O miłości i wybaczaniu

Nie zrobimy w swoim życiu postępu, jeśli nie wybaczymy. Szczerze, prawdziwie, dogłębnie, pełni siły, wybaczymy tym, co nas skrzywdzili, zadali rany, lekceważyli, nie szanowali, słowem – nie kochali. Wybaczanie nie jest trudne, kiedy przychodzi na nie pora. Wtedy wystarczy puścić żal, smutek, poczucie bycia ofiarą i wszystkie pozorne korzyści z tego wynikające. Zainteresowanie ludzi, współczujące spojrzenia, poklepywanie po plecach, słowa otuchy i przytulenia. Pozwalając temu odejść pozwalamy odejść cierpieniom, a pustka po nich zapełnia się powoli akceptacją. Zrozumieniem, ze już nie trzeba kurczowo trzymać się stromego zbocza z gniewem, że nikt nas nie ratuje. Kiedy puścisz wszystko po kolei palec za palcem, poczujesz jak z tyłu, na twoich plecach za skrywaną maską ignorancji i obciążającego cierpienia wykluwa się wielka tajemnica. I kiedy odpadniesz całkiem od ściany płaczu, z szumem wzniosą cię do góry twoje własne skrzydła. Niekiedy wisimy ma tej ścianie zbyt długo, by uwierzyć, że wybaczanie pomoże nam przeżyć w innym stanie niż z napiętymi do bólu mięśniami i uwagą skierowana na ochronę przed upadkiem. Siła naszych ramion w końcu się wyczerpuje i, jeśli jeszcze tli się w nas wiara, że nie jesteśmy tylko marnym pyłem, ta resztka wewnętrznego płomienia może wypali nam skrzydła na plecach nim spadniemy na samo dno. Nie czas tu jest ważny, a postrzeganie świata. Miałam silne ramiona jak atleta. Kiedy spadałam byłam gotowa się rozbić, ale w głębi siebie wiedziałam bardziej niż kiedykolwiek, że wystarczy otworzyć oczy i zobaczyć, że stoję stabilnie w powietrzu, uczepiona wirtualnej ściany. Odwróciłam się w jednej chwili i czas mnie już nie dotyka wyrzutami sumienia, że tak długo czekałam z tym otwarciem. Bo czas to fikcja do odmierzania naszego nieskończonego istnienia. Wybaczyłam wszystkim i sobie samej na końcu. Sobie samej wybaczyć jest najtrudniej. Przeoczenia, zaniechania, udawanie, iluzje, że widziałam prawdę, ale się jej wyrzekłam. Na chwile wyrzekłam się siebie i nie podążałam za swoim sumieniem, sercem, rozsądkiem, w przebraniu, grałam role kogoś, kim nigdy nie byłam. Dla mirażu idealnego życia o jakim śniłam. Ten czas trwał chwile. Teraz nadeszła chwila z jaką się mierze, jak z wysoka góra, albo piramidą schodkową, stopień za stopniem, noga za nogą. I choć wiem, że wszystko jest iluzją, to ta iluzja wydaje się prawdziwa, kiedy większość ludzi dla niej robi rzeczy niewyobrażalne.

Dlatego wybaczyłam i sobie, żeby przejrzeć na oczy w nowym paradygmacie odpowiedzialności za wszystko co mi się zdarzyło, od początku do końca. I nienawiść, i groza, i piękno, i miłość. Wszystko co nam się przydarza jest bowiem wynikiem pośrednich i bezpośrednich wyborów całego naszego życia. Wzięcie za nie odpowiedzialności jest częścią ludzkiego samookreślenia, dojrzewania. Bez odpowiedzialności za całe swoje życie nie ma nas, jako autonomicznych jednostek w przestrzeni świata. Bezwolni, bez wpływu, z założenia stanowimy nieistotny element krajobrazu, jaki nic nie może, i jaki przestawiają inni zgodnie z własnym wyczuciem przestrzeni, porządkując nasze miejsce w życiu, a tego przecież nie chcemy. Chcemy być wolni, niezależni od innych, choć będziemy z nimi spleceni, tworząc coś dla siebie w poszanowaniu własnych granic i wyobrażeń o szczęściu. Kocham tańczyć i nie wyobrażam sobie żeby jakiś człowiek mi zabraniał chodzić na tango, a jeden mi perswadował, że tracę czas zamiast rozwijać się w „pożyteczny” sposób. Ale ja wiem sama co jest dla mnie dobre, co mnie wypełnia pozytywną myślą, nastrojem i radosnym poczuciem zmęczenia. Żeby się tak oprzeć cudzym opiniom w drodze do własnego szczęścia, trzeba przestać się obwiniać i wybaczyć sobie, ludziom i wziąć odpowiedzialność za absolutną całość. Z tego rodzi się potężna pewność, że nasze życie należy do nas w sposób ze wszech miar zasłużony i możemy w nim wykonać nie jeden udany albo nieudany pivot, albo boleo, potknąć się na nogach partnera podczas sacady. To wszystko mija, a kiedy kolejny raz idziemy na tango, w życie, co chwilę, możemy coś poprawić, poćwiczyć i bawić się tym nie obciążając, że nie wszystko nam wyszło jeszcze w życiu. Bo gdyby już nam wszystko wyszło, gdzie mielibyśmy ulokować poczucie satysfakcji, jaką czujemy, gdy pokonujemy przeszkody? Co by nas motywowało do istnienia?

Jak wybaczać? Nie ma reguł, po kolei, chronologicznie, alfabetycznie, osobami, miejscami, intensywnością ran od najmniejszych do największych, albo odwrotnie od traum do uraz, chaotycznie. To się samo robi, kiedy w końcu się zgadzamy na wybaczenie i odpuszczenie. Zwykle świat nas inspiruje do tego od czego zacząć. Wystarczy być uważnym i z samego rana, kiedy jesteśmy między snem a obudzeniem poczuć czy coś nas boli, drażni, przypomina się mimowolnie. I od tego zacząć. Można w środku dnia, jadąc autobusem sprawdzić to samo, to co nas obciąża, albo po prostu wtedy, gdy będziemy gotowi się przyznać, że coś mamy do wybaczenia innym i sobie, i pozwolić sobie na powrót emocji, jakie towarzyszyły nam w przeszłości. Złości, skrzywdzeniu, lękowi, żeby wróciły i wypłynęły z naszej podświadomości. I przepuścić je przez swoje ciało. Powiedzieć sobie: „widzę, czuję i wybaczam” i naprawdę to poczuć. Czasem warto to robić w bezpiecznym otoczeniu, bo jedna mała uraza potrafi być wierzchołkiem góry lodowej, nieuświadomionej w naszym wnętrzu. Można podczas medytacji, modlitwy, jak kto woli, na wycieczce rowerowej, plaży, w ogrodzie podczas kopania grządek, pozwalając sobie na regresję w czasie skupić myśli na dojmującym wydarzeniu, osobie. Kiedy emocja wraca, przez chwilę czujemy się gorzej, ale dynamika emocji jest znana, najpierw stromo się pnie do góry, potem spada. I odchodzi. Odchodzi na zawsze, a wraz z nią cały balast skojarzeń, myśli, wewnętrznych blokad, których czasem nie widzimy, tak są wtopione w naszą podświadomość. Wybaczanie zdejmuje z nas te siły, które przyszły nie zapraszane, które nas ograniczyły. Wiedząc o nich nie warto walczyć z nimi zajadle, przetrenowywać muskułów umysłowych tłumaczących naszej podświadomości, czemu ta konkretna rana nas nie boli. Takie chroniczne wyparcie samo w sobie jest ograniczeniem. Trzeba szczerze przyznać, że rana boli, ale dając jej miejsce na wyrażenie siebie w emocji, wyzwolić ją na zawsze. Robiąc to ciągle, obserwując emocje i swoje działania, stajemy się tak bardzo świadomi siebie, że trudno będzie nas w przyszłości zranić, omamić strachem, albo nienawiścią. Rozumiemy więcej i choć więcej odczuwamy, nie zatapiamy się w emocje, ale wypuszczamy je w przestrzeń pozwalając sobie na wolność w podejmowaniu decyzji i wybór tego co nas nie rani, a pozwala nam rosnąć. Im więcej odpuścimy wybaczając, tym więcej w nas zrozumienia i czystości w zgodzie z własnym JA. A wtedy przychodzi spokój i miłość, do świata i ludzi. Czujemy się częścią jasnej drogi, która nas nie łudzi spełnieniem w nieistotnych aspektach. A kiedy zrozumiemy siebie, bez zaciemnień, na końcu drogi wybaczania, czeka prawdziwa wolność. Sedno istnienia człowieka.

przemijanie

rozkruszyłeś się między moimi palcami
spokojnie zdmuchnęłam okruchy wspomnień
idę spać
niech iluzja mnie nie mami
jutro moje myśli
pobiegną wolne

9 kwietnia 2018

O miłości i bliskości

Do napisania tego tekstu zostałam wyzwana, a że ostatnio nie boję się wyzwań, więc postanowiłam sprostać i dziś się postaram ująć parę aspektów, jakie wypłynęły w trakcie naszego ostatniego spotkania z tangiem, kiedy Maria uczyła nas idei objęcia. Dokładnie idei i praktyki.
Objęcie w tangu jest bliskie, nie koniecznie w sensie fizycznym, jak je sobie wyobrażamy, ale mentalnym, bo między partnerami zachodzi wymiana energii. Stąd taki kłopot z tangiem w ogóle, że energię trzeba przekazać, ale też trzeba umieć przyjąć, więc otworzyć się na nią, a co za tym idzie, otworzyć się na bliskość.
Są różne rodzaje bliskości. Intelektualna, kiedy z kimś świetnie nam się rozmawia na wspólne tematy, czujemy wtedy ten przepływ energii w rozmowie i każdy wie o czym mowa. Bliskość mentalna, kiedy mamy podobne wartości i odczuwamy podobieństwo w innych, łatwiej nam się wtedy dopasować, zgrać werbalnie. Mam na myśli wiek, doświadczenie, sposób patrzenia na życie, czyli pokrewieństwo nie koniecznie rodzinne. Jest też bliskość fizyczna. O ile pozostałych możemy doświadczać mniej lub bardziej bezpiecznie w naszych kanonach społecznych, o tyle ta ostatnia kuleje, moim zdaniem, na potęgę, bo bliskości fizycznej  przypisałiśmy łatkę.
Moim zdaniem to, jak odbieramy bliskość wszelkiego rodzaju świadczy o naszym kontakcie z sobą samym, nie innymi. Po prostu, nasz stosunek do bliskości określa, jak blisko jesteśmy z naszym wewnętrznym JA. Kiedy rozmawiamy, widzimy innych empatycznie, albo zamykamy się na nich. Obserwując siebie jesteśmy w stanie dostrzec, gdzie w naszym wnętrzu czycha zadra, której sobie nie uświadamiamy, a która nam uniemożliwia spotkanie z drugim człowiekiem. Wsłuchując się wnikliwie w innych słuchamy tak naprawdę siebie w innej postaci fizycznej. Może to pokrętne, ale spróbujmy się kiedyś poobserwować, jak reagujemy kiedy ktoś mówi do nas rzeczy bolesne, wstydliwe. Jaki to w nas wywołuje dysonans. Taka bliskość daje nam szanse na weryfikację tego, co myślimy, jak działamy, jakie są nasze emocje i co nami kieruje. Warto się bacznie sobie przyjrzeć podczas rozmowy i znaleźć te sprawy, jakie nas blokują w życiu do większej otwartości na bliskość z innymi, na życie. Można to poćwiczyć w bezpiecznym gronie, ale też rozszerzać na inne obszary, sprzedawczyni w sklepie, pana na ławeczce w parku, czy kierowcy autobusu, kiedy wpuści nas życzliwie mimo, że mógł odjechać bez nas, jeden mały uśmiech i dziękuję, dzień dobry, przepraszam, do szefa w pracy, dzieci. Otwartość, szczerość w rozmowie, nieocenianie siebie i partnera jest wyzwalające i powoduje dużo prawdziwego szczęścia. Taka bliskość może spowodować, że zauważymy jak niewiele różnimy się od siebie w gruncie rzeczy, a to już jest kolejny poziom bliskości, pokrewieństwo. Kiedy rozmawiam z ludźmi, a dziś rozmawiałam z głodnym marynarzem pół-Portugalczykiem w tramwaju na Ochcocie, który pił od czwartku po rocznym zasłużonym pobycie w więzieniu, i któremu wręczyłam moją bułkę do pracy, żeby dojechał do córki do Wrocławia i odmówiłam kasy na papierosy i alkohol, żeby był zdrowy i wrócił do malowania, to widzę, jak jesteśmy sobie bliscy, kiedy nie oceniamy człowieka, ale go widzimy. Tylko widzimy, jak nas samych. Krzysztof-Marynarz, pożegnał mnie szarmanckim pocałunkiem w rękę i krótkim komplementem po portugalsku, wcinając moją bułkę wrocławską nota bene. W Portugalii mieszka niedaleko Lizbony. Lizbona mnie prześladuje w łagodnie szczęśliwy sposób.

„Zobaczcie człowieka w człowieku” – ja dodam, zobaczcie w nim siebie. Również w tangu, w kontakcie z człowiekiem.

Wracając do bliskości fizycznej, ta jest źródłem niesamowitej energii życiowej, zrodzonej z dotyku. Kiedy się przytulamy w tangu, tworzymy komfort partnerowi, ale też dbamy o siebie, o swój balans, postawę. Jak w dobrej relacji, nie uwieszamy się na nikim, bo jak go zabraknie to leżymy i kwiczymy. Balans, ale bliskość i odczuwanie, pozwalanie na przepływ energii. Trzeba być świadomym swoich barier i swojej siły, żeby pozwolić na wejście w swoją przestrzeń innemu człowiekowi. Trzeba mu coś sobą zaoferować, w tańcu – taniec, w relacji wspólną drogę życiową, w jakichś jej aspektach, może to być przyjaźń, wspólne podróżowanie, kino, rozmowa, praca. Wspólne tworzenie, bo tango tworzymy w parze, umożliwia właśnie bliskość. Można uczyć się figur do zdarcia obcasów i palców, do bólu pleców, ale nie zatańczymy tanga i nie stworzymy relacji w oparciu o złe podstawy, bez kontaktu. Dlatego wracam do podstaw i ćwiczę objęcie, komfort dla partnera, ale i dla mnie. To nie jest łatwe. Nie uczą nas tego w życiu, musimy to sami wypracować, a najpierw zauważyć taką potrzebę, w sobie.
A przytulanie, codzienne, ma zbawcze działanie. Może działać terapeutycznie na osoby zamknięte, sfrustrowane. Warto przytulać tych, których kochamy, lubimy, bądź spotykamy po to, by ich wesprzeć. Ktoś mi ostatnio powiedział, że jak się bardzo kłócił ze swoją partnerką, to najlepszym balsamem było chwilowe przytulenie nawet w środku kłótni. Moje dzieci przytulam regularnie, nawet syna, który przed kolegami się do tego nie przyzna, bo takie mamy błędne przekonanie, że bliskość fizyczna jest nieobyczajna, albo dla mazgajów. Kobieta siedząca na kolanie „obcego” mężczyzny zyskuje przydomek. Tak to działa. Dzieci i nastolatki próbują to przełamać, ale szybko ich wtłaczamy w nasze kanony społeczne. Zostaliśmy zaprogramowani na życie w dystansie, który nas w gruncie rzeczy rani i ogranicza. Przytulanie, dotyk, uśmiech, czy wnikliwe słuchanie innych, zaraz się kojarzy z nie wiadomo czym. A to przecież tylko kontakt, bliski kontakt i nic więcej. Do takiego kontaktu mamy wszystkie zmysły i warto się nimi posługiwać w celu większego zrozumienia świata i poczucia szczęścia w życiu, większej uważności i otwartości na przeżywanie. Kiedy znikają bariery uwarunkowań społecznych, że coś wypada, a coś nie, każdy z nas łatwo jest w stanie określić, jakie granice ma jego bliskość i mentalna, i fizyczna. Bo wbrew pozorom największą barierą dla naszej bliskości nie jest poprawność społeczna, a niezaglądanie do własnego wnętrza. Kiedy zaglądamy, widzimy siebie i akceptujemy to, jacy jesteśmy, wtedy nie boimy się kontaktu z innymi, nie boimy się odbioru nas w całej krasie. Bliskość obnaża nas wewnętrznie, dlatego nierozpoznani, bądź nielubiący siebie się ukrywamy w dystansie. Kiedy jednak się otwieramy na swoje dusze, z akceptacją na to kim jesteśmy naprawdę, otwieramy się na innych. A to jest megaciekawe, jak ciekawy jest wszechświat. Ja zawsze byłam ciekawa innych ludzi. Nie wszystkich chcę przytulać, ale lubię słuchać i mówić. Dlatego tak się jakoś dzieje, że mnie różni ludzie spotykają w celu wysłuchania, jak ten Marynarz. Długo by opowiadać. Słucham innych ludzi, mówię, stwarzam przestrzeń do otwarcia. Z tangiem jeszcze się biedzę, ale też załapię. To przyjdzie z czasem. Już czuję postęp i czuję, jak wiele barier pękło po ostatnich zajęciach, kiedy przytulaliśmy się w tangu, żeby nauczyć się prawidłowego objęcia. Jak zdejmujemy pancerze sztucznej poprawności i otwieramy się na siebie, na spontaniczne reakcje w bliskości, na ich akceptację. Taniec daje pole do wyrażania siebie w całości, pięknie i w harmonii z drugim ciałem, człowiekiem, z jego percepcją, finezją. Lepiej to wychodzi kiedy się rozumiemy poprzez otwarcie, na bliskość. Mamy jeszcze tyle do zrozumienia i wytańczenia w życiu. I to jest wspaniałe.
Na koniec nasunęła mi się taka myśl:

Dzielmy się tym, jacy jesteśmy, by inni rozumieli siebie lepiej, odbijając się w naszych wnętrzach.

I to tyle narazie, ale CDN.

Może nie ma
odpowiedzi
tam gdzie ich szukamy
brodząc po kostki
w mroźnej świadomości.

Widziałam
obraz
utkany
z miłości,
w którym wszystko
było Jednym.

3 kwietnia 2018

Ty

Wyśniłam cię
to był krótki sen
i nim się obudziłam
nie zdążyłam
dopełnić obrazu

Teraz szukam
idąc
kogoś
podobnego
do niedokończonego
ciebie…

3 kwietnia 2018

Dni takie inne

Przychodzą dni
kiedy wszystko
wydaje się puste
i ulice
i słowa
i przeszłość
i przyszłość
nawet chwila obecna
jest cienka
jak papier lakmusowy
na zgięciu
między myślą
a wiecznością

Wtedy po prostu
trwam
interwałami bicia mojego serca
i liczę
jak odchodzą jedna za drugą
punkty na prostej czasu
w oczekiwaniu
momentu przegięcia

3 kwietnia 2018

O miłości i rozstaniach

Każda nasza relacja, z dziećmi, partnerem, w pracy, z rodzicami, przyjaciółmi kończy się rozstaniem. To fakt niezaprzeczalny. Albo ktoś odchodzi, albo my odchodzimy, dzieci dorastają, zmieniamy pracę, rozwodzimy się, wyjeżdżamy za granicę, ktoś umiera. Wszystkie te sytuacje są naturalne i wciąż się zdarzają, dlatego każda relacja powinna się opierać od początku na przekonaniu, że jeśli ktoś nam towarzyszy teraz, to z pewnością nastąpi rozstanie. Z pewnością, bezdyskusyjnie. Kiedy, to już zależy od okoliczności, ale wchodzenie w relacje na zasadzie nieskończoności to zwykłe samookłamywanie. Nie oznacza to paradoksalnie, że nie należy kochać albo się angażować. Wręcz przeciwnie.

Co daje takie podejście do związku, w który jesteśmy zaangażowani? Wolność i brak zaborczości. A to już warte jest przepracowania, kiedy widzimy ile energii pochłania zazdrość i potrzeba zatrzymania drugiego człowieka. Poczucie, że czeka nas rozstanie daje nam wolność przeżywania chwili, w jakiej właśnie jesteśmy, otwiera nas na zmiany i pomaga nie martwić się o przyszłość, która w finalnym sensie już jest ustalona. Tylko droga do niej może być różna, zależna od nas. Podejście z pozycji rozstania wyzwala również radość z cieszenia się chwilą, podnosi jakość tego co przeżywamy tu i teraz, bo przecież jeśli wiemy, że coś się skończy, bardziej się staramy wydobyć z każdej sekundy jak najwięcej szczęścia. Przez to stajemy się w pewnym sensie panami sytuacji, bo ona nie rządzi nami z pozycji straty. O takiej relacji można powiedzieć, że jest idealna do przeżywania pełni życia. Uwalniamy się w ten sposób od strachu, że możemy stracić coś, kogoś na wieki przez swoje postępowanie, a bardziej się koncentrujemy na dawaniu z siebie tego co najlepsze. Skoro czas nas ogranicza, kochamy też bardziej. Z takim nastawieniem do związku więcej dajesz, i więcej otrzymujesz od partnera, dzieci, szefa. I tak wyłania się pełnia.

Wszyscy odchodzą, nie ma nic stałego i niezmiennego na świecie. Przekujmy więc ten paradygmat w nasz oręż zamiast czuć cierpienie, że wszystko mija. Roztoczmy nad sobą jak parasol tę prawdę o zmianach i pozwólmy sobie na radość z tego, że każdego dnia czeka na nas coś nowego. W miłości, w rodzicielstwie, w przyjaźni. I przeżywajmy to, co nam się zdarzy całymi sobą, bo to odejdzie. Tak jak ludzie, których kochamy.

O miłości – faza druga

Po zakochaniu i koktajlu niespodziewanych przyjemności pojawia się nowy czynnik. Hasło – oksytocyna. Hormon o wielopoziomowym działaniu dobrze znany kobietom, które rodziły, bo w postaci syntetycznej jest podawany w czasie porodu. Wzmaga skurcze macicy, wywołuje laktację, wyzwala się w czasie orgazmu. Ma ciekawe działanie w fazie wyłaniania się miłości z zakochania. Oksytocyna po pierwsze zmniejsza nasze lęki i wzbudza zaufanie do partnera, po drugie zwiększa empatię, radość z przeżywania, po trzecie co ciekawe, w przypadku mężczyzn, na których oksytocynę testowano, zmniejsza zainteresowanie innymi osobami poza wybraną, więc są mniej podatni na zdradę w tej fazie związku. Społecznie oksytocyna pozwala na większą współpracę i twórcze działania w oparciu o potrzeby wszystkich członków społeczności. Dobry hormon, nazywany czasem hormonem miłości. Co jeszcze ciekawe, u mężczyzn wyzwala się w czasie seksu tylko z osobą, z jaką są związani emocjonalnie. Zgodnie z badaniami i naszą obserwacją, miłość pozwala przenosić góry, bez wysiłku, z radością, a oksytocyna zmniejsza również poziom odczuwania bólu.

Jak się ją wyzwala? Oczywiście poprzez seks, dotyk, ale również słuchanie i przebywanie w towarzystwie bliskiej nam osoby. Oprócz tego przez medytację i trening sportowy. Jest wiele sposobów. Generalnie oksytocyna pomaga w życiu, a ponieważ kochający i przebywający ze sobą ludzie źródeł tego hormonu mają pod dostatkiem, więc są szczęśliwsi, żyją pełnią życia, bez lęków i w harmonii. Z czasem organizm się nasyca. Nie znam takich badań, ale z obserwacji wiadomo, że po jakimś czasie wszystkie te czynności, jakie pozwalają na ugruntowanie związku dzięki oksytocynie, osłabiają swoje działanie. Jeśli w tej fazie nie zajdzie poważna integracja między osobami, związek się rozpada, albo jest powodem frustracji, bo oksytocyna na pewnym poziomie już nas nie zadowala. I tu właśnie wchodzi świadomość. Jeśli w miłości podlanej hormonem oksytocyny wyrosło coś, co ma szansę na przetrwanie, zostanie, jeśli nie to tylko się zwodzimy. Może jest tu też odpowiedź na pytanie dlaczego kobiety tkwią dłużej niż mężczyźni w nieudanych związkach. Rodząc dzieci, wciąż mają dostęp do oksytocyny podczas laktacji, gdy mężczyźni mają ograniczone źródła i szybciej się „odstawiają” od oksytocyny. Można powiedzieć, że praca nad związkiem to praca nad utrzymaniem poziomu oksytocyny.

Tyle jeśli chodzi o biochemię. Stosunki społeczne są jednak bardziej skomplikowane. Kobiety w związkach są bardziej niepewne. Nie chodzi tylko o dysproporcję fizyczną, ale o przyszłość. Kobiety więcej planują i wolą inwestować uczucia w mężczyzn, jacy nie stanowią zagrożenia dla tych planów, a je spełnią. O ile oksytocyna zapewnia zaufanie w pierwszej fazie miłości po zakochaniu, o tyle potem trzeba wypracować takie wspólne działanie, żeby miłość była niejako niezależna od chwilowych wahnięć. I na tym etapie zaczyna się kłopot z dogadaniem. Ludzie często dochodzą do tego etapu po ślubie i stąd te stwierdzenia o goryczy małżeństwa, o trudzie, znoju wspólnego życia. Właśnie sobie wyobraziłam przyszłość, jak z powieści Lema. Para przychodzi do lekarza i bada poziom hormonów wytwarzanych w kolejnych fazach, najpierw zakochania, potem miłości i przywiązania, i stwierdza na jakim etapie jest ich związek. Lekarz wyjmuje wydruk z komputera i mówi: „No tak, pani się hormony przesunęły w kierunku miłości, ale pan został na poziomie zakochania. Jak długo się państwo spotykają? Dwa lata? Według wzoru Monroa-Shoringera przekroczyliście moment na integrację pół roku temu. Ewidentnie związek nie przetrwa. Dziękuję, następny proszę.” Żart oczywiście i wątpię, żeby dało się tak sformalizować podejście do związków i kochania. Jesteśmy zbyt skomplikowani na medyczne procedury w tej materii. Nie jesteśmy po prostu tylko biocyborgami zaprogramowanymi na prokreację i przetrwanie gatunku, szczególnie w naszych czasach, kiedy przeludniamy ziemię i zaczynamy zwracać się częściej do swojego wnętrza.

Jeśli więc chodzi o hormony, nic nie poradzimy na takie funkcjonowanie naszych organizmów. Możemy co najwyżej śledzić to co czujemy wnikliwiej. Na tym etapie związku trudniej o rozstanie, również z powodu inwestycji jaką poczyniliśmy w partnera. Inwestycji emocjonalnej. Kiedy jednak zdamy sobie sprawę, że związek nam nie służy, warto rozważyć rozstanie mimo powszechnego społecznego niezadowolenia z rozwodów, rozpadu rodzin i etykiet z tym związanych serwowanych przez pewne środowiska. Najistotniejsza we wszystkim jest zdrowa więź jaką może stworzyć z drugim człowiekiem emocjonalnie zdrowy człowiek. Bo oksytocyna ma również pewne działanie, które może stać się pułapką dla par. Zwiększa hojność i wyzwala skrajne poświęcanie się. Poświęcenie zaś nielimitowane doprowadza do całkowitego wycieńczenia na wielu polach rodzinnym, zawodowym, społecznym. Dlatego też zadbanie o siebie w związku na każdym etapie jest kluczem do zdrowego rozwoju w miłości, bez poczucia winy, zazdrości, pretensji i oczekiwań, że ktoś o nas zadba. W miłości dbamy o siebie stwarzając sobie wzajemnie przestrzeń do rozwoju, do magii przeżywania życia z inną osobą, nie wpatrywania się w nią jak mnich w święty obraz. Życie w fazie miłości to ciągły proces, bo wciąż się zmieniamy i jeśli ktoś w nim zaśpi, oczywiście można mu pomóc, pociągnąć za sobą, ale nie można wciąż go taszczyć, albo z kolei stale liczyć na podwiezienie.

W tej fazie miłości warto określić, jakie się ma podstawowe wartości i cele, bo one muszą być zgodne. Tego się nie da obejść. Nie chodzi o to, czy słuchamy tej samej muzyki, albo lubimy krewetki, ale już to, czy jesteśmy wegetarianami a partner nie, może się liczyć. Łatwo się zorientować co jest ważne, mówić i słuchać. To w zupełności wystarczy. I nie zmieniać się pod dyktando czyichś wyobrażeń, ale też nie przywiązywać zbyt dużej wagi do błahostek. To co ważne i tak wypłynie na powierzchnię, a co nieistotne samo zniknie.

Każda kolejna szansa na miłość jest jak szansa na dopełnianie siebie i poznawanie jakim się jest naprawdę człowiekiem. Tylko w konfrontacji z tak silnym uczuciem możemy wydobyć na powierzchnię nasze prawdziwe ja i dać sobie szansę je przetransformować, oczyścić z niepotrzebnych elementów. Bo ja głęboko wierzę, że każdy z nas jest dobry, i miłość to pokazuje w największej mierze. Naszą hojność, otwartość, piękno i czyści w nas zwątpienie, stare rany, uwikłania z przeszłości. Korzystajmy z niej mądrze kiedy przychodzi, bo to prawdziwy dar dla nas samych. Dar dla naszej osobowości, ale też otoczenia w jakim przebywamy. Stajemy się pod jej wpływem o wiele lepsi jeśli jest prawdziwa i współgramy z jej brzmieniem. Warto na nią czekać, ale warto też zaglądać w głąb siebie, żeby być przygotowanym na drugiego człowieka.

Muzyka

Stoję na skalistym wybrzeżu
ciemność rozcinam
swoim ciałem
wiatr wolności
rozwiewa
moje włosy …

Jak pierwsza kobieta
pełna życia
i miłości
słucham fal oceanu
kiedy grają
pieśń
mojego serca …

31 marca 2018

O miłości i świętości

Zbliżają się święta i choć wymodliliśmy, że będą śnieżne, to chyba nie trafiliśmy w te właściwe. Ważne, żeby następnym razem modlić się o śnieg z zastrzeżeniem, że chodzi o Boże Narodzenie nie Wielkanoc, tak na marginesie. A skoro święta, to będzie o świętości. Świętych jest od groma, więcej niż bogów egipskich, greckich, rzymskich i pogańskich razem wziętych. Święci mają taką funkcję, że nam podpowiadają jak żyć. Mało się tym przejmowałam przez całe życie, bo jako osoba żyjąca poza religią nie czułam, że potrzebuję się wzorować na takich autorytetach. Moimi przewodnikami w życiu byli żyjący ludzie, a znałam ich, i znam nadal nie mało, i wielu z nich mogłabym nazwać świętymi w jakiejś dziedzinie. Asię za rodzinność i miłość do dzieci, Anetę za odwagę, Kasię za zaradność życiową, Magdę za światło siane jogą, Gosię za stworzenie metaprzestrzeni w Sopatowcu itd. Każdy człowiek nosi w sobie takie ziarenko świętości, jedni mniej a drudzy bardziej widoczne. Jednym ono kiełkuje i się rozprzestrzenia, innym wrasta w duszę i jest wtedy mniej zauważalne.

Chcę jednak dziś napisać o jednej świętej osobie, która jest moją przyjaciółką, o Beatce, którą czasem nazywam Świętą Beatką od Bezdomnych. Kiedy o Niej myślę, nie wiem od czego zacząć, jest tak wielowymiarowa i ta wielowymiarowość ma cechy silnego kontaktu ze swoją duszą. Beata bowiem wspiera kloszardów i ludzi opuszczonych przez społeczeństwo, żyjących w upodleniu i nędzy. Nie robi zbiórek, nie pikietuje, po prostu kiedy widzi, pomaga. A widzi więcej, bo więcej czuje. Jeździ do pracy koleją i przechodzi przez dworzec, na którym koczują takie zagubione dusze. Zna ich, identyfikuje i podrzuca, a to spodnie po mężu, kurtkę po tacie, jakieś rzeczy do wyrzucenia, już nie przydatne, ale dobre i do wzięcia. Czasem kupuje głodnemu bułkę z kiełbasą w podziemiach i daje, daje, daje. Kiedyś policja przegoniła jednego takiego człowieka, a że był zawiany alkoholem nie mógł zebrać swoich rzeczy z ziemi pod peronem, gdzie spał i przebywał. Beata zgarnęła wszystko w jedną rękę, kartony, siaty, reklamówki, jakie uzbierał, drugą go chwyciła i przeprowadziła w bezpieczne miejsce. Idąc z zawianym człowiekiem od ściany do ściany przejściem podziemnym, nie przejmowała się wcale, jak to wygląda w oczach innych, doprowadziła człowieka na miejsce i rozłożyła. Nakarmiła i pojechała do pracy. Beata patrzy sercem na świat i tam, gdzie większość z nas widzi brud, zapaść, Ona widzi człowieka, jego zagubienie i potrzebę pomocy. Robi to, bo nie może nie robić. Każdy kto Ją zna wie, że jest to tak zgodne z Jej naturą, tak prawdziwe, że aż trudno wyobrazić sobie, żeby była inna i zaprzestała wspierania tych, których opuścili wszyscy, nawet oni sami.

Można powiedzieć, że ma takie niepraktyczne hobby, nic bardziej mylnego. O Jej praktyczności może świadczyć, jak z sercem podchodzi do rodziny i życia w ogóle. Prosty przykład. Zamarzyła raz o domu. Kto z nas nie marzył. Ona marzyła tak intensywnie, że zaczęła go rysować najpierw w swojej wyobraźni, a potem na papierze milimetrowym. Pokój za pokojem, parter, poddasze, sypialnia, kuchnia, garderoba, tu światło wpada od wschodu, kiedy wstaję, tam od zachodu jak wracam z pracy, w sypialni okno, łóżko i bez szafy, tu pokój córki, schody, tu siadamy z przyjaciółmi, kuchnia oddzielna z salonem, nie lubię roznoszących się zapachów, gałki do mebli kuchennych już kupiłam, bo były piękne i w przecenie. Ziemię pod dom też wymarzyła. Jeździła z mężem samochodem po różnych miejscach i chodziła po ziemi, czuła co ta ziemia do niej mówi i patrzyła oczami wyobraźni, jak pnie się bluszcz, róże, bez, pasieka w tyle, płot z dzikim winem, altana w kwiatach, weranda, dom niski, drewniane okiennice, jak w Anglii. W końcu znalazła. U sołtysa była milion razy zanim sprzedał. Zaprzyjaźniła się z jego rodziną, obejrzała wszystkie zwierzęta w zagrodzie, przywiozła swoją rodzinę, była do bólu szczera, że chce kupić i żeby Jej nie obdzierał ze skóry, bo nie ma za dużo pieniędzy. Sprzedał za rozsądną cenę. Kupiła.

Pierwszy rok zbierała pieniądze. O osobistych trudnościach w tym czasie można by napisać epopeję. Szło ciężko, ale się nie załamywała, bo wprost żyła swoim marzeniem. Zamówiła ekipę na ładny uśmiech, jeszcze nie mogąc zapłacić i budowa ruszyła. Pięciu Ukraińców bardzo solidnych w swoim fachu przekonała do siebie na tyle, że zaufali Jej i bez gwarancji, jak sobie z zapłatą poradzi, wylali fundament. Kolejne etapy budowy to prawdziwy majstersztyk w Jej wykonaniu. Potrafiła znaleźć materiały najwyższej jakości za połowę ceny, bo objeździła wszystkie dostępne miejsca, chłamu nie brała i wszędzie mówiła o swoich potrzebach prosto z mostu i o tym, że nie ma zbyt wiele pieniędzy. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki okazywało się, że świetne okna trzywarstwowe można kupić za połowę ceny dwuwarstwowych nisko ocenianych u dostawcy co likwiduje sklep, bo się przenosi z synem do nowej placówki, a niektóre elementy, metalowe druty do konstrukcji, belki do stropu, wylewki była w stanie wynegocjować tak tanio, że inni budujący w tym samym czasie nie wierzyli ile zapłaciła. Tu wywrotka piachu, tam pustaki, drzwi wejściowe, znów wymarzone, piękne. Była zwyczajnie otwarta na odmowę, miła i wiedziała na co ją stać. Tak długo czekała na ten dom, że wyrobiła sobie cierpliwą postawę oczekiwania i równocześnie nie zakładała, że ktoś Ją oszuka, zwiedzie czy naciągnie. Ukraińska ekipa po wyższych studiach pracowała z wielkim poświęceniem, widząc jak Ona się wokół tej budowy uwija z mężem na spółkę. Zadbała i o nich. Zakwaterowała, czasem podkarmiła jakimś specjałem i dobrym słowem mówionym autentycznie, gdy obserwowała, jak rośnie w górę Jej marzenie, jak się materializuje. Już na poziomie projektu, architektka tylko odwzorowała Jej projekt bez żadnych praktycznie zmian, tak był przemyślany.

Dom Beatki czeka na dach. Kiedy tylko minie to przydługie przedwiośnie, zacznie się nowe krzątanie, ale nie mam wątpliwości, że ten dom powstanie i będzie niezwykłym miejscem wyrosłym z prawdziwej miłości i pasji. I już się cieszę na parapetówkę u Niej, na werandę, na bluszcz i serce, jakie tam zastanę, kiedy Ją w przyszłości odwiedzę. Kiedy z niczego, z marzeń i determinacji powstaje dom, to musi być magiczne miejsce. Dlatego dodaję nowy przydomek mojej osobistej świętej. Niech od tej pory będzie Święta Beatka od Bezdomnych i Spełnionych Marzeń.

Ps. Zdjęcia jakie tu zamieściłam zrobiła inna święta, Małgosia od Pięknych Rzeczy, której również życzę spełnienia tego właśnie marzenia.