O miłości do muzyki poważnej

Jakiś czas temu byłam na rozpoczęciu Festiwalu Chopinowskiego w Teatrze Wielkim w Warszawie. Oprócz utworów Chopina – wybitnego mistrza wielbionego przez ludzi na całym globie, miałam przyjemność słuchać wykonań Debussy’ego i Bizeta zaprezentowanych przez czołowych, choć szerokiemu gronu mało znanych artystów. Wisienką na torcie, podaną na początku koncertu, było pierwsze wykonanie Poloneza napisanego przez Krzysztofa Pendereckiego specjalnie na ten Festiwal. Szacowny kompozytor siedział na sali z żoną i muszę przyznać, że czułam się prawdziwie poruszona słuchając muzyki żywego i obecnego wśród nas człowieka. I naszła mnie refleksja, że inaczej patrzylibyśmy na muzykę poważną, gdybyśmy mieli okazję poobcować z nią w czasach życia jej twórców, kiedy była świeża, przełomowa i piękna, a nawet wywrotowa. Piękno pozostało moim zdaniem tak, jak kunszt, ale w czasach globalnego uproszczenia wiele smaków muzyki zostaje zepchnięte do koszyka z napisem „niepotrzebne”. Tam gdzie syntezator zastępuje śpiew, czego się spodziewać po instrumentach? Muzyka poważna nie ma zbyt wielu wielbicieli. Myślę, że przez patos, jaki się wokół niej wytwarza, przeraźliwego, niestrawnego intelektualizmu muzycznego. Ale zapominając o tym, warto się pokusić i zbadać, czy przypadkiem nie ulegliśmy jakiejś zbiorowej sugestii, że to muzyka dla nudziarzy. Wystarczy przecież obejrzeć kultowych filmów w światowej kinematografii i już się wchłania muzyka poważna, bo jest tam na porządku dziennym, bo świetnie koresponduje z obrazem. A pasuje, bo to muzyka wielowymiarowa, tworzona w emocjach, z wielką dbałością o uniwersalność. Dlatego kiedy jej słuchamy, do pewnego stopnia rozpoznajemy związane z nią uczucia autora, z jakimi ją tworzył, jak chopinowską gorycz po upadku powstania listopadowego i tęsknotą, uniwersalna tęsknota, nie tyle za ojczyzną co za tą swojskością i dzieciństwem na wsi polskiej. Każdy czasem za czymś tęskni. Muzyka ta ma taką własność, że jej przeżywanie pozwala na głęboką penetracją naszego wnętrza, przyzwyczajonego do zagłuszającego wszystko dźwięku i rytmu muzyki z popularnego radia. W muzyce poważnej gra dusza człowieka i piszącego ją, i odtwarzającego, a nasza percepcja po raz kolejny przetwarza dźwięk na własny sposób. Taka kaskada i dostrajanie. Patrząc na orkiestrę nie mogłam wyjść z podziwu nad jej harmonijnym zgraniem. To inspirujące widzieć, że ludzie potrafią w wyrażaniu piękna tak się zjednać. Nie trzeba mieć słuchu, grać, śpiewać, żeby czuć co w tej muzyce się dzieje. Ja przy muzyce klasycznej zawsze czuję najpierw nawiązanie do jakiejś historii. I sobie tę historię opowiadam obrazem w moich myślach, jakbym oglądała film. Czasem wystarczy gra kolorów, światła, to sprawa indywidualna. Można nieźle poćwiczyć wyobraźnię przy muzyce poważnej. Dlatego ja sobie tej muzyki właściwie nie oglądam nawet kiedy tak, jak tym razem, wykonywana była na żywo, tylko słucham nie rozpraszając się innymi zmysłami. No chyba, że kieliszkiem wina. Zamykam oczy i wtedy pojawiają się obrazy, przelatują myśli, a muzyka czyści rejestry do jakich nie doszlibyśmy inaczej niż głęboką autoanalizą. Na koncercie na początku, wyobraziłam sobie historię z westernu, bo muzyka do tego prowadziła, potem zupełnie przestałam sobie wyobrażać cokolwiek i tylko odczuwałam, na koniec miałam uczucie, jakbym odłączyła się od ciała. Po prostu przestałam myśleć. Taka ubogacona medytacja.  Łatwiejsza dla tych, co mają problemy z koncentracją i wyciszeniem umysłu. Niekiedy zdarza się taka okazja, żeby poprzebywać ze sobą bez analizowania, odbierając tylko najbliższą, skończenie małą rzeczywistość. Chwilę. W matematyce mówi się o nieskończenie małym przedziale, na jakim bada się zmienne. To bardzo ważna konstrukcja i ma głębokie zastosowania do zrozumienia matematyki w ogóle, a jak widać również świata. Taka chwila za chwilą obserwowana, daje monotoniczne poczucie czasu i pozwala nam skupić się na obecnym momencie. Co więcej, muzyka daje nam i przeszłość w dźwiękach rozpoczętych wcześniej, i przyszłość w tych co brzmią teraz i jeszcze z nami zostają, dlatego umysł akceptuje łatwiej bycie w jednej chwili, nie analizuje ani tego co było, ani tego co przyjdzie, bo skupia w sobie  obecność muzyki jako czegoś ciągłego i całościowego, co łatwiej nam przyjąć. Takie poczucie chwili na zakładkę. Dźwięki zharmonizowane z intencją autora w wielowymiarowy obraz wielu dźwięków pozwalają nam poczuć również więcej niż 3D zmysłem innym niż wzrok. Ciekawy obraz się wyłania, kiedy pomyślimy, że muzyka napisana jest odwzorowaniem uczuć autora. Im większy, wierniejszy obraz, tym bardziej do nas przemawia. Niekiedy słucham muzyki jakbym czytała ze wspólnego nam wszystkim wzorca. Wszak wszyscy rozpoznają emocje podobnie, a pod nimi różnorodne myśli. Można się spytać siebie czy Debussy , swoją rapsodię napisał zakochany czy nostalgicznie wspominał jakieś swoje rany? To co nam wnętrze odpowie jest ciekawym kolażem autoalegorii muzycznych w nas samych. Jak archetypowe postacie w micie,  w jakie się przeobrażamy w konkretnych sytuacjach. Ktoś zaatakowany błaznuje, albo staje się wojownikiem. Ktoś słysząc Wagnera czuje w sobie bohatera, magika albo władcę. Warto się temu przyjrzeć. Ja podziwiam cudowną ludzką kreatywność co stworzyła i muzykę i instrument do dzielenia się nią. Nawet jeśli ktoś chodzi na koncerty tylko dla wizerunku, albo dlatego, że wypada, zaszczepia w sobie wrażliwość, bo w murze swojej racjonalności coś tam jednak przecieka cienką strużką. Warto się czasem dla wewnętrznej czystości podelektować taką muzyką poważną, co nie zniknie po sezonie, czy dwóch z dzwonków naszych komórek i reklam lodów w telewizji. Ale trzeba się na nią otworzyć, jak na swoje wnętrze i przygotować, że zdejmie z nas nie jedną maskę, jaką wytworzyliśmy. Potem jednak, kiedy przepłynie jej oczyszczająca fala, staniemy się wrażliwsi w aspektach, o jakich nawet nie pomyślelibyśmy, zanim do nas dotarła. W każdym razie, ja się potrafię podłączyć do jej źródła i zasilić dobrą energią, jaką we mnie wzmaga. Mam swoje sentymentalne, radosne i dzikie utwory, do których sięgam, jak mam zły dzień, albo czuję focha w pobliżu. Przy pewnych nogi mi same tańczą, a przy innych leję łzy, bo każda emocja podkreśla wagę chwili, a ja chcę wyraźnie smakować życie. Bo życie jest niebanalne, kiedy je zasila taka wielobarwna, wielowymiarowa muzyka. Im jestem starsza tym głębiej schodzę w pewnym sensie z gustami muzycznymi. Tym więcej w niej odnajduję. Na pewnej konferencji po koncercie organowym, spontanicznie wybitny wirtuoz zagrał na XVII-wiecznych organach fragment muzyki z filmu „Misja”. Płakałam, takie to było piękne. Kolega siedzący obok mnie się wzruszył, a parę lat później na kolejnej konferencji usiadł obok mnie na koncercie z chusteczkami, jak prawdziwy dżentelmen. Wspólne przeżywanie nas wyzwala do jedności, do pokonywania barier inności, indywidualności. Muzyka filmowa jest dla mnie przedłużeniem muzyki klasycznej, dlatego kiedy jadę samochodem słucham radio RMF Classic. Tam wszystko znajdę w jednym miejscu. I Gladiatora z Lisą Gerrard  i Bolero Ravela. Nie każdy utwór mnie otwiera na przeżywanie, ale szanuję wielość stylów i odwagę w kontynuowaniu trudnego dzieła. Wlewania muzyki do naszych serc. A prawdę mówiąc, kiedy się nad tym zastanawiam, to onieśmiela mnie geniusz kompozytorów  szczególnie w dobie hamburgera i popkornu, kiedy popkultura wyparła muzykę poważną w jej wielobarwnych brzmieniach, za mur patosu, którego tak naprawdę nie ma. Dla tych co im muzyka klasyczna pachnie myszką pozostaje współczesna muzyka filmowa, skanalizowana wrażliwość muzyczna, gdzie nazwiska takie jak Hans Zimmer, Ennio Morricone i Krzysztof Komeda czy Penderecki są odpowiednikami Bacha, Schumanna, czy Vivaldiego kiedyś. I kiedy następnym razem zobaczysz w telewizji reklamę super auta, czekolady, luksusowych mebli, pewnie w tle usłyszysz starą sprawdzoną muzykę poważną w robocie przy marketingu sprzedażowym. Więc zamiast się dawać naciągać na przedmioty, których w większości wcale ci nie potrzeba, za pomocą skojarzeń z elegancją i wysublimowaniem, jakie ta muzyka podaje, pomyśl, czy ona sama nie jest warta usłyszenia. Nie jako tło, ale plan pierwszy. To co, na razie dość przekonywania. I tak nas wszystkich w gustach pogodzi  … mała czarna.

Jesteśmy sami

Jesteśmy sami
choć świat wypełniony jest istotami
podobnymi tylko z nazwy
wokół których przelewa się nasz los.

Dlatego dam ci mój głos
jeśli nie wiesz co powiedzieć
mój krok, jeśli idziesz w biedzie
moją moc, kiedy czujesz się słaby
żebyś umiał zatańczyć
z przeznaczeniem.

A kiedy postukując obcasami
dobrniesz do końca wielobarwnej fali
muzyka mojej duszy
zagra ci do snu.

19.08.2018

Droga jaką widzę

Rozwiewam się na brzegach
suchość w ustach
ustaje tylko
we wspomnieniach

Za tysiąc lat nie będę pamiętać
ani czekać
tak wiele się zmienia…

Rozważyłam już każdą myśl
widziałam równoległe rzeczywistości
jakie nas minęły,
ze spokojem
puściłam je w przestrzeń
nie zakrzywiając naszej przyszłości

Teraz liczy się kruchość naszych żyć
więc żyj
ostrożnie żyj
i idź tam gdzie nikt nie podepcze
twojego serca
Niech miłość okaże się lepsza
odważniejsza
niż nasz sen o niej
wydarty podstępnie czasowi

Niech to będzie dar
przejścia
do właściwej drogi.

19.08.2018

Po EdduCampie

Konsekwentnie, po humorystycznym opisie moich kontaktów z coachami, wywiązuję się z obietnicy.. Byłam na EdduCampie, konferencji z tzw. rozwoju osobistego w Warszawie. Trzy dni obserwacji i fantastyczne spotkania z ciekawymi ludźmi. Trochę się musiał we mnie ułożyć obraz rzeczywistości, jaki tam zobaczyłam, żeby przejść do wniosków i opisywania. Nie sposób w krótkim streszczeniu przekazać czym jest filozofia życia Mateusza Grzesiaka, którego firma jest głową tej konferencji. Trzeba zobaczyć i poczytać. Po tych kilku wykładach zauważyłam, że większość wyrażonych tam myśli dawno już się przetoczyła przeze mnie, nawet na tym blogu, i poszła dalej, ale dla ludzi, którzy dopiero zaczynają zaglądać w siebie i analizować to, co dla nich ważne w życiu, pewnie była to sprawa odkrywcza. I choć zgadzam się z większością zawartych w jego wystąpieniach tez, nie będę piewca jego świata. Cóż, każda idea potrzebuje krytyka, żeby wzrastać.
Po fantastycznym show, będącym prawdziwie kunsztowną wizualizacją talentów scenicznych Mateusza, zgadzam się z koleżanką, że ta konferencja jest rodzajem koncertu do sprzedawania droższych produktów firmy jak warsztaty, studia i pewność, że to się opłaca. Naszła mnie na koniec taka refleksja ogólna. Sądzę, że Mateusz ma dobre intencje, choć ego nadal wielkie jak Himalaje, ale się stara i to jest najważniejsze. Martwi mnie tylko, że ludzie tak łatwo dają się złapać na elementy czyichś wizji świata dla własnych realizacji w życiu. Na to, że ktoś im wytłumaczy jak mają iść, po co i którędy. Dobrze by było, po takim super opakowanym cukiereczku popić trochę wody i podumać, co dla mnie jest dobre w tym społecznym pędzie, bo Mateusz, z całkowitą znajomością rzeczy, ten pęd wyzwala. On nim steruje i czerpie z niego korzyści, kształtuje rynek swojego klienta i modeluje nowy typ człowieka. Człowieka świadomego swojego potencjału, ale potrzebującego nauczyciela, czyli jego. To dobra idea i nie ma w tym nic złego, że na tym zarabia, skoro ludzie płacą. Wiem, że ktoś taki jak on, wyrosły w PRLu ma świadomość i siłę do pokonywania barier. Czuję w tym jednak haczyk, choć on haczyki obśmiewa. Moja indywidualność, moja potrzeba nie stoi na drodze jego realizacji świata. Jestem kimś innym, jakby równoległym do jego systemu. Może za dużo we mnie świadomości spoza jego branży, ekonomii świata materialnego i realizacji za pomocą przedmiotów. Poza tym, wciąż widzę ten obraz wewnętrznego poganiacza do doskonałości, jaki w sobie ma. Oczywiście od pewnego etapu sam stał się tym poganiaczem i to go wyzwoliło. Widać jego karma to biznes i wyrwanie się z więzów naszych schematów kulturowo-politycznych. Ja się nie czuję i nigdy nie czułam ani Polką, ani Europejką, ani obywatelem świata, a człowiekiem po prostu, a ponad wszystko istotą duchową w materialnej formie. Mam ograniczenia i je widzę, ale nie jest moim celem robienie na ich łamaniu firmy. I tak sobie pomyślałam, że może nie jestem w grupie odbiorców jego produktów, bo ich nie przyswajam. To możliwe. Dostrzegłam np. że moje względne lenistwo nie jest wynikiem więzów, ale zdolności do dążenia po drodze najmniejszego oporu. Ja się przestawiam z szybkością błyskawicy ze słodkiego romantyzmu do działania, intuicyjnie wiedząc co dla mnie i otoczenia jest dobre. Mateusz sprzedaje wypróbowane rozwiązania, ale mam wrażenie, że one nie są tak uniwersalne, jak sądzi. Skupia się na traumach, kulturowości i pewnie statystycznie ma rację. Ale statystyka to tylko narzędzie, do pokazywania potencjalnych prawd dla tych, co chcą mieć rację, a co do racji… Nie jest ona taka oczywista, jeśli nie równa się prawdzie. Statystycznie człowiek i koń mają po trzy nogi, mój prześmiewczy chochlik powie. Myślę, że lepszą i bardziej rewolucyjną zmianą społeczeństwa jest nie efektywność i praca, ale zmiana wewnętrzna sięgająca głębiej niż materialna realizacja. Oczywiście rozumiem, że praca i materialność w pierwszym polu zmiany dla naszego społeczeństwa się sprawdza, bo to idea, która najbardziej ludzi teraz dotyka i mami jednocześnie, taki chwyt marketingowy wjechania na ambicje. Koncentracja na potrzebach wygenerowanych w pierwszej fali, a potem zmiana tych aspektów siebie, żeby zmiana nie była iluzoryczna, to jest proces długofalowy. Niby o tym wspomina, ale tak naprawdę zmierza do swoich celów. Wygenerowania popytu na sprzedaż swoich rozwiązań. To wypróbowana taktyka. Powiedz ludziom, że masz rozwiązanie na problem braku sensu w życiu, a ci zapłacą za schody do nieba z pozłacaną poręczą dla vipów. Świetnie pomyślana strategia. Mój „buntownik bez wyboru” jednak się nie nabiera. Co będzie wtedy, gdy już załapiemy, co jest najważniejsze? Nie przyjdziemy po następne produkty do kupienia. Klient jest tylko wtedy dobry, kiedy wraca, więc wiedza sprzedawana jest w porcjach i w sposób zaplanowany. Aby klient wrócił z potrzebami, jakie zostaną mu przedstawione, tudzież … stworzone. Ja szukam w wielu miejscach, kompiluję, odrzucam, sortuję i patrzę, gdzie mnie ponosi taka nutka szczęścia, moje własne spojrzenie na sytuację i brzytwa samoświadomości. Tego wszystkim nam trzeba. Widziałam jednak, jak po campie ludzie sugerowali się tym, co Mateusz mówi bezwzględnie i przypasowywali swój schemat działania, poczucie szczęścia, relacje, cele do jego spojrzenia, odwzorowując dokładnie to co robi, jak idealny wzorzec. To mnie przeraża, jak łatwo ludzie ulegają autorytetom i nie myślą samodzielnie, jak ich można nadrukować schematami z czyjegoś indywidualizmu w zbiorową koncepcję. Nie jestem za owczym pędem i sama idę z pełną pokorą mojej wyobraźni, ale i krytycyzmem obserwując czyjeś poczynania. I wyłania mi się z tej obserwacji taki wniosek, że najpierw trzeba się zapoznać z tym, co w nas samych jest istotne, aby się potem zapładniać czyimiś ideami; przesiać je próbując, a na koniec stworzyć własne, całkowicie realizujące to, co w nas ważne na nasz indywidualny i autonomiczny sposób. Inaczej będziemy nieświadomymi niewolnikami czyich wyobrażeń i wzorców kształtujących naszą rzeczywistość. Już nie mamy i taty, albo opiniotwórczego sąsiada, ale przekonywującego Mateusza albo innego sprzedawcy. A do tego potrzebny jest dystans i samokrytycyzm czyli znajomość, i to gruntowna, siebie. Jeśli nie, będziesz tylko kolejnym klientem w sklepie z wyrafinowanymi produktami, jak przepis na relację, biznes i duchowość, podane w taki sposób, aby utrwaliły w tobie nieświadome poczucie przynależności do pewnej grupy, mylnie identyfikowanej jako wolność.

O miłości do Białołęki

 

Mieszkam na Białołęce, gdzie jak mówi miejska legenda, wrony zawracają w kierunku Śródmieścia. Mnie i moich sąsiadów nazywają Słoikami, szczególnie ci Warszawiacy, których rodzice lub dziadkowie w gumiaczkach przyjechali po wojnie budować „Stolycę”. Ja się tym mianem trochę szczycę, bo w ludziach z Białołęki widzę pionierów naszych czasów. Przyjechali tu rzucając wszystko za lepszym życiem. Zajęli nieużytki najbliżej raju jak się dało i całą energię włożyli w to, żeby tu zostać nawet kiedy infrastruktura rzuca im pod nogi kłody w postaci braku komunikacji, szkół, ośrodków zdrowia. To się przez ostatnie lata bardzo zmieniło. W końcu na szkole szkoła, na centrum handlowym Biedronka, Carrefour, Lidl i inne takie czujne korporacje co prześcigają się o klienta. Zatrzęsienie nowych knajpek i regionalna żywność w sklepach, bo Warszawiak nie rozróżni, ale ktoś co żył całe życie na Roztoczu Lubelskim nie zadowoli się szynką co smakuje uniwersalnie, jak sto innych gatunków wędlin.
Kiedy zamieszkałam tu kilkanaście lat temu, na przystanek autobusowy chodziłam przez żywe pole ścieżką „wedle kościoła”. Teraz mam kilka ekspresowych autobusów spod domu co parę minut. Metra nam nie dociągną, bo silne ramię Bródna je zagarnęło dla siebie. My sobie i bez tego poradzimy. Tysiące młodych ludzi z dziećmi przeciw starzejącej się populacji Warszawy, nie ma powodu nas antagonizować. Ludzie, którzy jak zdobywcy poprzyjeżdżali tu do ciężkiej, ale upragnionej pracy bez wygód, dadzą radę i temu.
Od czasu, gdy we trawach chodziłam do autobusu, co mi przypomina filmy Bareji o Ursynowie, wszelkie pola pochłonął developer. Takie ekonomiczne monstrum, co nabudowało osiedli grodzonych niemal w ciągu jednej nocy. Taki dżin cudu ekonomicznego nad Wisłą. Nie było nic, a nagle wszędzie domy, za płotem. Dlaczego się grodzimy? Dyskusje na ten temat są niepotrzebne. Grodzimy się, bo musimy wyrosnąć z mentalności socjalistycznej, że jak wszystko jest wszystkich i dostępne to ktoś to zaraz zniszczy bądź ukradnie, i tyle. Jak ludzie dorosną do otwarcia innym swojej własności na zasadzie: „Widziała pani, droga sąsiadko, jak za tymi tujami zasadziłam róże? Nie? To proszę do mnie”, to się wszystko zmieni. I płoty pozostaną tylko po to, by na nich bluszcz, albo wiciokrzew się rozpierał zacieniając co delikatniejsze rośliny opodal, albo ławkę do siedzenia w czasie upałów. Ja tak właśnie to widzę.
To czego nam może zazdrościć mieszkaniec bliskiego centrum, to ciszy i zieleni. Osiedla toną w niej, nawet te najgęściej upakowane blokami, bo każdy skrawek mieszkańcy zasiedlają roślinami. Na moim rosną wszędzie bzy, pną się żywopłoty, róże w przydomowych ogródkach, peonie, tulipany, akacje. Kiedy dziś lunęło poczułam się jak w raju, jakby te wszystkie rośliny wydały oddech ulgi swoimi zapachami po długich dniach upałów. Nikt tego nie niszczy, bo ludzie tutaj mają ogromny szacunek do natury. W końcu bardziej pamiętają, że z niej wyszli. Kochają miasto i jego energię, nowoczesność, technologię i pęd, ale odpoczywać wolą w swojej enklawie. Kwiaty na balkonach, surfinie, pelargonie, nagietki i niezapominajki. Gdyby ktoś w przeszłości miał dość wyobraźni, by zaplanować lepiej tę mieszkalną przestrzeń zwaną Białołęką, powstałoby coś na kształt ogrodu w mieście. Ale i tak to, co tu ludzie zasadzają, rośnie nieoczekiwanie i pięknie, i trochę dziko rozproszone, jak w przyrodzie. Na skateparku huczy od młodzieży i dzieci, ale jako młoda społeczność wszystko to traktujemy z rozsądkiem. Raz do roku albo częściej spotykamy się z sąsiadami z całego bloku na grillu, taka miejscowa tradycja, znów się kłania Bareja „nie imię dziewczynki”.
Pojechałam ostatnio za las graniczący z Markami i zobaczyłam, że tam też się rozwija dzielnica mieszkalna. W większej dziczy i związanej z tym urodzie rosną domy, osiedla, bloczki. „To się nie kończy” – pomyślałam. Miasto się rozlewa na boki, granice są tylko umowne. Tak jak granice mentalne między Warszawiakami z różnych dzielnic. Większość swojego życia mieszkam w Warszawie i bywają miejsca, że się nią zachwycam. Nawet tam, gdzie na Pradze straszą pustostany. Mój syn ostatnio znalazł apkę, z którą z kolegami zwiedzali niezamieszkane budynki w mieście. Wrócił zafascynowany. Warszawa jest jak dżungla z tajemnymi miejscami, gdzie dzikie plemiona na Ząbkowskiej w bramie potrafią uwolnić od telefonu i kasy, albo w Mcdonaldzie na Młodzieńczej pokazać prawdziwą strzelaninę jak w westernie. Jedno jest pewne, tyle się tu dzieje, że warto mieć czas i eksplorować, niekoniecznie w poszukiwaniu guza, tańczyć swing na Ochocie, słuchać koncertów w Łazienkach, nocą przechadzać się po Powązkach. A jak już się chce spać, wrócić do domu z radością w sercu, gdziekolwiek on jest. Moja Białołęka nad ranem zdradza czemu ją tak nazwano. Wilgotny grunt terenów dawnego koryta Wisły i rozlewiska powoduje, że rankiem często stoją u nas mgły. Mleczny welon nad łąkami, białe łąki. Bajeczne miejsce dla takich, co umieją żyć wszędzie.

26.05.2018

Jestem za stara

Jestem za stara
na swoje lata
po co mnie dręczą

narodziny
dzieciństwo
młodość
serce bije mi od nowa
i zanika pamięć
podążając tęczą

mogłabym być wiatrem i zniknąć
gdybym wiedziała
dokąd zmierza
przepływ powietrza
żeby się nie zapętlić
nad ziemią

13.08.2018

Nieważne

To nieważne
jaki kolor ma dzień
jaki sen przyśnił się
jaki los spotka mnie
i czy noc będzie pełniejsza od łez

Śmieję się z tych nut
co wpadają w nurt
i ślą mi głos
plotąc wprost
skojarzeń moc
i delikatnie kształtując obraz mojego serca

I noc pełniejsza
i dzień jak migotliwa
superpozycja chwil

Żyj, żyj, żyj
niech świat się zmienia
tylko żyj…

19.08.2018

Z przymrużeniem oka

Miałam kilka epizodów z tzw. coachami, jeden osobiście chciał na mnie wpływać ( BŁYSK, BŁYSK, hmm… Masz taki potencjał, ale go nie używasz… hmm). Inni rzeźbiciele ludzkich losów i przebojowości wtargnęli do mojego świata przez przypadek. Był taki, co obwieszczał, że ludzie generalnie się lenią, zamiast zarobić na dom za 8 milionów dolarów na wzgórzu z palmami. Jednym ze sposobów dokonania tegoż było zaniechanie onanizowania się rano, tu szczególnie do panów, co szukają kobiety swojego życia. „Jak taka energia ujdzie z ciebie” – pan mawiał – „to jak ją znajdziesz (znaczy kobietę), co jej masz do dania? Puste naczynie.” Ten sam człowiek bez wahania na nagraniu video mówił o stronieniu od toksycznych ludzi i jednym tchem wyrzekał na sąsiada, co zasadził na swojej działce drzewa przysłaniające mu widok.
Jeszcze inny postanowił podzielić się wszystkim co wiedział, i co drugie zdanie powtarzał, że jakby wiedział kilka lat temu to, co wie teraz, to byłby wiecie gdzie? On sam nie wiedział, ale bardzo się starał sprzedać swoją wiedzę wycenioną na tysiaka w promocji stulecia za 5 dych, ale tylko przez 10 minut od tego ogłoszenia. Pewien, który miał nawet wiele mądrych rzeczy do powiedzenia, kierujący się służbą dla ludzi, ale i siebie, wyceniał takie polepszenie na całkiem poważną sumę. Uczył wszystkiego, od tego jak mieć lepszy seks, do tego jak się nie bać publicznych wystąpień i efektywnie odpisywać na maile. Ostatni chciał mi powiedzieć, że miłość jest wszędzie (ja wiem, że jest wszędzie), a on mówi sobie z Jezusem na ty i żartują sobie, jak kumple, bo to jest równy gość. Ja nie wątpię, żeby być Jezusem, trzeba być cool, inaczej się nie da. Tylko jakoś mi się tak wydaje, między tymi wszystkimi doświadczeniami z rozwoju osobistego i pogranicza religii i magii, że ja od tego nurtu jednak odstaję. Jakiś demon we mnie siedzi i podśmiewa te serio zamknięte ceremonie pobudzania się do istnienia, do robienia tego, co właściwie zrobić trzeba. Mój kolega oszołomiony patosem do zmiany sposobu myślenia, w celu zrobienia ze swego życia raju na ziemi, postanowił przełamać przyzwyczajenia i biegać, bo tego najbardziej nie lubił. Po zmaganiach kilkutygodniowych przestał, i z przyjemnością wrócił do chodzenia. Z psem. Pies to docenia. Pewnie by się znalazł coach co by go zdeptał, że nie wytrwał w boju o lepsze życie. Ale kto chce wstawać o świcie i lecieć w las, ten niech biega, bo jednego kręci a innego wzdraga sama myśl o dresach. Jak mnie jazda rowerem, albo narty. A łyżwy akurat lubię i powyginam się w jodze, ale bez zacięcia, na luzie. Tango mi się powoli wykluwa, a postawa mojego kręgosłupa w tangu jest bardzo zdrowa.
Dlatego z rezerwą przyjęłam zaproszenie na kolejne takie wydarzenie, obudzenia do życia. Przyjdę, zobaczę i napiszę. Mój chochlik w głowie już się cieszy na nowy temat do wyśmiania. Zauważyłam, że człowiek, który nie umie się śmiać z siebie jest dla mnie, na dłuższą metę, nie do wytrzymania. A ja po ciotkach odziedziczyłam cięty dowcip z różnych życiowych spraw. W szczególności z nadęcia ego, również duchowego, jak bańka mydlana. Z wierzchu kolorowe bajeczne prążki, a wewnątrz pustka hula. Takich ludzi też widuję, choć na szczęście rzadko, bo chyba umarłabym z ich obśmiewania w wyniku nieodwracalnego skurczu mięśni brzucha. Ale pośmiać się lubię. Z siebie też, i ze swoich wierszy, wpisów, z wyborów, z zaniechań, z leniuchowania, w którym jestem mistrzem („Medal dla tej pani – tylko nie za ciężki”), z nieumiejętności stawiania przecinków i interpunkcji w ogóle. I jakoś autowyśmiana, żyję. Nie powalają mnie zaczepki kolegi: „Jak tam twoja droga do miłości?”, BŁYSK, BŁYSK, ani: „Coś się ostatnio udzielasz?”, SZUR, SZUR, brewki do góry. Uśmiałam się jak wieprz, kiedy ktoś mi powiedział, że moje wpisy to „masturbacja publiczna”. W końcu zawsze byłam zwolenniczką rewolucji seksualnej. Można powiedzieć, że realizuję jej założenia poprzez zdejmowanie masek z siebie i z otoczenia, jakie obserwuję. I to mnie bawi, zadziwia, ale też smuci zarazem. Taki człowieczy tygiel. Ale skoro ja to widzę i piszę o tym, to może komuś przyjdzie do głowy zdjąć swoją wypolerowaną złotą maskę, choćby w domu, przy zasłoniętych zasłonach w samotności, na chwilę, żeby ze sobą samym pobyć. Pozwolić szczerym myślom przepłynąć i wydostać się ze studni zakłamania, i znaleźć do siebie dystans, niekoniecznie od razu do obśmiania siebie albo innych. Do zobaczenia, zrozumienia, odszyfrowania czego chcemy, co ukrywamy przed sobą. Do poznania cienia w naszym wnętrzu. I zaakceptowania wszystkiego tego wewnątrz. A kiedy akceptacja wszelkich naszych stron wielowymiarowej osobowości okrzepnie, jak lukier na wiedeńskim pączku (mniam – przypis autorowego ego spożywczego), można z przyjemnością wyśmiać się po cichu, żeby nie wpadać w sidła czyichś karykatur szczęścia, w jakie bez rozpoznania siebie i swoich mechanizmów, łatwo się złapać. Dlatego trochę czasem szydzę i przyzwyczajam moje wnętrze do przekłuwania pustych przestrzeni nadęcia. Taka akupunktura prewencyjna. Polecam w zestawie z leżakiem, słońcem, kawą – w promocji tysiąclecia – za darmo.

8.08.2018

Gniew

Czasem jestem wściekła na ludzi, którzy z premedytacją mnie ranili, wymyślając coraz to nowe preteksty na swoją obronę. Ludzie, którzy przychodzili żeby wyrwać mi kawałek serca tylko po to, żeby sobie umilić życie chrupaniem go w swojej jaskini. Prymitywni, choć z narcystycznym przekonaniem o swojej wyjątkowości. Niech ich prawda dopadnie i obierze ze skóry fałszu.

8.08.2018

Kolor wolności

Zawsze życie chciałam przeżyć szybko
i odejść
Zazdrościłam staruszkom
o siwych myślach
Dziś nie mam nic w sercu
do zostawienia
do zabrania
nie obawiam się ani piekła
ani nieba
a moja własna muzyka
rozbrzmiewa.

Słucham,
a ona pogania
żyj, żyj, żyj …

I żyję na granicy
gdzie nie dociera
ani radość w postaci
łez
ani smutek w postaci
cierpienia.

Co to za miejsce
tak odległe od wyobrażeń
jak monotonny ruch kłosów zboża
jak opadanie mgieł
nad krajobrazem?

A muzyka zanika
za horyzontem
bez łkania
bez uderzeń.
Sunący powoli
głęboki ton,
głos,
który kocham
choć niepodobny
do niczego
co znam.

Szarosrebrny
migotliwy
kolor
wolności.

17.05.2018