Dziś zamiast biegać w ekstazie po Lizbonie, spałam prawie cały dzień. Najpierw leżałam. Nie leżałam a leeeeżaaaałam. Jest zasadnicza różnica. Leeeeżeć trzeba umieć. Leżący często szybko się dekoncentrują i, a to szukają pilota do telewizora, a to ciacha, a to gazety, a to innego ciała do poprzytulania. Ja potrafię leżeć bez tego wszystkiego i być w tym leżeniu tak autentyczna jak baletnica w tańcu. Mam swoją technikę. Przeciągam się tylko jeśli chcę zmienić pozycję, tak nie tracę energii leżenia na zbędny ruch. Zamykam oczy i zaglądam do wnętrza. Mało kto tak umie. Zaraz pojawiają się myśli, o stracie czasu, o lenistwie, o tym co jutro bądź zaraz trzeba zrobić. Ja leżę i kontempluję chwilę, i czuję, że choć się nie poruszam, mam full energii, od czubków palców do czubka głowy, ja
k wulkan i często wtedy wzdycham na pełnym wydechu, albo wciągam powietrze ziewając nie za mocno jednak, żeby nie zmęczyć klatki piersiowej. Myślicie, że to takie proste? Połóżcie się i świadomie poleżcie, zobaczymy jak wam wychodzi. Ja w leżeniu jestem mistrzem, bo leżę po to, by odpocząć i pobyć. Odpocząć wcale nie jest tak łatwo. Można się zamknąć w domu, odizolować, ale w kluczowym momencie dopada cię myślotok i wybacz, że to napiszę „du.. wołowa” z leżenia. Cała sztuka się nie wkręcać, nie słyszeć, a być tym leżeniem, jak powietrzem w płucach, jak wodą w jeziorze, jak niebem. Medytuję czasem i powiem wam, że lepiej mi idzie leżenie. Jest dla mnie naturalną terapią. W medytacji siedzenie jest dlaczegoś konieczne, ja w leżeniu spełniam wszystkie założenia medytacji, oprócz siedzenia. Zresztą w innym układzie odniesienia moja pozycja może być np. opisana, jako stanie na głowie. Wprawni jogini pewnie byliby zachwyceniu widząc taką pozycję w pełnej medytacji. Więc leżę i powiem, że nie wierzę, że jest jeden sposób na realizację pasji, jaką jest bycie. Można biegać, skakać na bangi, latać samolotami i kopać piłkę. Ja tańczę, chodzę, śpiewam, pływam, śnię piękne sny i czasem leżę. Każdą z tych czynności wykonuję coraz bardziej i bardziej, i na pewno dojdę do stanu, kiedy powiem już dość. Tańczę jak powinnam, chodzę, leżę, piszę. Teraz, gdy idę do tego stanu, bawię się każdą chwilą i uczę się pojmować ją, jak wspaniałą naukę życia. Idę bez wysiłku, można powiedzieć, bo kiedy trafiam na trudną sytuację wiem, że nie przyszła za karę, ale po to, by się rozwijać i zobaczyć, co jeszcze mogę zrobić lepiej, pełniej, by żyć pełnią życia. Nawet leżeć trzeba więc umieć, bo leżenie, jest byciem, jest chwilą po lub przed wstaniem, chodzeniem, przytuleniem dziecka i powrotem do pracy. Leżenie ma sens, jak wszystko, więc czujmy się w pełni, nawet kiedy wydaje nam się, że chwila jest bez wpływu, sensu i konsekwencji. Każda chwila prowadzi nas przez życie, warto czuć ją w pełni. A cóż, tak na marginesie, jest niewłaściwego w przeżywaniu wszystkiego, jakbyśmy ostatni raz czuli, byli, jakbyśmy za chwilę mieli zniknąć? Wszystko co nam się przydarza jest po coś. Jeśli czujemy, że teraz tylko leżeć i płakać, to leżmy. Popłaczemy krótko, długo, a potem wstaniemy, bo nic nie trwa ponad nasze siły, jeśli tego, wbrew sobie, nie zatrzymujemy. Nawet leżeć trzeba wiedzieć ile. Nie tyle ile wlezie, ale z umiarem. Dlatego trzeba wykorzystać każdą chwilę przeznaczoną na leżenie, leżąc i nic więcej, leżąc z głębokim poczuciem i podziękowaniem, że teraz jest czas na odpoczywanie i być, być tą chwilą. Bo każda chwila jest jak wieczność, jeśli ją złapiemy swoją świadomością, a świadomość obrazem zdolności przeżywania każdej chwili.
Autor: JA
My Lisbon Story: Second Episode, Part 4
„Fado”
Planowałam pójść na fado, a jestem ponownie w swojej pastelarni. Słucham fado z głośnika i jest cudnie. Wprost chyba się rozpłynę. Naprzeciw mnie siedzi pani pod sześćdziesiątkę i pisze popijając białe wino. Ja jem croissanta
z serem i szynką popijając caffe latte. To moja kolacja. W odwodzie czeka pastel de nata. Niemieckie małżeństwo z prawie dorosłą córką zbiera się do wyjścia. Dziewczyna spała przed chwilą na kolanach matki zmęczona widocznie długą wędrówką przez miasto. Matka tak czule głaskała śpiącą córkę po głowie, urocze i wzruszające. Dorosła córka śpiąca na kolanach matki w pastelarni na piętrze. Nazywam ją swoją pastelarnią, bo mam od niej zaledwie krok do hotelu i lubię przychodzić do jej pięknego wnętrza na piętrze i oddawać się pisaniu.
Nie pójdę chyba dziś na fado. Dlaczego? Bo odkryłam, że ja już fado słyszałam. Najpierw w poprzednim życiu, a potem na ulicy Lizbony pierwszego dnia pobytu na starym mieście. Na tej właśnie ulicy. Tylko zapomniałam. Jak można taką rzecz zapomnieć? Można, kiedy się patrzy powierzchownie. Na głównej i najdroższej ulicy Lizbony wieczorem, pierwszego dnia po zameldowaniu w hotelu wyszłam na spacer. Kiedy wracałam, usłyszałam śpiew. Pod ścianą budynku, na stołeczku siedziała otyła, niewidoma kobieta ze skrzyneczką na szyi i śpiewała. Jak śpiewała, nie da się opisać. Przygrywała sobie na trójkącie. Była biedna, niechlujnie wyglądała i większość przechodniów mijała ją czym prędzej. Ja się zatrzymałam zaskoczona niezwykłością jej głosu i emocjom jakie we mnie wywołała. Posłuchałam i poszłam pełna myśli o tym co jeszcze czeka mnie w nadchodzącym tygodniu w Lizbonie. I zapomniałam o niej. Byłam w muzeum i wysłuchałam ze wzruszeniem co śpiewacy fado mówią o muzyce jaką wykonują i nadal o niej nie pamiętałam. Dziś rano planowałam nieśmiało dzień. Napisałam do kolegi w Lizbonie, gdzie tu pójść na fado. Odpisał mi, że choć tu mieszka od urodzenia, nie był na fado ani razu i nie wie. Znamy to doskonale, kiedy żyjemy zbyt blisko niezwykłości, nie jest ona taka niezwykła i nie ma dla nas uroku; nie tęsknimy za światłem w dzień, tylko wieczorem.
(Kobieta naprzeciwko pisze na chusteczkach. Szkoda, że nie wzięłam kartki, żeby jej dać. A może dobrze. Banach pisał swoje dowody na serwetkach i stworzył największy przełom w matematyce XX-tego wieku. Niech pisze. Ja też piszę. Znów matka z córką dosiadły się do stolika naprzeciw. Dziewczyna ma piękne różowe usta, a mama jest zupełnie siwa.)
I wracając do Erica, napisał mi jeszcze, żeby iść gdzieś, gdzie słucha się fado w ciszy. Jak to sprawdzić, że będzie cicho w kawiarni, gdzie trafię? Nie da się na pewno, ale można zaryzykować. Tylko, że jakoś po przypomnieniu sobie niewidomej kobiety na ulicy zdałam sobie sprawę, że dostałam fado w najczystszej postaci, śpiewane przez uliczną, biedną kobietę o niezwykłym głosie. Tak fado wyglądało u zarania. Biedota na Alfamie piła wieczorami i śpiewała, grała. Nie chod
ziło o technikę, a emocje. To było jak modlitwa, jak wyznanie grzechów przed światem, wypłakanie żalu, straty i oczyszczenie pola dla nowego dnia, który nadchodził. Pili, tańczyli i śpiewali z czasem najlepszą portugalską poezję, a poeci czuli się zaszczyceni, gdy naturszczyk na Alfamie, znany wszystkim muzyk i śpiewak, zwykle zachrypłym od tytoniu głosem śpiewał ich wiersze po dobrej porcji porto. Takich utrzymywały restauracje czasem karmiąc i pojąc, byle przychodzili dawać to dla czego żyli. Dawać innym te emocje, jakich ci inni inaczej nie umieli przeżyć w pełni. Kobiety też śpiewały, tańczyły, wirowały kwiecistymi spódnicami i tupały, jakby odpędzały demony smutku od wszystkich obecnych. Pomyślałam, że gdyby ta niewidoma kobieta była młoda, sprawna i urocza, ludzie zatrzymywaliby się częściej, płacili i zachwycali jej śpiewem. A tak była prawie niewidoczna, ale słyszalna, dla tych co chcieli słyszeć i widzieć więcej niż tylko jej wizerunek, na którym często zatrzymuje się nasza percepcja. Nasze oceniające ego. Dlatego już nie pragnę fado, widziałam prawdziwe i słyszałam. Takiego fado nie spotkam w kafejce dla turystów, przy drogiej kolacji, za bilety.
Chciałam fado i dostałam je od razu, jeszcze zanim świadomie pomyślałam jak i kiedy.
Na uboczu
Przez chwilę myślałam, że to coś niezwykłego. Teraz już nie myślę. Wczorajsza milonga, ale i poprzednie zdarzenia doprowadziły mnie do stwierdzenia, że wszystko co mi się zdarza, jest w moim umyśle. Czułam to zawsze, nie od teraz. Od dziecka, ale ponieważ ten stan nie miał punktu odniesienia i nie urodziłam się w Nepalskiej a polskiej wiosce, przez długi czas błądziłam w przekonaniu, że istnieje coś takiego jak świat zewnętrzny. Nie chodzi o magię, chociaż wszyscy znają cuda, gdy ktoś w chwili bólu niespodziewanie nas uleczy, ktoś inny zawróci ze złej ścieżki właściwym słowem. Ja nauczyłam się rozpoznawać to wszystko moim światłem wewnętrznym i wiem, czuję, przeczuwam, przenikam, że wszystko co chcę mieć pojawia się w pewnym momencie na mojej drodze. Wszystko czego pragnę w takiej postaci, w jakiej o tym myślę. Więc cała sztuka myśleć dobrze i zmieniać rzeczywistość dookoła. Gdy postanowiłam zacząć pisać i pomyślałam czy nie zostać profesjonalną pisarką, od razu wpadł mi na facebooku kurs dla amatorów pisania. Proszę, mówił, weź mnie i użyj jeśli chcesz pisać powieści dla ludzi. Nie wzięłam, bo nie byłam pewna czy muszę, czy chcę. Nie chodzi o stracone szanse, poczucie winy, że się nie doskonalimy. Ja dostaję te kierunki, dary, jak kiwi. Tylko obrać i schrupać. Cała tajemnica w tym, że możesz, ale nie musisz, nie obciążasz się wtedy cierpieniem, programem dla niekompletnej duszy. Mogę być kim zechcę mówi mi wszechświat, ale to nie znaczy, że mam być bo inaczej, będę cierpieć katusze straty okazji. Odpuszczam wszelkie oczekiwania. Wszechświat mi pokazuje te możliwości i zwyczajnie pyta, czy chcę je wziąć. Jeśli będę chciała wezmę i spróbuję. I tak piszę. I czuję całą sobą, że żadne profesjonalne przygotowanie nie jest mi potrzebne, bo nie mam oczekiwań w postaci wydania książki. Wiem, czuję, że powieść jaką chciałam kiedyś napisać przyjdzie do mnie jeśli będzie trzeba i będzie na to klimat. Teraz nie ma go w moim sercu. Nie czuję tego co powinnam, by pisać coś innego niż piszę. Czy sądzicie, że jakbym nie poszła na wczorajszą milongę to bym żałowała? Skąd. To kolejny program. Żal, że się nie doznało czegoś w życiu. Nie poszłam tam zresztą pod presją oczekiwań, a denerwowałam się moim stanem umysłu. Poszłam też po to żeby sprawdzić jak to działa, jak działa moja świadomość, czy dobrze oceniam wszystko co z podświadomości wnika do świadomości i się nie pomyliłam. Cały scenariusz milongi miałam zapisany w głowie. W piątek idę po raz kolejny, żeby dokonać cudu jasnowidzenia, czyli wywołania tego co ma się zdarzyć poprzez intencje. A teraz z innej beczki, jak mówi Cyrk Monty Pythona. Wracam z konferencji z propozycją współpracy z Instytutem Maxa Plancka, bardzo silną grupą. Co więcej, mają ścisłą współpracę z Lizboną, z Uniwersytetem, gdzie byłam i mogłabym tu przyjeżdżać na wizyty naukowe pewnie częściej. Człowiek, który wyszedł z propozycją ma do nauki stosunek taki, że jest leniwy i robi postęp tam gdzie idzie lekko. Takie ma podejście, zgodne z moją naturą. To skuteczna droga wbrew wszelkim opiniom. Tworzy kamienie milowe w teorii aktywnych cząstek w cieczach, do których nie ma jeszcze ani doświadczeń, ani nawet przewidywań numerycznych. Opowiedział mi historię, jak wziął się kiedyś za problem, który był nie do ruszenia, więc powiedział sobie i szefowi szysze, prof. Dietrich, że na obecną chwilę się tego ugryźć nie da. Postanowili zostawić temat i zająć się czym innym. Parę lat później, na konferencji w Lizbonie, na tej naszej, podchodzi do niego młody doktorant i prosi o pomoc. Nakreśla problem, mówi, że coś mu takiego przez przypadek wyszło, kiedy szukał czegoś innego i co ma z tym zrobić. Mihaił roześmiał się na to strapienie młodego człowieka pełnym głosem i powiedział mu, że rozwiązał właśnie, przez przypadek, ale często tak w nauce bywa, stary problem, który on kiedyś zarzucił. Wszystko samo przychodzi, jeśli, i tu zaryzykuję stwierdzenie, nie pragniemy tego za bardzo, nie cierpimy z braku tego, odpuszczamy nieistnienie tego czegoś w naszej głowie i sercu. Wtedy przychodzi, może inną drogą, niż sądziliśmy, ale zjawia się, by nas cieszyć. Mam prywatnie takie oto wytłumaczenie. Jeśli czegoś bardzo pragniemy, to znaczy, że nie czujemy się dość dobrzy by mieć to, posiadać, obcować z czymś takim. Cierpienie związane z brakiem tego czegoś nie przywoła tego do nas, nie przyciągnie, niezależnie od poziomu wysiłku jaki w to włożymy, wręcz utwierdzając to coś w przekonaniu, że skoro się tak staramy to mamy w sobie tylko przestrzeń na pragnienie, jakby dziurę wypełnioną antymaterią tego czego tam nie ma. Antymateria i materia anihilują w kontakcie ze sobą, więc kiedy nawet zdarza się, że jakaś okoliczność zbliża nas do realizacji tego czego pragniemy, to znika naturalnie i pozostaje pustka. Mam więc taką koncepcję, która u mnie działa i może zadziałać u innych.Trzeba odpuścić wszelką walkę o to i z miłością powiedzieć, nie mam tego, a i tak będę szczęśliwa, bo przecież jestem pełną siebie istotą i nic nie musi mnie dopełniać, ani przedmioty, ani ludzie, sytuacje. Wszystko mam w sobie, niezależnie od tego ile mam firm, kobiet, dzieci w danej chwili, czy coś pozornie tracę, jak małżeństwo. Nic nie tracisz i nie zyskujesz, bo w każdej chwili jesteś najoczywistszą pełnią. A pełni się nie da odchudzić, jak nieskończoności. Można ją przesłonić, udawać, że jej nie ma. Z tym przychodzimy na ziemię z zaciemnieniem swojej pełni, żeby ją odkryć i zamienić się w pełnię. I tylko do tego dążymy w życiu, do niczego więcej. Nie do miłości, rodziny, pracy, ról, realizacji talentów, ambicji, planów, spalania karmy, ustawiania związków rodzinnych do kilku pokoleń i znoszenia klątw. To wszystko są programy, jakich trzeba się pozbyć w porę, żeby odpuścić, że bez tego nie istnieję w pełni. Wszystko to w czym jesteśmy relacje, związki, sytuacje życiowe dają nam pole do poznawania siebie, ale nie są nami, niczego oprócz odkrywania nas samych nie dają w rzeczywistości. Jesteśmy kompletni, nie musimy się dopełniać, łatać, wspierać czymkolwiek. Wystarczy się odkryć i zaakceptować to, że niczego nam nie potrzeba więcej. Ja to nazywam najwyższym stanem świadomości
i życiem w świetle prawdy, którą od dawna czuło moje serce.
Ps. Tak w ogóle, chciałam ocean, mam ocean, chciałam Lizbonę, mam Lizbonę, chciałam dobre wystąpienie, i dużo pytań, miałam najwięcej w sesji, chciałam tańczyć na milondze … Co dziś mi się przyśni w tym śnie zwanym życiem? Fado na żywo. Tak to będzie dziś. Dlatego już w tej chwili odpuszczam tę myśl. Pa, pa. Do zobaczenia fado, może 🙂
My Lisbon Story: Second Episode, Part 3
„Tango”
STAŁOSIĘ!! Poszłam na milongę! Dwa dni o tym myślałam, ale kiedy przyszedł czas sprawdziłam w internecie, gdzie dziś tańczą i od ręki znalazłam. Milonga grupy „Tango Na Rua” odbywała się w wielkim markecie TimeOut na Cais do Sodre. Kolega mówił mi o tym miejscu, że jest taneczne, bo była tam potańcówka latem kiedy był w sezonie. Odwiedziłam to miejsce wcześniej podczas konferencji i zobaczyłam tylko restauracje w ścianach budynku i wielki ogródek pośrodku zastawiony stolikami. Myślałam, że pewnie tańczą w sezonie, że pewnie nie teraz, a tu proszę … Co dzień są milongi w Lizbonie. Jak ktoś chce wiedzieć kiedy i gdzie to służę, pełen grafik.
Kiedy postanowiłam, że pójdę, nie przywiązywałam się zbytnio do tego przedsięwzięcia. Zgodnie z moją obecną filozofią, odpuściłam temat, żeby sam dojrzał w cieple mojej podświadomości. Wieczorem, wróciłam z myślą, że wybiorę się może na fado … Ale
tak podskórnie wiedziałam, że poszukam milongi. Oczywiście znalazłam od ręki, w miejscu znanym choć przerażającym, bo bardzo publicznym. Włożyłam nawet spódnicę. Myślę sobie, całą konferencję przechodziłam w spodniach, teraz też włóczę się w jeansach, czas poszaleć. Spódnica przyzwoita, reszta też. A milonga okazała się na tyle późno, że zdążyłam jeszcze odpocząć po długim spacerze na Alcantarę do mostu nad rzeką Tag. Postanowiłam pojechać wyjątkowo metrem, to dość długa droga od hotelu, a tu obcasy, i noc … W metrze biletomat nie chciał przyjąć mojego banknotu, był za duży nominałem. Wróciłam na Praca de Rossio i kupiłam sok, żeby go rozmienić. Świetnie napojona, gotowa do podboju, zwalczyłam maszynę na dwa bilety i błyskawicznie dojechałam na Cais de Sodre. Wchodzę na TimeOut, a tam tłumy. Myślę: „Nie znajdę”, a głos wewnętrzny w śmiech: „To tango, wystarczy słuchać i iść tam, gdzie muzyka.” I znajduję na samym środku hali między stołami pełnymi gapiów zajadających specjały portugalskiej kuchni przy winie. Zbliżyłam się czujnie do
tańczących, zaczęłam filmować telefonem. Stoi parę takich, jak ja i filmuje. Myślę: „Super! Dojechałam, zobaczyłam, zdobyłam, mogę wracać!” Ale wewnętrzny głos każe:
” Siadaj i patrz, może zatańczysz.”
” Ja? Z moim trzymiesięcznym stażem? Nie ma mowy. Wstydu się najem.”
” Znaczy co? Zjedzą cię?”
” Och, nie marudź. Nie umiem. Pięknie się poruszają. Ja nie mam butów, techniki…”
Na parkiet wchodzi kobieta w kozakach.
” I co, można?”
” Tańczyć umie.”
” Hmm. A chcesz tańczyć, czy patrzeć?”
” Chyba chcę się nie bać. To najbardziej. O tańcu wcale nie myślę.”
Cały czas tak ze sobą rozmawiałam wewnętrznie podczas tandy (4 utwory grane jeden za drugim, taka seria, którą należy dotańczyć do końca z partnerem, na którego się przystało, przez wzrokowe zaproszenie) i pilnowałam, żeby nie patrzeć nikomu w oczy, bo tak się zaprasza do tanga, posuwistym spojrzeniem. Po pierwszym rozliczeniu ze strachem, podszedł i usiadł obok Brazylijczyk, jak dowiedziałam się potem. I po jakimś czasie spytał, czy ja też tańczę. Odparłam, że dopiero zaczynam, a on, że jest początkujący i bardzo się boi tańczyć przy tych świetnych parach. I zaprosił mnie do tańca. Szło nam tak sobie, ale tańczyliśmy, trochę się z siebie śmiejąc i bawiąc dobrze. Ciągle mnie przepraszał. Po dwóch tandach dyskretnie zwiałam, nie dlatego, że źle tańczył, ale wyczułam, że poczuł się lepiej i miał ochotę zatańczyć z kimś innym. Po chwili tańczył z wprawną tancerką i szło im podobnie jak nam wcześniej. Tak to wszechświat zadbał o to, żebym miała łatwe w miarę wejście. Usiadłam i trochę przez przypadek uśmiechnęłam się do jednego mężczyzny w środku tandy. Odpowiedział uśmiechem i po jakimś czasie zaprosił mnie do tańca. Okazał się potem fizykiem, robiącym doktorat z ciała stałego i radiacji. Przyjemna zbieżność, nie powiem. Przynajmniej nie był przerażony, kiedy spytał co robię. Ten to już umiał tańczyć. Widziałam jak tańczył wcześniej, ale jakoś strach przed tańczeniem z lepszym partnerem technicznie od siebie mnie nie sparaliżował. Wiedział, że mało umiem, bo mu powiedziałam na wstępie, zanim mnie zaprosił. Trochę się przy mnie namęczył. Trudno, był uprzedzony. Z resztą szło mi coraz lepiej i, coś się niezwykłego stało, tanda, która powinna mieć 4 utwory, miała 5, bo DJ zaspał. Dobrze, bo dobrze nam się tańczyło. Pod koniec milongi zatańczyłam jeszcze jedną tandę i stało się coś jeszcze bardziej niezwykłego. W ścisłym objęciu, złączeni głowami, tańczyliśmy bez żadnej pomyłki. Czułam się jakby wreszcie energia tego tańca przejęła moje ciało. Zrozumiałam, dlaczego ludzie tańczący tango tak się poruszają, takie mają wyrazy twarzy, takie nieobecne spojrzenia. Kiedy tańczysz tango prawdziwie, znikasz, nie ma cię dla świata. Wchodzisz w stan medytacji, podczas której, łączysz ciało z ciałem innego człowieka, i umysł, percepcję. Nie musisz go rozumieć, zapominasz o krokach. Wykonujesz coraz trudniejsze ewolucje i płyniesz, bez planu i zrozumienia, zapominając, gdzie się jest i po co. Łapiesz tylko tę chwilę w jakiej poruszasz nogą, ręką, osią ciała. Wreszcie to poczułam. Dlaczego? Bo sobie na to pozwoliłam, na odpłynięcie w tangu, w ramionach mężczyzny, którego nie znałam, i pewnie więcej nie spotkam. I nasunęło mi się takie skojarzenie, miałam uczucie, jakbym tańczyła sama ze sobą, w najpiękniejszy sposób, na jaki mnie było stać w danej chwili. Bo to była os
tatnia tanda i potem wszyscy poszli do domu, a ja do hotelu, robiąc zręczny unik przed drinkiem. A co gdybym, zamiast się bać, pozwoliła od razu się zaprosić do tańca? Może poczułabym ten stan wcześniej? Może wielokrotnie odpłynęłabym w tangu? Warto zapamiętać to uczucie, kiedy pod koniec czasu, decyzje stają się prostsze, spontaniczne, łatwe. Nie mam poczucia straty, nie tylko dlatego, że w piątek znów się wybiorę na milongę, a dlatego, że nie miałam żadnych założeń. Wszystkie oczekiwania odpuściłam zanim poszłam tańczyć. I choć się denerwowałam, czułam, że spotka mnie tylko to na co sama pozwolę. A w piątek, cóż, znowu pójdę na milongę. Już sprawdziłam dokąd. I znów się będę zmagać ze strachem. Ale może tym razem pokonam go szybciej? Oby, bo choć to sukces przetańczyć 4 tandy w obcym mieście z nieznanymi partnerami po 3 miesiącach nauki tanga, to … mam ochotę na więcej okazji do pokonywania siebie. W szczególności … przy tangu. Nie tylko w walentynki.
O miłości do pisania
Kiedy byłam mała pisałam pamiętniki. Zapisywałam zeszyty swoimi myślami, marzeniami, baśniami, opowiadaniami i czasem, choć rzadko wierszami. Wklejałam kolorowe zdjęcia z gazet i robione przeze mnie obrazki. Myślę, że moje pamiętniki podobały by się moim córkom. Pewnego dnia na pierwszym roku studiów, rodzice opróżnili mój pokój i przynieśli w kartonie wszystkie te pamiętniki pytając co z nimi zrobić. Kazałam się ich pozbyć. Chciałam odciąć się w ten sposób od przeszłości. Wszystkie zostały zniszczone, oprócz zdjęć, które mama wyrwała z zeszytów. Wklejałam je tak jak wycinki z gazet. W ten prosty sposób ucięłam przeszłość i już do niej nie wracałam więcej.
Potem też pisałam. Na luźnych kartkach z zeszytów, na wykładach. Nie posortowane opowiadania, wiersze, krótkie zapiski z wrażeń, tr
ochę marzeń, trochę miłości, rozczarowań, samotności i podsumowań budżetu. Kiedy pisałam, czułam się jak w krainie baśni, jakbym stwarzała wszechświat od nowa. Czułam wręcz wszystko co napisałam, widziałam w snach i marzeniach. Zawsze byłam nadwrażliwa.
Teraz kiedy piszę jest inaczej. Kartki zastąpił kod w sieci, obrazki, cyfrowy zapis zdjęć. Poza tym wszystko jakby tak samo. I radość z pisania, i spokój, i wgląd w rzeczywistość. Nie mam aspiracji, bo chyba nigdy nie miałam. Kiedyś dlatego, że nie wierzyłam w siebie, a teraz bo nie potrzebuję głasków. Robię to, bo lubię, nie czekam na pozwolenie, zachętę, nie rani mnie krytyka. Wznoszę się do tego pisania do wymiaru, gdzie to wszystko znika i zostaje tylko melodia słów między palcami a klawiaturą. Czeszę czasem te słowa, by wyrównać jakieś fałdki, ale zwykle wrzucam jak lecą, nie przycinam, nie kontempluję, czy już dojrzały do publikacji. Idą więc dumne, świeże, jak zielone pomidorki, albo limonki i wygrzewają się na słońcu, w eterze.
Czasem do nich zaglądam i widzę, że dojrzewają w bardzo różny sposób. Jedne nabierają kolorów, inne czarnieją, jeszcze inne znikają, albo zmieniają sens. Niezmiennie jednak przypominają mi siebie z chwili, gdy je pisałam. Taki pamiętnik przez tworzenie linii słów, pisząc o czymś z pozoru innym niż o sobie. Piszę o wszystkim. Od wielu dni, miesięcy kłębią mi się w głowie tematy na kolejne zapiski. Obserwacje, krótkie spostrzeżenia, długie wywody o czymś, co mi właśnie teraz wypływa najmocniej na powierzchnię. Osobiste, aż do przesady, jakiej nie akceptują sceptyczne, zimne, pełne powagi i racjonalności osoby. Słowa czasem pisane wierszem, który rodzi się spontanicznie. Przychodzi, kiedy piszę, wplata się dla zabawy w wersy i często słyszę go, jakby krzyczał, „Jestem pierwszy, tak to napisz. Nie inaczej! Tak właśnie!” I piszę, mówiąc do niego, „Tu wyszedłeś niezręczny, tam powtarzasz słowa, postaraj się bardziej, bo nikt cię nie zrozumie”. Ucicha, a potem chowa się obrażony. A ja piszę i czuję, jakby to nie była proza, jakby sączyła mi się muzyka z palców, z serca i do serca znowu. Głowa patrzy i się dziwi czasem, skąd się to bierze. Nie chce brać za to odpowiedzialności. Umysłowi się to wymyka. Nie ważne. Czy słuchając muzyki widzisz nuty, analizujesz tonacje? Piszę swoją muzykę i trochę wtedy znikam. Jak pieśniarze fado, przeżywając emocje łączą się z wszechświatem, duszą i wydają najlepszy możliwy koncert, na swoje ziemskie ciało. Mówią o tym wszyscy. Fado nie da się nauczyć, można ćwiczyć. Nie ważne jaki masz głos, jaką technikę, ile godzin śpiewania za sobą. Fado to dusza strojąca muzykę do emocji, do wspólnych wibracji. To co się dzieje na scenie, na widowni jest przykładem pełnej synchronizacji. Przekazu z odbiorem. Oni sami mówią, że wychodzą z ciała, by śpiewać, by rozumieć, dają się ponieść. Trudno im czasem wrócić. Opowiadają, jak nie sposób opisać tego stanu. To nie gra, nie odtwarzanie, to moim zdaniem łączenie się z absolutem. Ich twarze mówią wszystko, kiedy śpiewają, i kiedy opowiadają, co czują po wystę
pie, w trakcie. Nieziemskie, nieopisywalne uczucia zespolenia w jedność muzyków w zespole, śpiewaków i publiczności, i czegoś co nazywają duszą. Bez jej obecności fado nie ma. Dlatego ten co nie umie połączyć się z duszą może śpiewać, ale nie fado. Mnisi wszystkich religii znają tę prawdę od zarania. Modlitwa wysłuchana to taka, która wznosi się przez duszę. A fado jest jak modlitwa przy użyciu poezji i muzyki. Wracałam z muzeum fado i cały czas nuciłam, a nawet trochę śpiewałam na bieżąco układając słowa. To takie proste kiedy ma się otwartą duszę łączyć słowa na kształt wierszy i nucić idąc ulicą w ludnym mieście, gdzie nikt nikogo nie zna, bo wszyscy tu są na chwilę, dłuższą bądź krótszą. Jak ludzie na ziemi, wpadamy czegoś doświadczyć i się odmeldowujemy. Ja też się kiedyś odmelduję z tego świata. Wyloguję z używania tego awatara i zaniosę ze sobą fado, ukryte w głębi wspomnień. Połączenie z innymi wymiarami. Może dzięki temu łatwiej mi będzie trafić tam, gdzie mój prawdziwy dom. Po okruszkach, jak wiersze, fado, marzenia, wzruszenia, miłość do dzieci, ludzi, do otoczenia. Zaniosę to co mam w sobie i co uzbierałam w sercach innych ludzi. Szczere uczucia, relacje, miłość i zrozumienie ludzkich słabości. Czasem wydaje mi się, że temat rozlewa mi się wielowymiarową kaskadą i trudno się trzymać jednej ścieżki. Może to jakieś futurystyczne pisarstwo, taki wielowymiarowy kubizm literacki? Dziwny, ale prawdziwy. Teraz, gdy to napisałam, zastanawiam się nad kolejną kategorią na stronie. „Pisarstwo pseudoartystyczne dla dziwnych, zrelaksowanych kobiet, po 40tce”. A co tam, niech się dzieje. W końcu dziwniejsze rzeczy pisałam. Baśnie o królewiczach ratujących spadające z konia niewiasty przecudnej urody. I królewicze piękni, i panny, tylko ci pierwsi bardziej barczyści i zasępieni wewnętrznym bólem, którym każda litościwa panna chce się zająć od ręki i leczyć, najlepiej rychłym ślubem. Albo smętne opowieści o wędrujących braciach, z których jeden się zakochał i pragnął wrócić do dziewczyny, która tylko mu się przyśniła. Wszystko to napisałam z pełnym zaangażowaniem. To teraz będę pisać nie po to, by wywołać upust marzeń z przepełnionej głowy, ale by słuchać siebie i dostrzec inne poziomy.
O miłości do siebie. Ocenianie.
Miłość do siebie zazwyczaj blokuje nam ocenianie. Oceniamy ciało, możliwości umysłu, postępy zawodowe, osobiste i bezustannie
porównujemy się ze światem. Oceniamy się często srogo. Są oczywiście tacy co się nie oceniają surowo i często żyją kosztem tych co mają niskie poczucie własnej wartości. Mimo wszystko lepiej iść w tę stronę, od niedoceniania siebie do docenienia, niż od przeceniania do prawdy. Przecenianie jest bowiem bardzo nęcące, a z nęcących stanów ciężko się wyzwolić i wytrwać w realności. Z drugiej strony ofiara, też się lubi pławić w swoich cierpieniach, ale kiedy zwalczy program małości, nie wraca już tak chętnie do swego bólu istnienia. Dlatego kiedy zobaczyłam mój stosunek do siebie, jako ofiary i zaczełam dbać o siebie przez odłożenie na bok, a potem wyrzucenie za burtę oceniania. Nie znaczy to, że się nie obserwuję. Widzę siebie w całej krasie, ale ponieważ się nie oceniam pozwalam sobie widzieć więcej moich cech, reakcji, emocji, skojarzeń, niż wtedy, gdy oceniałam się bez przerwy i wypierałam pewne zachowania, bo wolałam się aż tak bardzo nie pogrążać poczuciem wstydu. Teraz widzę, patrzę i relacjonuję, czasem w głowie, bardziej w sercu, na bieżąco co się dzieje wielopłaszczyznowo. I obraz mi się odplamia, wyostrza, zaczynam widzieć prawdę, a to co widzę jest tylko gamą różnych działań, na które mam wpływ jako człowiek. I wpływam, na swoje myśli, zachowania, wyzwalam emocje, przyjmując siebie jaką jestem. W ten prosty sposób, nie oceniania, wreszcie mam okazję zobaczyć siebie, nie swój wizerunek tworzony na potrzeby innych, chwili, potrzeb. I wiecie co, z zaskoczeniem i radością odkrywam, że w głębi duszy tam, gdzie jestem prawdziwa, jestem całkiem piękną, subtelną i silną istotą, pełną szczęścia, współczucia do innych, wrażliwą, kochającą i mądrą. Nie sądzę, że jestem wyjątkiem. Nie przeceniam siebie. Szczerość, na którą się zdobyłam w tej drodze była wielką kopalnią diamentów – prawd o sobie. Wszystkie je przyjęłam, zważyłam, część zachowałam, to co mi nie służy odrzuciłam, i każdego dnia tak robię. Patrzę na siebie z miłością, na jaką zasługuję i czuję, że każdy zasługuje na miłość do siebie. Od tego się zaczyna prawdziwe odrodzenie. W akceptacji, w sile spojrzenia w przepaść, bez oceniania wysokości urwiska. Miłość, która nie zaślepia, która burzy w nas pozory i oczyszcza drogę do wewnętrznej istoty. Do pełnego światła i prawdy człowieczeństwa, z którego już tylko krok do miłości do innych.
O miłości do siebie. Miłość do ciała.
Miłość do siebie to nie narcyzm. Narcyzm, w szczególności w stosunku do ciała, jest destrukcyjnym rozumieniem miłości, autodestrukcyjnym wbrew pozorom. Kochać siebie nie oznacza nic więcej niż widzieć siebie w prawdzie i potędze, i tę prawdę pokazywać światu. Potęgę zaś należy przyjąć, i czuć, i każdym działaniem próbować jej sprostać przełamując nasze ludzkie ograniczenia. Wyzwalanie potęgi człowieka, jego miłości do siebie odbywa się, moim zdaniem, przez zdejmowanie programów, jakie narzuca nam ego, by nas kontrolować i umniejszać. Przez ego zamiast prawdy widzimy iluzję, z której trudno się wyzwolić. Miałam na sobie super węzeł iluzji i pułapek ego. Nie przez przypadek jestem w mojej rodzinie znana z rozwiązywania beznadziejnych dla innych węzłów. Wiąż mam programy, które powoli odpuszczam. Jednym z nich było nie jedzenie cukru. Przez jakiś czas nie czułam chęci na jedzenie słodyczy i zapisałam sobie program, że to dobrze, bo cukier mi szkodzi. Czy szkodził? Racjonalnie patrzę w przeszłość. Nie szkodził. Jem więc cukier i wszystko na co przychodzi mi ochota. Dosłownie, i mięso też, i nic się nie dzieje. Zdjęłam program. Czemu? Wiedziałam, że jak zakoduję, że coś mi szkodzi, to zaszkodzi i tyle. Piję kawę, słodzę i nie brzydzę się dobrą strawą na mięsie. Ale, i tu jest haczyk. Jem kiedy naprawdę jestem głodna, i tylko to na co mam ochotę. Tyle i aż tyle. Spróbować można. Moje ciało jest wypoczęte, prężne, elastyczne choć robię dziennie wiele kilometrów pod górę i z góry. Kolejny program zdejmuję, moje kolana. Bolą kiedy wyginam je w jodze w kierunku bioder. Niezbyt to naturalna pozycja, ale z czułością się roztkliwiałam nad niemożnością wykonania tego ćwiczenia. Teraz uwolniłam ten absurdalny pomysł, że muszę robić wszystko. Kolana czują się wyśmienicie. Inny program ból. Miałam kiedyś bóle łydek i głowy, związane, jak sądziłam z nieprawidłowym krążeniem, brakiem magnezu itd. Jadłam na to czekoladę gorzką, czyli nadpisałam stary program nowym. Działał jak ulał. Teraz już się tym nie martwię. Łydki i głowa są cudownie ozdrowione o ile o nich i ich kondycji nie myślę. Porzuciłam z rozmysłem uważność w stosunku do mojego ciała. Nie zaniedbuję go, tylko się nad nim zbytnio nie zasadzam, tańczę, przeciągam się, chodzę. W siedzeniu samo się prostuje i układa. Jak super robot i mam uczucie, posiadania ciała, nie bycia ciałem. Utrwalam ten stan i jest cudowny. Wyzwala mnie od paranoi powszechnej w naszym świecie, pozorności mojego istnienia jako czegoś w dodatku do ciała, o które tak wszyscy dbają. Moje dba o siebie samo. Jak zawsze robiło, tylko tego nie wiedziałam. Mam wielki szacunek do mojego ciała. Daje mi wolność przemieszczania, czucia zmysłami, wyrażania siebie w świecie materialnym. Kocham moje ciało, to część miłości do siebie. I celebruję je jeśli czuję, że tego mu potrzeba, by mnie niosło, nie jak najdłużej, ale tyle ile trzeba.
My Lisbon Story: Second Episode, Part 2

„Alfama”
Chodzę po Lizbonie bez planu. Najbardziej lubię oglądać kamienice, a w nich balkony. Wyobrażam sobie, jak kiedyś wystawały na nich strojne panny wywieszając pranie, albo trzepiąc obrusy. Wczoraj poszłam na Alfamę, bo chciałam zobaczyć muzeum fado. Było zamknięte, bo to poniedziałek. Zapomniałam jaki jest dzień tygodnia. Alfama nie została zburzona przez wielkie trzęsienie ziemi w Lizbonie, które doszczętnie zniszczyło większość miasta. Wielkie jego połacie zostały wtedy odbudowane z nową koncepcją architektoniczną, ulice poszerzono, wytyczono trakty komunikacyjne i unowocześniono miasto dając mu nowy początek. Czasem warto coś doszczętnie zburzyć, by postawić coś co wszystkim służy, szczególnie nowym pokoleniom. Alfama się ostała na swoje nieszczęście. Jest dzielnicą biedną, zarośniętą rozpadającymi się kamienicami, albo nowotworami budowlanymi w postaci blokowisk. Tylko czasem widać przebłyski dawnej świetności. Postawiono tam monumentalny narodowy panteon. Chyba tylko po to by podnieść prestiż okolicy i jakoś ją ratować. Wchodząc z nieuczęszczane przez turystów ulice widać zaniedbanie i ruinę. Pozamykane likwidacją sklepy, mieszkańców jak, żeby nie obrazić nikogo, stali bywalcy bram na Pradze w Warszawie. Ma to swój urok rozkładu i prób ratowania. Miejski park w okolicy jest piękny i punt widokowy na miasto i restauracje. Przed restauracją jednak kelnerka cichym szeptem powiedziała mi, żebym przełożyła plecak do przodu, bo … Cóż, nie czułam się tam niebezpiecznie, bo wcale się tu nie boję. Rozumiem jednak ludzkie strachy. Plecak zostawiłam tak jak mi było wygodnie i poszłam dalej w kierunku słońca, które nad Alfamą czasem jest ciężkie, a ulice mocniej zacienione niż gdzie indziej.
Idąc tak przed siebie, zupełnie spontanicznie, zdobyłam zamek świętego Jerzego. Nie planowałam tego. Szłam przez Alfamę i zobaczyłam drogowskaz na zamek. Skręciłam myśląc: „A, zobaczę co się zdarzy.” Pogoda była piękna. Weszłam na wzgórze, potem na mury i zachwyciłam się widokiem na Lizbonę, ruinami i pamięcią tego miejsca. Wszędzie wokół głównego budynku mieściły się podcienie z kamiennymi stołami i ławkami do siedzenia. Prawie widziałam dworzan, rycerzy i damy przechadzających się w słońcu i odpoczywających przy wszechobecnych fontannach w ścianach w obecności pięknych pawi. Nie jestem znawcą ani średniowiecza, ani architektury, ale ten zamek był moim zdaniem wspaniałym miejscem do mieszkania dla ludzi. Wystarczyło spojrzeć na współczesne tłumy turystów spędzających tam czas w bardzo naturalny, spontaniczny sposób, mimo chodzenia odpoczywających atmosferą miejsca. Dlaczego czasem warto nie mieć planu? Prosta rzecz, kiedy podeszłam pod zamek kolejka po bilety miała może 5 osób. Kiedy wychodziłam, ogon kolejki ciągnął się przez cały dziedziniec, jakieś 50 osób lekko licząc. Sama nie mogłam więc lepiej zaplanować przyjścia i ominięcia udręki stania. Pewnie darowałabym sobie to stanie w takim przypadku, bo nie mam tu ciśnienia na zaliczanie kolejnych atrakcji turystycznych.
W drodze powrotnej zaszłam do restauracji poznanej w czasie pierwszej wędrówki po mieście. Nie sądziłam, że do niej trafię, ale bardzo nam się spodobał, kiedy wędrowałam jeszcze z kolegą. Zjadłam tani pakiet danie + picie + kawa. Specjalnie dla turystów, ale dobre, bo jedzeniu tutaj naprawdę można ufać. Jeszcze się nie zawiodłam żadnym lokalem i menu. Wszędzie coś dla siebie znajduję. Jem ryby, warzywa, wczoraj jadłam spagetti i oczywiście piję kawę, słodzoną, bo tylko taka mi smakuje. I sok pomarańczowy, wyciskany, pycha.
Wczoraj również przydarzył mi się ciekawy incydent, kiedy wracałam do hostelu. Pewien zwalisty ciemnoskóry mężczyzna na najruchliwszym placu w okolicy w tłumie innych ludzi proponował mi haszysz i
trawkę. W wyciągniętej ręce trzymał to co sprzedawał i faktycznie była to marihuana, na oko. Odmówiłam, ale ciągnął się za mną dobre kilka metrów zanim moje „absolutely not!” odkleiło go ode mnie. Nasunęła mi się refleksja. Czy ja wyglądam na osobę chętną do kupienia towaru? I czy ten gość w tym tłumie w ogóle się nie bał, że ktoś sprowadzi policję? Ciekawa ta Lizbona, prawda. W biały dzień na głównym trakcie można kupić trawę, albo haszysz. Ja nie potrzebuję. Nie potępiam, nie zabraniam innym. Po prostu mam inne cudowne doznania, bardziej naturalne dla mnie. Rzeczywistość potrafi zdołować i rozumiem tych co szukają absolutu bądź uwolnienia w używkach. Tylko tak mi się widzi, że to droga chwilowa, na skróty i trudna do utrzymania bez zażywania. Wolę mieć kontakt z rzeczywistością i w samej sobie szukać prawdy i zdejmować programy świadomości. A ekstazę przeżywać w stanie naturalnym, który moim zdaniem jest dostępny dla każdego kto szuka, więc i dla mnie, w stanie pełnej światłości.
My Lisbon Story: Second Episode, Part 1
„Włóczęga”
W moim hostelu stoi sejf, który jest tak ciężki, że nie można go było wynieść podczas remontu. Pochodzi z czasów, gdy była tu fabryka. Nikt nie ma do niego kluczy. Jest zamknięty na trzy spusty i nie do ruszenia. Śpię w ciepłym i przytulnym pokoju. Polecam to miejsce, blisko metra i przy głównej ulicy-deptaku, ale od tyłu. Świetne na wypady i włóczęgę po starej Lizbonie.

Jestem w bufecie przy Praca de Rossio i postanowiłam wyjąć komputer i szybko napisać co zauważyłam. Przed chwilą przy bufecie stała ciemnoskóra kobieta w czerwonej spódnicy. Miała niesamowite kształty. Niektórzy uważają, że w szczególności kobietom nie wypada zauważać, a co dopiero wyrażać się na temat tego, jak wyglądają inne kobiety. Ja zawsze zauważam, ale nie oceniam. Widzę i piękno i brzydotę. Oba stany czemuś służą moim zdaniem. Poza tym jest wiele względności w tym co widzimy i traktujemy jako piękno. Ostatnio widzę coraz więcej piękna, a jego brak traktuję jak zaniedbanie, przytłoczenie karmą, programami, albo niemożnością z mojej strony dostrzeżenia tego co kryje się pod iluzją rzeczywistości wyłapywanej przez filtr zwany wzrokiem nim trafi do wnętrza. Często zatrzymujemy się na pierwszym wrażeniu i tylko ono nam zostaje, nie drążymy głębiej z powodu lęków, bo sami boimy się dostrzec jakieś własne mankamenty, zaniedbania odbite w innych jak w lustrze. Grubi drwią więc z jeszcze otylszych, niscy z krasnali, kierowcy z rowerzystów itd. Kiedy pozbywamy się programu oceniania również siebie z wyglądu, widzimy więcej. Kobieta naprzeciw mnie ma siwe włosy i okulary jak lenonki. Im dłużej na nią patrzę tym wyraźniej przypomina mi Yoko Ono, tylko starą i piękną. Znów wychodzi słońce. Zjadłam prawie, więc pójdę dalej w tej włóczędze bez mapy przez miasto. Chodzę kierowana uczuciem. Skręcam tam gdzie za rogiem bardziej mi się podoba i idę. Zdjęcia robię rzadko, bo zauważyłam, i to zahacza o fizykę kwantową, że obiekty zmieniają się, gdy staram się je pochwycić. Więc idę i patrzę, i czuję. I tak jak napisałam mojemu przyjacielowi, im dłużej idę, tym bliżej mam do swego wnętrza. A Lizbona staje się podświadomie, tak jak zauważył, moim miastem wolności, do którego będę wracać w chwilach, gdy ta wolność będzie mi potrzebna, wracać myślą, uczuciami, obrazami, smakiem. Idę chłonąć i obserwować, jak mój stan obserwacji zmienia stan wszechświata. Magia w czystej postaci.

Weszłam do kawiarenki na drodze do zamku i poprosiłam o kawę i pastel de nata, portugalskie ciastko. Właśnie się skończyły, więc wzięłam ciasto z czekoladą i maliną na szczycie. Pycha. Jak polska babka z polewą czekoladową, z cieniem innego smaku. W czasie, gdy czekałam na kawę muzyka przeniosła mnie do wspomnień, które odpuściłam. Jak łatwo to idzie. Odpuszczanie i uwalnianie uczuć, emocji. Skoro tak, to dam sobie prezent i przed kolejnym łykiem kawy odpuszczę jeszcze jedną emocję-wspomnienie. Teraz … Muzyka przypływa na pomoc ..” Listen to your heart”. Znów ten sam efekt. Wchodzę do prawie pustego lokalu i w ciągu pięciu minut jest pełny. Kolega zauważył to już wczoraj. Magnetycznie przyciągam ludzi 🙂
W piątek weszliśmy na wzgórze i trafiliśmy na kafejkę z fado. Mężczyzna siedział przed wejściem i grał na gitarze. Pięknie grał, muzyka była miękka i lekka, jego głos magiczny. Dziś wracając z zamku może znów tam trafię. Albo nie, nie wiążę się planami, oczekiwaniami. Wow, malina była boska! Jak u mojej babci na wsi, na krzaku za domem, który teraz stoi pusty, a kiedyś tętnił życiem wielu pokoleń. Zatęskniłam za nim, za letnim słońcem i zapachem łąki i sadu za stodołą. Ciekawe jakie rzeczy pamiętamy. Ja pamiętam niektóre, bo przypominają mi się w snach. Niedawno przyśnił mi się taki sen w którym siedziałam przed domem babci, przy drodze wiele lat temu i to był świadomy sen. Wiedząc, że śnię i, że to przeszłość, ruszyłam w drogę odszukać coś z przeszłości. I znalazłam, i byłam bardzo szczęśliwa. Bo tego mi było trzeba, by się pożegnać i przywitać przyszłość. Wszystko ma swój czas. Wszystkie zdarzenia na drodze życia prowadziły mnie do tej kafejki, w której otaczają mnie sparowani ludzie. Siedzę i patrzę, słucham i cieszę się. Ogarnia mnie ogromne współczucie w sensie współistnienia, jak czułość do ludzi do miejsca, i w jednej chwili wiem, że w moim pobliżu nikomu nie może nic złego się zdarzyć, że ich chronię swoją energią serca, że wpływam na ich myśli, na odczucia. Jesteśmy jednością, każdy atom tej przestrzeni stworzyłam, każdą manifestację, każdy ruch, uśmiech, słowo w całkiem obcym języku. Jestem magicznym stworzeniem, które zawija przestrzeń wokół siebie. Czuję się odpowiedzialna za cały stan tej przestrzeni. Jeśli jestem pełna miłości, spokoju, troski i radości, wytwarzam falę oczyszczenia i nie ważne, że żadna z tych osób tego nie wie. Ja to biorę na siebie, bo czuję jak to działa. Kobieta obok zaczęła śpiewać i dobrze śpiewa. Za chwilę ruszę, żeby przed zmrokiem wejść na mury zamku i złapać zachód słońca. Mój przyjaciel się ucieszy, że wędruję i zmierzam po nową siebie. A za tydzień? Kim będę za tydzień? Sama nie wiem.
Przyłączyłam się do krucjaty w zupełnie nowej wierze. Wierzę, że wystarczy zmienić siebie, aby zmienić wszystko wokół siebie. Czuję jak przepływa przeze mnie energia innych ludzi, jak moja energia łączy się z nimi na jakimś nieświadomym poziomie, bądź nadświadomym. Widziałam tu wczoraj parę niesamowitych występów ulicznych artystów. Czułam się zespolona z nimi, kiedy grali. Nie czuję lęku i o nic się nie martwię. Wszystko przeżywam trochę obok. W pełni, ale … i to jest wspaniałe uczucie, jakbym sięgała do głębi. Wsłuchuję się w tę głębię i słyszę … prawdziwą siebie. Może to zbyt osobiste doświadczenie, by je opisywać, ale cóż, kiedy przepuszczam to przez serce, nie czuję nic niewłaściwego, w tym co czuję. To, że nie mówimy, nie objawiamy swoich uczuć nie jest bynajmniej dobre. Nie oczekuję po tym co tu piszę niczego, żadnej reakcji, raczej czuję się uwolniona od tego co we mnie drzemie i się wyrywa. Każdy zniesmaczony, niech nie czyta. Mnie to i tak nie zawiedzie, bo nie mam oczekiwań. Oczekiwania sobie odpuściłam. Pisanie mnie cieszy niepomiernie, i dlatego nie martwię się odbiorem, czy sensem. Taka wolność wyrażania siebie.
Na zamek nie weszłam. Już było za późno. Z paroma osobami, dostrzegliśmy jednak możliwość dostania się na mury w miejscu niedostępnym i nielegalnym. Przeskoczyłam raźnie barierkę i stanęłam na murze. Pod nami rozciągał się piękny krajobraz miejskich dachów i rzeki przed zachodem słońca. Pochmurna pogoda nie przeszkadzała, by dostrzec to co w tym miejscu było zjawiskowe. Lekkość i potęga. Przemknęła mi myśl, że to długo nie potrwa, takie nielegalne stanie na murze wysoko nad miastem. Po chwili policjant na skuterze trąbił na nas żebyśmy zeszli. Zaczęłam schodzić chwilkę wcześniej tknięta przeczuciem przed jego przyjazdem. Wymknęłam się bokiem, kiedy inni musieli wysłuchiwać rugania. Patrzyłam na to i myślałam. Warto było nawet narażając się na burę policjanta, który do rugania nie zdjął nawet kasku, bo chyba zdawał sobie sprawę, że i tak nikt nie rozumie jego słów, bo krzyczał po portugalsku do cudzoziemców. Ale mowa ciała, klakson i podniesiony głos robią swoje. W tym kasku wyglądał jak rycerz, który broni zamku przed cudzoziemskim legionem. Japończyk nawet tego nie zrozumiał. Nadal się wspinał po śliskich schodach odciętych barierką na górę. Żona z dołu krzyknęła i wtedy dopiero zaczął schodzić. Schodząc już po drugiej stronie bramy zamku wciąż czułam się rozbawiona całą sytuacją. Kiedyś bym się przejęła. Teraz wcale. Wręcz lubię takie sytuacje. Jakbym w bezpieczny sposób bawiła się światem.

Pod koniec dnia i wędrówki weszłam na małą kolację do pastelarni i kupiłam pastel de nata z małą porcją porto. Weszłam do przestronnej sali na piętrze i w pięknym otoczeniu popijam i smakuję moją dzisiejszą kolację przy dźwiękach fado. Para naprzeciw mnie przytulała się kiedy wchodziłam, on wodził dłonią po jej piersi. Czuli się sami. Teraz przeglądają mapę miasta i może planują jutrzejszy dzień. Muzyka jest tak cudowna, że mam ochotę wstać i zatańczyć. Jednak moim powołaniem nie jest tango a flamenco. Taniec jako wyraz emocji, muzyki przepływającej przez ciało tancerki. Sunę w myślach tańcząc po sali i czuję, jakbym medytowała w tym stanie. Taniec jest jak fala emocji płynąca przez ciało. Znów to samo, sala się zapełnia. Powinnam na tym zarabiać. Za wikt przychodzić do lokalu i zapełniać klientami. O rany, robi się tłoczno 🙂
Dziś padało. Właściwie mżyło, bo tutaj deszcz nie pada, tylko wisi w powietrzu z tendencją do opadania w kierunku ziemi. Po kilku godzinach chodniki są mokre, ludzie chodzą z parasolami, ja bez. Zawsze mi przeszkadzał, zajmował ręce. Tutaj też tak chodzę, bez planu i parasola. I wtedy zdarza się to co najlepsze, pastel de nata i porto w pakiecie, piękna sala z kryształowymi żyrandolami i niebieską sofą w kolorze wieczornego nieba nad Lizboną. I muzyka fado, piękna, pełna ekspresji serca. I moja anonimowość w tym miejscu, długo żyjąca bateria w laptopie. Więcej cóż mi potrzebne w tej chwili? Nic. Nic absolutnie. To jest prawdziwa wolność. Życie pełnią w każdej chwili. Unoszenie się jak na falach energii, surfuję łagodnie po emocjach, odczuciach, ludzkim szumie, wrażeniach. Wyraźnie odczuwam każdy wzlot i opadanie, pozwalam na to, by płynąć, zostawiam za sobą to co już mi nie służy, co było moim ciężarem. Czuję jak otwiera się moje serce, znów ucisk w czakrze, ale taki jaki znam i wiem co znaczy. Naprawa i oczyszczanie, uwalnianie serca od strachu, przywiązania, zgoda na poszerzenie przestrzeni w jakiej będę przebywała, na miłość, do chwili, do tego co czuję, i akceptacja.
O miłości do dzieci

Można czytać książki jak wychować dzieci, co i jak robić, co mówić, to pewnie pomaga. Ja zdaję się na instynkt, ale wiem, że warunkiem podstawowym dobrego wychowania jest miłość. Miłość prawdziwa, która wypełnia serca człowieka kochającego w sposób pełny, mądry i zdrowy. Z niej pochodzi cała zdolność dobrego wychowania. Bez tego, wychodzi coś co nazwę przewrotnie, tresowaniem do wizerunku z głowy. Dziecko bez miłości wyrośnie czasem na człowieka pozornie normalnego, spełniającego swoje role życiowe, ale niepełnego tam gdzie tej miłości zabrakło najmocniej. W pewności siebie, w kochaniu innych, w zdolności pokonywania barier, w asertywności, również w stosunku do nas. W szczęściu i wyrażaniu radości. Ogólnie w sercu.
Nie będę pisać co robiłam źle i gdzie się myliłam, co wyniosłam z domu, ze środowiska, czego się potem nauczyłam, jak było mi ciężko i lekko zarazem. Do czego czasem tęsknię, gdy widzę jak moje dzieci są już duże. Tego mi chyba zabrakło kiedy dzieci były małe, żebym czasem mogła wyjść i odciąć się, zrestartować, pobyć ze sobą sama. Samą siebie też kochać, sobie też coś dawać. Teraz są już duże. Muszę odrobić swoją lekcję na to życie. Jedną z wielu, może najważniejszą. Świadoma bezwarunkowa miłość do dzieci. Bez oczekiwań, planów, bez pouczania.. Wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, że cokolwiek się stanie, przydarzy, ja ich będę kochać, rozumieć i dawać azyl. Wtedy każde z nich wyrośnie na pełnego, kochającego, mądrego człowieka. To mnie czeka, nawet wbrew wszystkiemu, wbrew okolicznościom, wbrew regułom, wbrew środowisku i wbrew rodzinie. Biorę to na siebie. Jestem za nie odpowiedzialna i przy mnie niech czują tę energię do wzrastania, czystą i nieskrępowaną miłość. Jest im potrzebna jak powietrze. I ja jestem im potrzebna, jako przykład człowieka, jako drogowskaz, parasol, ciepły szalik i moc do przezwyciężania siebie, do wzrastania. Stopień do nieba i materac do spadania. Ja w całej krasie, jak kiedyś mówił Iwo: „Mama jest do naklejania plasterków”. I to cała moja rola. On może się kaleczyć, zmagać, ja czekam i patrzę, jeśli chce doradzam. I czekam z plastrem. Plastrem o nazwie miłość.
