Nie zrobimy w swoim życiu postępu, jeśli nie wybaczymy. Szczerze, prawdziwie, dogłębnie, pełni siły, wybaczymy tym, co nas skrzywdzili, zadali rany, lekceważyli, nie szanowali, słowem – nie kochali. Wybaczanie nie jest trudne, kiedy przychodzi na nie pora. Wtedy wystarczy puścić żal, smutek, poczucie bycia ofiarą i wszystkie pozorne korzyści z tego wynikające. Zainteresowanie ludzi, współczujące spojrzenia, poklepywanie po plecach, słowa otuchy i przytulenia. Pozwalając temu odejść pozwalamy odejść cierpieniom, a pustka po nich zapełnia się powoli akceptacją. Zrozumieniem, ze już nie trzeba kurczowo trzymać się stromego zbocza z gniewem, że nikt nas nie ratuje. Kiedy puścisz wszystko po kolei palec za palcem, poczujesz jak z tyłu, na twoich plecach za skrywaną maską ignorancji i obciążającego cierpienia wykluwa się wielka tajemnica. I kiedy odpadniesz całkiem od ściany płaczu, z szumem wzniosą cię do góry twoje własne skrzydła. Niekiedy wisimy ma tej ścianie zbyt długo, by uwierzyć, że wybaczanie pomoże nam przeżyć w innym stanie niż z napiętymi do bólu mięśniami i uwagą skierowana na ochronę przed upadkiem. Siła naszych ramion w końcu się wyczerpuje i, jeśli jeszcze tli się w nas wiara, że nie jesteśmy tylko marnym pyłem, ta resztka wewnętrznego płomienia może wypali nam skrzydła na plecach nim spadniemy na samo dno. Nie czas tu jest ważny, a postrzeganie świata. Miałam silne ramiona jak atleta. Kiedy spadałam byłam gotowa się rozbić, ale w głębi siebie wiedziałam bardziej niż kiedykolwiek, że wystarczy otworzyć oczy i zobaczyć, że stoję stabilnie w powietrzu, uczepiona wirtualnej ściany. Odwróciłam się w jednej chwili i czas mnie już nie dotyka wyrzutami sumienia, że tak długo czekałam z tym otwarciem. Bo czas to fikcja do odmierzania naszego nieskończonego istnienia. Wybaczyłam wszystkim i sobie samej na końcu. Sobie samej wybaczyć jest najtrudniej. Przeoczenia, zaniechania, udawanie, iluzje, że widziałam prawdę, ale się jej wyrzekłam. Na chwile wyrzekłam się siebie i nie podążałam za swoim sumieniem, sercem, rozsądkiem, w przebraniu, grałam role kogoś, kim nigdy nie byłam. Dla mirażu idealnego życia o jakim śniłam. Ten czas trwał chwile. Teraz nadeszła chwila z jaką się mierze, jak z wysoka góra, albo piramidą schodkową, stopień za stopniem, noga za nogą. I choć wiem, że wszystko jest iluzją, to ta iluzja wydaje się prawdziwa, kiedy większość ludzi dla niej robi rzeczy niewyobrażalne.
Dlatego wybaczyłam i sobie, żeby przejrzeć na oczy w nowym paradygmacie odpowiedzialności za wszystko co mi się zdarzyło, od początku do końca. I nienawiść, i groza, i piękno, i miłość. Wszystko co nam się przydarza jest bowiem wynikiem pośrednich i bezpośrednich wyborów całego naszego życia. Wzięcie za nie odpowiedzialności jest częścią ludzkiego samookreślenia, dojrzewania. Bez odpowiedzialności za całe swoje życie nie ma nas, jako autonomicznych jednostek w przestrzeni świata. Bezwolni, bez wpływu, z założenia stanowimy nieistotny element krajobrazu, jaki nic nie może, i jaki przestawiają inni zgodnie z własnym wyczuciem przestrzeni, porządkując nasze miejsce w życiu, a tego przecież nie chcemy. Chcemy być wolni, niezależni od innych, choć będziemy z nimi spleceni, tworząc coś dla siebie w poszanowaniu własnych granic i wyobrażeń o szczęściu. Kocham tańczyć i nie wyobrażam sobie żeby jakiś człowiek mi zabraniał chodzić na tango, a jeden mi perswadował, że tracę czas zamiast rozwijać się w „pożyteczny” sposób. Ale ja wiem sama co jest dla mnie dobre, co mnie wypełnia pozytywną myślą, nastrojem i radosnym poczuciem zmęczenia. Żeby się tak oprzeć cudzym opiniom w drodze do własnego szczęścia, trzeba przestać się obwiniać i wybaczyć sobie, ludziom i wziąć odpowiedzialność za absolutną całość. Z tego rodzi się potężna pewność, że nasze życie należy do nas w sposób ze wszech miar zasłużony i możemy w nim wykonać nie jeden udany albo nieudany pivot, albo boleo, potknąć się na nogach partnera podczas sacady. To wszystko mija, a kiedy kolejny raz idziemy na tango, w życie, co chwilę, możemy coś poprawić, poćwiczyć i bawić się tym nie obciążając, że nie wszystko nam wyszło jeszcze w życiu. Bo gdyby już nam wszystko wyszło, gdzie mielibyśmy ulokować poczucie satysfakcji, jaką czujemy, gdy pokonujemy przeszkody? Co by nas motywowało do istnienia?
Jak wybaczać? Nie ma reguł, po kolei, chronologicznie, alfabetycznie, osobami, miejscami, intensywnością ran od najmniejszych do największych, albo odwrotnie od traum do uraz, chaotycznie. To się samo robi, kiedy w końcu się zgadzamy na wybaczenie i odpuszczenie. Zwykle świat nas inspiruje do tego od czego zacząć. Wystarczy być uważnym i z samego rana, kiedy jesteśmy między snem a obudzeniem poczuć czy coś nas boli, drażni, przypomina się mimowolnie. I od tego zacząć. Można w środku dnia, jadąc autobusem sprawdzić to samo, to co nas obciąża, albo po prostu wtedy, gdy będziemy gotowi się przyznać, że coś mamy do wybaczenia innym i sobie, i pozwolić sobie na powrót emocji, jakie towarzyszyły nam w przeszłości. Złości, skrzywdzeniu, lękowi, żeby wróciły i wypłynęły z naszej podświadomości. I przepuścić je przez swoje ciało. Powiedzieć sobie: „widzę, czuję i wybaczam” i naprawdę to poczuć. Czasem warto to robić w bezpiecznym otoczeniu, bo jedna mała uraza potrafi być wierzchołkiem góry lodowej, nieuświadomionej w naszym wnętrzu. Można podczas medytacji, modlitwy, jak kto woli, na wycieczce rowerowej, plaży, w ogrodzie podczas kopania grządek, pozwalając sobie na regresję w czasie skupić myśli na dojmującym wydarzeniu, osobie. Kiedy emocja wraca, przez chwilę czujemy się gorzej, ale dynamika emocji jest znana, najpierw stromo się pnie do góry, potem spada. I odchodzi. Odchodzi na zawsze, a wraz z nią cały balast skojarzeń, myśli, wewnętrznych blokad, których czasem nie widzimy, tak są wtopione w naszą podświadomość. Wybaczanie zdejmuje z nas te siły, które przyszły nie zapraszane, które nas ograniczyły. Wiedząc o nich nie warto walczyć z nimi zajadle, przetrenowywać muskułów umysłowych tłumaczących naszej podświadomości, czemu ta konkretna rana nas nie boli. Takie chroniczne wyparcie samo w sobie jest ograniczeniem. Trzeba szczerze przyznać, że rana boli, ale dając jej miejsce na wyrażenie siebie w emocji, wyzwolić ją na zawsze. Robiąc to ciągle, obserwując emocje i swoje działania, stajemy się tak bardzo świadomi siebie, że trudno będzie nas w przyszłości zranić, omamić strachem, albo nienawiścią. Rozumiemy więcej i choć więcej odczuwamy, nie zatapiamy się w emocje, ale wypuszczamy je w przestrzeń pozwalając sobie na wolność w podejmowaniu decyzji i wybór tego co nas nie rani, a pozwala nam rosnąć. Im więcej odpuścimy wybaczając, tym więcej w nas zrozumienia i czystości w zgodzie z własnym JA. A wtedy przychodzi spokój i miłość, do świata i ludzi. Czujemy się częścią jasnej drogi, która nas nie łudzi spełnieniem w nieistotnych aspektach. A kiedy zrozumiemy siebie, bez zaciemnień, na końcu drogi wybaczania, czeka prawdziwa wolność. Sedno istnienia człowieka.

Do napisania tego tekstu zostałam wyzwana, a że ostatnio nie boję się wyzwań, więc postanowiłam sprostać i dziś się postaram ująć parę aspektów, jakie wypłynęły w trakcie naszego ostatniego spotkania z tangiem, kiedy Maria uczyła nas idei objęcia. Dokładnie idei i praktyki.
ści fizycznej, ta jest źródłem niesamowitej energii życiowej, zrodzonej z dotyku. Kiedy się przytulamy w tangu, tworzymy komfort partnerowi, ale też dbamy o siebie, o swój balans, postawę. Jak w dobrej relacji, nie uwieszamy się na nikim, bo jak go zabraknie to leżymy i kwiczymy. Balans, ale bliskość i odczuwanie, pozwalanie na przepływ energii. Trzeba być świadomym swoich barier i swojej siły, żeby pozwolić na wejście w swoją przestrzeń innemu człowiekowi. Trzeba mu coś sobą zaoferować, w tańcu – taniec, w relacji wspólną drogę życiową, w jakichś jej aspektach, może to być przyjaźń, wspólne podróżowanie, kino, rozmowa, praca. Wspólne tworzenie, bo tango tworzymy w parze, umożliwia właśnie bliskość. Można uczyć się figur do zdarcia obcasów i palców, do bólu pleców, ale nie zatańczymy tanga i nie stworzymy relacji w oparciu o złe podstawy, bez kontaktu. Dlatego wracam do podstaw i ćwiczę objęcie, komfort dla partnera, ale i dla mnie. To nie jest łatwe. Nie uczą nas tego w życiu, musimy to sami wypracować, a najpierw zauważyć taką potrzebę, w sobie.
Każda nasza relacja, z dziećmi, partnerem, w pracy, z rodzicami, przyjaciółmi kończy się rozstaniem. To fakt niezaprzeczalny. Albo ktoś odchodzi, albo my odchodzimy, dzieci dorastają, zmieniamy pracę, rozwodzimy się, wyjeżdżamy za granicę, ktoś umiera. Wszystkie te sytuacje są naturalne i wciąż się zdarzają, dlatego każda relacja powinna się opierać od początku na przekonaniu, że jeśli ktoś nam towarzyszy teraz, to z pewnością nastąpi rozstanie. Z pewnością, bezdyskusyjnie. Kiedy, to już zależy od okoliczności, ale wchodzenie w relacje na zasadzie nieskończoności to zwykłe samookłamywanie. Nie oznacza to paradoksalnie, że nie należy kochać albo się angażować. Wręcz przeciwnie.
Zbliżają się święta i choć wymodliliśmy, że będą śnieżne, to chyba nie trafiliśmy w te właściwe. Ważne, żeby następnym razem modlić się o śnieg z zastrzeżeniem, że chodzi o Boże Narodzenie nie Wielkanoc, tak na marginesie. A skoro święta, to będzie o świętości. Świętych jest od groma, więcej niż bogów egipskich, greckich, rzymskich i pogańskich razem wziętych. Święci mają taką funkcję, że nam podpowiadają jak żyć. Mało się tym przejmowałam przez całe życie, bo jako osoba żyjąca poza religią nie czułam, że potrzebuję się wzorować na takich autorytetach. Moimi przewodnikami w życiu byli żyjący ludzie, a znałam ich, i znam nadal nie mało, i wielu z nich mogłabym nazwać świętymi w jakiejś dziedzinie. Asię za rodzinność i miłość do dzieci, Anetę za odwagę, Kasię za zaradność życiową, Magdę za światło siane jogą, Gosię za stworzenie metaprzestrzeni w Sopatowcu itd. Każdy człowiek nosi w sobie takie ziarenko świętości, jedni mniej a drudzy bardziej widoczne. Jednym ono kiełkuje i się rozprzestrzenia, innym wrasta w duszę i jest wtedy mniej zauważalne.
z przyjaciółmi, kuchnia oddzielna z salonem, nie lubię roznoszących się zapachów, gałki do mebli kuchennych już kupiłam, bo były piękne i w przecenie. Ziemię pod dom też wymarzyła. Jeździła z mężem samochodem po różnych miejscach i chodziła po ziemi, czuła co ta ziemia do niej mówi i patrzyła oczami wyobraźni, jak pnie się bluszcz, róże, bez, pasieka w tyle, płot z dzikim winem, altana w kwiatach, weranda, dom niski, drewniane okiennice, jak w Anglii. W końcu znalazła. U sołtysa była milion razy zanim sprzedał. Zaprzyjaźniła się z jego rodziną, obejrzała wszystkie zwierzęta w zagrodzie, przywiozła swoją rodzinę, była do bólu szczera, że chce kupić i żeby Jej nie obdzierał ze skóry, bo nie ma za dużo pieniędzy. Sprzedał za rozsądną cenę. Kupiła.
Ona się wokół tej budowy uwija z mężem na spółkę. Zadbała i o nich. Zakwaterowała, czasem podkarmiła jakimś specjałem i dobrym słowem mówionym autentycznie, gdy obserwowała, jak rośnie w górę Jej marzenie, jak się materializuje. Już na poziomie projektu, architektka tylko odwzorowała Jej projekt bez żadnych praktycznie zmian, tak był przemyślany.