słabych miejsc staje się pomostem między rozumem a uczuciami, wygasa jego władza nad nami. W kontakcie ze sobą stajemy się kolorowymi wachlarzami uczuć, emocji, mądrości, świadomości, stajemy się sobą, takimi jakimi jesteśmy naprawdę, wyłuskani z masek własnej małości. Wtedy stajemy się indywidualnościami i od tej pory, z każdym dniem stajemy się autentycznie niepowtarzalni nie poprzez dążenie do jakiejś wydumanej doskonałości, ale poprzez dochodzenie do prawdy.

O miłości do polskości

O polityce nie będę pisać, bo po pierwsze mnie nie wciąga, za bardzo kwaśna jest od ambicji i maskowania prawdy. Ale o polskości z okazji tego stuletniego święta się pokusiłam trochę wyciągnąć z zanadrza własnych refleksji. Polacy są jak krasnoludy Terrego Pratcheta, gdzie dwóch ich siedzi, tam trzy opinie, a i tak zrobią dokładnie przeciwnie. Wszelkie święta narodowe omijam łukiem, mimo zacięcia do historii, o której lubię słuchać, dyskutować i się edukować np. w pracy, bo moi koledzy mają szeroką wiedzę nie tylko z zakresu nauk ścisłych. Kolega chemik rzuca np. imionami kalifów arabskich z okresu wczesnego rozwoju imperium muzułmańskiego na Bliskim Wschodzie i obecnej Hiszpanii, kolega fizyk interesuje się kolejami rozwoju silnej państwowości polskiej w unii z Litwą i wpływu mniejszości żydowskiej na rozwój miast i handel. Jest o czym rozmawiać, spierać się i dumać potem. Wszyscy jesteśmy Polakami i na swój sposób jesteśmy dumni z tego, każdy ma inne opinie i o historii, i o teraźniejszości, ale bardzo się lubimy, więc każda nasza dyskusja posuwa nas w zrozumieniu tego, co było wcześniej płynne, jak to, że Batory mimo, że nie Polak i języka nie znał, okazał się lepszym królem niż jakikolwiek wytytułowany przedstawiciel polski, bo szlachta sprywatyzowała się skutecznie w majątkowości, zapominając o patriotyzmie i interesie polskiej państwowości. Konsekwencje wyboru Batorego można rozumieć również  jako lekcję tolerancji dla inności,  że ktoś podejmując się stanowiska, niekoniecznie musi być nasz, polski, aż do kości włącznie z DNA, ważne jak robi swoją robotę. Polacy mają jedną wadę nieprzepracowaną zbiorowo. Kompleksy związane z przeszłością, z zaborcą, z niewolą, z poddaństwem. Wpływa to na nas wielowymiarowo. Po pierwsze totalny brak zaufania do siebie, zespół bitego dziecka i mesjanizm, czyli podparcie naszych porażek ideą, jakiej się nie da skalać, podważyć. Nie przez przypadek święcimy wydarzenia okupione krwią do ostatek, a podbojów nie umiemy uszanować. Niedawno kolega powiedział mi o świetnej koszulce, jaką widział. Portret Żółkiewskiego z podpisem: „Wakacje spędzam w Moskwie”. Gdybyśmy zaczęli śmiać się i cieszyć z naszych zwycięstw, a nie opłakiwać w gniewie nasze upadki, bylibyśmy lżejsi o pięćset lat z okładem.
I biorąc pod uwagę te wszystkie bolączki karków, co muszą swoją dumę narodową wybić zbiorowo kijem na plecach tęczowego pokolenia hipsterów żyjących w opozycji do tzw. wartości patriotycznych, wolę na święto pojechać do ludzi, co mają o historii pojęcie, co sami coś z tą historią robią z pasją, żeby poczuć czym naprawdę jest patriotyzm poważny, zrównoważony i, jak najbardziej jasny.

11 listopada to przede wszystkim koniec I wielkiej Wojny Światowej, w czasie której zamordowano wiele ludzkich istnień, eksperymentowano z gazami bojowymi i medycyną na polach walki, z nową bronią i technologią w ogóle, kiedy ukazało się nowe oblicze ludzkości, jakie wielu pewnie nie śniło się nawet w najcięższych koszmarach na globalną skalę. Dość tego, że Amerykanie po 3 latach tego szaleństwa postanowili jednak się włączyć i zażegnać oraz na nim skorzystać wizerunkowo i finansowo. Udało im się jak zwykle, bo to naród, który myśli przyszłościowo. Wraz z grupą znajomych 11 listopada znalazłam się na byłym  froncie I wojny,  gdzie armia carska broniła dopiero co wybudowanej linii kolejowej Tłuszcz-Ostrołęka. Walki odbywały się w pobliżu Różana i Kruszewa w lasach, w jakich chodziliśmy szukając grobu żołnierza, który padł w tamtejszych okopach. Nie wiedzieliśmy czy go znajdziemy, pojedyncza mogiła w usianym dołami po ostrzale artyleryjskim lesie. Marek – nasz gospodarz, i serdeczny kolega, zaprowadził nas najpierw na spacer do pobliskiej szkoły, jaką miano oddać 1 września 1939 roku. Piękny budynek, przemyślana architektura, świetny klimat. Szkoła jest zamknięta od 10 lat. Podczas wojny stacjonowali tam Niemcy, zwani dla niepoznaki historycznej hitlerowcami, ewentualnie faszystami, wymienianymi obecnie bez nacji. Kolejny problem Niemiec z akceptacją wielokrotnej agresywności politycznej w Europie. Jak wielu innych zresztą. W końcu pierwszą wojnę wywołali Serbowie. Weszłam na teren budynku nielegalnie, przez okno. Wewnątrz zostawiono wszystko, jakby ludzie umknęli stamtąd przed chwilą po ogłoszonym alarmie atomowym. Myślę, że podobnie wygląda Czarnobyl, talerze na stole, buty przed domem. Tutaj: kreda w klasie, dzienniki i książki, gazetki, misie, kasety, płyty edukacyjne, katechizm, złamana świeczka i wiszące na ścianach kwietniki oraz kalendarze. Marek chciałby zrobić w tej porzuconej szkole muzeum I Wojny Światowej, bo takiego nie ma w Polsce podczas, gdy mają je Amerykanie. Byłam tam nawet parę lat temu w Kansas City. Gmina budynek szkoły sprzedaje. To duży koszt, inwestycja. Mam nadzieję, że kiedyś się Markowi uda zrealizować to marzenie, bo na 11 listopada wolę pojechać w takie miejsce, niż patrzeć przez okno na race na ulicach.

Mogiła była w lesie, krzyż z doczepionymi kwiatami. Dzieci odkopały ją z liści, dekorowały nimi krzyż z listewek. Kasia mieszkająca nieopodal stwierdziła, że trzeba wyszykować solidny brzozowy i może dzieci, które przyjadą do niej na obóz jeździecki, zrobią płotek dookoła grobu w ramach zajęć. To bardziej do mnie przemawia w sensie cnoty patriotyzmu niż apele w szkołach, armaty na pl. Piłsudskiego w Warszawie, warty przy grobie Nieznanego Żołnierza przez wojsko, ale i przez służby skarbowe. Swoją drogą skąd się wzięło coś takiego, czy ktoś zauważył ten mezalians, policja, wojsko, służby wszelkie mundurowe i skarbówka, a w jakich wdziankach? Może ktoś oglądał w telewizorze, to mi powie. Przy mogile w lesie na drzewie jest krzyż wyrznięty w korze i pomalowany na biało, żeby jak mogiła polegnie, wskazywał na to szczególne miejsce. Marek sądzi, że pochowano ich tam więcej. Młodych chłopaków – Polaków z carskiej armii, padłych pod ostrzałem prusackim w 1915. Carscy, a nasi, zauważcie. Ci po drugiej stronie też byli nasi po części, z Wielkopolski, Śląska, Pomorza, zawędrowali na Mazowsze, do macierzy.

Po spacerze zajechaliśmy do Kasi. Zupa dyniowa jej produkcji jest świetna. Marcin na FB zamieścił relację z naszej wycieczki i, jeśli ktoś chce uświęcić kulinarnie 11 listopada to jest tam oryginalny przepis. Zupa dyniowa na święto niepodległości jest bardzo adekwatna, na czasie i nasza, choć przepis francuski, od rodowitego Francuza, męża Kasi.

Wieczorem wracaliśmy pustymi drogami do domu. Nowa droga ekspresowa na trasie S8, niedawno oddana, bardzo przyspiesza przejazd. Udało się skończyć ten odcinek, mimo zmian politycznych, pokrzykiwania na poprzedników i robienia sobie własnego korytka dla popasu marionetek politycznych, zbijania potencjału na świętach narodowych i kościelnych, wstydzenia się za prezydenta, czy innych świecznikowych smutasów. Nasuwa mi się taka refleksja, że to, jak czujemy swoją polskość to nasza indywidualna sprawa. Każdy może czuć przynależność bądź jej brak. Kiedy mój kolega Włoch jada z nami pierogi w pokoju socjalnym, bo je lubi najbardziej, a my wchłaniamy wtedy spaghetti czuję, że nie mamy barier w osobistych kontaktach. Tam, gdzie jest relacja człowiek – człowiek, nacja negatywnie wpływa tylko wtedy, kiedy pozwalamy na podkreślenie różnic, co nas separują, ale dla odmiany można również podkreślić wspólne wartości, co nas spajają w działaniu, życiu jako aktywności. I na koniec powiem, szczególnie do Polaków, bo z tą koncepcją mamy prawdziwy problem: Myślenie o przyszłości nie wyklucza pamiętania, nie wyklucza świętowania poświęcenia przeszłych pokoleń, ale wymaga zrozumienia i akceptacji odmienności warunków, w jakich one żyły i walczyły, często zwykłą codziennością, pracą, uczeniem w kompletach, czytaniem i pisaniem poezji, tworzeniem muzyki za granicą nie istniejącego państwa. Powstania Warszawskiego nie dało się zatrzymać, niech nikt się nie łudzi, ale dawać je jako przykład postępowania, wiedząc, jaka była jego konsekwencja, to duże zaślepienie. Oddaję cześć dziewczynom i chłopcom, kobietom i mężczyznom, dzieciom, którzy oddali życie za moją wolność, za moje obecne bezpieczeństwo. I w ogromnym poszanowaniu ich postaw moje życie zamierzam przeżyć pamiętając o tej cenie, w najlepszy sposób, jak należy, czyli w szczęściu, dobrobycie, ku pożytkowi, radości mojej i innych ludzi, Polaków i nie Polaków, którzy mnie otaczają, którzy jak ja, mogą mieć swoje własne cele i iść w zgodzie ze sobą w kierunku przyszłości. Bo niezależnie od przekonań wiemy, że czas płynie liniowo, nie zawraca. Tylko przyszłość nas czeka, tylko ona. I niech  w szlachetnym świetle przeszłości Polski, nasza mądrość i serce da nam przyszłość co będzie wyjątkowa, będzie wartym pamiętania, przez kolejne pokolenia, doświadczeniem.

Śniadania piątkowe z Iwem

Ostatnio dużo pracuję. Wygrałam projekt, o który się starałam, kończę publikację i szykuję konferencję jednocześnie. Mało przebywam w domu, dlatego staram się czas, który spędzam z dziećmi spędzać efektywnie, nie na ilość, ale jakość. Spędzam go również tak, żeby i dla mnie było to przyjemne. Wiele razy widziałam rodziców, którzy stoją pod placem zabaw nudząc się piekielnie, albo zblazowani, zmęczeni siedzą z dziećmi w domu. Sama się do nich często zaliczałam. Mogę powiedzieć, że częściowo dzięki temu, że moje dzieci wyrosły, ale również zmianie mojej optyki, zaczęłam inaczej spędzać czas z dziećmi.
Dziś odwożąc córkę do szkoły poczułam, że nawet taki zdawkowy kontakt ze mną jest dla niej ważny. Siedzimy w jednym pojeździe, ona słucha muzyki, ja jestem. Czasem o coś spytam, czasem ona, nie narzucamy się sobie, każda ma swoją przestrzeń. Kiedy wysiada na tramwaj, widzę w lusterku jej włosy w kolorze magenta, jak wesołe światełko unoszące się w porannej mgle. Staram się być, bo przy niektórych, szczególnie starych dzieciach, inaczej już nie będzie, dopóki same nie zechcą, same nie przyjdą, a wtedy trzeba być uważnym na to, co mówią i, przede wszystkim, nie oceniać ich świata, jaki same dla siebie przędą. Dzięki temu, przyjdą z największymi obawami i, dzięki temu, wysłuchają co mamy do powiedzenia.
Syn jedzie ze mną dalej i w piątki, kiedy jest mniejszy ruch, zwykle lądujemy na śniadaniu w małej knajpce niedaleko szkoły. Zamawiamy kanapki, herbatę albo kawę, ciastko z malinami albo czekoladą i siedzimy. I znowu, choć inaczej, jestem. Syn mi mówi ile punktów zebrał w grze, w którą gra, że postać z niej nazywa się „Shadow”, a ja patrzę jak wywija kosą ścinając ninję co go napada i pytam, czy mu nie przeszkadza, że to takie drastyczne. Bo dla mnie jest drastyczne. Mówi: „Co ty mama, w to wszyscy grają, a mój kolega Luka, to w 3 miesiące to przeszedł i nie hakował gry.” Faktycznie, jak widzę, to musi być wyczyn. W czasie rozmowy, która z mojej strony jest bardziej słuchaniem, wysypują się wszystkie ważne informacje, o kartkówce z biologii, że pani nie uczyła pierwiastków, a z tego sprawdza, że on nie chciał do klasy językowej, bo lubi panią od matmy, że kolega z tej klasy kończy dziś wcześniej i się nie spotkają po lekcjach, że był na łyżwach z prawie narzeczonym siostry. Piję herbatę, przekąszam i się uśmiecham. Nie oceniam, nie mówię, zrób tak, albo siak. Mój syn jest mądry, jak nie będzie wiedział – zapyta. Wolę, żeby sam błądził, żebym go wspierała jak się zapętli, niż kierowała jego kroki. Jest dość duży na to, żeby świat rozpoznać. Nie obruszam się, jak mi powie, jak ostatnio: „Nie lubię cię.” Pytam za co? „Za wszystko.” Ma prawo. Po dobie przychodzi, kiedy po masowaniu naciągniętej stopy zrobi mu się błogo i mówi: ” Wiesz, jednak cię lubię, tylko tak mówiłem, bo byłem zły na ciebie za coś.” I to też przyjmuję. Nie wymuszam zwierzeń: „Kochasz mamusię, a tatusia?”, bo wierzę, że ludzie którzy wymuszają uwagę dziecka, pozory uczuć, przywiązanie, szacunek i uśmiech, kształtują w nich błędne przekonanie, że nie mogą czuć tego, co czują naprawdę, nie mogą o tym powiedzieć. Jak mnie córka słownie boksuje czasem, że jestem nielogiczna i nie rozumiem jej potrzeb, mówię, że ma rację, bo nie jestem nią i widzę świat inaczej. W moim świecie jest tak, i wszystko dla mnie jest tam logiczne, ona może widzieć świat odwrotnie zgoła. Pozwalam na to, ale bronię swojego spojrzenia i jestem tu jak skała, bo wtedy ona wie, że jak się potknie, nie będę jej zarzucała, że zrobiła błąd, tylko dam jej się na mnie oprzeć. Dlatego nie oceniam, mówię faktami. Ludzie nie lubią się konfrontować, unikają tego, dzieci również, wolą się bawić niż ponosić konsekwencje swojego postępowania. Warto do nich mówić, ale też im dawać pole na wyrobienie błędami bicepsów, które kiedyś posłużą, do kształtowania swojego świata, może, a nawet zwłaszcza, wbrew naszym wyobrażeniom.
W piątki siadam do śniadania z synem dla relaksu, nie jako wielki nauczyciel życia, przewodnik, guru w pąsowym ubranku i sandałkach, ale też nie kumpel z podwórka. Jestem mamą, jaką sama chciałabym spotkać w dniach mojego dzieciństwa. Nie mam też parcia na bycie idealną mamą. Jestem po prostu autentyczna, nawet jeśli rąbnę jakiś błąd, a mam ich za sobą cały worek, nie obarczam się winą, tylko uczę na co dzień z obserwacji, jak to co robię działa. Również czy mi to służy, bo nie ma nic gorszego od metody postępowania wyuczonej z książki, przez którą rodzic się stara włożyć kolejną maskę super bohatera rodzicielstwa. Dzieci jak busola wykryją takie oszustwo i wskażą północ z komunikatem prosto z uczuć rozpoznawalnym dla empatycznych osób jako :”Winter is coming”. Trzeba się dobrze czuć w swojej roli, nie fałszować falsetem swojego prawdziwego ja, nie zaciskać dziecka pragnieniem, nie oceniać, ale i nie obarczać się i jego przeszłością co przemknęła. Jak puszczam suchara to dzieci mówią z politowaniem, ale i cieplutko: „Mama …”. A ja się uśmiecham, bo czasem specjalnie rzucam coś konfrontacyjnego.
Dziś w naszej knajpce sprzedawczyni powiedziała mi: „Ja już się nie mogę doczekać, jak będę z córka tak siadywała, jak pani z synem.” Pomyślałam, że nie ma na co czekać, bo trzeba łapać każdą chwilę z dziećmi, zanim odejdą do swoich wszechświatów. Poza tym, może córka tej pani będzie chciała spędzać czas inaczej? Nie ma co się nastawiać, raczej obserwować. Każdy etap rozwoju dzieci ma swoje możliwości i ograniczenia, jest inny. Warto się spytać bobasa, czy woli poskakać w parku trampolin, uczyć się walki kendo, a nie pakować go w narty, jak się nie chce ślizgać, bo to dla nas było marzenie dzieciństwa. Ale jak zechce posiedzieć z tobą w knajpie przed szkołą, bo mimo poważnych 11tu lat czuje się dobrze, to łapać, żeby sobie nie wypominać, że się nie chwyciło. A jak się połapiesz, że za dużo i niewłaściwie chciałeś czegoś od niego, to sobie wybacz i pamiętaj następnym razem tego nie powtarzać.
Dziecko jest na chwilę, kolega powiedział mi kiedyś, „jak wypożyczona na określony okres książka z biblioteki”. Przeczytasz i oddajesz. Prawidłowo zadbane potem się odłączy, poleci do siebie. Jak je przetrzymamy za długo, rośnie nam dług niespełnienia. Jak nie chce się odłączyć, to chyba nawaliliśmy z usamodzielnieniem i tkwimy na ostatniej stronie, ale wtedy można wrócić i przejrzeć, czego nie doczytaliśmy ze zrozumieniem. Dla każdego dziecka wiek odejścia jest inny, ale warto pogrzebać w intencjach własnego ego czy w kontaktach z nim i przetrzymywaniu go w zasięgu, nie tkwi potrzeba zaspokajania czegoś jednostronnego. Relacja z każdym, z dorosłym dzieckiem szczególnie, powinna być symetryczna, nie toksyczna, wysycającą. Rodzice są po to, żeby wyprostować skrzydła do lotu, nie osłabiać i nie trzymać ptaka na sznurku dla zaspokojenia własnych uczuć. Prawdziwa miłość do dziecka nie wymaga jego uwagi, wizyt, zapewnień, że się o rodzicach pamięta, tej całej fałszywej czci wmawianej mojemu pokoleniu jako wartość nadrzędna. Taka bezwarunkowa miłość do dziecka jest niezbędna, żeby dziecko miało potencjał do rośnięcia. Ale do rośnięcia dla siebie, nie dla rodziców.
I jak się to zobaczy z takiej perspektywy, że dziecko chce, a nie musi przyjechać w odwiedziny, to ja wolę posiedzieć teraz z synem cicho, pokontemplować jego słowa, i czasem poboksować się z dziećmi autentyczną kłótnią, nie wyrabiając w nich sztucznego pojmowania uczuć. Wtedy będę wiedziała, że w przyszłości jak wpadną do mnie, to im naprawdę się chciało mnie zobaczyć, a nie zrobili tego dla retuszu, maski „właściwych” zachowań wobec rodziców.
Jedno co mnie cudownie nastraja w piątki, to to jak po śniadaniu syn bierze plecak z samochodu, żeby pomaszerować do szkoły. Sam mi wtedy daje całusa, bez obawy, że go jakiś kolega z klasy zobaczy i przytula się całym ciałem na środku chodnika przy wielkim skrzyżowaniu w centrum Warszawy. I wiem, że to jest autentyczna bliskość, z jakiej oboje korzystamy.