Zawsze kochałam tańczyć. Czułam jakbym odrywała się w tańcu od ziemi. W poprzednim życiu ponoć byłam tancerką, tak mi powiedziała Wróżka w lodziarni „Malinowej” blisko centrum stolicy. Czy tak, nie wiem, ale taniec mam we krwi. Nie chodzi o eleganckie, wystudiowane przemieszczenia ciała wytresowane na zajęciach dla baletmistrzyń wszelkiego sortu. Ja się poruszam nie patrząc co, i jak robię, i mam w nosie co inni myślą o moich poczynaniach. Z bardzo prostej przyczyny, kocham się zapomnieć, kiedy tańczę i, gdy w rytm kosmicznej muzyki zapala się we mnie ogień. Muzykę dowolną oswoję, od Beethovena po hip hop. Może za wyjątkiem dark metalu, bo mi ciarki przechodzą z niezrozumienia tej muzy. Ale pop, rock i reszta muzyki rusza mną, jak wiatr wierzbą, i się przemieniam. Zamykam czasem oczy, by łatwiej się temu oddać co płynie z centrum i, jak fala rozchodzi się po moim ciele. Nie chodzi tylko o rozluźnienie, o oddanie, swobodę i wyrażanie siebie. Czuję się jak nieskrępowane konwenansem dziecko siadające na podłodze w sali pełnej krzeseł między zachmurzonymi krytyką dorosłymi. Czuję się jakbym wszystkiemu uciekała z miłością do braku jakichkolwiek granic. Mój taniec za każdym razem jest inny, wyjątkowy, jak każda kolejna chwila. Kiedy tańczę nie martwię się o technikę, ozdobniki i to, na której nodze stoję, o to jak wyglądam i czy tańczę z kimś, czy sama. Tańczę kiedy tylko mogę, w domu, w pracy przy biurku z papierami, w samochodzie, w sposób ograniczony, ale jakżesz podkreślony prędkością, i w snach. I kiedy tańczę czuję, że nic mnie nie zatrzyma, wyzwala się we mnie taka siła, moc, potęga, nieważne jak to się nazywa. Wznoszę się i gubię wszystkie smutki, a ziemia ucieka mi spod nóg, albo to ja jej uciekam.
Bywają takie chwile, że wytańczam to co mnie boli, martwi, niepokoi i to działa jak kąpiel w Styksie, Rzece Zapomnienia. Świetnie mi to robi na duszę i kręgosłup. Nie boję się w tym tańcu przekraczać granic tzw. dobrego smaku. Moje biodra, uda, piersi wirują, a ja się śmieje w duchu, bo otwieram się na kobiecość mojego ciała, i gdyby ktoś zrobił zdjęcie w odpowiedniej chwili, moje oczy świeciłyby w mroku, jak starożytnej wiedźmie. Lubię tańczyć przy muzyce co mi się wdziera do duszy jak ocean i uderza falami rytmicznie w moje wnętrze. Podążam za przypływami i odpływami, wzniesieniami i powolnym opadaniem jak wprawny żeglarz, wzbijam się na falę i czuję, że wystarczy czuć w sobie radość z każdej takiej chwili, by tańczyć. Nawet jeśli wmawiasz sobie, że nie czujesz rytmu, pokochaj swój własny rytm w głowie i ruch ciała. Ciało potrzebuje tej chwili wytchnienia z rutyny codziennego poruszania, wstawania, chodzenia, siedzenia i pisania na klawiaturze. Taniec nas rozwija do nowej zdolności, przekraczania granic własnego ciała i patrzenia na świat nieco wyżej, z poziomu prawdziwej radości.
Autor: JA
My Lisbon Story: Second Episode, Part 7
„W drodze do domu”
Lecę nad Europą. Mam jakieś 3 i pół godziny dla siebie. To szmat czasu. Uwielbiam być w powietrzu, lecieć. Choć jestem zodiakalną ziemią, Koziorożcem, wolę odrywać się od ziemi niż po niej stąpać. Kiedy zbyt długo chodzę z przyziemnymi sprawami w głowie, czuję się uziemiona, a czasem przytłoczona do ziemi. Więc kocham latać, w snach, w rzeczywistości, nieważkość byłaby ideałem, ale wiem, że muszę być ugruntowana, bo mam dzieci. Dzieci to korzenie, trzymające mnie blisko ziemi. Gdyby nie one, już bym odleciała. W duszy i w rzeczywistości. Dlatego mam aż czworo dzieci. Nie wystarczy jeden nit, dwa, ani trzy stemple. Mam cztery, żeby żyć na ziemi i nie stracić z nią kontaktu, przez swoje usposobienie, marzycielskie i gotowe do tworzenia wirtualnych światów. Mam dzieci, jak liny okrętowe trzymające mój wielki statek przy nabrzeżu. One czuwają nade mną jak słońce nad ziemią. Ja jestem ziemią tęskniącą do księżyca. One mi świecą, dzięki ich światłu z ziemi widzę księżyc i mogę się nim zachwycać. Każdą trudność, każdą szansę jaką z nimi spotykam, dzielę na cztery. Każde ma inny temperament, talent i urodę. Kocham moje dzieci, jak ziemia wodę, ogień i powietrze. Są wszystkim czego mogłam pragnąć, kiedy je rodziłam. W moich dzieciach, moja siła, a ich siła we mnie. Teraz do nich wracam.
Czasem nie mogę zatrzymać myśli. Myślą się same. Nie są to bynajmniej jakieś marudzenia, wspomnienia i puste błądzenie. Myślę połączeniem i uczę się odpuszczać te myśli, bo gdybym wszystkie chciała zapisać zamęczyłabym się i zamknęła na świat zewnętrzny. Gdyby ktoś wymyślił taką elektrodę do sczytywania myśli prosto z mózgu na dysk, i do sieci … Byłoby szybko i sprawnie, i wiele mogłabym się nauczyć również o sobie, jak mi tam wewnątrz leci, co i jak mi się układa w głowie, w sercu. Widzę, że bywa różnie. Czasem to co już ułożone, przebudowuję na nowo, nie dlatego, że się mylę, ale dopełniam obraz i coś, co było krzakiem przy domu, staje się drzewem nad strumieniem, albo drzwi do ogrodu, stają się schodami do nieba. Niebo zaś z błękitu zmienia się w róż i czerwień, a czasem jest tak ciemne, że zapadam się w nie i mnie nie ma.
Bywa, że staram się pochwycić te myśli w locie i możecie mi wierzyć, że najpiękniejsze nie dały się złapać. Próbowałam je przelać, ale były tak ulotne i piękne, że widać wciąż brakuje mi talentu i skupienia, by je włożyć w formę słów. A może tego właśnie zrobić się nie da. Dlatego, gdy przychodzą, cieszę się ich istnieniem i nawet, jeśli przybierają formę słów w mojej głowie, nie panikuję i nie biegnę potykając się do komputera, tylko myślę je i przeżywam ich piękno, piękno ich istnienia.
Lizbona z rana cała była zanurzona w głębokiej mgle, ponownie, ale się nie obawiałam, że utknę na lotnisku. Ani przez chwile o tym nie pomyślałam. Dopiero, gdy lądowałam w Warszawie uświadomiłam sobie, że ta pogoda mogła stanowić problem i zatrzymać samoloty, bo do ostatniej chwili nie było wiadomo, z którego wyjścia wejdziemy do maszyny. Warto się nie martwić na zapas i nie tworzyć w głowie trudnych kontynuacji sytuacji w jakich jesteśmy. Jeśli i tak nie mamy na nie wpływu to po cóż się wysilać i psuć sobie klimat. A jeśli mamy wpływ, to tym bardziej warto zadbać i myśleć o dobrym zakończeniu.
My Lisbon Story: Second Episode, Part 6
„Pożegnanie z Lizboną”
Dziś żegnam się z Lizboną. Miałam iść na milongę, ale chyba odpuszczę. Kupiłam sardynki w puszce, porto, serię koszulek dla rodziny i zjadłam dobry obiad we włoskiej restauracji nad brzegiem mglistej rzeki Tag niedaleko wieży Belem. Pojechałam tam tylko ze względu na nazwę, kojarzącą mi się z dzieciństwem. Nie unikałam w Lizbonie miejsc turystycznych byłam przed, bądź w, wielu, ale nie miałam grafika i nie odhaczałam kolejnych punktów na mapie. Dzięki temu zobaczyłam może więcej autentyczności. Trochę orientować się warto np. gdzie jest północ i gdzie położenie hotelu w stosunku do twojej obecnej pozycji, ale muzea, kościoły, place, po prostu przechodzę. Wszędzie jest wiele piękna i w kościołach. i w muzeach, najwięcej na ulicach.
Przejechałam się do wieży Belem tramwajem. Nie miałam biletu, ale przy wejściu okazało się, że wsiada ze mną kanar i kupiłam u niego od ręki. W drodze powrotnej postanowiłam wykorzystać ostatni bilet na pociąg zapisany na magnetycznej karcie, o jakiej sobie w trakcie przypomniałam i poszłam w kierunku stacji. W drodze zobaczyłam śmieszmy, cudny domek, pawilon podarowany przez Tajwan Portugalii. Gdybym pojechała tramwajem, jak planowałam, to by mnie ominęło.
Lizbona żegna mnie na swój sposób. Najpierw gęstą mgłą z rana nad Praca de Comercio. To opar nie mgła, porusza się jak zaczarowana i osiada wszędzie. Zasłania i odsłania, jakby robiła przedstawienie. Siedziałam na nabrzeżu przy pomniku i nagle wyłonił się most nad rzeką. Potem barka płynąca w kierunku oceanu, przeciwległe wzgórza. Siedziałam i chłonęłam słońce w krótkim rękawku, bo przypiekało cudnie. W pewnym momencie usiadłam do medytacji, bo nie mogłam już powstrzymać myśli, które ostatnio płyną przeze mnie szeroką falą i rozlewają się w ocean informacji, o mnie, o świecie. W końcu to to samo. Patrzyłam i zobaczyłam, że cudne odblaski na wodzie wyglądają jak stado motyli o skrzydłach uplecionych z świetlistej energii. Potem w polu widzenia zobaczyłam malutkie rozbłyskujące p
unkty. Można powiedzieć, że naświetliłam siatkówkę słońcem. Może. Obok nabrzeża śpiewał facet za pieniądze, szlagiery Boba Dylana, Simone & Garfunkel. Nie zauważałam kiedy zaczynał i kończył śpiewać, kto do mnie podchodzi, kto siada, wstaje, robi zdjęcia płynących łodzi, ptaków i nieba. Mgła odsłaniała i zasłaniała rzekę, a ja myślałam i zrozumiałam, że wszystkiego napisać się nie da. Że musi być inny sposób, że nie muszę już teraz wiedzieć, ale przypuszczam, że polega on na tym, żeby myśleć, jeśli już musimy myśleć, dobrze o świecie, bo jesteśmy jego konstruktorami i myśli, jak maile z powrotem kierować do Źródła. Po drodze myśl taka przemienia się w energię, która falą rozchodzi się po rzeczywistości i ją zmienia. Wczoraj w nocy przeżyłam coś w rodzaju oświecenia. Oświeciło mnie światło mojej własnej miłości i miłość tę posłałam do wszystkich, do których mam dostęp. Pomyślałam czule o rodzinie, bliższej, dalszej, przyjaciołach, znajomych i wszystkich ludziach, jakich dosięga taki impuls miłości i wysłałam go w przestrzeń. A potem medytowałam i zasnęłam; nie pamiętam co mi się śniło. Wczorajszej nocy śniło mi się za to, że stoję na balkonie wysokiej kamienicy nad dużym placem opadającym w dół i żegnam trzy dziewczyny ubrane w pomarańczowe peleryny i dwie w zielone. Jedną z nich była moja koleżanka szkolna, która ostatnio miała urodziny i złożyłam jej życzenia przez facebooka. Pomachałam do
nich z balkonu i zawołałam: „Do następnego razu! Do następnej konferencji!” Odmachały mi z dołu ze śmiechem. Można powiedzieć pożegnałam Lizbonę w ten sposób.
Naprawdę pożegnałam się jednak dzisiaj, idąc na tramwaj Rua de Augusto. Poczułam nagle ogromną wdzięczność za wszystko co tu przeżyłam, za kamienice, ulice, ocean, rzekę, niebo, ludzi, kolory, smaki, za pociągi, tramwaje, kafejki, restauracje, sytuacje, muzykę i tango. I wiecie co się stało? Kiedy wracałam z wieży Belem, idąc tą samą ulicą, zobaczyłam pieśniarkę, którą opisałam w części o fado. Znów śpiewała na ulicy. Zapłaciłam, usiadłam i przez chwilę posłuchałam. Poczułam, jakby Lizbona mnie żegnała w ten sposób, ten sam, w jaki mnie witała. Zamknęłam więc ten cykl w pełni i teraz, nie potrzebuję już nic. Miałam tu wszystko czego można doświadczyć, odczuć. Szczęście chodzi bowiem cały czas ze mną za rękę, jeśli tylko pozwalam sobie na nie patrzeć.
My Lisbon Story: Second Episode, Part 5
„O północy w Lizbonie”
Pozwalam sobie tęsknić, czuję tęsknotę za dziećmi. I będę tęsknić za Lizboną, i dzięki tej tęsknocie napiszę projekt współpracy w instytutem Maxa Plancka i będę odwiedzać Stuttgart i Lizbonę, i uczyć się nowych rzeczy. Tańczyć tango i programować, badać aktywne cząstki w płynie. Uruchomię moje moce do powrotu do stanu, jaki czuję w tej chwili i przekroczę swoje ograniczenia. A potem we wrześniu złoże projekt na fibrynogen z profesorem Kuczerą, albo o małych peptydach. Nie martwię się, czy je dostanę. Zobaczymy. Wszystko to co się zdarza ma pomagać, nie załatwiać za mnie sprawy. Poleżymy, popracujemy, pobędziemy i zobaczymy. Już się cieszę na taki obrót zdarzeń. Nie trzeba kreować fantazji, jako marzeń, kiedy marzenia są dostępne w każdej chwili. Wystarczy się pochylić i pozwolić im wkroczyć w nasze życie. Wejdą wtedy, obficie nas nagradzając, że myślimy o sobie dobrze, że idziemy we właściwym kierunku, że realizujemy to co chcemy. Nie przeznaczenie, nie karmę, nie plan boży, cokolwiek to oznacza, nie przywiązujmy się zbytnio do pojęć, są ograniczające. To co nas wiedzie jest nieskończenie większe niż nasze wyobrażenia, o czymkolwiek. Idziemy, bo sami jesteśmy” boskim stworzeniem”, ono wie gdzie nas wiedzie. Do siebie.
Miał rację ten biedny chłopak, który skoczył.
„Jesteś bogiem. Uświadom to sobie”.
Teraz to czuję.
Jestem w jakimś stanie. Hawkins pisał o stanie pokoju. Czy ja go doświadczam, a może to jakiś inny stan, albo pogranicze stanów. Może akceptacja, miłość i radość jednocześnie? Może to odwaga i pokój? Czuję wyraźnie zmianę. I co dalej? Jakie będzie moje pojmowanie, kiedy wrócę. Nie martwię się wcale, tylko oddycham, patrzę, idę. Tylko tyle potrzeba, by być i kochać życie. Kochać życie jest tak łatwo. Czy ja mam łatwo w życiu? Nie, bo to nie jest tożsame. Nie jesteśmy swoim życiem, ono jest naszą pochodną. Gdyby było nami, nic nie dałoby się zrobić, jest manifestacją naszych myśli, tak jak nasze ciało. Dlaczego jestem niebrzydką, szczupłą brunetką? Ktoś powie, zasłużyłam sobie poprzednim wcieleniem, albo mam szczęście. Nie, w pierwszym przypadku, prawdopodobnie przepracowałam program akceptacji swojego ciała wcześniej, i teraz nie potrzebowałam być odbierana, jako
ciało do zmiany, trudne do zaakceptowania przez ogólnie przyjęte kanony piękna. Wyszło cokolwiek naukowo, o brzydocie. To żadna zasługa, to praca. W drugim przypadku, robi się to samo. Jestem szczęśliwa, więc wyglądam bardziej jak szczęście niż nieszczęście. Każdy niezależnie od urody emituje szczęście na zewnątrz przez dbanie o siebie w każdym, fizycznym i duchowym wymiarze. Miałam kolegę z zezem tak okropnym, że nie jeden by się załamał. A jednak ten chłopak miał taki dystans do siebie, że wyśmiewał szczerze swojego zeza przy każdej nowo poznanej osobie. Dziewczyny go uwielbiały, bo był bardzo męski w tym, jaki był i zupełnie nie zważały na jego oczy. Nigdy nie
unikał patrzenia prosto na ciebie podczas rozmowy, na ile się dało, i zadziwiał mnie przez lata swoją swobodą. Miał piękne, kręcone włosy i mocne ciało i był niezwykle uczciwy, mądry. Nikt już po chwili nie widział tego zeza, tylko jego uśmiech, usta miał też piękne, pełne, i piękno płynące z jego wnętrza. A było na co powiadam, kryształ. Trywialne? Nie trywialne. To widać na ulicach, jak wiele osób nie dba o siebie wewnętrznie, wciąż zmagając się ze swoją pozorną niedoskonałością. Może łatwo mi mówić, ale jak się człowiek przyjrzy, kto się najbardziej nie akceptuje, to okaże się, że nie ci najbrzydsi, ale ci całkiem ładni, którym na punkcie urody odpływa rozsądek. Dlatego nie ma co zazdrościć piękna, ono bywa pułapką na człowieka, przyczyną jego udręki i braku swobody w życiu. Lepiej akceptować swoje ręce i nogi, i myśleć raczej o czym innym, o tym dokąd nas te nogi doprowadzą i co bierzemy rękami, na co patrzymy oczami i jak rozumiemy świat, i jego złożoność w nas samych. Patrząc tak, zapomnimy o tym, jaki kolor oczu patrzy, jaki kształt stopy idzie, i jaka długość palców chwyta. Bo po co o tym myśleć? Po nic. Tak samo jak pisać. Szczególnie po nocy, w Lizbonie.
O miłości do leżenia
Dziś zamiast biegać w ekstazie po Lizbonie, spałam prawie cały dzień. Najpierw leżałam. Nie leżałam a leeeeżaaaałam. Jest zasadnicza różnica. Leeeeżeć trzeba umieć. Leżący często szybko się dekoncentrują i, a to szukają pilota do telewizora, a to ciacha, a to gazety, a to innego ciała do poprzytulania. Ja potrafię leżeć bez tego wszystkiego i być w tym leżeniu tak autentyczna jak baletnica w tańcu. Mam swoją technikę. Przeciągam się tylko jeśli chcę zmienić pozycję, tak nie tracę energii leżenia na zbędny ruch. Zamykam oczy i zaglądam do wnętrza. Mało kto tak umie. Zaraz pojawiają się myśli, o stracie czasu, o lenistwie, o tym co jutro bądź zaraz trzeba zrobić. Ja leżę i kontempluję chwilę, i czuję, że choć się nie poruszam, mam full energii, od czubków palców do czubka głowy, ja
k wulkan i często wtedy wzdycham na pełnym wydechu, albo wciągam powietrze ziewając nie za mocno jednak, żeby nie zmęczyć klatki piersiowej. Myślicie, że to takie proste? Połóżcie się i świadomie poleżcie, zobaczymy jak wam wychodzi. Ja w leżeniu jestem mistrzem, bo leżę po to, by odpocząć i pobyć. Odpocząć wcale nie jest tak łatwo. Można się zamknąć w domu, odizolować, ale w kluczowym momencie dopada cię myślotok i wybacz, że to napiszę „du.. wołowa” z leżenia. Cała sztuka się nie wkręcać, nie słyszeć, a być tym leżeniem, jak powietrzem w płucach, jak wodą w jeziorze, jak niebem. Medytuję czasem i powiem wam, że lepiej mi idzie leżenie. Jest dla mnie naturalną terapią. W medytacji siedzenie jest dlaczegoś konieczne, ja w leżeniu spełniam wszystkie założenia medytacji, oprócz siedzenia. Zresztą w innym układzie odniesienia moja pozycja może być np. opisana, jako stanie na głowie. Wprawni jogini pewnie byliby zachwyceniu widząc taką pozycję w pełnej medytacji. Więc leżę i powiem, że nie wierzę, że jest jeden sposób na realizację pasji, jaką jest bycie. Można biegać, skakać na bangi, latać samolotami i kopać piłkę. Ja tańczę, chodzę, śpiewam, pływam, śnię piękne sny i czasem leżę. Każdą z tych czynności wykonuję coraz bardziej i bardziej, i na pewno dojdę do stanu, kiedy powiem już dość. Tańczę jak powinnam, chodzę, leżę, piszę. Teraz, gdy idę do tego stanu, bawię się każdą chwilą i uczę się pojmować ją, jak wspaniałą naukę życia. Idę bez wysiłku, można powiedzieć, bo kiedy trafiam na trudną sytuację wiem, że nie przyszła za karę, ale po to, by się rozwijać i zobaczyć, co jeszcze mogę zrobić lepiej, pełniej, by żyć pełnią życia. Nawet leżeć trzeba więc umieć, bo leżenie, jest byciem, jest chwilą po lub przed wstaniem, chodzeniem, przytuleniem dziecka i powrotem do pracy. Leżenie ma sens, jak wszystko, więc czujmy się w pełni, nawet kiedy wydaje nam się, że chwila jest bez wpływu, sensu i konsekwencji. Każda chwila prowadzi nas przez życie, warto czuć ją w pełni. A cóż, tak na marginesie, jest niewłaściwego w przeżywaniu wszystkiego, jakbyśmy ostatni raz czuli, byli, jakbyśmy za chwilę mieli zniknąć? Wszystko co nam się przydarza jest po coś. Jeśli czujemy, że teraz tylko leżeć i płakać, to leżmy. Popłaczemy krótko, długo, a potem wstaniemy, bo nic nie trwa ponad nasze siły, jeśli tego, wbrew sobie, nie zatrzymujemy. Nawet leżeć trzeba wiedzieć ile. Nie tyle ile wlezie, ale z umiarem. Dlatego trzeba wykorzystać każdą chwilę przeznaczoną na leżenie, leżąc i nic więcej, leżąc z głębokim poczuciem i podziękowaniem, że teraz jest czas na odpoczywanie i być, być tą chwilą. Bo każda chwila jest jak wieczność, jeśli ją złapiemy swoją świadomością, a świadomość obrazem zdolności przeżywania każdej chwili.
My Lisbon Story: Second Episode, Part 4
„Fado”
Planowałam pójść na fado, a jestem ponownie w swojej pastelarni. Słucham fado z głośnika i jest cudnie. Wprost chyba się rozpłynę. Naprzeciw mnie siedzi pani pod sześćdziesiątkę i pisze popijając białe wino. Ja jem croissanta
z serem i szynką popijając caffe latte. To moja kolacja. W odwodzie czeka pastel de nata. Niemieckie małżeństwo z prawie dorosłą córką zbiera się do wyjścia. Dziewczyna spała przed chwilą na kolanach matki zmęczona widocznie długą wędrówką przez miasto. Matka tak czule głaskała śpiącą córkę po głowie, urocze i wzruszające. Dorosła córka śpiąca na kolanach matki w pastelarni na piętrze. Nazywam ją swoją pastelarnią, bo mam od niej zaledwie krok do hotelu i lubię przychodzić do jej pięknego wnętrza na piętrze i oddawać się pisaniu.
Nie pójdę chyba dziś na fado. Dlaczego? Bo odkryłam, że ja już fado słyszałam. Najpierw w poprzednim życiu, a potem na ulicy Lizbony pierwszego dnia pobytu na starym mieście. Na tej właśnie ulicy. Tylko zapomniałam. Jak można taką rzecz zapomnieć? Można, kiedy się patrzy powierzchownie. Na głównej i najdroższej ulicy Lizbony wieczorem, pierwszego dnia po zameldowaniu w hotelu wyszłam na spacer. Kiedy wracałam, usłyszałam śpiew. Pod ścianą budynku, na stołeczku siedziała otyła, niewidoma kobieta ze skrzyneczką na szyi i śpiewała. Jak śpiewała, nie da się opisać. Przygrywała sobie na trójkącie. Była biedna, niechlujnie wyglądała i większość przechodniów mijała ją czym prędzej. Ja się zatrzymałam zaskoczona niezwykłością jej głosu i emocjom jakie we mnie wywołała. Posłuchałam i poszłam pełna myśli o tym co jeszcze czeka mnie w nadchodzącym tygodniu w Lizbonie. I zapomniałam o niej. Byłam w muzeum i wysłuchałam ze wzruszeniem co śpiewacy fado mówią o muzyce jaką wykonują i nadal o niej nie pamiętałam. Dziś rano planowałam nieśmiało dzień. Napisałam do kolegi w Lizbonie, gdzie tu pójść na fado. Odpisał mi, że choć tu mieszka od urodzenia, nie był na fado ani razu i nie wie. Znamy to doskonale, kiedy żyjemy zbyt blisko niezwykłości, nie jest ona taka niezwykła i nie ma dla nas uroku; nie tęsknimy za światłem w dzień, tylko wieczorem.
(Kobieta naprzeciwko pisze na chusteczkach. Szkoda, że nie wzięłam kartki, żeby jej dać. A może dobrze. Banach pisał swoje dowody na serwetkach i stworzył największy przełom w matematyce XX-tego wieku. Niech pisze. Ja też piszę. Znów matka z córką dosiadły się do stolika naprzeciw. Dziewczyna ma piękne różowe usta, a mama jest zupełnie siwa.)
I wracając do Erica, napisał mi jeszcze, żeby iść gdzieś, gdzie słucha się fado w ciszy. Jak to sprawdzić, że będzie cicho w kawiarni, gdzie trafię? Nie da się na pewno, ale można zaryzykować. Tylko, że jakoś po przypomnieniu sobie niewidomej kobiety na ulicy zdałam sobie sprawę, że dostałam fado w najczystszej postaci, śpiewane przez uliczną, biedną kobietę o niezwykłym głosie. Tak fado wyglądało u zarania. Biedota na Alfamie piła wieczorami i śpiewała, grała. Nie chod
ziło o technikę, a emocje. To było jak modlitwa, jak wyznanie grzechów przed światem, wypłakanie żalu, straty i oczyszczenie pola dla nowego dnia, który nadchodził. Pili, tańczyli i śpiewali z czasem najlepszą portugalską poezję, a poeci czuli się zaszczyceni, gdy naturszczyk na Alfamie, znany wszystkim muzyk i śpiewak, zwykle zachrypłym od tytoniu głosem śpiewał ich wiersze po dobrej porcji porto. Takich utrzymywały restauracje czasem karmiąc i pojąc, byle przychodzili dawać to dla czego żyli. Dawać innym te emocje, jakich ci inni inaczej nie umieli przeżyć w pełni. Kobiety też śpiewały, tańczyły, wirowały kwiecistymi spódnicami i tupały, jakby odpędzały demony smutku od wszystkich obecnych. Pomyślałam, że gdyby ta niewidoma kobieta była młoda, sprawna i urocza, ludzie zatrzymywaliby się częściej, płacili i zachwycali jej śpiewem. A tak była prawie niewidoczna, ale słyszalna, dla tych co chcieli słyszeć i widzieć więcej niż tylko jej wizerunek, na którym często zatrzymuje się nasza percepcja. Nasze oceniające ego. Dlatego już nie pragnę fado, widziałam prawdziwe i słyszałam. Takiego fado nie spotkam w kafejce dla turystów, przy drogiej kolacji, za bilety.
Chciałam fado i dostałam je od razu, jeszcze zanim świadomie pomyślałam jak i kiedy.
Na uboczu
Przez chwilę myślałam, że to coś niezwykłego. Teraz już nie myślę. Wczorajsza milonga, ale i poprzednie zdarzenia doprowadziły mnie do stwierdzenia, że wszystko co mi się zdarza, jest w moim umyśle. Czułam to zawsze, nie od teraz. Od dziecka, ale ponieważ ten stan nie miał punktu odniesienia i nie urodziłam się w Nepalskiej a polskiej wiosce, przez długi czas błądziłam w przekonaniu, że istnieje coś takiego jak świat zewnętrzny. Nie chodzi o magię, chociaż wszyscy znają cuda, gdy ktoś w chwili bólu niespodziewanie nas uleczy, ktoś inny zawróci ze złej ścieżki właściwym słowem. Ja nauczyłam się rozpoznawać to wszystko moim światłem wewnętrznym i wiem, czuję, przeczuwam, przenikam, że wszystko co chcę mieć pojawia się w pewnym momencie na mojej drodze. Wszystko czego pragnę w takiej postaci, w jakiej o tym myślę. Więc cała sztuka myśleć dobrze i zmieniać rzeczywistość dookoła. Gdy postanowiłam zacząć pisać i pomyślałam czy nie zostać profesjonalną pisarką, od razu wpadł mi na facebooku kurs dla amatorów pisania. Proszę, mówił, weź mnie i użyj jeśli chcesz pisać powieści dla ludzi. Nie wzięłam, bo nie byłam pewna czy muszę, czy chcę. Nie chodzi o stracone szanse, poczucie winy, że się nie doskonalimy. Ja dostaję te kierunki, dary, jak kiwi. Tylko obrać i schrupać. Cała tajemnica w tym, że możesz, ale nie musisz, nie obciążasz się wtedy cierpieniem, programem dla niekompletnej duszy. Mogę być kim zechcę mówi mi wszechświat, ale to nie znaczy, że mam być bo inaczej, będę cierpieć katusze straty okazji. Odpuszczam wszelkie oczekiwania. Wszechświat mi pokazuje te możliwości i zwyczajnie pyta, czy chcę je wziąć. Jeśli będę chciała wezmę i spróbuję. I tak piszę. I czuję całą sobą, że żadne profesjonalne przygotowanie nie jest mi potrzebne, bo nie mam oczekiwań w postaci wydania książki. Wiem, czuję, że powieść jaką chciałam kiedyś napisać przyjdzie do mnie jeśli będzie trzeba i będzie na to klimat. Teraz nie ma go w moim sercu. Nie czuję tego co powinnam, by pisać coś innego niż piszę. Czy sądzicie, że jakbym nie poszła na wczorajszą milongę to bym żałowała? Skąd. To kolejny program. Żal, że się nie doznało czegoś w życiu. Nie poszłam tam zresztą pod presją oczekiwań, a denerwowałam się moim stanem umysłu. Poszłam też po to żeby sprawdzić jak to działa, jak działa moja świadomość, czy dobrze oceniam wszystko co z podświadomości wnika do świadomości i się nie pomyliłam. Cały scenariusz milongi miałam zapisany w głowie. W piątek idę po raz kolejny, żeby dokonać cudu jasnowidzenia, czyli wywołania tego co ma się zdarzyć poprzez intencje. A teraz z innej beczki, jak mówi Cyrk Monty Pythona. Wracam z konferencji z propozycją współpracy z Instytutem Maxa Plancka, bardzo silną grupą. Co więcej, mają ścisłą współpracę z Lizboną, z Uniwersytetem, gdzie byłam i mogłabym tu przyjeżdżać na wizyty naukowe pewnie częściej. Człowiek, który wyszedł z propozycją ma do nauki stosunek taki, że jest leniwy i robi postęp tam gdzie idzie lekko. Takie ma podejście, zgodne z moją naturą. To skuteczna droga wbrew wszelkim opiniom. Tworzy kamienie milowe w teorii aktywnych cząstek w cieczach, do których nie ma jeszcze ani doświadczeń, ani nawet przewidywań numerycznych. Opowiedział mi historię, jak wziął się kiedyś za problem, który był nie do ruszenia, więc powiedział sobie i szefowi szysze, prof. Dietrich, że na obecną chwilę się tego ugryźć nie da. Postanowili zostawić temat i zająć się czym innym. Parę lat później, na konferencji w Lizbonie, na tej naszej, podchodzi do niego młody doktorant i prosi o pomoc. Nakreśla problem, mówi, że coś mu takiego przez przypadek wyszło, kiedy szukał czegoś innego i co ma z tym zrobić. Mihaił roześmiał się na to strapienie młodego człowieka pełnym głosem i powiedział mu, że rozwiązał właśnie, przez przypadek, ale często tak w nauce bywa, stary problem, który on kiedyś zarzucił. Wszystko samo przychodzi, jeśli, i tu zaryzykuję stwierdzenie, nie pragniemy tego za bardzo, nie cierpimy z braku tego, odpuszczamy nieistnienie tego czegoś w naszej głowie i sercu. Wtedy przychodzi, może inną drogą, niż sądziliśmy, ale zjawia się, by nas cieszyć. Mam prywatnie takie oto wytłumaczenie. Jeśli czegoś bardzo pragniemy, to znaczy, że nie czujemy się dość dobrzy by mieć to, posiadać, obcować z czymś takim. Cierpienie związane z brakiem tego czegoś nie przywoła tego do nas, nie przyciągnie, niezależnie od poziomu wysiłku jaki w to włożymy, wręcz utwierdzając to coś w przekonaniu, że skoro się tak staramy to mamy w sobie tylko przestrzeń na pragnienie, jakby dziurę wypełnioną antymaterią tego czego tam nie ma. Antymateria i materia anihilują w kontakcie ze sobą, więc kiedy nawet zdarza się, że jakaś okoliczność zbliża nas do realizacji tego czego pragniemy, to znika naturalnie i pozostaje pustka. Mam więc taką koncepcję, która u mnie działa i może zadziałać u innych.Trzeba odpuścić wszelką walkę o to i z miłością powiedzieć, nie mam tego, a i tak będę szczęśliwa, bo przecież jestem pełną siebie istotą i nic nie musi mnie dopełniać, ani przedmioty, ani ludzie, sytuacje. Wszystko mam w sobie, niezależnie od tego ile mam firm, kobiet, dzieci w danej chwili, czy coś pozornie tracę, jak małżeństwo. Nic nie tracisz i nie zyskujesz, bo w każdej chwili jesteś najoczywistszą pełnią. A pełni się nie da odchudzić, jak nieskończoności. Można ją przesłonić, udawać, że jej nie ma. Z tym przychodzimy na ziemię z zaciemnieniem swojej pełni, żeby ją odkryć i zamienić się w pełnię. I tylko do tego dążymy w życiu, do niczego więcej. Nie do miłości, rodziny, pracy, ról, realizacji talentów, ambicji, planów, spalania karmy, ustawiania związków rodzinnych do kilku pokoleń i znoszenia klątw. To wszystko są programy, jakich trzeba się pozbyć w porę, żeby odpuścić, że bez tego nie istnieję w pełni. Wszystko to w czym jesteśmy relacje, związki, sytuacje życiowe dają nam pole do poznawania siebie, ale nie są nami, niczego oprócz odkrywania nas samych nie dają w rzeczywistości. Jesteśmy kompletni, nie musimy się dopełniać, łatać, wspierać czymkolwiek. Wystarczy się odkryć i zaakceptować to, że niczego nam nie potrzeba więcej. Ja to nazywam najwyższym stanem świadomości
i życiem w świetle prawdy, którą od dawna czuło moje serce.
Ps. Tak w ogóle, chciałam ocean, mam ocean, chciałam Lizbonę, mam Lizbonę, chciałam dobre wystąpienie, i dużo pytań, miałam najwięcej w sesji, chciałam tańczyć na milondze … Co dziś mi się przyśni w tym śnie zwanym życiem? Fado na żywo. Tak to będzie dziś. Dlatego już w tej chwili odpuszczam tę myśl. Pa, pa. Do zobaczenia fado, może 🙂
My Lisbon Story: Second Episode, Part 3
„Tango”
STAŁOSIĘ!! Poszłam na milongę! Dwa dni o tym myślałam, ale kiedy przyszedł czas sprawdziłam w internecie, gdzie dziś tańczą i od ręki znalazłam. Milonga grupy „Tango Na Rua” odbywała się w wielkim markecie TimeOut na Cais do Sodre. Kolega mówił mi o tym miejscu, że jest taneczne, bo była tam potańcówka latem kiedy był w sezonie. Odwiedziłam to miejsce wcześniej podczas konferencji i zobaczyłam tylko restauracje w ścianach budynku i wielki ogródek pośrodku zastawiony stolikami. Myślałam, że pewnie tańczą w sezonie, że pewnie nie teraz, a tu proszę … Co dzień są milongi w Lizbonie. Jak ktoś chce wiedzieć kiedy i gdzie to służę, pełen grafik.
Kiedy postanowiłam, że pójdę, nie przywiązywałam się zbytnio do tego przedsięwzięcia. Zgodnie z moją obecną filozofią, odpuściłam temat, żeby sam dojrzał w cieple mojej podświadomości. Wieczorem, wróciłam z myślą, że wybiorę się może na fado … Ale
tak podskórnie wiedziałam, że poszukam milongi. Oczywiście znalazłam od ręki, w miejscu znanym choć przerażającym, bo bardzo publicznym. Włożyłam nawet spódnicę. Myślę sobie, całą konferencję przechodziłam w spodniach, teraz też włóczę się w jeansach, czas poszaleć. Spódnica przyzwoita, reszta też. A milonga okazała się na tyle późno, że zdążyłam jeszcze odpocząć po długim spacerze na Alcantarę do mostu nad rzeką Tag. Postanowiłam pojechać wyjątkowo metrem, to dość długa droga od hotelu, a tu obcasy, i noc … W metrze biletomat nie chciał przyjąć mojego banknotu, był za duży nominałem. Wróciłam na Praca de Rossio i kupiłam sok, żeby go rozmienić. Świetnie napojona, gotowa do podboju, zwalczyłam maszynę na dwa bilety i błyskawicznie dojechałam na Cais de Sodre. Wchodzę na TimeOut, a tam tłumy. Myślę: „Nie znajdę”, a głos wewnętrzny w śmiech: „To tango, wystarczy słuchać i iść tam, gdzie muzyka.” I znajduję na samym środku hali między stołami pełnymi gapiów zajadających specjały portugalskiej kuchni przy winie. Zbliżyłam się czujnie do
tańczących, zaczęłam filmować telefonem. Stoi parę takich, jak ja i filmuje. Myślę: „Super! Dojechałam, zobaczyłam, zdobyłam, mogę wracać!” Ale wewnętrzny głos każe:
” Siadaj i patrz, może zatańczysz.”
” Ja? Z moim trzymiesięcznym stażem? Nie ma mowy. Wstydu się najem.”
” Znaczy co? Zjedzą cię?”
” Och, nie marudź. Nie umiem. Pięknie się poruszają. Ja nie mam butów, techniki…”
Na parkiet wchodzi kobieta w kozakach.
” I co, można?”
” Tańczyć umie.”
” Hmm. A chcesz tańczyć, czy patrzeć?”
” Chyba chcę się nie bać. To najbardziej. O tańcu wcale nie myślę.”
Cały czas tak ze sobą rozmawiałam wewnętrznie podczas tandy (4 utwory grane jeden za drugim, taka seria, którą należy dotańczyć do końca z partnerem, na którego się przystało, przez wzrokowe zaproszenie) i pilnowałam, żeby nie patrzeć nikomu w oczy, bo tak się zaprasza do tanga, posuwistym spojrzeniem. Po pierwszym rozliczeniu ze strachem, podszedł i usiadł obok Brazylijczyk, jak dowiedziałam się potem. I po jakimś czasie spytał, czy ja też tańczę. Odparłam, że dopiero zaczynam, a on, że jest początkujący i bardzo się boi tańczyć przy tych świetnych parach. I zaprosił mnie do tańca. Szło nam tak sobie, ale tańczyliśmy, trochę się z siebie śmiejąc i bawiąc dobrze. Ciągle mnie przepraszał. Po dwóch tandach dyskretnie zwiałam, nie dlatego, że źle tańczył, ale wyczułam, że poczuł się lepiej i miał ochotę zatańczyć z kimś innym. Po chwili tańczył z wprawną tancerką i szło im podobnie jak nam wcześniej. Tak to wszechświat zadbał o to, żebym miała łatwe w miarę wejście. Usiadłam i trochę przez przypadek uśmiechnęłam się do jednego mężczyzny w środku tandy. Odpowiedział uśmiechem i po jakimś czasie zaprosił mnie do tańca. Okazał się potem fizykiem, robiącym doktorat z ciała stałego i radiacji. Przyjemna zbieżność, nie powiem. Przynajmniej nie był przerażony, kiedy spytał co robię. Ten to już umiał tańczyć. Widziałam jak tańczył wcześniej, ale jakoś strach przed tańczeniem z lepszym partnerem technicznie od siebie mnie nie sparaliżował. Wiedział, że mało umiem, bo mu powiedziałam na wstępie, zanim mnie zaprosił. Trochę się przy mnie namęczył. Trudno, był uprzedzony. Z resztą szło mi coraz lepiej i, coś się niezwykłego stało, tanda, która powinna mieć 4 utwory, miała 5, bo DJ zaspał. Dobrze, bo dobrze nam się tańczyło. Pod koniec milongi zatańczyłam jeszcze jedną tandę i stało się coś jeszcze bardziej niezwykłego. W ścisłym objęciu, złączeni głowami, tańczyliśmy bez żadnej pomyłki. Czułam się jakby wreszcie energia tego tańca przejęła moje ciało. Zrozumiałam, dlaczego ludzie tańczący tango tak się poruszają, takie mają wyrazy twarzy, takie nieobecne spojrzenia. Kiedy tańczysz tango prawdziwie, znikasz, nie ma cię dla świata. Wchodzisz w stan medytacji, podczas której, łączysz ciało z ciałem innego człowieka, i umysł, percepcję. Nie musisz go rozumieć, zapominasz o krokach. Wykonujesz coraz trudniejsze ewolucje i płyniesz, bez planu i zrozumienia, zapominając, gdzie się jest i po co. Łapiesz tylko tę chwilę w jakiej poruszasz nogą, ręką, osią ciała. Wreszcie to poczułam. Dlaczego? Bo sobie na to pozwoliłam, na odpłynięcie w tangu, w ramionach mężczyzny, którego nie znałam, i pewnie więcej nie spotkam. I nasunęło mi się takie skojarzenie, miałam uczucie, jakbym tańczyła sama ze sobą, w najpiękniejszy sposób, na jaki mnie było stać w danej chwili. Bo to była os
tatnia tanda i potem wszyscy poszli do domu, a ja do hotelu, robiąc zręczny unik przed drinkiem. A co gdybym, zamiast się bać, pozwoliła od razu się zaprosić do tańca? Może poczułabym ten stan wcześniej? Może wielokrotnie odpłynęłabym w tangu? Warto zapamiętać to uczucie, kiedy pod koniec czasu, decyzje stają się prostsze, spontaniczne, łatwe. Nie mam poczucia straty, nie tylko dlatego, że w piątek znów się wybiorę na milongę, a dlatego, że nie miałam żadnych założeń. Wszystkie oczekiwania odpuściłam zanim poszłam tańczyć. I choć się denerwowałam, czułam, że spotka mnie tylko to na co sama pozwolę. A w piątek, cóż, znowu pójdę na milongę. Już sprawdziłam dokąd. I znów się będę zmagać ze strachem. Ale może tym razem pokonam go szybciej? Oby, bo choć to sukces przetańczyć 4 tandy w obcym mieście z nieznanymi partnerami po 3 miesiącach nauki tanga, to … mam ochotę na więcej okazji do pokonywania siebie. W szczególności … przy tangu. Nie tylko w walentynki.
O miłości do pisania
Kiedy byłam mała pisałam pamiętniki. Zapisywałam zeszyty swoimi myślami, marzeniami, baśniami, opowiadaniami i czasem, choć rzadko wierszami. Wklejałam kolorowe zdjęcia z gazet i robione przeze mnie obrazki. Myślę, że moje pamiętniki podobały by się moim córkom. Pewnego dnia na pierwszym roku studiów, rodzice opróżnili mój pokój i przynieśli w kartonie wszystkie te pamiętniki pytając co z nimi zrobić. Kazałam się ich pozbyć. Chciałam odciąć się w ten sposób od przeszłości. Wszystkie zostały zniszczone, oprócz zdjęć, które mama wyrwała z zeszytów. Wklejałam je tak jak wycinki z gazet. W ten prosty sposób ucięłam przeszłość i już do niej nie wracałam więcej.
Potem też pisałam. Na luźnych kartkach z zeszytów, na wykładach. Nie posortowane opowiadania, wiersze, krótkie zapiski z wrażeń, tr
ochę marzeń, trochę miłości, rozczarowań, samotności i podsumowań budżetu. Kiedy pisałam, czułam się jak w krainie baśni, jakbym stwarzała wszechświat od nowa. Czułam wręcz wszystko co napisałam, widziałam w snach i marzeniach. Zawsze byłam nadwrażliwa.
Teraz kiedy piszę jest inaczej. Kartki zastąpił kod w sieci, obrazki, cyfrowy zapis zdjęć. Poza tym wszystko jakby tak samo. I radość z pisania, i spokój, i wgląd w rzeczywistość. Nie mam aspiracji, bo chyba nigdy nie miałam. Kiedyś dlatego, że nie wierzyłam w siebie, a teraz bo nie potrzebuję głasków. Robię to, bo lubię, nie czekam na pozwolenie, zachętę, nie rani mnie krytyka. Wznoszę się do tego pisania do wymiaru, gdzie to wszystko znika i zostaje tylko melodia słów między palcami a klawiaturą. Czeszę czasem te słowa, by wyrównać jakieś fałdki, ale zwykle wrzucam jak lecą, nie przycinam, nie kontempluję, czy już dojrzały do publikacji. Idą więc dumne, świeże, jak zielone pomidorki, albo limonki i wygrzewają się na słońcu, w eterze.
Czasem do nich zaglądam i widzę, że dojrzewają w bardzo różny sposób. Jedne nabierają kolorów, inne czarnieją, jeszcze inne znikają, albo zmieniają sens. Niezmiennie jednak przypominają mi siebie z chwili, gdy je pisałam. Taki pamiętnik przez tworzenie linii słów, pisząc o czymś z pozoru innym niż o sobie. Piszę o wszystkim. Od wielu dni, miesięcy kłębią mi się w głowie tematy na kolejne zapiski. Obserwacje, krótkie spostrzeżenia, długie wywody o czymś, co mi właśnie teraz wypływa najmocniej na powierzchnię. Osobiste, aż do przesady, jakiej nie akceptują sceptyczne, zimne, pełne powagi i racjonalności osoby. Słowa czasem pisane wierszem, który rodzi się spontanicznie. Przychodzi, kiedy piszę, wplata się dla zabawy w wersy i często słyszę go, jakby krzyczał, „Jestem pierwszy, tak to napisz. Nie inaczej! Tak właśnie!” I piszę, mówiąc do niego, „Tu wyszedłeś niezręczny, tam powtarzasz słowa, postaraj się bardziej, bo nikt cię nie zrozumie”. Ucicha, a potem chowa się obrażony. A ja piszę i czuję, jakby to nie była proza, jakby sączyła mi się muzyka z palców, z serca i do serca znowu. Głowa patrzy i się dziwi czasem, skąd się to bierze. Nie chce brać za to odpowiedzialności. Umysłowi się to wymyka. Nie ważne. Czy słuchając muzyki widzisz nuty, analizujesz tonacje? Piszę swoją muzykę i trochę wtedy znikam. Jak pieśniarze fado, przeżywając emocje łączą się z wszechświatem, duszą i wydają najlepszy możliwy koncert, na swoje ziemskie ciało. Mówią o tym wszyscy. Fado nie da się nauczyć, można ćwiczyć. Nie ważne jaki masz głos, jaką technikę, ile godzin śpiewania za sobą. Fado to dusza strojąca muzykę do emocji, do wspólnych wibracji. To co się dzieje na scenie, na widowni jest przykładem pełnej synchronizacji. Przekazu z odbiorem. Oni sami mówią, że wychodzą z ciała, by śpiewać, by rozumieć, dają się ponieść. Trudno im czasem wrócić. Opowiadają, jak nie sposób opisać tego stanu. To nie gra, nie odtwarzanie, to moim zdaniem łączenie się z absolutem. Ich twarze mówią wszystko, kiedy śpiewają, i kiedy opowiadają, co czują po wystę
pie, w trakcie. Nieziemskie, nieopisywalne uczucia zespolenia w jedność muzyków w zespole, śpiewaków i publiczności, i czegoś co nazywają duszą. Bez jej obecności fado nie ma. Dlatego ten co nie umie połączyć się z duszą może śpiewać, ale nie fado. Mnisi wszystkich religii znają tę prawdę od zarania. Modlitwa wysłuchana to taka, która wznosi się przez duszę. A fado jest jak modlitwa przy użyciu poezji i muzyki. Wracałam z muzeum fado i cały czas nuciłam, a nawet trochę śpiewałam na bieżąco układając słowa. To takie proste kiedy ma się otwartą duszę łączyć słowa na kształt wierszy i nucić idąc ulicą w ludnym mieście, gdzie nikt nikogo nie zna, bo wszyscy tu są na chwilę, dłuższą bądź krótszą. Jak ludzie na ziemi, wpadamy czegoś doświadczyć i się odmeldowujemy. Ja też się kiedyś odmelduję z tego świata. Wyloguję z używania tego awatara i zaniosę ze sobą fado, ukryte w głębi wspomnień. Połączenie z innymi wymiarami. Może dzięki temu łatwiej mi będzie trafić tam, gdzie mój prawdziwy dom. Po okruszkach, jak wiersze, fado, marzenia, wzruszenia, miłość do dzieci, ludzi, do otoczenia. Zaniosę to co mam w sobie i co uzbierałam w sercach innych ludzi. Szczere uczucia, relacje, miłość i zrozumienie ludzkich słabości. Czasem wydaje mi się, że temat rozlewa mi się wielowymiarową kaskadą i trudno się trzymać jednej ścieżki. Może to jakieś futurystyczne pisarstwo, taki wielowymiarowy kubizm literacki? Dziwny, ale prawdziwy. Teraz, gdy to napisałam, zastanawiam się nad kolejną kategorią na stronie. „Pisarstwo pseudoartystyczne dla dziwnych, zrelaksowanych kobiet, po 40tce”. A co tam, niech się dzieje. W końcu dziwniejsze rzeczy pisałam. Baśnie o królewiczach ratujących spadające z konia niewiasty przecudnej urody. I królewicze piękni, i panny, tylko ci pierwsi bardziej barczyści i zasępieni wewnętrznym bólem, którym każda litościwa panna chce się zająć od ręki i leczyć, najlepiej rychłym ślubem. Albo smętne opowieści o wędrujących braciach, z których jeden się zakochał i pragnął wrócić do dziewczyny, która tylko mu się przyśniła. Wszystko to napisałam z pełnym zaangażowaniem. To teraz będę pisać nie po to, by wywołać upust marzeń z przepełnionej głowy, ale by słuchać siebie i dostrzec inne poziomy.
O miłości do siebie. Ocenianie.
Miłość do siebie zazwyczaj blokuje nam ocenianie. Oceniamy ciało, możliwości umysłu, postępy zawodowe, osobiste i bezustannie
porównujemy się ze światem. Oceniamy się często srogo. Są oczywiście tacy co się nie oceniają surowo i często żyją kosztem tych co mają niskie poczucie własnej wartości. Mimo wszystko lepiej iść w tę stronę, od niedoceniania siebie do docenienia, niż od przeceniania do prawdy. Przecenianie jest bowiem bardzo nęcące, a z nęcących stanów ciężko się wyzwolić i wytrwać w realności. Z drugiej strony ofiara, też się lubi pławić w swoich cierpieniach, ale kiedy zwalczy program małości, nie wraca już tak chętnie do swego bólu istnienia. Dlatego kiedy zobaczyłam mój stosunek do siebie, jako ofiary i zaczełam dbać o siebie przez odłożenie na bok, a potem wyrzucenie za burtę oceniania. Nie znaczy to, że się nie obserwuję. Widzę siebie w całej krasie, ale ponieważ się nie oceniam pozwalam sobie widzieć więcej moich cech, reakcji, emocji, skojarzeń, niż wtedy, gdy oceniałam się bez przerwy i wypierałam pewne zachowania, bo wolałam się aż tak bardzo nie pogrążać poczuciem wstydu. Teraz widzę, patrzę i relacjonuję, czasem w głowie, bardziej w sercu, na bieżąco co się dzieje wielopłaszczyznowo. I obraz mi się odplamia, wyostrza, zaczynam widzieć prawdę, a to co widzę jest tylko gamą różnych działań, na które mam wpływ jako człowiek. I wpływam, na swoje myśli, zachowania, wyzwalam emocje, przyjmując siebie jaką jestem. W ten prosty sposób, nie oceniania, wreszcie mam okazję zobaczyć siebie, nie swój wizerunek tworzony na potrzeby innych, chwili, potrzeb. I wiecie co, z zaskoczeniem i radością odkrywam, że w głębi duszy tam, gdzie jestem prawdziwa, jestem całkiem piękną, subtelną i silną istotą, pełną szczęścia, współczucia do innych, wrażliwą, kochającą i mądrą. Nie sądzę, że jestem wyjątkiem. Nie przeceniam siebie. Szczerość, na którą się zdobyłam w tej drodze była wielką kopalnią diamentów – prawd o sobie. Wszystkie je przyjęłam, zważyłam, część zachowałam, to co mi nie służy odrzuciłam, i każdego dnia tak robię. Patrzę na siebie z miłością, na jaką zasługuję i czuję, że każdy zasługuje na miłość do siebie. Od tego się zaczyna prawdziwe odrodzenie. W akceptacji, w sile spojrzenia w przepaść, bez oceniania wysokości urwiska. Miłość, która nie zaślepia, która burzy w nas pozory i oczyszcza drogę do wewnętrznej istoty. Do pełnego światła i prawdy człowieczeństwa, z którego już tylko krok do miłości do innych.
