Przestrzeń

Zrobiłeś w moim świecie
miejsce
na mężczyznę
Sam nim nie byłeś
jak wielu przed tobą

Nie wchodzę
w tę przestrzeń
ona mieszka
obok

Mam dzięki niej
jaśniejsze poranki
większą perspektywę
gdy wyglądam oknem
i głos mój niesie się dalej
gdy śpiewam

Podziwiam tę przestrzeń
choć jest całkiem pusta
Do zapełnienia
nieprzypadkowym
wzorem
uczuć.

15 marca 2018

Refleksja nad zmianami

Oglądałam „Więźnia nienawiści” (Edward Norton, nieprzeciętny talent aktorski, „Fight Club”, „Malowany welon”, „Impresjonista”, uff …) i nagle zgłodniałam. Weszłam do kuchni, po kanapkę z dżemem borówkowym i odpłynęłam myślami w kierunku, jaki często mi się ostatnio zdarza. Spraw ogólnożyciowych. Położyłam nogę na blacie kuchennym i zdałam sobie sprawę, że nie robiłam tego od niepamiętnych czasów. Nie rozciągałam się spontanicznie, jak w liceum, kiedy moje ciało domagało się ruchu podświadomie podpowiadając co robić. I tak, z nogą na blacie, najpierw się naciągnęłam, myśląc o tym, jak utknęłam w schemacie istnienia na opak z moim organizmem. Potem zmieniłam nogę, zrobiłam kawę inkę i pomyślałam, jakie wspaniałe mam życie. Życie w kontakcie ze zwykłymi rzeczami, zapachami, smakami, sytuacjami. Jestem, tylko tyle, a jak wiele się w tym zawiera. Każdą chwilę przeżywam na poziomie prawdziwego istnienia i uważnością oswajam życie. Oswajam swoje w nim przeznaczenie. Dziś jem dżem pachnący lasem w domu przy filmie, po rozmowie z dziećmi i kilku pląsach przed lustrem, żeby się zmierzyć z moją niedoskonałą wciąż postawą tangową.
Wiem już teraz, jakie mięśnie, ścięgna trzeba uwieść do tego, żeby odtworzyć ten piękny, posuwisty ruch na parkiecie. Moje przyczepy mięśni udowych w miednicy są za sztywne i co odkryłam? Dzięki Magdzie Kapeli, która w Indiach zgłębia cudowne jogińskie wglądy i pozycje, że ja muszę się co dzień rano zamieniać w wojowniczkę i stawać w pozycji wojowniczki, bo ta pozycja z jogi daje naciąg mięśni miednicy, nóg, ćwiczy równowagę, jaką wykorzystam w tańcu. Wszystko się ze wszystkim łączy, joga z tangiem, postawa i pozycja, tak w ćwiczeniu, jak i w życiu. Moja postawa też ulega zmianie kiedy się uelastycznia. Wstałam ze swojego kamienia przy drodze, bo poczułam, że coś na mnie czeka. Czeka na mnie co dzień, cierpliwie, bez nagany, oceniania mojego ociągania, bez wyrzutów, że leży nie wykorzystane i patrzy. Podchodzę do tego, nie z niecierpliwością, nie z rezerwą i strachem, ale z łagodnością i miłością. To zmiana, prawdziwa zmiana. Nie szarpanie na boki i zawodzenie, że czegoś nie robię. Nie wyduszanie pompek co dzień w znoju i wymierzanie sobie kary za wirtualne braki w postępowaniu. Ja się do tej zmiany odnoszę, jak do cudownego zjawiska na niebie, podziwiam. Patrzę, zachwycam się tym, co się zdarza i nie oczekuję więcej.
Wpadła mi w ręce okazja, kurs, za darmo, w domu, miesięczny, bez nacisku, jeszcze jak byłam w Lizbonie. Trzeba było nagrać film 2u minutowy o tym, czemu jest ci potrzebna zmiana. Początkowo nagrałam na telefonie w knajpce, na mieście, ale akustyka była słaba, więc po powrocie do Warszawy, zwierzyłam się kolegom podczas porannej kawy, że chcę coś takiego nagrać ,ale moja kamera w laptopie odmówiła współpracy. Zaraz znalazł się profesjonalny aparat z kamerą do zdjęć eksperymentów przepływu cieczy w mikrokanałach, stojak, sala i miałam wszystko, żeby nagrać swoje 2 minuty spontanicznego gadania.
Nagrałam chyba z 11 filmów. Myliłam się, zmieniałam plan, a że miałam mało czasu w pracy z uwagi na spotkania, powiedziałam sobie, że oto daję sobie 20 minut i wysyłam ten film, jaki mi się uda nagrać i będzie najmniej okropny. I wysłałam. Cała spocona biegłam potem na spotkanie, ale szczęśliwa, że nie odpuściłam.
Minęło parę tygodni i wczoraj dostaję telefon, że się dostałam. Kurs zaczyna się jutro, potrwa miesiąc, a dodatkowo latem będę mogła wziąć udział w spotkaniu edukacyjnym dosyć kosztownym, za darmo. Tak to się właśnie plecie nić, jak jej nie wypuszczamy z ręki. Nagle się pojawia narzędzie skrojone na naszą i kieszeń, i potrzebę.
Kiedy obejrzałam swój film przed wysłaniem pomyślałam: „Co tam, wypadłam może sztywno, ale mówię z sensem. Najwyżej odpadnę, w każdym razie jestem szczera w swoich ułomnościach i talentach.” Teraz kiedy patrzę na siebie na filmie widzę, że mój niedoskonały wizerunek medialny, jest czystą projekcją lęków. Jesteśmy jacy jesteśmy, mamy swoje maniery, zachowania, wyrobienie, bądź jego brak, w wielu sprawach. Kiedy nie boimy się nowych doświadczeń wszechświat nas nagradza. Najczęściej sami jesteśmy swoimi najsroższymi sędziami. Nie warto się tak obciążać, porównywać. Jeśli w każdej chwili robimy to, na co nas stać, a nie wycofujemy się ukradkiem ze strachu, to przełamanie go nam sprzyja.
Ostatnio, mam takie uczucie spełnienia w wielu dziedzinach życia, że chyba nie da się mnie zdołować i zastraszyć. Towarzyszy mi taka wizja, że niezależnie od tego, jak i czy podejmuję wyzwanie podsunięte przez życie, czuję się szczęśliwa. Nie wyrzucam sobie wirtualnych porażek, nie karmię się pustką, czuję w tym co się zdarza celowość i łączę kropki. Tak, jakby okazja do zrobienia czegoś wciąż się nadarzała i się naprawdę nadarza. Tylko zwrócę wzrok w kierunku czegoś i pomyślę: „A może zrobić tak …” i niemalże natychmiast pojawia się kolejne połączenie. Nie oczekuję, że się pojawi. Nie mam wewnętrznych nacisków. Moje ego nie szaleje, że musi się spełnić i siedzi cicho w kącie albo z rzadka zrzędzi. Traktuję je jak lustro. Tam gdzie z czymś się stykam po raz pierwszy. Patrzę co mi mówi i od razu widzę słabe punkty. Czasem dopiero po sytuacji. Nie ważne kiedy, ważne, że rejestruję jego skoki, jak piki w encefalogramie i mam wgląd w mój prawdziwy obraz sytuacji. W ogóle prawdziwy, nie tylko z mojej perspektywy. I się uczę, jak z nim się obchodzić, piękna praca. I jaka uspokajająca, kiedy wszystko wokół uśmiecha się albo wyzwala we mnie pozytywne sygnały. Śpię, jem, piszę, rozmawiam i kocham. Wszystko z czego składa się życie, każdą pojedynczą chwilę, składam jak obraz do obrazu, jak pocałunek do ust, jak miłość do serca. Na prawdę kocham życie i w tym kochaniu, co dzień, co minutę, co noc staję się coraz lepsza.

O miłości i zdradzie

Zdrada, choć to temat trudny, sprowadza się do gry między partnerami. Jedno zdradzając mówi: „Sprawdzam.” I sprawdza jakość związku. Zdrada jest jak impuls do działania. Stwarza możliwość weryfikacji, czy, i na ile, kochają się zdradzany i zdradzający. Jeśli miłość była na wylocie w ciepłe kraje, zdrada skraca mordęgę czekania na całkowite obumarcie. Uwalnia zdradzonego gniewem, a zdradzającego czynem od uczucia, jakie spełniło swoją rolę i przeszło na inny poziom, gdzie oboje nie muszą i często nie chcą ze sobą przebywać. Po czasie zdrada staję się prawdziwym błogosławieństwem, cięciem tam, gdzie boleśnie naciągaliśmy mięśnie, by coś utrzymać, w próżni.

Jeśli jednak zdrada trafia się ludziom o potencjale przebudowy związku opartego na miłości, trzeba się uczciwie przyznać do tego, jakie zdrada miała źródło. Która sfera, bądź sfery relacji były zaniedbane, że zdrada je chwilowo wypełniła. Namiętność, zrozumienie głębszych poziomów istnienia, zapał do tworzenia, potrzeba urozmaicenia, poczucie niedojrzałości partnera, słaba komunikacja i rozbieżne cele. To wszystko i wiele innych wariacji na ten temat może pokazać zdrada, która znów jak przyspieszacz weryfikacji mówi „Walcz, albo odpadasz” z relacji, z domu, z rodziny, z pracy. Kiedy zdradzający poczuje wyrzuty sumienia, zdradzany powinien patrzeć nie przez pryzmat mściwości, ale własnych pragnień i pragnień partnera. Jeśli są zbieżne warto skupić się na tej zbieżności i zbudować na niej nowy związek oparty na trwalszych podstawach, przemodelować podstawy i tego się nie bać. Zdrada jest szansą, na wzrastanie, na uważność, jak każde doświadczenie, uczy nas więcej o sobie, chociaż przez cierpienie. Bo w zdradzie cierpi ego, duma, kiedy pozornie tracimy twarz, po obu stronach. I przyznaniem się do bezsilności, że bez zdrady nie dało się naprawić, skonfrontować relacji.

Budując coś od nowa, wznosimy się po zdradzie na nowy poziom uczuć. Wspaniałomyślnie i z pełnym współczuciem uczymy się siebie. Zdrada może prowadzić do ponownego zakochania, w o wiele pełniejszy, wolny od zazdrości sposób, bliski miłości bezwarunkowej. Taki może być cel zdrady, kiedy dotyka związki. Uwolnienie od zależności, przełamanie barier. Ważne, by się umieć dobrze po zdradzie określić z uczuciami, by nie złapać się w pułapkę wyrzutów sumienia wobec partnera, którego dotknęliśmy zdradą. By nie próbować mu wynagradzać zakłamując swoje prawdziwe uczucia, nie próbować się okazać „świętszym”, bo to krótkotrwała strategia. Podobnie jak uczucie urazy i pozornego wybaczenia z drugiej strony, kiedy ktoś ofiarnie przyjmuje i tłumi prawdziwy gniew po zdradzie. Dlatego warto się wykrzyczeć, wyszaleć w tej rozpaczy, wyciszyć potem i zobaczyć co zostaje. Jeśli zostanie coś na czym warto budować, nie dlatego, że wszyscy dobrze życzą dookoła, bo rodzina, dzieci, wspólne mieszkanie, interes, plany na wakacje, ale dlatego, że sami macie takie przekonanie. Wtedy nie zastanawiajcie się i budujcie. Jeśli nie, zostanie odejść, w stanie spokoju wewnętrznego, nie ważne, czy się zdradziło, czy było się zdradzonym. Uczciwość wewnętrzna popłaca na dwie strony. Żadne siłowe rozwiązanie nie sprawdza się wobec uczuć wyższych jak miłość. Kiedy ktoś pozostaje w długo tłumionym gniewie, zaprzeczeniu, podświadomie sabotuje siebie. Dlatego zdrady nie rozliczone zdarzają się ponownie. Zdradzony i zdradzający odrabiają tę lekcję do skutku, aż się odkryją ze swoimi uczuciami świadomie. Dlatego zdradzający musi czasem liczyć na rozsądek zdradzonego, który w końcu powie:”Stop”. I przestanie wspierać autodestrukcyjną spiralę, kiedy zrozumie, że jest współuzależniony, jak alkoholik i jego partner.

Dlatego nie bójmy się zdrady i żadnych życiowych doświadczeń. Dzięki nim wzrastamy i sięgamy głębi uczciwości w uczuciach. A tylko uczciwi wobec siebie stanowimy istoty pełne, wartościowe, gotowe na więcej. W zdradzie, jak w miłości, oczyszcza się pole, wypala stare, gdy czas na nowe. Uczmy się obserwować uczucia i się w nich rozpoznawać. Wtedy może zdrada, nie będzie potrzebna wcale do weryfikacji naszej z kimś relacji.

Nie boję się

Nie boję się śmierci
nie boję się bólu
nie boję się wstydu
nie popadam w rozpacz
nie mam żalu, głodu
nie mam pożądania
nie czuję zazdrości,
i nie czuję gniewu

Odsunęłam:
„Nie mam”
Zastąpiłam:
„Jestem”

Nie wpadam w ekstazę
nie prę w oświecenie
doceniłam wszystko
co mi się przydarza
pobłogosławiłam
swoją własną ziemię

Idę po tej ziemi
jak po świętej myśli
jest dla mnie wszystkim
jestem dla niej wszystkim
Miłość w niej odradzam

Topię skały blokad
integruję cienie
oddaję, odbieram
kompletnym istnieniem

Energia mnie z ciała
niesie do wieczności
płynę w stronę siebie
po ścieżkach miłości

10.03.2018

Po prostu

po prostu czuję
pozwalam przepływać
milionom myśli
tysiącom emocji
setkom uczuć
dziesiątkom wydarzeń

jednej miłości

 

9.03.2018

Skok

Poczułam lukę
głęboką i ciemną
stanęłam nad nią
badając palcami
czy da się przeskoczyć
w przyszłość
niepewność…

Jestem sprężona
gotowa do skoku
serce unosi
me skrzydła wysoko
i słońce patrzy
mi prosto w oczy

Czas już na zmianę
czas już skoczyć

Ostatnie spojrzenie
w to co było
Miłość, cierpienie,
niepewność,
miłość
i uwolnienie

Błękitne strugi
niosą me ciało
zamykam oczy
chłonę wspaniałość
swojej mocy.

9.03.2018

O miłości do kobiecości

Kobiecość jest piękna. Kobiecość jest subtelna, nieuchwytna, ale doskonale widoczna. Kobiecość dojrzała jest jak dobrze odegrana rola w rytmie własnego serca. Kobiecość jest wspaniała, kiedy jest pełna, odwieczna, gdy powoli podnosi wzrok patrząc na świat. Kobiecość dziewczęca, kobiecość matki i żony, kochanki, przyjaciółki, koleżanki. Kobiecość młoda, świeża, kobiecość mądra, kobiecość spełniona wiekiem i odczuwaniem.
Kobiety są jak źródła poznania tego, co jest miłością, radością, wartością i siłą przetrwania. Kobiety są jak drzewa, ukorzenione, stałe, ale elastyczne, podatne na zmiany, przyjazne do schronienia, wieczne.

Kobiety w swoim najpiękniejszym stanie łączą w sobie wszystkie cechy ziemi, wody, ognia i powietrza. Są cykliczne jak klimat, jak noc po dniu, jak księżyc w pełni i rok świetlny, w którym się odbywa ruch galaktyk i naszej Drogi Mlecznej. Są trwałe w myślach, jak wspomnienia w innych, bliskich, dalekich, dzieciach, mężczyznach. Potulne, drapieżne, słodkie i harpie. Kobiety, jak diament nie do zarysowania i glina do ulepienia, ukształtowania.

Idą przez życie z misją odkrywania, tworzenia, posiadania i wyzwalania potencjału. Pilnują dusz niewinnych, zagubionych, słabych. Są wierne sobie i marzeniom, głębokie w odczuwaniu, zrozumieniu, wybaczaniu. Kobiety żyjące w jasności i w cieniu. Pełne bólu i pełne szczęścia. Kobiety wiedzą, że żadna istota nie jest ani mniejsza ani większa. One biorą życie, jakie się pojawia, widzą więcej, ale z nikogo nie szydzą. Czarownice, córki kowala, malarki, stróże prawa i domowego ogniska, przywódczynie i stojące przy barykadach z kanapką, ostatnie oczy patrzące na odchodzących, pierwsze na przychodzących na świat. Kobiety spełnione, zalęknione, krzyczące z bólu i rozpaczy, i tańczące na plaży w tropikalnym raju. Czuwające i bezdomne, spragnione spokoju i dzikie. Wsparte na ramieniu mężczyzny i wspierające latarnie, kobiety jak wróżki z baśni, księżniczki, wiedźmy i sieroty. Kobiety jak zjawiska, jak tornada, tajfuny, powodzie i rzeki skute lodem. Kobiety zranione i raniące, kobiety upadłe i wstające o własnych siłach w ciężkich czasach, by innych podtrzymać.

Jestem kobietą. Jestem dumna. Jestem jak ziemia. Przyjmuję wszystkie zmiany, dojrzewam, obumieram, kwitnę. Po pożarze się odradzam.

I sięgam moją myślą gwiazd i rdzenia planety, żeby ją obracać dla siebie i dla innych.

O miłości i życiu

Życie nie jest po to, by się za wszelką cenę umozolić tym, że się żyje. Życie, kiedy jest się pełną siebie istotą, toczy się samo, bez wysiłku, bez zaciskania pętli na szyi, bez pośpiechu i ambicji do jeszcze większego tempa. Takie życie można osiągnąć tylko w jeden sposób, znajdując w sobie pełnię człowieczeństwa. Bez pełni, zawsze będzie jakiś niedostatek wywołujący niepokój i dążenie do jego zapełnienia z zewnątrz, a to pracą zawodową i stanowiskami, a to pieniędzmi, a to kochankami, a to głaskami od innych. Warto więc się obserwować, gdzie mamy braki w miłości własnej i łatać te braki. Dlaczego łatać? Bo dziury w nas samych prowadzą do cierpienia. Taka dziura mówi: „Nie mam” i cierpimy. A to dlatego, że ktoś odszedł i nas nie kocha, a to dlatego, że kolega ma więcej i awansował, a to dlatego, że dziecko w szkole się nie interesuje fizyką jądrową, albo archeologią itd. Te nasze braki w miłości własnej i pożądanie zapełnienia doprowadzają do poczucia nieszczęścia, a nieszczęście jest rodzajem zniewolenia. Zamknięcia na piękno, na miłość do świata, na łagodność, gdy nas szarpie głód czegoś trudno wylądować spokojnie w swoim życiu i ciele, i nie usiłować więcej, i więcej pozyskać z otoczenia. Ono daje. Ludzie dają miłość, ale my chcemy często na własność ją zagarnąć i schować. Tymczasem miłość jest jak ptak, piękny i prawdziwy kiedy lata swobodnie. Chcemy spełnienia ambicji zawodowych i siedzimy w pracy dzień i noc nie pamiętając ostatecznie po co to robimy. Albo łapiemy się za rozwój i na siłę wyrabiamy kolejne kursy, spotkania, terapie, objawienia i sesje motywacyjne. Wszystkie te narzędzia są potrzebne, kiedy wiemy, jaka w nas samych jest przestrzeń. I z sensem ją zapełniamy sobą w najlepszej postaci, nie kolejną maską „super alter ego”, jaką tworzymy, żeby ambitnie brylować.

Ja się czasem chowam, kiedy widzę, jak świat zewnętrzny przyciska mnie do realizacji i patrzę na siebie od wewnątrz, czy to jest to czego chcę, czy to czego chce ode mnie moje ego. Staram się nie dać złapać na takie ego pułapki, które prowadzą do marnowania mojej energii na realizację programów spełnienia ambicji, często nie moich a wdrukowanych w dzieciństwie. Z takich programów najtrudniej wyjść, opierają się na podstawie miłości rodziców do nas, na jakości tej miłości. Musimy wyjść z tego paradygmatu, że miłość rodziców jest naszym korzeniem. To trudne, ale możliwe. Ja się uwolniłam i powiem wam, miłość jaką czuję do rodziców, do ludzi jest teraz taka prawdziwa, jak nigdy nie była. Ambicje i braki widzę wyraźniej i przyjmuję je jak przyjazne wskazówki, gdzie zalepić plastrem, gdzie zamurować, a gdzie maznąć piękne graffiti. Nie wchodzę więc do sfer,  gdzie chodzi tylko o ambicje i ich spełnienie. Trzymam się z dala też od sfer,  gdzie wypływa tzw. poświęcenie, to kolejny program, jaki warto opisać. Życie w prostocie wyborów daje nam sposobność do poznania rzeczy takimi, jakie są. Jeśli więc ktoś działa wyłącznie, by się sprawdzić w coraz większej presji zewnętrznej, sam siebie okrada z chwil szczęścia. Ten kto się wspina, bo ma taką wewnętrzną, nieprawdopodobną chęć do tego wspinania, buduje w sobie piękny finał. Dlatego nie wszystkim pisane jest zdobycie góry, botanik z miłością zabłądzi po drodze badając okoliczne paprocie, a wspinacz nie dostrzeże piękna jego pasji, pędząc czym prędzej ku szczytowi. Warto wiedzieć kim się jest i co warto robić. Albo czego nie warto. To podstawa. Realizacja dzieje się potem sama, kiedy dobrze określimy cele i wykluczymy ambicje z zewnątrz, jako motywację i zastąpimy ją autentyczną pasją na życie i swoją w nim realizację.

O miłości i cieszeniu się z życia


Jestem takim dziwnym, ale powszechnym przypadkiem człowieka, który uczy się, jak cieszyć się z życia. Nauczono mnie przez doświadczenie i obserwację, że życie jest ciężkie, a potem się umiera. Standard mojego pokolenia. I pokoleń wcześniej. Coraz częściej jednak wdziera się do mojej świadomości z poziomu uczuć, bo analitycznie już to rozłożyłam na części pierwsze, że życie jest cudem, który da się przeżywać w piękny i wrażliwy sposób, życie w każdej formie i ekspresji. Nawet tę codzienność, jak jazda samochodem. Stoję w korku co dzień i biadolę, ale nie ostatnio. Pomyślałam dziś, że zawsze się stresowałam jazdą do szkoły z dziećmi, tym tempem, mozołem, nie spóźnianiem się, latami. Teraz wiozę Syna i cieszę się z każdej chwili za kółkiem, bo kocham jeździć, nie ważne, że w tempie żółwia. Popijam kawę inkę i słucham muzyki, śpiewam, Syn ze mną rozmawia, albo gra na telefonie. Nie denerwuję się, nie popędzam wirtualnie korka, tylko chłonę to, co mogę z tego czuć dobrego. Parę dni temu spotkałam kierowcę autobusu miejskiego, który zatrzymał się na Bitwy Warszawskiej przed moim samochodem na sąsiednim pasie i otworzył okienko. W pierwszym odruchu pomyślałam: „Co się stało? Czyżby mi coś odpadło?”, ale byłam tak zrelaksowana, że w ogóle się nie przejęłam. I ten człowiek wyjrzał i pomachał do mnie przyjaźnie, a żeby tego było mało, wyjął lizak z napisem: „Uśmiechnij się!”, a z drugiej strony „Miłego dnia!” I tak staliśmy w korku przed moją pracą, około 9 rano i oboje śmialiśmy się do siebie machając. Kierowca autobusu, a taki nietypowy. Patrzył też na innych stojących kierowców, ale nie widziałam ani jednej zainteresowanej osoby. Szkoda. Taka gratka, jeśli człowiekowi stres od rana się spiętrza w drodze do pracy, czemu nie skorzystać z pomocy bezinteresownego człowieka, który nas rozśmiesza? Ja skorzystałam mimo, że nie byłam smutna, a pogodna i wypoczęta.

Myślę sobie, że co dzień zdarza się coś co nas wzmacnia, ale nie umiemy tego dostrzec. Nie umiemy się przestroić na branie szczęścia. To może być coś małego, jak dobra kawa, ulotnego jak zarys chmur na niebie, i niezwykłego do czego przywykliśmy, kiedy zbyt długo to mamy i nie dostrzegamy, że jest takie piękne. Jak dzieci śpiące przy naszym boku, uśmiechnięta rankiem żona, kolega w pracy pomagający zrestartować sensownie system, albo pani portierka, która odpowie: „Dzień dobry” z uśmiechem. Nie wymagajmy od życia więcej, tylko nauczmy się czerpać z tego co nam daje. Odkrywając na nowo to co piękne, choć stare, ograne nieco. Czasem to jest samotność, oddalenie, bo wtedy pojawia się przestrzeń, która jest potrzebna, a czasem tłum przyjaciół na imprezie i spontaniczny śmiech i taniec. Tylko od nas zależy czy cieszymy się życiem jakie mamy, czy nie więc, gdyby mnie spytać czy tęsknię do Lizbony i braku planu na jutro, odpowiem, że trochę, ale jutro zamierzam sobie zrobić wolne i popracować w domu, posprzątać, pogotować, porozmawiać z dziećmi i pocieszyć się tym, że żyję. A w następne dni, będę robić od nowa to co te dni przyniosą. Jeść, spać, gotować, stać pod gorącym prysznicem i śpiewać. Tyle i aż tyle. A jak przyjdzie pora, ostro popracować nad tym co się lubi. Najważniejsze jednak, że kiedy już samemu się nauczymy tak funkcjonować w wysokich wibracjach pozytywnych uczuć, to zadziała jak samograj i, co więcej, nauczą się tego chłonięcia szczęścia nasze własne dzieci, rodzina, bliscy i dalecy znajomi. I będą nas w tym wspierać na zasadzie synergii, … synergii szczęścia.

O miłości i wyborach


Zawsze miałam problem z dokonaniem wyboru. Niezależnie czy chodziło o bluzkę w sklepie, termin spotkania, czy mężczyznę, reagowałam niepewnością i zagubieniem. Obawiałam się, że jutro, najdalej za tydzień, okaże się, że źle wybrała i martwiąc się na zapas, męczyłam się wybierając. Zakupy to był prawdziwy koszmar. Tyle możliwości i opcji do wyboru, że odwlekałam je najdalej jak się dało. Mówiąc szczerze wybierałam stanie, nie działanie, bo tak mi było prościej. Nawet jeśli czułam, że mi coś umyka, bałam się ryzyka, że polegnę na jakimś wyborze i trwałam tak do niedawna, upierając się, że niczego mi nie trzeba, mam wszystko i nie muszę już wybierać. Do Lizbony też poleciałam z myślą, że wybiorę, ale bez nacisku, nastawienia i odkryłam, że da się wybrać bez stresu, o to,  że dopadnie mnie jakaś pomyłka w wyborze. Zobaczyłam, że stres związany z wyborem jest pozorny. Wybór czasem dokonuje się sam, wcześniej, nim świadomie wybieramy. Poszłam na milongę w Lizbonie, bo wybrałam działanie jeszcze przed wyjazdem, kiedy coś się we mnie zmieniło i pokochałam wybierać. Teraz kiedy wchodzę do sklepu na pierwszym wieszaku zwykle wisi to czego mi potrzeba. I czasem tego nie biorę.

Wybór oznacza dostatek opcji do wzięcia. Ważne co czujesz kiedy wybierasz, jeśli w chwili wyboru czujesz spokój serca, nie obojętność, ale pełną zgodę na to co wybrane, wszystko będzie dobrze. Wybierając z poziomu serca wybieramy to, co nas wspiera i jeśli nawet poczujemy się potem trochę gorzej, to znaczy, że przepracowujemy jakąś lekcję i prawdopodobnie nie mogliśmy wybrać inaczej, by to dostrzec. Co innego, kiedy po wyborze serce wciąż nas niepokoi i wskazuje na to, co wybraliśmy przy różnych okazjach. Warto wtedy przyjrzeć się temu co zrobiliśmy, żeby znaleźć przyczynę. Nie wypierać, nie zagłuszać emocji. One mówią coś ważnego. Kiedyś przepisałam córkę z klasy do klasy na początku gimnazjum. Wydawało mi się, że dobrze robię. Wciąż potem widziałam rodziców z przepisanej klasy i czułam jakiś niewytłumaczalny wtedy niepokój. Potem okazało się, że to nie był dobry wybór. Gdybym sercem patrzyła na całą sytuację i była czujna, zobaczyłabym wcześniej to, co serce od razu widziało.
Teraz kiedy wybieram, słucham wyłącznie serca, nie rozumu, racjonalności i tkwiących w niej ograniczeń. Widzę jaśniej, jak wybrać to, co służy mi i mojej rodzinie. I oczywiście nie sugeruję się tym co uważają ludzie, nawet ci zaprzyjaźnieni. Czuję jak i co zrobić, i nie mam parcia na nieomylność. Jak się pomylę, mówię: „Sorry, zdarza się. Zapamiętam.” I czuję, że potrzebna była ta lekcja. Jestem za nią wręcz wdzięczna.

W większości przypadków jednak mam taki spokój w sercu, że się do siebie uśmiecham, kiedy idę do sklepu i rozmawiam z ludźmi. Wybieram na tak wysokim poziomie komplikacji ze spokojem w duszy, za jej zgodą, że szczęście przenika mnie i czasem wręcz czuję rozkoszne mrowienie na myśl o tym, że mogę wybrać. Gdy staję przed wyborem, to tak, jakbym wyciągała ręce po przeznaczenie. Kocham wybierać i nie obawiać się tego, co do mnie przychodzi w konsekwencji. Bo pozwoliłam sobie źle wybrać. Najwyżej przejdę jakąś pętlę w życiu, ale nie będę stała w ukryciu, z zaciśniętą pięścią z niemożności dokonania wyboru. Więc ostatnio wybrałam coś bardzo ważnego, i kiedy się już zdecydowałam co wybieram, natychmiast pojawiły się możliwości dalszej realizacji celu. A w mojej duszy taki spokój zagościł, jakbym nauczyła się chodzić po wodzie. Kocham prowokować wszechświat do manifestacji tego co dla mnie dobre.