„Magia” wyjątkowości

– Kiedyś chciałam być wyjątkowa – powiedziałam do Kozy.
– A po co? – odpowiedziała żując łańcuch na choince.
– Nie wiem. Wydawało mi się, że to będzie atrakcyjne.
– Dla kogo?
– Dla mnie, dla innych … – zatrzymałam się nad nieoczekiwaną pustką. – No i, że będę robić wyjątkowe rzeczy. Chciałam być kosmonautką.
Koza przewróciła oczami błyszczącymi elektryzująco od choinkowych światełek i łypnęła łakomie na kabel.
– Tego nie jedz. To ci zaszkodzi.
– Ale jaka będę od tego wyjątkowa – powiedziała przemądrzale Koza i zabrała się za słomiane gwiazdki.

Jestem przeciętna. Nawet tam gdzie wystaję w statystykach, czyli np. przy liczbie dzieci, jestem tylko względnie wyjątkowa. W Indiach, Afryce mają ich więcej. Jestem przeciętnie wysoka, otyła, urodziwa, stara. Wiele tu się może pojawić cech i określeń. W systemie społecznym jestem kropką na wykresie badań demograficznych instytutu miar i jakości. Lubię cicho siedzieć w kącie i współuczestniczyć. Głośno się śmieję, szczerze, z czyichś żartów, bo mój dowcip kuleje, ale bardzo doceniam jak kto go ma, i to w najróżniejszych odcieniach od sarkazmu i black humor po naiwny suchar. Ubóstwiam sprzeczności i przyglądanie się tabu. Fascynują mnie tarcia w naszych systemach wartości, również te mówiące o wyjątkowości.

Często spotykam się z takim poglądem, że wyjątkowym jest być warto, a nawet należy. Ta promowana postawa  tak się upowszechniła, że jest niekwestionowaną zasadą społecznego życia. Dążenie do wyjątkowości w wyniku walki z innymi o laury stało się kanonem naszych społecznych wartości. I jak każdy kanon jest wartością wyobrażoną, która zaistniała w naszym systemie przekonań, że poprzez wyjątkowość rozwijamy się jako zbiorowość. Oczywiście istnieją takie jednostki, o wyjątkowych talentach i możliwościach, i mają potencjał do zrobienia skoku w przyszłość i poszerzenia naszej rzeczywistości o nowe zdobycze intelektualne, filozoficzne, technologiczne czy medyczne. Większość z nas jednak jest przeciętna, ale w tym ludzkim garncu pretenduje do bycia wyjątkowym, bezrefleksyjnie, lecz w zgodzie z przekonaniem, że czymś się musimy w końcu odróżniać od całej reszty, choćby to miało być najbardziej niepokojące i niezdrowe, tak jak kabel pod napięciem połknięty przez Kozę. Dążenie do wyjątkowości w skrajnym przypadku kończy się zejściem ze sceny, jak youtuberów z długiej listy bohaterów z nagrodą Darwina. Ale lżejsze wersje tej społecznie nieświadomej fascynacji wyjątkowością zdarzają się wszystkim na różnych etapach życia. Przyciąga nas i nęci, a to wyjątkowa profesja, a to kreacja, a to hobby, a to fotka na instagramie. Wyjątkowa kobieta, w wyjątkowym miejscu, z wyjątkowym uczesaniem objęta wyjątkowym bicepsem. Znajoma umieściła zdjęcie jak płacze po obronie syna. I ludzkie, i wyjątkowe jednocześnie. Inni się tylko śmieją do aparatu. Wyjątkowość może się też pojawiać w sposób zaprzeczony, kiedy udajemy, że nie bierzemy udziału w wyścigu do wyjątkowości, jak ci, co nie mają dostępu do mediów społecznościowych, bo uważają, że jedynie oni nie dali się nabrać i zagonić do wspólnego stada pod but globalnej kontroli umysłów.

Bycie zwykłym w naszych czasach to nie lada wyczyn. Nie być specjalistą od piłki, albo polityki, nie mieć najlepszego samochodu i najlepszych fotek z wakacji, nie robić asan, nie być na diecie i nie jeździć rowerem. A w ogrodzie maki zamiast japońskiej flory, bo same wyrosły. Gdyby mi ktoś w 1990 roku powiedział, że ludzie rozsyłać będą zdjęcia swojego jedzenia, cóż … nie uwierzyłabym. A jednak, sama je umieszczam 🙂 Wyjątkowe jedzenie w wyjątkowej sytuacji z wyjątkowymi ludźmi w wyjątkowej kreacji. Bo zwykłe nudzi i nie przysparza blichtru świecącego prosto w oczy od jakiego powoli ślepniemy na zwykłe kolory.

Lubię swoją zwyczajność, bardziej niż cokolwiek wyjątkowego. Mój dzień kiedy po prostu jestem zwyczajnym człowiekiem. Czasem moją niewidzialność, w którą nikt nie zagląda. Kiedy piszę i publikuję, zawsze mam opór wychodzenia z wygodnej przestrzeni mojej nieobecności wśród ludzi. W zwyczajnym świecie codzienności ciężko być wyjątkowym, publiczność do tego jest potrzebna. Dlatego taką furorę zrobiły media, na które raz po raz się łapiemy i podświadomie oceniamy co jest zwyczajne, a co wyjątkowe.

Nie lubię być oceniana, wolę być sobą bezwymiarową, bez odniesienia do innych ludzi podobnych, albo różnych. Przy naszej społecznej obsesji w dążeniu do wyjątkowości wolałabym żebyśmy po prostu byli tylko różni. Różne kobiety o różnej sylwetce, w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami. Różni mężczyźni o różnym wzroście w różnych pojazdach z różnymi życiowymi celami. Różni ludzie w różnych domach przy różnych stołach w różne dni tygodnia mówiący o różnych sprawach, albo milczący ze zrozumieniem i szacunkiem dla naszej różnorodności w metrze, kinie, na ulicy, w kościele. I takie jest moje osobiste przekonanie, które wypróbowałam i ono mi służy, że nikt nie jest wyjątkowy, niezwykły, wszyscy jesteśmy po prostu różni.

W głąb swojej roli

Odgrywamy w ludzkim świecie różne role, te kulturowe, społeczne i te osobiste. Jesteśmy matkami, pracownikami, przyjaciółmi, zarządzamy, wykonujemy, słuchamy. Jesteśmy w tych rolach bardziej lub mniej skuteczni, bardziej nam one pasują, lub wcale, ale wypełniamy je w naturalnej konsekwencji zdarzeń, kiedy wychodzimy za mąż i partnerujemy, kiedy zaczynamy biznes, sprzedajemy, kiedy ktoś opiera na naszym ramieniu głowę w chwili zwątpienia. Te wszystkie role, tak czasami przenikają się, że przez lata wypełnionego zadaniami grafiku, nie mamy czasu zauważyć nawet, że coś nam umyka. Kiedy tak długo wypełniamy rolę utożsamiamy się z nią w sposób naturalny, stajemy się dentystami, kierowcami, ojcami, bohaterami domu. Wychodzenie z jednej i przechodzenie do drugiej roli dzieje się w sposób chaotyczny albo uporządkowany, bardziej lub mniej świadomy, dlatego niańczymy czasem pracowników, a od dzieci wymagamy wypełnienia jakichś nieadekwatnych obowiązków.

Całe moje życie zadaję sobie pytanie: „Kim jestem?” i na każdym etapie mojego życia słyszałam różne odpowiedzi. Przez większość czasu jednak sądziłam, że jestem tym, kogo rolę spełniam. Czułam się matką, żoną, pracownicą, wykładowczynią etc. W tej przestrzeni pomiędzy, która czasem mi mignęła, widziałam człowieka, kobietę, ale nie zastanawiałam się nad tym zbyt często. Ta podstawa mnie, była jak pusta przestrzeń dla formy, jaką była rola. Odkryłam jednak, i tym chcę się podzielić, że rola jest jak kostium, który wkładam do spełnienia jakiegoś zadania, a to czym, kim jestem, jest bardziej tą pustą przestrzenią, w jakiej to się dzieje. Bo ta przestrzeń bynajmniej nie jest pusta, ale nie wypełniają jej działania z odgrywania ról, ona może istnieć zupełnie niezależnie. Trochę jak na scenie, przy mojej całkowitej akceptacji, jestem naukowczynią i robię badania. Ale nie jestem tym działaniem, ani tymi badaniami, ani tą rolą jaką odgrywam. Tam jest nieskończenie więcej mnie.

Co się dzieje, kiedy wchodzisz albo wychodzisz z roli? Czy to zauważasz? Czy rola ci pasuje? Czy się z nią zmagasz? Jakie jest źródło przyjęcia tej roli? Czy możesz odwiesić ten kostium i pożegnać? I fundamentalne pytanie: Co zostaje z ciebie jako człowieka, gdy zdejmiesz wszystkie swoje role i utożsamienia? To gimnastyka umysłowa warta czasu i zastanowienia.

To nieoczywiste pytanie, bo role często w nas wrosły. Będziemy rodzicami już na stałe, ale rola matki to też kostium, który jest potrzebny nie cały czas, a w tych kluczowych momentach. Początkowo często, potem coraz rzadziej. Gdy dochodzi do zbyt mocnego utożsamienia ciężko nam żyć bez możliwości grania swojej roli. To samo ma miejsce w pracy, która staje się nami, albo w relacjach z ludźmi, gdy ich strata uniemożliwia odgrywanie „siebie” w interakcjach.

Jesteśmy stadni i przyjęcie ról do spełnienia odbywa się również w kontekście przetrwania stada. Zachowania i role społeczne są nam potrzebne. Nie mniej jednak nie musimy się z nimi utożsamiać. Utożsamienie się z rolą daje poczucie spełnienia dopóki dana rola spełnia swoją funkcję. Gdy wygasa, zostawia nas w pustce.

I ta pustka może być fenomenalnym stanem do odkrywania. Kiedy przeżyjemy strach braku utożsamienia, pokazuje nam, kim jesteśmy naprawdę, a co tylko we fragmentach widzieliśmy wyrażając swoje role przed światem.

O kobietach, które poznały swoją istotę poza rolami mówi się stereotypowo – wiedźma, o mężczyznach – jak o mędrcach. Tak jakby świat przywykły do ról nawet wtedy, gdy je porzucamy, potrzebował dookreślenia, przypisania roli. Z pewnością wyjście ze swoich utożsamień i wzięcie swojej natury z pełną konsekwencją i odpowiedzialnie, to czysty przejaw dojrzałości i wolności. Wolni od ról możemy je spełniać w swojej najwyższej prawdzie – z wyboru. A ci, dla których spełniamy te role, mogą się uczyć jak robić rzeczy dobrze.

Wypełniłam wiele ról w moim życiu, z wieloma się utożsamiłam. Ciężko było je ode mnie odkleić, tak wrosły. Łatwiej mi było je spełniać niż spojrzeć w odpowiedzialny sposób na całe moje dorosłe życie i wybory. Zawsze mogłam powiedzieć mojemu wewnętrznemu krytykowi, że jestem i tym, i tym i tamtym, a wszędzie coś robię. Pociągało to za sobą poczucie, że coś znaczę. Wyjście z utożsamień pozwoliło mi zrozumieć, że nie muszę spełniać żadnej roli i mieć żadnych osiągnieć, żeby w swoich własnych oczach zasługiwać na szacunek, uwagę, troskę. Wyjęcie siebie z powinności spełniania tej czy innej roli pozwoliło mi na przestrzeń dla mnie samej, na czas, na nieprzymuszony wybór. Jestem matką moich córek i synów, ale bywam nią w kontakcie. To czy jestem matką nie określa mojej osoby. Podobnie nie określa kogoś status pieniężny, zawodowy, liczba medali w szufladzie i innych atrybutów spełnionych ról. Nie chodzi też o to, żeby wskoczyć w „tumiwisizm” i „wszystko jest nic nie warte”. Warto robić wszystko co nam leży, co nas wyraża, ale nie jest tylko rolą do odegrania, odhaczeniem punktu na życiowej mapie. A jeśli tę rolę przyjmujemy, piszmy w nich nasze własne scenariusze, improwizujmy, posprawdzajmy jak ten kostium się rusza, czy skrzypi, czy można go przemalować, albo skrócić, tak, żeby nam nie zawadzał, albo dał do myślenia. Grajmy tę rolę odpowiedzialnie w trosce o wszystkie istnienia w nią zaangażowane, albo ją porzućmy.

Role jakie przyjmujemy świadomie i nieświadomie same odgrywają w naszym życiu pewną rolę. Ich rolą jest pomoc w dotarciu do naszej osobistej prawdy, do esencji jaka czeka pod tymi wszystkimi rolami. I tego dotarcia i zrozumienia życzę wszystkim z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, w których pradawni Słowianie czcili zwycięstwo światła nad ciemnością. Niech nam słońce świeci, śnieg pada i niech nas ogrzewa ciepło naszego stada i radość niosąca kolęda 🙂

Ot tak …

Zawsze podejrzewałam, że jestem niezniszczalna. Na swoją obronę muszę przyznać, że moje życie tak się układało, że okazja za okazją pojawiały się sytuacje, w których sprawdzałam się, testując swoje granice i niemalże wszystko stawało się prędzej czy później osiągalne większym lub mniejszym wysiłkiem. Wystarczyło spiąć się do celu, skumulować siły i skoczyć w dobrze obranym kierunku. A jeśli coś w skoku przeszkadzało, zwalczyć to, rozebrać kawałek po kawałku czasem przenosząc góry z miejsca na miejsce. I tak szłam przez życie z przekonaniem, że zawsze znajdę sposób, siły, strategię do wszelkich potrzeb swoich i moich bliskich.

Aż pewnego dnia, ot tak, zachorowałam. Początkowo miałam nawet na tę chorobę plan. Pochoruję tydzień a potem zrobię całą masę zaplanowanych rzeczy, również tych spiętrzonych przez opóźnienie. Ale po tygodniu okazało się, że to nieosiągalne. Choroba okazała się silniejsza i mimo, że walczyłam z nią fizycznie i intelektualnie, wygrywała na wszystkich polach, aż poddałam ostatnią bitwę i zatrzymałam się. Zarzuciłam wszystkie plany, a nawet wyobrażenia o tym co jutro, za tydzień, za rok i weszłam w pozorny bezczas, gdzie istnieje tylko to co aktualnie się zdarza. Odkleiłam się od kalendarza i ambicji wypełnienia swoich obowiązków, jak je nazywałam, a które tak bardzo ze sobą utożsamiałam. Stałam się, siłą rzeczy, niezależna od tego jaki tworzę na siebie plan i czy go spełniam.
I stało się tak, że niezależnie od tego czy coś robię czy nie, czuję się pełna siebie. Moje działanie jest oczywiście gdzieś tam potrzebne, ale już się z nim nie utożsamiam. Przekonałam się, kim jestem kiedy nic nie robię, tak bardzo potrzebnie jednocześnie, skupiona świadomie na sobie. Żyjąc do niedawna na zewnątrz w rolach tego świata, jako mama, pracownica, partnerka, przyjaciółka, gdzieś ten rdzeń siebie odczuwałam, pionizował mnie po burzach i sztormach, ale nigdy na taką skalę nie byłam go świadoma.

Rzeczywistość po puszczaniu kierownicy elastycznie dopasowała się do mojego stanu. Praca weszła mi w wolne chwile w domu, żebym mogła spać w dowolnie wybranym czasie, domowe sprawy przekierowały się. Otoczyłam się bezpiecznym kokonem bliskich i spokoju. Przeszłam boleśnie przez poczucie winy, że wszystkich zajmuję swoją osobą, że zaraziłam kochanego człowieka, który w wyższej konieczności naraził się na to. Odpuściłam czując jak życie i tak się toczy, artykuł kiedyś się napisze, obiad ugotuje, albo nie, i to też jest ok. Porównałabym to co się dzieje do unoszenia z prądem, opływam kamienie w rzece, przyspieszam i zwalniam bezwysiłkowo, skupiona na tym, żeby utrzymać się nad powierzchnią i to wystarcza. Nurt mnie niesie a ja nawet nie jestem specjalnie zainteresowana, żeby się przekonać dokąd.
Bywają chwile, że cieszę się, ale bez ekstazy, że oddycham bez przeszkód, że wracam do zdrowia łagodnie i powoli, już bez walki, i czuję do siebie wdzięczność, że umiałam w porę odpuścić i pozwolić życiu siebie poprowadzić.

Zaszyłam się w lesie, chociaż wszystkie moje urlopowe plany wzięły w łeb, jak to często bywa, okazja sama się pojawiła i bez wahania z niej skorzystałam. Myślałam nad sensem tej choroby, ale nie jestem nawet tego pewna, że miała jakiś cel, na pewno jednak pokazała mi granice mojej wytrzymałości. Pokazała też do jakiego fantastycznego stopnia mogę liczyć na pomoc bliskich. Nauczyła mnie cierpliwości i akceptowania bardzo niewygodnych dysfunkcji mojego organizmu. Zdałam sobie sprawę, że kolejny raz zyskałam wiedzę o sobie, o tym z czego bez żalu zrezygnowałam chorując, a co dla odmiany stało się tak jaskrawo ważne, a co parafrazując mogę nazwać „bliskością w czasach zarazy”, bliskością z moimi bliskimi i ze samą sobą na nowo. Uporządkowała mi emocjonalne sprawy, odsiała wątpliwości, napędziła do zmian tam, gdzie chciałam już iść, ale myślałam, że może jeszcze pozwlekam.

Na koniec z ciekawości zapytałam o tę chorobę Kozę, ale nie miała nic szczególnego do powiedzenia. Patrzyła na mnie beznamiętnie przeżuwając liście i rzuciła widząc, że uparcie czekam na jakiś komentarz:
– No co, no życie! Raz się tańcuje, raz zdycha. To chyba oczywiste. Tylko człowiek musi mieć sens we wszystkim co się dzieje. Dzieje się i tyle. Bądź w tym, albo to zmień, o ile jest to możliwe.
Na ten moment nie jest, więc w tym jestem, a jak się zmieni, zobaczymy. Nie roję sobie żadnych nadziei, terminów, działań. Być może o to chodziło, a może zupełnie się mylę i za jakiś czas zobaczę inną perspektywę. Z pewnością nie będę jej szukała, jak ma przyjść, przyjdzie sama.

Postanowienia

Wraz z przełomem noworocznym pojawia się pokusa poczynienia planów i założeń na nowy rok. Robimy te zobowiązania wobec siebie i stawiamy sobie cele do zrealizowania. Cały nasz zapał zwykle szybko się spala i po miesiącu jedziemy na oparach, buty do joggingu kłują nas w oczy, wpadamy w depresję, irytację albo znudzenie i szukamy pretekstu, żeby się wycofać z zaplanowanych czynności. Zaczynamy podjadać pokątnie to czegośmy się wyrzekli do końca życia, żeby jakoś zrekompensować sobie psychiczne męki i koło zmiany się zamyka zawracając nas do początku procesu. Im więcej takich nieudanych prób, tym bardziej zaczynamy wierzyć, że coś jest dla nas nieosiągalne, zdrowa sylwetka, poznanie nowego języka, nowa umiejętność. Odkładamy z czasem próby i utwierdzamy się w przekonaniu, że dla nas pewne rzeczy się nie zdarzą. Impas. Dodatkowo, żyjemy w poczuciu niesprawiedliwości i zawiści, że komuś się powiodło jakieś wyzwanie i zmienił sposób życia na bardziej dogodny. Napisano niezliczoną liczbę książek jak osiągnąć to, czego chcemy, więc wiedza „jak” jest dostępna od ręki. Co się więc dzieje takiego, co nie pozwala nam dojść do określonego celu?

Odpowiedź jest prosta. My sami. To my sami na nieświadomym poziomie blokujemy zmiany. Ktoś może zaprzeczyć, że przecież sam, osobiście zdecydował się schudnąć kilogram w dwa tygodnie, więc skąd ten sabotaż? Mechanizmy naszej podświadomości działają nielogicznie z punktu widzenia świadomego umysłu. Strata kilograma, może oznaczać dla nas głęboko zapisane doświadczenie głodu, które dla naszej podświadomości oznacza śmierć i choćbyśmy świadomie wiedzieli, że zmniejszenie posiłków nie grozi mam śmiercią, podświadomość chcąc nas bronić, zasabotuje każdy proces powodujący uczucie głodu. Podświadomość ma za zadanie chronić nas przed tym, co w niej jest zapisane jako zagrożenie dla naszego istnienia. Chodzenie z nadmiarem kilogramów nas nie unicestwia, co więcej jesteśmy bardziej widoczni dla społeczeństwa, zajmujemy więcej miejsca, trzeba się z nami liczyć i, również w taki sposób może nas podświadomość warunkować, abyśmy rośli w ważności. Jeśli podświadomość poczuje, że brak nam pewności siebie, rozdyma nas wagą, abyśmy zajęli dostatecznie widoczne, obszerne miejsce w społeczeństwie. Każdy z nas ma swoje indywidualne zapisy, na podstawie których, pozornie świadomie dokonujemy wyboru. Co można zrobić, żeby zmienić zapis na bardziej adekwatny do naszych potrzeb? Dogadać się z podświadomością. Nie wystarczy afirmować celu przymuszając się do zmiany. Trzeba wejść w sieć podświadomych powiązań przyczynowo-skutkowych i rozplątać ten supeł, który decyduje o naszej blokadzie. Wejście w hipnozie w obszar podświadomości jest łagodnym procesem kaskadowej zmiany. Umiejętne zmienienie zapisu podświadomości na taki, który podświadomość jest w stanie zaakceptować, jest skuteczną metodą pracy z niekorzystnym nawykiem, wzorcem.

O spójności czyli prostocie istnienia

Lato rozciąga się na wrzesień i początek października. Cieszę się każdym ciepłym dniem, bo jestem z natury czuła na światło i, kiedy go brakuje jesienią i zimą, tracę energię. Niedawno w taki właśnie dzień jak dziś, słoneczny i piękny, pożegnaliśmy wspaniałą kobietę, mamę, babcię i prababcię, żonę, pedagoga i przewodnika życiowego wielu ludzi. Nadal się wzruszam kiedy myślę, że nie ma Jej już z nami, ale to co pozostawiła w naszych duszach na zawsze zostanie. Długo by pisać o zaletach i odważnym życiu Hani, człowieku opozycji, nauczycielce z powołania, kobiety prawej, uczciwej i pełnej energii do zmian na lepsze, aktywnej przez całe swoje życie i osobiste, i zawodowe. To co najbardziej jednak utknęło mi w pamięci to coś, co obecnie jest ogromnie rzadkie. Jedna z przyjaciółek, współtwórczyni autorskiej szkoły, powiedziała o Hani, że była człowiekiem spójnym. Zapadło mi to w umysł i serce, i cały ten czas, od powrotu z Powązek, gdzie Hania spoczęła w rodzinnym grobie wśród pięknych kwiatów i łez żegnających Ją ludzi, myślę co też się stało z naszą spójnością, ze spójnością współczesnych nam ludzi?

Spójność dla mnie, to myślenie, mówienie i robienie tego samego. Można to nazwać prostotą istnienia. Człowiek wyznający swoje ideały, wierzący w nie, mówi w ich duchu i postępuje zgodnie z nimi. Zdałam sobie sprawę, jakie to unikalne w naszych czasach, gdzie ludzie zmieniają poglądy jak rękawiczki, mówią co innego niż robią, a na dodatek zaprzeczają oficjalnie, wbrew faktom, że coś zrobili. Taka powszechność postępowania rodzi ogromne problemy w zaufaniu do świata i ludzi. Nie sposób dziś założyć, bez odpowiednich testów, a i to się może zmienić z czasem, że człowiek zrobi co powie, albo nie zrobi czegoś, z czym się nie zgadza.

I nie chodzi wyłącznie o kanciarzy, czy polityków. O nas samych. W sprawach małej i dużej wagi, potrafimy się zarzekać, potrafimy drwić z postaw innych ludzi, ale kiedy dochodzi do podobnych, trudnych życiowych sytuacji, stajemy w obliczu wewnętrznej walki i wybieramy to, co nie jest nasze. Jakbyśmy żyli w dobie nieważności, nieważności w co wierzymy, co myślimy, a w konsekwencji – co robimy. Zawsze skutecznie umiemy się obronić, że inni przed nami też to zrobili i czemu mamy być frajerami tracąc, albo zgrywając świętego w domu publicznym.

Podam przykład. Nie jestem religijna. Nie tłumaczę się z tego, bo to moja osobista sprawa. Nie mówię jednak, że jestem wierząca, ale nie praktykująca, bo Kościół mi się nie podoba. Już od dawna czułam, że to nie moja droga, od podstawówki, ale ciężko byłoby mi przetrwać w społeczności dzieci chodzących na religię, więc rodzice mnie na nią wysłali. Mimo to, kiedy mogłam już podjąć decyzję, zrezygnowałam z religii i nie poszłam do bierzmowania, bo nie czułam się częścią chrześcijańskiej społeczności. Pamiętam strach w oczach mojej przyjaciółki, która w siódmej klasie w poniedziałek po niedzielnym bierzmowaniu, spytała mnie na szkolnym korytarzu: „Aga i jak ty teraz będziesz żyła?” Nie rozumiałam jej pytania, tak jak ona mojej decyzji.

Brak bierzmowania podczas mojego ślubu kościelnego skutkował tym, że przystąpiłam do niego jako osoba niewierząca i obiecałam wspierać wychowanie dzieci w wierze katolickiej z czego się wywiązałam. Nie kryłam się jednak nigdy z moją niekoherencją z wiarą katolicką i żadną inną, i w tym też byłam spójna. W końcu postanowiłam wypisać się oficjalnie z Kościoła, do którego nie przynależę i też to zrobiłam przez apostazję. Ksiądz czytając moje podanie spytał, czy jestem antyreligijna. Odparłam, że nie, jestem areligijna i jako taka nie chcę być na żadnych listach. Z mojej strony to już finał, bo reszta, wypisanie, bądź nie, leżą po stronie administracji kościelnej, na jaką nie mam wpływu. Nie walczę też z systemem, wystąpiłam z powodu swoich przekonań i potrzeby spójności właśnie, jakiej potrzebowałam, choć wcale nie wiedziałam, że o tę spójność mi chodzi. W tamtym momencie była to decyzja intuicyjna, bo należenie do Kościoła uwierało mnie jak kamień w bucie. Czułam, że muszę coś z tym kamieniem zrobić dla własnej wygody podróżowania przez świat i poszło gładko, bez dramatów, straszenia piekłem i grożenia ze strony księdza, bo moja spójność była tak widoczna jak tarcza na wszelkie ataki, fochy, niesmaki i kompleksy osobiste proboszcza. W swojej spójności szanuję ludzi ze wszystkim w co wierzą i nie mam problemu z tym, gdzie przynależą, jeśli są spójni, albo dążą do spójności.

Nie chcę abyście odnieśli wrażenie, że to jest jedynie słuszna droga. Można mieć absolutnie gdzieś, czy się jest na listach przynależności. Dla mnie to był rozdźwięk wewnętrzny i dlatego to zrobiłam. Nie namawiam też do apostazji, ani żadnej innej postawy, to prywatna sprawa, intymna, osobista.

Po pożegnaniu Hani, dużo myślałam, gdzie jeszcze czuję się niespójna i przyznam, że nie łatwo wytropić takie miejsca, ale warto na bieżąco sprawdzać. Ja swoją niespójność czuję w ciele. Robi mi się ciężko, gdy występuję przeciw własnym zasadom. Oczywiście można sobie wmawiać, że to tylko jeden raz, że tym razem to nieważne, ale to pozostaje w ciele, pozostają jak cierń takie niespójne sytuacje.

Ostatnio na festiwalu tangowym zatańczyłam z kimś, kto stanął przede mną i zabrakło mi odwagi mu odmówić. Tak się generalnie w tangu nie robi, ale ugięłam się i poszłam wiedząc, że tancerz jest kiepski, gwiazdorzący, roszczeniowy i pełen pychy. Wzięłam na klatę swoje tchórzostwo, ale obiecałam sobie po tej tandzie, więcej nie tańczyć nie tylko z nim, ale z żadnym panem, który nie stosuje się do zasad i tańczy „po bandzie” czyli „partnerką” a nie „z partnerką”. Raz już zeszłam panu z parkietu w podobnych okolicznościach, zostawiając go w wielkim zaskoczeniu i „hańbie”.

Z człowiekiem spójnym łatwo się żyje. Mnie samej z sobą też, kiedy jestem spójna. A innym, coż, chyba też dobrze. Moje relacje rodzinne są dobre i bardzo dobre. Partnerska relacja … kwitnie. Zawodowe relacje w normie. Spójność jest lepsza od kluczenia, manipulacji, kłamstw i piętnastu wersji na swój temat. Dobrze mi też robi izolacja od niespójnych ludzi. Po co mam za nimi nadążyć, jak mogę iść prostą drogą z kimś, kto ma podobne wartości i działa spójnie w ich duchu. A że świat przepełniony jest fejkiem. Mnie to niespecjalnie obchodzi, bo słucham ludzi i widzę, gdy ktoś jest rozbieżny w tym co mówi, a tym co robi. Tego co myśli często nie sposób po takich ludziach zobaczyć i, cóż, chyba też nie warto.

Nie musimy mieść spójnych wartości, wszyscy razem. Możemy mieć podobne w tej części naszej wspólnej przestrzeni, gdzie najbardziej się poruszamy w relacji. W miejscu pracy – wartości w odniesieniu do pracy, w związkach – do miłości, sposobu budowania relacji, w rodzinie – do miłości, przyszłości, wzajemnego wsparcia, uczciwości itd. Dlatego rozmawiam z kimś z kim chcę być bliżej i badam stopień podobieństwa, a potem opieram się tylko o te wspólne rzeczy. Jak mój partner woli czerwone wino a ja białe, to da się spokojnie pogodzić. Jeśli ma inny model relacji niż mój i cele, nie zawsze. Każda relacja inaczej trochę wygląda. Wiem kiedy mogę liczyć na szczerość, a kiedy nie i nie mam focha, że ktoś mi kłamie, jak polityk, którego wybrałam, albo prezes banku w którym trzymam pieniądze, bo wiem, że tacy są politycy, tacy są tzw. ludzie interesu, z takiej ulepieni są gliny. Ich system wartości rozmija się z moim wielopłaszczyznowo, jak z wieloma innymi osobami, które albo toleruję, jeśli muszę wejść z nimi w interakcje, albo unikam kontaktu, jeśli nie muszę.

Nie twierdzę, że mój system zasad wewnętrznych jest lepszy od innych. Jest inny i czasem wyklucza akceptację pewnych zachowań. Ostatnio od znajomej terapeutki usłyszałam, że jej pacjent był zdumiony, kiedy po ustawicznym zdradzaniu żony, usłyszał, że może powinien się rozwieść. „Dlaczego? – odparł. – Ale ja chcę być żonaty.” Ten człowiek ma inne zasady. Nie moje, ale inne i ja tego nie oceniam, ale nie wybrałabym go na partnera.

Ludzie nie zdają sobie sprawy ze swojej niespójności. Znałam kobietę, uważającą się za bardzo oświeconą, nazywaną guru, która nauczała o miłości i jednocześnie mówiła, że nie lubi ludzi. I dawała im to poczuć na każdym kroku wytykając publicznie ich osobiste potknięcia,  oczywiście w celu oświecenia. Jeśli całą sobą stoisz w sprzeczności do tego czego nauczasz, to po prostu błądzisz. To jak ci co namawiają do odwetu po atakach agresji w imię „słusznej” sprawiedliwości, albo obrażają tych co mają inne poglądy, z poziomu pychy. Pycha zawsze jest przykrywką do niespójności. Spójność nie musi się bronić, jest widoczna na kilometr. I niespójność też niezależnie jak umiejętnie umalowana duchowymi i ideowymi, w tym religijnymi, frazesami.

Bywam niespójna, na niewielką skalę, bo swoją osobistą, ale też staram się uspójniać dla własnej wygody życia i sprawdzać, czy przekonania i zasady według jakich żyję są słuszne, dobre dla mnie i innych, czy należy je zmienić jeśli źle pracują w jakimś aspekcie. Traktowanie dzieci jest takim przykładem. Dzieci dorośleją i zaczynamy przenosić na nie z czasem konsekwencje ich własnych wyborów. Elastyczne dopasowanie. Zauważyłam, że we wszystkich relacjach chodzi o wzajemne poszanowanie człowieka jako całości. Szacunek, jaki z założenia, i to jest moja zasada nadrzędna, należy się każdemu. I z tą zasadą żyję w zgodzie, a za każdym razem jak słyszę plotki, czuję niesmak. Czym innym jest wymiana faktów, informacji, opinii, a czym innym drwina, złośliwość dla uciechy. Z reszta od tak dawna mało mnie obchodzą smaczki towarzyskie, społeczne, narodowe, medialne, fejsbukowe, międzynarodowe, że słaby ze mnie słuchacz takich spraw. Nie kojarzę nazwisk i wydarzeń, bo żyję swoim życiem i ma ono tak wiele kolorów, że szkoda mi czasu na rozpraszanie uwagi. Nie mam czasu i chęci łapać puste kalorie tak odległych światów. Dlatego jak mówię, że nie interesuję się polityką, to się nie interesuję, chyba, że przed wyborami żeby podjąć w miarę rozsądny wybór, ani mediami, ani plotkami, ani trendami, ani modą, ani rozwojem duchowym cudownie nazwanym przez moją znajomą „rozwojówką”, nie wyznaję żadnej religii i nie mam gotowego systemu otaczającego mnie świata, nie wiem co było na początku i do czego to wszystko zmierza, nie wiem i nie muszę, a nawet nie chcę. Moja mentalna abnegacja wyeliminowała wiele pokus niespójnego postrzegania tego świata, gdzie konsumpcjonizm i hedonizm wylewają się z każdej reklamy, a iluzja szczęścia oślepia spragnionych. Dzięki mojej abnegacji zobaczyłam ważną cechę podrasowywaną przez współczesny świat – chciwość, i pewnie o niej kiedyś napiszę, bo jest wszechobecna i ogromnie destrukcyjna.

Na ten moment moja spójność mi wystarcza i niedoskonałość, i inność, i szacunek dla każdego, tego z większości i tego z mniejszości. I łagodność wobec ludzkich uczuć i cierpliwość dla ludzkiego cierpienia. Wartość odnalezienia spokoju jak oka w szalejącym emocjonalnym cyklonie, i bycie spójnym w emocjach, jak złość to złość i potupię czasem, i pokrzyczę, jak radość to śmiech i to na głos na całą ulicę. A przede wszystkim odwaga do samostanowienia, nawet tam, gdzie ludzie uznają mnie za dziwaczkę albo frajerkę – feminatywną formę od frajera.

Nic nie jest proste

– Dlaczego nie ma nowych wpisów na „Kozie”? – spytała Julia.
– Jakoś nie mam czasu pisać – odparłam. – Tyle się dzieje, że żyję życiem na bieżąco i nie mam potrzeby siadać do podsumowania.
Wypuściłam Kozę samopas i obie mamy się dobrze. Ona zażywa wolności od moich niekozich rozterek, a ja … cóż, życie nie jest proste. Spotkałam się ostatnio z dość powszechną iluzją, że inni mają lepiej, prościej, pełniej. I nie chodzi tylko o fotki w internecie, ale o fikcję jaką zwykliśmy roztaczać wokół, iluzję dobrobytu i „wszystko w porządku”. Nie tak jednak, żeby nam zazdroszczono, na zawiść nie chcemy się narażać, stąd więc wtrącenia, że chociaż u nas wspaniale w pracy to szef sknera, albo fanatyk. Z żoną cudnie, ale dzieci mają humory. Finansowo rewelacja, ale strzyka w kolanie. A tak w ogóle to stara bieda.

A u mnie ani stara, ani bieda. Wszystkiego po trochu, problemów, spraw, pracy, dzieci, miłości i zagubienia. Normalny proces zwany życiem w akcji. I każdej nocy zamykając oczy jestem pełniejsza od nowych doświadczeń. Trywialnie mówiąc robię co mam robić i nie winię się za nic. Mój mocny gorset bezpieczeństwa okazuje się nie krępować ruchów i dzięki temu, że ufam sobie w każdej sytuacji idę pewna przed siebie, nawet w to zagubienie. Ludzka rzecz czuć zagubienie. Ludzka rzecz poszukiwać. Przeglądałam się kiedyś w lustrach szczęścia przyjaciół i znajomych, aż znudziło mi się to kryształowe medium. Patrzę tylko do środka, na to nieskończone pole mojej Kozy, która naprawdę wie, gdzie mam szukać szczęścia i spełnienia. Ona nie jest podatna na opinie z zewnątrz, ona od zawsze wie i czuję tę Jej pewność. Pole naszego szczęścia jest bardzo specyficzne, zbudowane indywidualnie. Pewne rzeczy pozornie nas wszystkich uszczęśliwiają, ale kiedy jesteśmy ze sobą bezwzględnie szczerzy, okazuje się, że to co nadane społecznie, rodzicielstwo, relacje, sukcesy zawodowe, szeroko pojęte spełnienie życiowe, jest tylko próbą uporządkowania kategorii „szczęście” na tej zagadkowej trzeciej planecie od słońca i często, jeśli nie zawsze, ma niewiele wspólnego z tym, co nam się naprawdę kojarzy z tym stanem.

To wszystko nie jest proste. Bezdzietna ciotka spędzająca czas na podróżach od bieguna do bieguna, może być obiektem zazdrości, albo współczucia. I z perspektywy każdego oceniającego istnieją argumenty w systemie wartości, jakie poprą tę konkretną opinię. Tylko po co w ogóle to wartościować? Systemy kulturowe i społeczne narzucają nam konkretne wartościowanie atrybutów w postaci istnienia, albo braku partnerów, dzieci, przedmiotów, wykonywanych zawodów, hobby i doświadczeń życiowych, a nasz mózg dążący do uproszeń szybko przeszukuje jak coś ocenić, żeby się w tym odnaleźć. A gdyby tak zostawić sprawy jakie są, i niczego nie oceniać? Nie dzielilibyśmy się wtedy na grupy tych, co potępią bezrobotnego szwagra, co jeździ kampem i naucza o pranie, a tych co widzą w tym nieziemski potencjał.

„Aby być naprawdę szczęśliwym i naprawdę bezpiecznym, trzeba mieć co najmniej dwa lub trzy hobby i wszystkie muszą być prawdziwe” – powiedział Winston Churchill, ten sam wybitny Brytyjczyk, który stwierdził, że życie to nieustający ciąg spraw do załatwienia. Jakaś część mnie załatwia więc sprawy a inna się pasjonuje. Potem spotykają się na kawie i wymieniają uwagi. Ta część mojej osobowości, która dąży do zabawy i spełnia pasje umie też włączyć się do pracy z jakimś kreatywnym, szalonym pomysłem, a potem ta sprzątająca codzienność i kochająca rutynę składowa mnie układa plan i wypełnia pieczołowicie listę ptaszkami. Aż się mimowolnie uśmiecham na samą myśl o rysowaniu ptaszków, a ta szalona część śmieje się jednocześnie przyjaźnie z takiej niezrozumiałej dla niej pasji do porządku. Jakiś czas temu te dwie strony mojego księżyca zwalczały się z pasją zamiast wspierać i była to bezużyteczna bijatyka. Zrozumiałam, że moje osobiste szczęście zależy od tego jak te dwie strony, a jest ich przecież więcej, poukładam w sobie i jaką dam im przestrzeń. Kiedy się bawię wypuszczam na swobodę tę zabawną stronę, pracuję tą uporządkowaną, wchodzę w kontakt tą co lubi ludzi i umie słuchać, a przy czytaniu, pisaniu włączam romantyka i krytyka. Cała gromada, stado podosobowości do użycia. Bogactwo. Zarządzania tym stadem siebie uczyłam się na bieżąco i z różnym skutkiem. Nadal mam przypadki osobliwości, kiedy w czasie seminarium włącza mi się romantyk zamiast krytyka, a krytyk przy dzieciach zamiast mentora. Bywa. Szczęście, że to zauważam i się widzę. Myślę, że widzenie siebie w swoim działaniu to połowa sukcesu i skuteczności. Ale to właśnie nie jest proste, nie jest prosty taki osobisty, wewnętrzny dystans.

Lubię mieć spokój. Utożsamiam nawet spokój ze stanem szczęścia, pewnie dlatego, że miałam go, spokoju, mało w życiu. Wydaje nam się, że tam nasze szczęście, gdzie mamy mało. Będę szczęśliwa, kiedy zdobędę to czy tamto, kiedy będę tym, bądź tamtym. Skutecznie się odkeiłam ze szczęściem od stanu posiadania. Nic i nikt mi go nie da, bo ono jest wewnętrznie jako reakcja na świat. Jeśli cieszy mnie, albo wywołuje spokój jakaś sytuacja to opisuję to poczuciem szczęścia. Niektórzy w celu wywołania szczęścia prewencyjnie nakazują wdzięczność. Jak okażesz wdzięczność, przyjdzie do ciebie szczęście. Na siłę się nie da być wdzięcznym, a powtarzanie mantr bez wewnętrznej motywacji i zgody tylko rozpina pustkę. Czuć wdzięczność, gdy jest, gdy sama się pojawia, to jest sztuka, chwytać ją i zauważać. Taka naturalna uważność sprowadza prostotę widzenia spraw jakimi są, czasem bolesnych, czasem wypartych, które zasłaniamy obrazami pozornego szczęścia, protezami rzeczywistości. Tak widzenie, że mamy szczęście, bo mamy zdrowie konieczne do tańczenia tanga może się wydawać trywialne, a jednak, a jednak… dla mnie to jest szczęście.

Zapisałam sobie ostatnio taką myśl: „Szczęście mieszka w prostych rzeczach”. W tym, że idę ulicą i wiem dokąd, w radosnym spojrzeniu bliskiego człowieka, w ciszy między słowami, gdzie dużo się dzieje, w tym, że mam ciarki przy muzyce i śmieję się w głos w kinie bez obawy o utratę majestatu i powagi, w tym, że atomy nie powypadały mi z pudełka a białko zwija się i rozwija. Na zewnątrz mija czas, zjawiają się i odchodzą ludzie, zmienia się nasz stosunek do wielu spraw i poczucie szczęścia mieszkające w wygodnym tangowym bucie. A wewnętrzny świat przyjmuje wszystko co się dzieje i Koza raz zbliża się, raz ucieka, to skacze po wierzchołkach, żeby potem zasnąć w gęstwinie, której nie zdążyła objeść z liści. Nic nie jest proste, jak wolałby nasz mózg i dzięki temu rośniemy w mądrości dzięki gromadzeniu coraz większej liczy nowych doświadczeń życiowych. Taka jest nasza ludzka misja. Poszukiwanie szczęścia ma tylko nas napędzać do lepszego zrozumienia siebie w tym świecie. Ale możesz mieć na ten temat dowolny inny pogląd i to jest zupełnie w porządku, bo jesteś innym człowiekiem i Twoje szczęście prowadzi Cię inną drogą.

Nieoczywista sztuka wyboru

Jakiś czas temu w moim życiu nastąpiła bifurkacja, czyli rozszczepienie drogi życiowej na dwie równoległe, wzajemnie się wykluczające ścieżki. Jakież to typowe, prawda? Zanim to się stało, poczułam w sobie głęboki niepokój, przeczucie, że czeka mnie wielka zmiana. Kiedy świat rozpadł się na dwa światy, znieruchomiałam, nie umiejąc dokonać wyboru, stając przed chyba najgorszym koszmarem swojego życia, świadomością, że mogę źle wybrać.

Przez jakiś czas trochę tchórzliwie, trochę z zagubienia, nie wybierałam obserwując, jak te dwie drogi mojego życia rozsuwają się coraz dalej i dalej, aż do miejsca, gdzie nie dało się już przed sobą udawać, że mogę nie wybierać, albo, że rzecz rozwiąże się sama.

Zawsze mam problem z wyborem. Uczyłam się z tym żyć na wiele sposobów, narzucając sobie na przykład konsekwentne tkwienie przy pierwszym co mi przyjdzie do głowy, albo wypisując listę powodów na tak i nie. Wszystkie jednak techniki, jakichkolwiek się nie imałam, zawodziły mnie w jednym ważnym aspekcie, pogodzeniu się z faktem, że mój wybór może mi zaszkodzić i, że z czasem będę sobie zarzucać to, że źle wybrałam.

Powszechna iluzja, w jakiej żyjemy, jest taka, że dokonujemy dobrych, albo złych wyborów. Cofając się wstecz w swoim życiu łatwo pokazać, że każde nasze wybory przynosiły nam i smutek, i radość, i spełnienie, i porażkę w jakimś aspekcie. Wybór jest po prostu pewną sytuacją i lokalnie może być łatwy, gdy coś nam daje, czego nam na ten moment trzeba, ale nie ma żadnej pewności, że ta lokalna korzyść zaowocuje czymś, co za dziesięć lat ocenimy jako dobre. Nie łudźmy się więc, że wybieramy dobrze, albo źle, po prostu perspektywa czasowa oceny się zmienia, my się zmieniamy i nie ma co żałować, albo wbijać się w dumę swymi wyborami. Co więcej, każda porzucona ścieżka dałaby nam coś po prostu innego i nikt mi nie powie, że wie co, bo tam nie był, to coś się nie stało, więc nie ma tego. Jako ludzie skutecznie sobie to coś wyobrażamy na bazie przeszłości i naszych uwarunkowań, ale nie ma żadnej pewności, że to czego się baliśmy, albo co nas pociągało, byłoby tam, więc nie ma sensu tego rozważać.

Są tacy co pewnie zaprzeczą takiemu rozumowaniu. Nie upieram się przy mojej perspektywie, jest moja i podobnie, jak nie ma prawdy obiektywnej, nie ma obiektywnej oceny zdarzeń.

Dokonałam w życiu wielu wyborów i blokada, że źle wybieram, wynikała z prostej ludzkiej przypadłości – samooceny. Wynika ona z prostego faktu, że powszechnie bardziej zawieszamy się na tym, co czujemy jako „złe”, a „dobre” wybory, czyli te, które teraz widzimy jako korzystne, zapominamy, bo łatwo przyzwyczajamy się do tego, że coś idzie dobrze. Oceniałam się więc dość surowo i nieprawdziwie. Z całkowitą pewnością dokonywałam wyborów korzystnych i niekorzystnych wielokrotnie, ale licznik przykładałam do tych co mi, sądziłam, nie wyszły. Błąd. Nawet lokalnie patrząc z loży obecnego czasu, moje wybory doprowadziły do cudownych sytuacji, sprzyjających i zachwycających, powołały na świat moje dzieci, pozwoliły mi obejrzeć świat, ludzką radość, ale też cierpienie, po to, żebym lepiej mogła w siebie wejrzeć tym szczególnym spojrzeniem obserwatora, który zebrał dużo danych, żeby sprostać opisaniu swojego świata z wielu kamer. I tu nie da się jechać tylko prostą, jasną autostradą „właściwych” wyborów; trzeba zbaczać z drogi na niepewnych rozstajach, a czasem nauczyć się cofać, czyli po prostu zawracać.

Kolejną iluzją jest nieodwracalność wyboru. Wybór zawsze można zmienić. Zawsze. Oczywiście sytuacja będzie już inna, gdy zmieniamy zdanie, ale tkwienie w czymś, co z naszego wyboru robi nam krzywdę jest niesłuszne, i w trosce o siebie należy się z takiego wyboru wycofać, czyli wybrać ponownie. Może wybrać już coś innego, aktualnego na czas wyboru. Możliwe, że zniknie jakaś alternatywa z horyzontu, jak sukienka sprzedana na portalu przez koleżankę, ale pojawi się coś innego, bo wszechświat tak działa, że wypełniony jest alternatywami, tylko my nie widzimy wyraźnie. Tak już jesteśmy ukształtowani, upierając się przy naszych wyobrażeniach o przyszłości, czyli oczekiwaniach. Wyobrażenia zamykają wybór w skrajnych przypadkach do jednej opcji. Jak dzieci w sklepie z zabawkami, chcemy tylko to czerwone autko tupiąc na ten zły dla nas świat obcasikami i roniąc łzy rozczarowania, gdy ktoś w kolejce nam go podkupi, a nie widzimy złotej rakiety na półce obok.

Mój wybór był trudny i naszpikowany, jak minami, analizami mojego umysłu, szarpaniną serca i ogólnym pomieszaniem. Dopóki chciałam go dokonać rozsądnie, umysł mi szwankował podstawiając lęki jak gotowe sytuacje. Serce biegało między opcjami jak szalone, aż do absolutnego wyczerpania, wyszukując znaków na drodze to w jedną, to w drugą stronę. Aż nie mogąc wybrać, wypuściłam z rąk wszystkie argumenty i w kompletnym pomieszaniu … zaufałam. Nie sobie, bo sobie nie mogłam w tym stanie zaufać. Zaufałam Życiu. Ono jest większe niż ja i Ono zawsze nas prowadzi, tylko czasem przed Nim uciekamy.

I wtedy nastąpiła cisza. Poobijałam się jeszcze parę razy nieszkodliwie o swoje racje, o za i przeciw, jak o konary zwalonych drzew w brzegach rzeki niosącej mnie przed siebie. Jeszcze na chwilę wysiadłam na ten brzeg z pretensjami do bóg wie kogo, chyba do siebie, że co to w ogóle za sytuacja, że mam taki mętlik, aż spokojnie, weszłam do tej rzeki z powrotem i pozwoliłam się jej ponieść.

Bywają sytuacje, że nie da się inaczej. Pożegnałam wszystko to, co wyobrażałam sobie jako konsekwencję wyboru jednej, a potem drugiej drogi i zamknęłam oczy. I zaniosło mnie na miejsce, gdzie nie walcząc już ze sobą, jestem.

W tym długim i męczącym procesie zrozumiałam, że przeceniam swoją moc przewidywania, swoją moc wpływu na rzeczywistość, że przytłacza mnie moja odpowiedzialność za siebie i innych, ale wiem, że niezależnie od tego jakie będą konsekwencje moich wyborów jestem dość silna, by je przyjąć. Tego nauczyło mnie Życie, że jeśli coś możemy wybrać, to jest to szyte na miarę naszych możliwości. Może czasem trzeba stanąć na palcach, żeby do tego czegoś sięgnąć, albo podwinąć rękaw, żeby się nie zamoczył, ale zawsze potem można wysuszyć go, gdy coś takiego się stanie. Życie daje wiele możliwości równolegle i po każdym naszym wyborze następuje fala zmian, albo wąski, prawie niezauważalny strumień rozpoczynający nowy etap. A jeśli nie dokonujemy wyboru, on i tak się dokonuje, bez naszego udziału, bo tak skonstruowana jest rzeczywistość naszego ludzkiego istnienia. Wolna wola, dar, albo przekleństwo człowieka.

Wiele napisano na temat tego jak, i dlaczego dokonujemy wyboru. Cała branża konsumencka drąży temat. Staramy się wyrwać z nieświadomości i rozsądnie podejmować decyzje. Przekonałam się, że tylko do pewnego stopnia mamy wpływ na to, co wybieramy i czas przestać się obwiniać. Nasze wychowanie, kultura, programy, jakie wchłonęliśmy i racje, przy jakich obstajemy, decydują za nas. Mamy wgląd w siebie tylko do pewnego poziomu świadomości. Reszta jest nieprzenikalna i czasem dostrzegamy powody naszych wyborów poniewczasie, albo wcale. I nie ma w tym nic strasznego, nawet jeśli na jakimś poziomie zrozumiemy, że wybraliśmy marynarkę nie dla marki, co jest reklamowana, ale dlatego, że wyszczupla nas w pasie, to zapewniam, że za rok może się okazać, że ekspedientka patrzyła na nas tak, że ulegliśmy jej urokowi, licząc na bliższe poznanie, a za dwa lata, po intensywnej psychoanalizie, przypomnimy sobie, że mama była dumna kiedy w podobnej tkaninie szliśmy w pierwszej parze w polonezie na studniówce, i to wyda nam się bardziej autentyczną intencją niż wszystko, co do tej pory myśleliśmy na ten temat. Wyda się, bo co jest prawdziwym źródłem naszego wyboru, rdzeniem, nie wiemy; jesteśmy jak Shrek, jak cebula, warstwa za warstwą inna, ale nikt nas lepiej nie zgłębi niż my sami, mimo, że będą się różniły z czasem te nasze obrazy – szkicowane świadomością aktualne autoportrety. Jesteśmy zmienni i nadal jesteśmy sobą. Ot, cała tajemnica wielości, jedności i nieustającej zmienności.

Nostalgia we mnie jest silna, dlatego pewnie jeszcze wiele razy zapuszczę się w iluzję tego, co by było, gdybym wybrała inaczej, a mając silną, kreatywną wyobraźnie stworzę niemal równoległe światy pełne szczegółów, ludzi i sytuacji, ale nadal będzie to tylko miraż, bo nie istnieje nic poza tą chwilą i tym, co JEST. I zanurzona w tę namacalną rzeczywistość zgłębiam ją z ciekawością dziecka, wiedząc, że sama ją wybrałam po to, żeby nauczyła mnie na nowo siebie i świata. Wiem jedno na pewno, Życie zaprowadza mnie w piękne, nasycone miejsca, gdzie świat aż śpiewa swoją autentycznością i jestem mu za to wdzięczna nawet wtedy, kiedy trudno mi akceptować pewne jego aspekty. Bo drogą miłości nie jest łatwość, ani trudność wyborów, pójście za rozsądkiem, albo sercem, ale zgoda w sobie na wszystko to, co się dzieje. Wtedy to, co się dzieje zyskuje do nas dostęp, wpływa w naszą rzeczywistość szerokim, łagodnym strumieniem pełni Życia.

Rozmowy po pełni

Następnego ranka po pełni Krwawego Księżyca, kiedy tłumy pijanych, po otrzymaniu dyplomów, studentów chrapały w okolicznych domach, po tym, jak całą noc wyły jak wilkołaki za moim płotem robiąc poruszone zdjęcia naszego boskiego satelity, siedziałam w upragnionej ciszy w ogrodzie Beth pijąc kawę i usiłowałam rozmawiać z Kozą.
– Wiesz co? – zagadnęłam.
– Wiem.
– Och, nie fochuj …
W milczeniu żuła trawę. Przez chwilę głaskałam Jaszczura, który owinął się wokół mojego ramienia na kolanie i zasnął.
– Rozmawiam z Nim – powiedziałam.
– Wiem.
– Wiem, że wiesz, ale może byś się zniżyła do mojego poziomu i czasem mnie wysłuchała!
– Nie fochuj.
„No jasny gwint” – pomyślałam – „ale sobie Kozę wyhodowałam!”
Wzięłam łyk kawy, połknęłam i westchnęłam. Jaszczur beknął przez sen i przewrócił oczami po czym ponownie znieruchomiał.
– On mówi poprzez czucie – powiedziałam cicho do Kozy, żeby Go nie budzić. – To znaczy, ja czuję co On mówi.
– Yhy – strzepnęła sierść i wyciągnęła szyję w kierunku Jaszczura. – I co ci „powiedział” – dodała mrużąc jedno oko.
– Że cisza wyraża więcej niż słowo, że uczucie jest pojemniejsze niż dowolna myśl, że przestrzeń jest nieskończonym potencjałem zdarzeń.
Pokiwała głową.
– To grubo – podsumowała i polizała gada po szorstkim ciele. Zmienił kolor z niebieskiego na zielony, potem na czerwony i różowy. Przez chwilę wydawało mi się, że uśmiecha się przez sen.
– I co wierzysz Mu?
– Zobaczymy.
Położyła mi głowę na niezajętym kolanie i zamknęła oczy. Pogłaskałam Ją delikatnie po gładkiej sierści między oczami. Pomyślałam, jaka to piękna chwila pełna autentycznej bliskości. Jaszczur zamigotał tęczowymi kolorami jak łagodny dla oczu stroboskop.
– Wiesz, że parę dni temu przytulałam takiego dwudniowego koziołka na farmie pod Lawrence? – zaszeptałam. – Był taki bialutki, całkiem duży, jak na niemowlę, i miał taką mięciutką sierść jak Ty – uśmiechnęłam się.
– Wiem.
– I chciałabym żebyś przytulała się do mnie czasem jak teraz.
– Wiem.
– I nie musisz być zazdrosna o Jaszczura.
– Wiem.
– Bo nadal potrzebuję, żebyś mi pokazywała to i owo.
– Wiem.
– Żebyś mi tłumaczyła to, co do mnie nie dociera inną niż przez Ciebie drogą.
– Wiem.
– Bo jestem tylko człowiekiem, wiesz?
– Wiem.

Jaszczur usnął na różowo. Koza delikatnie wysunęła swój mądry łeb z moich kolan i zaległa w cieniu.

Dopiłam kawę i wspięłam się na wzgórze uniwersytetu mijając po drodze porzucone stoły zastawione pustymi butelkami, puszkami, z kłębami śmieci naokoło. „Jak po festiwalu rockowym” – pomyślałam- „Każdy słuchał wczoraj jakiejś innej muzyki, ale wszyscy byli poruszeni”. Dzieciaki spały, ja szłam a Księżyc nadal w milczeniu zaszczycał drugą półkulę swoim niezwykłym widokiem, podczas, gdy na moim niebie pyszniło się wielkie błękitne powietrze i roześmiane o poranku słońce.

Milczenie Granatowego Jaszczura

Obudziłam się dziś w nocy zupełnie nagle i doznałam takiej jasności myśli, że przez następną godzinę śmiałam się bez ustanku z różnych rzeczy, które samoczynnie przychodziły mi do głowy, jakbym siedziała na scenie w teatrze, a jednocześnie robiła sobie samej standup i płynął we mnie skecz za skeczem. Śmiałam się w głos i w poduchę, a biedna Beth pewnie pomyślała w sąsiedniej sypialni, że tej biednej Polce odbiło pod wpływem upałów, co nawiedziły ostatnio Kansas. Może mi odbiło, może.

Kiedy już skończyłam zaśmiewanie się z samej siebie, z różych przeszłych i hipotetycznych sytuacji, które jak parada klaunów wędrowały po deskach sceny mojej wyobraźni dotarło do mnie, nie w formie myśli, ale przeczucia, że coś się diametralnie znowu zmienia. Ten spontaniczny wybuch radości mojego wnętrza był tak piękny, niezwykły i osadził mnie zupełnie w tamtej chwili, trwającej ponad godzinę, że pojęłam kim na ten moment jestem. To nie jest takie oczywiste kim się jest. Warto się czasem o to zapytać, ale nie rozumu, a serca, wnętrza. Ono wie lepiej, rozum nas tylko naznacza imieniem, nazwiskiem, oceną naszych talentów i antytalentów. Zwartościuje nas od stóp, po czubek i nie wymkniemy się temu warunkowaniu.

Kiedy mój śmiech przeszedł w łagodne radosne bycie, a za oknem nadal było ciemno, tylko ptaki przeczuwały świt i jazgoliły uparcie, pomyślałam, że to jest właśnie spokój, którego szukałam. I z tą myślą, wpraszającego się do mnie rozumu, ponownie zasnęłam. Miałam trzy bardzo symboliczne sny, ale tylko jeden tu opowiem.

Śniło mi się, że jakiś zwierzak, którego moje ja widziało jako psa, ale równie dobrze mógł być to niedźwiedź, coś miłego, przytulnego, pomocnego i życzliwego podeszło do mnie w jasnym pokoju, w którym stał fotel.
– Spójrz – powiedział Psioniedźwiedź – jaki On jest biedny. Leży tu sam i cierpi.
Podeszłam powoli do zwierzęcia i myśląc, że to również jest pies, bo tylko nos wystawał spod okryć,  dotknęłam delikatne wilgotnej skóry. Nagle zwierzak skoczył i zwalając kokon kocy okazał się Granatowym Jaszczurem.
Krzyknęłam zaskoczona, a Jaszczur wylądował na podłodze i zamiast uciec wspiął się po mojej nodze aż na szyję i tam się zawinął jak kołnierz.
– On bardzo potrzebował Twojego przytulenia – powiedział łagodnie Psioniedźwiedź.
Poczułam, że przytulam pięknego, granatowego, mieniącego się na brzegach kolorami od niebieskiego do zielonego, gada, w którego wnętrzu jest jakaś siła niezwykłej persfazji. Przytuliłam Go do siebie bez wstrętu i walki, przyjmując z akceptacją Jego pojawienie się w moim wewnętrznym świecie.

Dziś, kiedy wstałam, przed budzikiem, a jakże, zobaczyłam i Kozę i Granatowego Jaszczura. Pijąc kawę w ogrodzie spytałam Kozę:
– Jak myślisz, kim On jest?
– To Twój Jaszczur, sama się dowiedz.
– Nie pomożesz mi?
– A jak mnie odkryłaś? Nie potrzebujesz pomocy, żeby się tego dowiedzieć. Może raczej zadaj sobie pytanie dlaczego tak usilnie musisz wszystko wiedzieć.
– I rozumieć, masz rację. Obsesyjne to we mnie,
Jaszczur tymczasem położył się w plamie słonecznej na trawie i wyglądał, jakby zasnął.
– Przytulałam Go we śnie – powiedziałam na głos. – Ciebie nie przytulałam.
– Spróbuj – powiedziała uśmiechając się ni to ironicznie ni to ostrzegawczo.
– Chodź tu – krzyknęłam – zaraz Cię poprzytulam.
– Ręce precz od mojego futra!
Rzuciłam się w pogoń za Kozą, a w przelocie zobaczyłam jedno odwracające się, śledzące nas czujnie oko Jaszczura.
– Patrzysz na nas? – powiedziałam cichutko podchodząc. – Wygłupiamy się. Koza nie lubi być dotykana, dlatego zwiewa, aż się kurzy!
Wybuchnęłam śmiechem i z oddali usłyszałam jak Koza śmieje się ze mną.
– Oj nie lubi, nie lubi. A musi lubieć? Nie musi – pomrukiwała zsuwając się ostrożnie ze świerka.
Podeszłam jeszcze bliżej i usiadłam naprzeciw otwartego oka. Patrzyło wprost na mnie, nie ludzkie, ale magnetycznie piękne z tęczówką o zmiennym kształcie i głębi.
– Kim Ty jesteś?
Jaszczur zamknął oko i otworzył znowu. Popatrzył to na Kozę, to na mnie i zamknął je z lekkim westchnieniem. Zasnął.
– On nie mówi – powiedziała Koza – tyle mogę Ci powiedzieć. To stworzenie sprzed powstania słów, określeń, co jest czym.
– To jak się będziemy porozumiewać.
– On wszystko rozumie – powiedziała Koza i odchodząc dodała. – O wiele więcej niż jesteś w stanie sobie wyobrazić, kochana.

Zrozumiałam, że zanim powstają słowa, którymi nadajemy rzeczom nazwy, coś istnieje, bo przecież, nawet jeśli nikt nie nazwie krzesła krzesłem, to ono tam jest. A jeśli to jest krzesło elektryczne, ktoś przypisze mu nową dodatkową funkcję niż samo siedzenie, a nawet historię, jeśli było w użyciu. Nazwy, definicje, wszystko opiera się na słowach i naszym rozpoznaniu tych słów. Ktoś mówi do nas swoim językiem, my tłumaczymy sobie ten język na swój i doszukujemy się w bazie naszych doświadczeń – znaczeń.
Ktoś może mówić; „Kocham Cię”, mówiąc, „Idź odpocznij.” Może mówić: „Nienawidzę Cię”, mówiąc „Taka jesteś blada, może masz białaczkę?” Popatrzyłam na Granatowego Jaszczura mieniącego się w słonecznym świetle jak rzadki minerał i pojęłam, że czeka mnie nowa przygoda rozumienia rzeczywistości poza słowami.

Przed pójściem do pracy, a po wypiciu kawy, położyłam się na trawie przy moim Jaszczurze i otuliłam Go szczelnie ramionami. I przez krótką chwilę wdychając zapach porannej trawy, zobaczyłam pod zamkniętymi powiekami Wielkiego Granatowego Węża, który rozwija nade mną ogromne błony skrzydeł bezgłośnie unosząc się w powietrzu. I zrozumiałam, że nic nie jest takie jakie się wydaje, jak wygląda z pozoru, nic nie jest oczywiste.
Otworzyłam oczy, podniosłam się, a Koza stała na najwyższej gałęzi wielkiego kanadyjskiego świerku i wypinając dumną pierś, i przecinając strugi wiatru ostrymi, długimi rogami, spoglądała w niebo.