O miłości i sercu

 

Jestem sercem mojego wszechświata. Kiedy czuję lęk świat odpowiada strachem, kiedy czuję spokój – ciszą, kiedy się śmieję dźwięczą nawet kolory. Ostatnio zobaczyłam taki obraz mojej rodziny: jestem w centrum i wszystko przeze mnie przepływa, uczucia, emocje, energia, działania; mój mąż jest głową, analizuje, myśli, przetwarza, wdraża; moje córki – ręce, moje nogi – synowie. Luc Besson niewiele się mylił w swojej wizji. Jestem nie piątym, a szóstym elementem. Numerologiczna podwójna trójka po zsumowaniu. Scalam wszystkie żywioły. Jestem ziemią, ukorzeniam wszystkich. Mój mąż to zodiakalna woda, nawadnia, użyźnia. Moje córki duchowy ogień i powietrze. Jedna oczyszcza, druga nadaje lekkość mojemu istnieniu. Moi synowie to podwójny ogień przy moich stopach, jak dwa silniki odrzutowe. Dlatego moja rodzina jest tak żywa, dynamiczna. Lecimy razem w przyszłość. To ważne, żeby będąc sercem, nieść pozytywną energię we wszystkie strony. Udrażniać przepływ dobrej woli i odprowadzać zmartwienia w ziemię korzeniem, z dala od żywego ciała moich bliskich. Dlatego moje wewnętrzne serce musi być mocne i mądre, żeby kierować tym wszystkim. Serce pierwsze rozumie świat, przy całym szacunku dla mózgu. Ono rozpoznaje jaka jest waga zdarzeń, siła wiatru zmian, rozrost przekonań i barier. Dzięki niemu intuicja prowadzi nas w stronę światła, dobra, które serce czuje w sobie. Odróżniając to co złe od tego co dobre, przesyła emocje jak pochodnię do mózgu, który kieruje tym, co materialne, wykonalne, osadzone tu, w świecie.

Kiedy serce jest zmęczone, osłabione, słabnie każda część organizmu. Rywalizacja między sercem i mózgiem nie ma sensu, sens ma tylko współpraca. Mózg dba o ciepło, ochronę serca, a ono dostrzega, czuje, tłoczy, zasila ręce w chwytaniu, nogi w chodzeniu i mózg w myśleniu. Serce przez emocje włada całym organizmem. Jeśli mózg nie słucha serca,  zaniedba, serce obumiera, albo zamienia się w czerwonego karła i wypromieniowuje nienawiść, zamiast łagodnie wspierać organizm. Niekiedy mózg i serce nadają na innych falach. Informacja przepływa wtedy błędna, albo niepełna. Kiedy mózg złośliwie odcina dopływ tlenu do serca ograniczając mu zasoby życia, serce zanika. Kiedy serce blokuje dopływ krwi do mózgu, mózg zatruwa się toksynami i nie działa prawidłowo podejmując niewłaściwe decyzje. Zbyt małe serce, niedojrzałe, nie odżywi dojrzałego mózgu, zbyt dojrzałe serce nie nadąży pulsacją za zbyt młodym mózgiem. Nie ma to nic wspólnego z wiekiem, ale ze sposobem funkcjonowania, wizją, wibracją. Warto szukać wspólnych punktów styku dla obu tych najważniejszych organów tworząc rodzinę i warto słuchać co podpowiadają, kiedy kogoś spotykamy. Szczerość z samymi sobą pozwala wtedy uniknąć rozczarowania, pochopnych decyzji i zmartwień, albo stresujących kontaktów z ludźmi w togach. Warto nadawać swojemu sercu szczerą wizję swoich potrzeb, pragnień, oczekiwań, żeby wydobyte na zewnątrz stały się inspiracją dla kogoś podobnego. Splatanie ludzkich losów, kiedy tylko spełnianie społecznych ról jest celem, to trucizna dla serc i mózgów. Z czasem narasta wypaleniem i skłonnością do szukania winnych w innych.

Patrząc na moje dzieci i męża widzę, jak odpowiedzialna jest rola serca. Musi ono dbać o siebie, żeby żyć w zgodzie ze sobą, z prawami natury, energią świata, czuwając nad wszystkimi. Musi też dobrze wiedzieć kiedy przestać tłoczyć energię i pozwolić na odpłynięcie autonomicznej istoty – dziecka – we własnym kierunku. Połączenie energetyczne umiejętnie wygaszone, to duża sztuka dla rodzinnego organizmu. Pozostaje więź, niteczka mentalnego połączenia, tkana wspomnieniami z okresu dzieciństwa, kiedy linia jego życia była zależna od nas. Lepiej jednak nie zaplątywać tej nitki kotwicą do jego nogi, nie pozwalając samodzielnie kształtować swojej rzeczywistości, wspierając raczej jego zaradność, a nie przywiązanie. Nota bene, przywiązanie zyskało tu jasne znaczenie leksykalne.
Moje serce żywię więc spokojem i harmonią, kiedy tylko mogę. Oddaję się temu co dla niego dobre i pozwalam rosnąć, żeby zdołało wykarmić z troską całą rodzinę tym, co w nim najcenniejsze, moją do wszystkich miłością.

O miłości do Księżyca

Kocham Księżyc. To długa historia. Ostatnio kolor czerwony Księżyca mówi do mnie. Na Roztoczu jest nadmiar krasnych miejscowości – czyli czerwonych. (Właśnie przyszedł Syn i powiedział, że chce jutro spagetti, pomidorowe z rurkami 🙂 )  Czerwone, bo Ruś Kijowska była zwana Rusią Czerwoną z czasów Władimira zwanego Wielkim, pierwszego cara i założyła na Roztoczu grody zwane czerwieńskimi, czyli krasnymi. Stąd ten nadmiar czerwonego w nazwach na Roztoczu.  Wszystko jasne. A Księżyc? W tamtych czasach uznany byłby za zwiastun klęsk, wojny albo innej nienawiści. A dziś? Tłumy na mostach w Warszawie, zgaszone światła na Narodowym i Pekinie, show kosmiczne, które komentowane było wszędzie i z nabożeństwem, jak starosłowiańska ceremonia. W internecie miliony horoskopów, znaczeń, nagle wszyscy zapominają o swojej religijnej antypatii do guseł. Medytują, spotykają się na wspólnych kręgach, albo piją wino w trawie wśród komarów, jak ja z Mężem, patrząc jak się zasnuwa oblicze kamiennego satelity. Po lampce wina łatwiej znieść ukąszenia, koleżanka pisze spod Pułtuska, że u niej błyska i nie widać Marsa. Po godzinie z hakiem wróciłam na osiedle, gdzie kręcą się mieszkańcy w poszukiwaniu dobrego miejsca. Szczęściarze na balkonach z lornetkami i aparatami robią zdjęcia i kolekcjonują wspomnienia dla potomnych. W końcu będzie o czym opowiadać wnukom, które to ominie. Najdłuższe zaćmienie. Mój Syn wypełzł z domu na finał, bo w internecie czatował z dziewczyną z Poznania. Córa wróciła ze skakania z drugim Synem i poszła do siebie. Jutro pracuje od rana. Powiedziała, że myślała, że to będzie bardziej spektakularne. Dzieci biegają po dworze, my siedzimy i ustalamy wspólne sprawy. Zaćmienie, przechodzi.
Czasem zdarza się zaćmienie. Wszystko co jasne, co nocą na Ziemi pozwala coś zobaczyć – znika. Paradoksalnie wzrok przyzwyczajony do mroku pozwala zobaczyć prawdę, że wąwóz to nie strumień, że płot to nie skała. Niekiedy nie ma wyboru, kiedy ktoś nie widzi mimo światła prawdy, trzeba to światło „zniknąć”, żeby dotrzeć do sedna. Kiedy światło znika, można odwrócić się swobodnie od zewnętrza, bo go nie widać, w kierunku wnętrza. I jeśli ktoś zrobi odpowiednią pracę i taki czas wykorzysta, może dostrzec to co ukryte nawet w świetle. Dzięki temu słychać i widać potem więcej. Nie trzeba już zaćmień, ani niepokoju, wszystko staje się wyraźniejsze, dzięki temu wewnętrznemu płomieniowi, który zapala się samoistnie, kiedy przychodzi pora i kiedy jest to najważniejsze. Warto wtedy zachować spokój i otwartość, bo na chwilę wytrąca nas z równowagi mocna siła, i może pojawić się strach, jak przy zgubieniu kierunku, kwestia nastawienia ponownie błędnika. Przeniesienia go z mózgu i osądów, zwykle zewnętrznych, do wnętrza. Do środka naszego ciążenia, do serca. Całe nasze życie kręci się nie wokół tego co mamy, zdobywamy, ale co czujemy. Warto się temu przyjrzeć, żeby się nie zapędzić gdzieś, gdzie nas poniesie czyjaś latarka. Tylko nasze wewnętrzne światło nam sprzyja. Ono nam wszystko pokaże, jeśli staramy się go słuchać i nie przeczymy czynami, swoim prawdom. Kiedy Księżyc wychodzi z cienia, a był w nim dość długo, byśmy zdążyli się cieniowi przyjrzeć, pojawia się jasny i mocny. Tak jak my po konfrontacji ze swoimi cieniami, kiedy pozwalamy im być i odejść, kiedy je rozświetlamy naszym wnętrzem. Kolor czerwony, to kolor czakry podstawy, więzi rodzinnych, naszych mocy życiowych. Nie wiem co mówią horoskopy wszelkiej maści, bo ich nie czytam, żeby nie zasiewać sobie w podświadomości czyichś wyobrażeń, wolę swoje filtry, ale dla mnie to zaćmienie to przemiana między naturami, moją przeszłą, i obecną. Taką jaka jestem, kiedy cień przeszedł, a ja zostałam i okazało się, że wszystko w co wierzę jest takie samo jak było. Ten cień nie podważył żadnej istotnej prawdy jaką wyznaję, bo większość tego w co wierzyłam oparte było o miłość. Do ludzi, zwierząt, do świata. Ten cień zasłonił ją na chwilę, żebym odkryła, że nie potrzebuję zewnętrznego światła. Mam wszystko wewnątrz i nawet w cieniu mogę podążać raźnie w jedynym kierunku w jakim warto się poruszać myśląc i czując. Wracając do siebie. Do swojej pierwotnej natury, do pasji. Wszystko co było i będzie, jest tylko złudzeniem. To co jest daje potencjał chwili, ale nie ma się co spinać. Tylko chłonąć. Po to właśnie jesteśmy. By chłonąć bycie w chwili.
Mój Księżyc stał się jasny. Odbija światło słoneczne, którym karmię ciało kiedy tylko mogę. Przez odbicie Księżyc jest zwierciadłem Słońca. Pokazuje nam inną jego naturę. Naturę skupienia, tęsknotę do dnia, pełnego światła i pomoc w poruszaniu się w cieniu. Pomoc w odnalezieniu drogi, dla mnie istotną podwójnie, przez kontakt z cieniem wewnętrznym i światłem słonecznym jednocześnie. O cieniu jeszcze opowiem, ważne, żeby go w sobie zrozumieć i wchłonąć jego ciemną materię, bo jest jej we wszechświecie więcej niż jasnej. W cieniu jest potężna moc. A odrodzenie daje prostą prawdę, że wszystko jest cykliczne, dzień, noc, pory roku i życia. Kiedy pojawia się koniec cyklu, nowy się zaczyna. Nie da się tego zatrzymać. Więc kiedy w czyimś życiu jest ciemna, przerażająca noc, to nieuchronnie potem o świcie wstanie dzień i tylko ten co zasłania oczy nie widzi światła. Trywialne rzeczy opowiadam, a jednak trzeba czasem wrócić do starych prawd widzianych pod innym kątem. W cyklu narodzin i życia doświadczanie nie jest monotoniczne. Czasem zdarza się wchodzić w ciężkie doświadczenia wielokrotnie, żeby dopełnić zrozumienie, żeby więcej nie dać się nabrać na złudzenia. Życie to spiralna droga nad tymi samymi punktami, problemami do rozwiązania wciąż odkrywanymi na nowo i do chwili, w jakiej wszystko staje się jasne i pojawia się akceptacja. I miłość właśnie.
Mars kroczy pod jasnym Księżycem, Mąż na ławce rozmawia z Dziećmi. Jest późno, a ja piszę. Wystarczy mieć w sobie ciszę i parę rzeczy zwyciężyć. Wchodzę do cienia by widzieć. Po prostu kocham Mój Księżyc.

 

O miłości i chwaleniu się

Nie umiemy się chwalić. Nawet kiedy mamy do tego powody. Tak w większości zostaliśmy wychowani. Koleżanka przychodzi do pracy w pięknej kwiaciastej sukience. Mówię:”Cudna!”- ona na to: „Wyjęłam z dna szafy. Nie chodziłam w niej, bo myślałam, że nie wejdę, ale może schudłam.” Inna jeździ na mordercze rowerowe rajdy i na mój zachwyt wytrzymałością jej organizmu, mówi: ”Tak, ale i tak jadę często poza klasyfikacją, bo przede mną są faceci. Wiesz, ci to biją rekordy.” Kolejna gotuje tak, że nie ma się ochoty wyjść z wizyty: ”To stary przepis mojej mamy, z czasów jak w sklepach wszystkiego brakowało, nic takiego.”

Do diaska – myślę – kobiety! Kiedy wy – bo to w większości płeć żeńska – zaczniecie cenić swoje talenty?! Jestem taką sobie kucharką, ale robię super ciasto o nazwie „wulkan”, jakie kochają moje dzieci. Na rowerze jeżdżę z częstotliwością zaćmień słońca, bo drapie to to, sztywne jakieś i niepodatne na komendy, i chyba wolę konia, choć konno jeździłam tylko parę razy. Jakbym miała przejechać tak, jak Magda 72 godziny bez spania, to bym powiedziała – pas – od razu. Jakiś czas temu się nauczyłam, że nikt nas bardziej nie doceni niż my same, sami, bo czasem nawet faceci unikają komplementów, chociaż rzadziej. Mają widać taką tendencję, żeby się instynktownie bardziej cenić. I to im wychodzi. Wystarczy mały sukcesik, jakaś zdobycz i puszy się to to, obrasta w piórka, a my co … wielbimy te czyny! Ale kiedy przychodzi do naszych zalet do buzia w ciup i czekamy, aż ktoś nas przyozdobi komplementami. Oczywiście nie wszystkie tak mają. Ja też się staram i widzę, że coraz mniej już mam tendencję do umniejszania własnych osiągnięć. Znam swoją wartość, ale wciąż się uczę tego doceniania za drobne i duże dokonania. Nie trzeba tego robić publicznie, mówić, jak ja w poprzednim wpisie. Warto to robić w sobie, albo przed lustrem. Albo z kimś kogo się obdarza zaufaniem, kto umie nas zobaczyć takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. I mówimy wtedy szczerze, to co potrafimy, co nam wyszło, bo to nas wzmacnia. Zrobiłam pyszne bułki drożdżowe z jabłkiem, wszyscy się zajadali. Jakie piękne wyhodowałam kwiaty, raj dla pszczół i oka. Pomalowałam ściany, jest tak czysto i schludnie. Zbudowałam wędzarnię na palce lizać sery i wędliny. Umyłam te zapaćkane okna, wreszcie widać słońce. Skończyłam raport, dobrze mi wyszło końcowe podsumowanie. Założyłam firmę chociaż się bałam przepisów księgowych. Poprawiłam artykuł, bo recenzent słusznie mnie łajał. Wysłuchałam strapień przyjaciela ze współczuciem i wsparciem. Odrobiłam lekcje z dzieckiem z cierpliwością starożytnego mędrca. Przeszyłam sukienkę, pięknie podkreśla moją sylwetkę. Przyjęłam dzisiaj 20 osób w moim gabinecie, pomogłam wielu wyleczyć schorzenia. Umiem robić trzy rzeczy jednocześnie i się nie pogubić, myję gary, robię pranie i wysyłam pracę przez internet, a wolnym okiem patrzę na szkraba co pełza pod stołem. Uśmiechnęłam się do klienta i rozwiązałam trudną sprawę. Zdobyłam nowy stopień, nową umiejętność, nową znajomość. Zakleiłam plastrem palec synowi i opanowałam dzieci w swojej klasie. Ze spokojem wstałam i zrobiłam śniadanie rodzinie. Umiem wziąć za siebie odpowiedzialność i to robię. Jestem sobą i cenię to w sobie.

Więc kiedy ktoś nam mówi: Świetnie wyglądasz- wystarczy powiedzieć- Dziękuję, dobrze się czuję. Albo na komentarz: Dobrze ci w tej bluzce – odpowiadasz – Tak, dziękuję, bardzo ją lubię. I kiedy przyjdzie czasem usłyszeć: Jesteś wspaniała. Tylko ty tak potrafisz – odpowiadasz – Dziękuję. Włożyłam w to dużo pracy. Bo faktycznie włożyłaś, żeby spojrzeć na siebie łaskawym okiem wewnętrznego sojusznika a nie wiecznego krytyka.

Nie trzeba być mistrzem świata. Takich mistrzów może być po jednym na każdą dziedzinę, a co z całą resztą? Ja się tam cieszę, że na rowerze, z minimalną ilością zadrapań dotaczam się po płaszczyźnie nad wodospad na Roztoczu, żeby na bosaka przejść lasem całą drogę, jak Magda – joginka, co chodzi w taki sposób po Tatrach. Nie mam zaparć na bycie najlepszą, bo już ktoś mnie dawno wyprzedził w każdej możliwej sprawie. Zwyczajnie wolę się cieszyć swoją przeciętnością i tym, że jestem dostatecznie dobra w tym co robię. A jak będę chciała być lepsza to będę, bez spinki, że muszę. Już dawno poodpuszczałam sobie chore ambicje, które ciśnieniem prężą gruczoł rozczarowania. Znam takich i im nie zazdroszczę takiego spraw pojmowania i życia w wiecznej pustce. Dlatego chwalę swoje dobre strony w sobie i trochę prowokacyjnie tutaj je opisałam, żeby wywołać to co dobre w każdym, kto to czyta. Żeby mu się chciało samego siebie zapytać, czym się może pochwalić, przed sobą. Bo zamiast bajać o przyszłych osiągnięciach, marach, medalach, stanowiskach, zaszczytach, warto wzmacniać to co dobre już teraz, jak fundamenty naszego charakteru, co muszą unieść całą skomplikowaną konstrukcję emocji i pragnień. Chwalcie swoje patrzenie na świat, co wam życie ułatwia, chwalcie to co potraficie, chwalcie to co daje ludziom do was dostęp, chwalcie z właściwym umiarem, ze szczerością, w radości i mądrze. Bo im wy będziecie czuli się lepsi w tym co robicie, im bardziej będziecie czuć się pełnią, tym lepiej się będzie z wami żyło innym ludziom i wam samym w obfitości codziennych talentów.

O miłości i dumie

Roztocze. Od paru lat jeździmy na Roztocze na wakacje. Co rok głębiej. Eksplorujemy te rejony, bo jeszcze nie są zalane turystami. Południowo-wschodnia Polska, jeszcze nie Bieszczady, już nie Mazowsze. Sielsko-kameralna, nieuprzemysłowiona, zielona kraina. Pierwszego dnia po przyjeździe podczas spaceru dostałam śmiechawki z nadmiaru tlenu. Pewnie dlatego, że ostatnie trzy tygodnie przesiedziałam w pokoju w pracy kończąc międzynarodowy projekt, z którego jestem dumna. Rzadko okazuję dumę z własnych osiągnięć. Nauczona, że duma równa się pysze, zwykle unikałam mówienia o sobie dobrze. Ale obiektywnie osiągnęłam dużo dzięki tytanicznej i natchnionej pracy, w której towarzyszyli mi przyjaciele jak drogowskazy na drodze. I teraz mogę powiedzieć bez fałszywej skromności, jaką odradzam każdemu i sobie również, dumna jestem z moich osiągnięć. Z rodziny, z pracy, z wykształcenia, z życia jakie wiodę z dnia na dzień i z mojego nastawienia do tego co przyjdzie. Dlatego napiszę, bo czasem łatwiej mi się czemuś w ten sposób przyjrzeć, że moja praca to cudowna ścieżka po chaszczach ze światełkiem ciekawości w duszy i daje tak wiele możliwości jakich nie dałaby mi chyba żadna. To co udało mi się ostatnio zrobić, to złączyć jednym projektem 3 kontynenty, 7 krajów i 14 jednostek naukowych z tych najlepszych na świecie, żeby polscy naukowcy mogli jeździć na wizyty naukowe i rozszerzać horyzonty. Natchnęłam ich wszystkich, wyzwoliłam nadzieje, ambicje i dobre samopoczucie, wiarę, że się uda a potem podchwyciłam entuzjazm kilkunastu osób i spięłam w gigantyczny plan, przedsięwzięcie na miarę światową i wypuściłam ponad 100 stron naszych marzeń o nowoczesnej wymianie akademickiej do krajowej agencji co może dać nam pieniądze. Skoordynowałam i okazało się, że mam w sobie niezwykłą moc do wyzwalania nowych idei i dzięki dobrze zaplanowanej pracy i temu, że mam tak dobre kontakty z ludźmi z całego świata powstało coś czego w polskiej nauce jeszcze nie było. Wyzwoliłam cuda. Teraz czekam na recenzję pierwszego naszego międzynarodowego projektu. Nawet jak się nie uda dostać finansowania, postęp jaki dokonał się w głowach wszystkich uczestników i mojej już wart był tego, co zrobiłam. Bo mimo gigantyczności obowiązków, pracy tak mi niezwyczajnej i braku przygotowania, nauczyłam się tego czego nie umiałam w niespełna miesiąc, przyspieszony kierunek marketingu i zarządzania. Co ciekawe mimo niezwykle krótkiego czasu, ani razu nie spanikowałam, nie poczułam strachu, że nie zdąrzę, że ktoś nawali, a system grantowy „we sieci” zawieszał edycje wniosku, testując naszą cierpliwość. Praca szła jak z płatka, bo jak zauważyłam, nikt z kilkunastu osób mojego zespołu nie chciał mnie zawieść, a ja wierzyłam, ale się nie fiksowałam myślą, że muszę, że jak nie to porażka. Kolega zza oceanu na mail, że jesteśmy jak muszkieterowie i „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, odpisał nawet, że woli umrzeć niż nas zawieść i w tydzień wychodził dokumenty „nie do podpisania” w sezonie urlopowym. Taka była fala zaangażowania i taką siłę miał mój spokój. Bo ja się cieszyłam tym co robimy, nie stresowałam. Gasiłam fochy, tak częste wśród naukowców, okrajałam lęki i dmuchałam na zwątpienia. Maile, zlecenia zadań, spinanie wszystkich oczekiwań i pomysłów. Kompetencja i dyplomacja. I duża dawka uroku i dobrego humoru, mrówcza praca. Cały mój potencjał. Kolega powiedział mi kiedyś, nie kadząc mi nieszczerze, że kiedy mnie w instytucie nie ma, wszyscy zaglądają jak błędni rycerze do pokoju socjalnego, czekając, czy może jednak jestem, bo kiedy jestem, mój śmiech stamtąd słychać na korytarzach i od tego łatwiej się pracuje. To miłe, ale i odpowiedzialne być takim atraktorem dla ludzi tak specyficznych, jak umysły ścisłe. W piątek 13tego pełnomocniczka dyrektora przycisnęła przycisk „wyślij” i nasz projekt popłynął do agencji, a ja … wyjechałam. A duma z wykonanego dla kolegów zadania osiadła we mnie i dała mi ciepłe poczucie dobrze spełnionego obowiązku. W projekcie napisałam, że to co planujemy wyniesie mój instytut na nowy poziom umiędzynarodowienia. A w sercu czuję, że rzeczywistość dla wszystkich zmienia się już teraz. Na lepsze się zmienia.I tyle jeśli chodzi o dumę i o przyzwyczajenia do jej unikania. Trochę jest, ale zupełnie inna, taka codzienna. i zwyczajna. Duma, że można się zdobyć na rzeczy wyjątkowe, bez zaparć i stresu, że można być jak latarnia dla innych i spokojnie przyjmować fale czyjegoś strachu. Jeszcze w sobotę mówiłam o projekcie, bo w końcu mogłam ulać z siebie ostatnie z nim powiązania. W poniedziałek już na Roztoczu, siedziałam na ławce w parku, kiedy mój syn jeździł na gokartach, a mąż widząc jak milczę, spytał:” Nadal koordynujesz?”. Odparłam: „Tak, koordynuję jazdę gokartów. Wszystkie jeżdżą jak trzeba.” I wybuchnęliśmy śmiechem.

Jechaliśmy przez wszystkie Krasne Roztocza, Krasnystaw, Krasnobród, Krasne, Krasne Polesie i wreszcie Ciotuchy Stare, żeby wylądować na …Majdanie Sopockim. Trochę ukraiński, trochę morski. Pogoda nie za łaskawa., jak nad morzem polskim Pierwszą noc przespałam jak niemowlę do południa, bo zawsze ciężko wstawać kiedy za oknem pada ulewny deszcz. Ale w końcu się spisałam i nawet pochodziłam trochę po Zamościu. Tak tu swojsko jest wszędzie i spokojnie. Janko z Zamojskich w bojowej pozie z postumentu zagrzewa usilnie do walki o wiedzę w swojej uczelni postępowej, pierwszej szkole wyższej dla ludu w przeciwieństwie do jagiellonki z arystokratycznie zadartym nosem, ja jem lody malinowo-czekoladowe i cieszę się słońcem, co nas raczy dobrotliwie. Za to jutro ma być cyklon … z Ukrainy. Dach nam wytrzyma nie jedną burzę, a ja odpoczywam, bo odpoczynek mi się należy, jak każdej osobie co zrobiła coś dla siebie albo dla innych. Zasadziła ogródek, wymiotła sień, zaorała, wysłała ekipę na Marsa, kupiła czas dla wszystkich budując wynalazek, napisała piosenkę, wyszyła makatkę i zawiesiła półkę, założyła fundację, leczy, produkuje, pracuje w zgodzie ze swoim sercem i robi wspaniałe pizze jak pani w maleńkiej dziupli Il Tempo w Zamościu.

Dziś zasnę ponownie, wiedząc, że widziałam wczoraj najwspanialszą w swoim życiu tęczę przed deszczem, co rozdzielała niebo na jasną i ciemną stronę. Trwała tam z pół godziny zanim nie sięgnęła od horyzontu po horyzont. Siedziałam na ławce i patrzyłam. Tylko tego mi trzeba. Chcę tylko ciszy, nieba i tego, żeby zauważać jak mój syn puszcza moją rękę kiedy mijamy grupki chłopaków w jego wieku, a ja spoglądam ze zrozumieniem, bo kiedy potem niepotrzebnie mnie przeprasza, kiwam głową, a on mówi, że dobrze go rozszyfrowałam. W końcu jestem jego mamą i kiedy się pojawia taka sytuacja, jestem przygotowana.I to są prawdziwe wyzwania i kiedy się zastanowić to o wiele dłużej na nas wpływają niż praca. I to też jest powód do dumy, że wyczuwam czyjeś emocje i strapienia, a duma dobrze ulokowana rozszerza nie pychę a wyobraźnię i wiarę w wartościowe dla wszystkich marzenia.

O miłości i wdzięczności

 

Jestem wdzięczna za to co mam i kim jestem. To ważne, aby coś takiego czasem sobie powiedzieć z głębi serca. To wzmacnia ostatecznie fundamenty naszego istnienia. Wdzięczność za zdrowe ciało, bolid do przenoszenia miedzy punktami w drodze przez życie, za umysł co rodzi myśli i snuje dobre skojarzenia, za serce co umie kochać bez zaborczego pierścienia i zawiści. Jestem wdzięczna za Dzieci i Mojego Męża, za wytrwałość i próby na krętej drodze zwanej życiem, za rodzinę, za Moje Ciotki, czarodziejki roześmiane, które z Moją Mamą śpiewają śmiechem w kuchni u Mojej Babci i oczyszczają przestrzeń ze smutków. Za Wujów pełnych wesołej buty i pokory jednocześnie przed tym śmiechem tak niepustym i pełnym życia, jak czereśnie latem. Za Moje Siostry i Braci,  dzieciństwo słodko-gorzkie a czasem gorzko-słodkie, co mnie nauczyło widzieć ludzkie cierpienia i lęki, ale i to co ważne w obliczu codzienności, za minimalizm i kreatywność wzięte od rodziców. Za ciepło w ścianach mojego domu, za Przyjaciół tak rożnych i tak wspaniałych, jak wielcy przewodnicy duchowi uniwersalnej religii tolerancji, za sens, jaki czuje w sobie w każdej chwili, za trwałość i zmiany jakie obserwuję we wszystkim, kiedy sunę w czasie. Za to, ze piszę, ale też za zatrucie od ludzi zawistnych, dzięki którym włączał mi się mój system immunologiczny do walki o własną prawdę i za gigantyczną ilość miłości od tak wielu istnień. Za całość scenariusza życia, za lekcje, za pogardę, za wspaniałomyślność niepamięci i uczucie przemijania najczystszej próby.
Moja Córka powiedziała mi niedawno, ze miłość w naszym wymiarze jest rozszczepiona, jak białe światło po przejściu przez pryzmat, rozpięta na wielu kolorach, od czerwieni po fiolet. Każdy z kolorów to inny rodzaj tego uczucia, inna manifestacja miłości. Kiedy czujemy w świecie miłość pochodzi ona z rożnych źródeł, jak miłość od i do dzieci, rodziców, przyjaciół, zwierząt, kochanków, muzyki, sztuki, piękna itd. Każda jest inna, ale kompletuje się w całość. Kiedy każdy kolor wyświetla się w nas mocno, mamy szanse zintegrować je w biel, pełnię. Kochając to co nas otacza, akceptując to co przychodzi możemy sięgnąć do najpełniejszego uczucia miłości, do światłości, jaką osiągają pełni mocy ludzie łagodni, cisi i pokorni, ale jednocześnie zwyczajnie pogodni. Nie szaleni szamani naszych czasów zapięci w systemy religijne, albo charyzmatyczni kombinatorzy rozwojów duchowych wszelkiej maści. Prosta miłość do podstawowych istnień. Wystarczy kochać to co się robi, kim się jest i całe swoje otoczenie. Rolnik krowy, lotnik samoloty, fizyk rozpad atomowy, nauczyciel uczenie, sędzia sądzenie, starzec starość, matka i ojciec dziecko. Znaleźć w sobie ten rdzeń człowieczeństwa, nic więcej. Dawać sobie jasność akceptacji i postaw. Szacunek dla odmienności i zrozumienie. Może jest tak, że każde uczucie wyższe to miłość w jakiejś postaci? Współczucie, akceptacja, serdeczność, wyrozumiałość, radość. Inne kolory miłości. Inne częstotliwości fali, inne tempa bicia serca. Pełnia. I za to też jestem wdzięczna, że mogę to widzieć, i rozumieć jak należy.
Wdzięczność to siła. Moja przyjaciółka, po latach w ciemności, dzięki wdzięczności jaką w sobie rozpaliła, poczuła w sercu ciepło i ogarnął ja spokój po latach depresji. Bo zauważyła, że miłość trwale przychodzi do tych, co są wdzięczni. I będąc matematykiem wysnuję na koniec porównanie, że miłość jest wprost proporcjonalna do wdzięczności i, cóż … odwrotnie proporcjonalna do pragnień.

O miłości i macierzyństwie

Przenosiłam ten temat trochę, jak swoją trzecią ciążę, kiedy syna urodziłam w dwa tygodnie po terminie, w ostatniej chwili bezpiecznego okienka wyznaczonego przez lekarza. Ostatnie dni przed porodem spędziłam na konferencji, która odbywała się w Warszawie i z wielkim brzuchem wygłaszałam swoje wystąpienie, a potem stałam pod plakatem mojej pracy. Wszyscy pytali kiedy rodzę, a dopiero potem o moje symulacje. To był sierpień i upały. Piszę o tym, bo trochę tak właśnie od początku wyglądało moje macierzyństwo. Przeplatane seminariami, konferencjami, wyjazdami i pracą. Nie wzięłam nigdy urlopu macierzyńskiego, nie odpoczywałam, wakacje spędzałam z dziećmi. Można by narzekać na brak zainteresowania babć wzięciem dzieci na tydzień albo miesiąc, żeby mózg mi się odświeżył, ale rzeczywistość bywa skomplikowana. Koleżanka, która mnie przez ten cały czas obserwowała, powiedziała mi kiedyś, że byłam jak cyborg i, że się zastanawiała, kiedy mi się przegrzeją zwoje. No to się przegrzały i z zadaniowego robota wyskoczyłam do bycia sobą z uwzględnieniem wszystkich swoich słabości, jakie ignorowałam do tej pory. Również w macierzyństwie. Nauczyłam się odpoczywania i tego, że dzieci wbrew pozorom nie ma się w pojedynkę. To ważna, wiekopomna uwaga. Po całym okresie bycia niezniszczalną maszyną zostawiłam sobie nie żal za to co było, ale poczucie dumy i głębokiego spełnienia, że wbrew wszystkim trudom, przeciwnościom, niewiedzy, samodzielnie z mężem wychowałam czworo dzieci pracując bez wytchnienia, jak w natchnieniu, choć z ogromnym obciążeniem i dałam temu radę na wielu polach jednocześnie. I tak widocznie miało być, skoro było i nadal żyję, i pracuję, i jestem mamą, bo zawsze już będę.
Macierzyństwo na początku jest trochę jak sprawna obsługa samochodu. Niech się nikt nie obraża na to porównanie. Musisz małe ciałko tankować, myć regularnie, parkować w łóżeczku, myć szybki z przodu, słuchać co w silniczku, nie przegrzać i zwiedzać świat wspólnie, patrząc z zupełnie innej perspektywy, z perspektywy brzucha, piersi, podłogi, poznajesz nowe zapachy, dźwięki, tempo, cykliczność spania, bądź jego brak i walczysz z usterkami w mechanizmie, jak kolki. Oczywiście kochasz ten nowy superszybki samochodzik, który pewnego dnia na słowa cioci Asi: „Chodź”, zaczyna chodzić. Tak. Moje dzieci były bardzo spontaniczne jako brzdące, śmiały się całymi dniami, od chwili kiedy otwierały oczy. Czasem spały z nami, czasem same. Nie mieliśmy żadnych narzuconych ram wychowania, żadnego systemu oprócz miłości, intuicji własnej i dążenia do tego, żeby się nam świat nie zawalał na głowę. Nie miałam żadnych problemów z karmieniem i pielęgnowaniem niemowląt. Jakbym to wyssała z mlekiem matki. Przed pierwszym porodem przeczytałam dwie książki i odwiedziłam koleżankę ze studiów, która rok wcześniej rodziła, przez kilka lekcji uczyłam się opieki na szkole rodzenia od położnej. Myślę, że gdyby ktoś mi wtedy wmówił, że macierzyństwo to taka ogromna odpowiedzialność, pewnie bym się przytłoczyła i nie prowadziła moich dzieci z taką lekkością i wiarą, że jest i będzie dobrze. Myślę, że ludzie obecnie czują się bardzo przytłoczeni perfekcją, i to ich skutecznie paraliżuje przed byciem rodzicem. Dążenie, wszechobecne, do ideału także w rodzicielstwie powoduje również krytyczne sytuacje w następstwie, kiedy dziecko po urodzeniu poddane jest presji spełnienia marzeń rodziców, wyrażone ich perfekcyjnym wpływem na życie dzieci. Obserwowałam nieraz, szczególnie w szkołach, jak rodzice cisną dzieci z ocenami, zajęciami dodatkowymi, medalami, konkursami, żeby spełnić swój wizerunek, a nie po to, żeby dziecku coś więcej w życiu umożliwić. Smutny efekt. Dlatego warto dojrzewać do roli wspierającego i życzliwego mentora, nie dyktatora i marudy, sączącego jad niespełnienia swoich własnych marzeń. Macierzyństwo to sztuka rozdzielenia i powolnego procesu adaptacji dziecka do skoku w swoją własną przestrzeń, gdzie my jesteśmy tylko, i aż wspomnieniem. Z tym się trzeba pogodzić dość wcześnie. Ludzie realizujący swoje ambicje dziećmi, nigdy nie dojrzeli do swojej roli.
Z moich obserwacji wynika, że macierzyństwo ma ograniczony wpływ na dzieci. W pewnym wieku świat dziecka przenika przyjaźń z innymi dziećmi, wychowawcy zewnętrzni i los, na który nie ma wpływu nasze zaangażowanie w wychowanie. Nie można się więc obarczać ponad miarę odpowiedzialnością za to, jak ten świat na dziecko wpływa. Wbrew pozorom, dzieci jako przyszli dorośli też mają swoją karmę i będą ją realizować konsekwentnie w przyszłości. Należy to uszanować, nie starać się wpływać na nie zbyt ograniczająco. W moim przekonaniu, tak jak wszędzie, warto kierować się sercem i widząc, że nasze działanie daje dziecku szczęście, rozwój odwagi, samodzielność i satysfakcję z pokonywania barier, iść za tym. Nie chronić nadzwyczajnym kordonem naszych lęków, bo dziecko nie zaszczepione różnymi wydarzeniami w życiu w porę, przyjmie potem pakiet szczepień naraz, a jego układ odpornościowy na różne nieuniknione wady świata, może temu nie dać mu rady. Jak się maluch tapla w błocie, to go wyprzysznicować potem, jak spróbuje marihuany, bo całe życie był kontrolowany, może być problem. Dlatego trzeba pozwalać na małe odstępstwa od normy, jaką chcielibyśmy w dzieciach widzieć. Zaufać im, że dadzą radę z dołków wyleźć, a same sobie zaufają. Ograniczając je w ciekawości, wzmagamy ciekawość i negatywne poczucie, że nic nie wolno. Znam chłopaka, któremu zabrano dzieciństwo muzyką. Marzył, żeby pograć z chłopakami w nogę. Przez całą szkołę średnią pił po lekcjach, kiedy rodzice nie mogli go skontrolować. Muzykiem nie został. Został mu za to smutek. Do dorosłości, że nikt nie widział jego potrzeb.
Wbrew powszechnym opiniom wpływ matek na dzieci jest tak samo ważny jak wpływ ojców, i to na każdym etapie, i choć to nie dzień ojca minął, chcę napisać o tym, na co patrzę ostatnio z przyjemnością. Widzę jak ojcowie opiekują się dziećmi z radością, z zaangażowaniem, nie w stylu: „kupiłem ci zabawkę to się baw, nie marudź”. Ojcowie pokazują świat dziecku niezależnie od jego płci tak, jak połowa populacji go widzi. Nie można dziecku odmawiać tego wglądu, bo to je mentalnie krzywdzi. Matki ograniczające kontakty dzieci z ojcami, niezależne od żalów partnerskich uzasadnionych, bądź nie, jeśli nie mają zarzutów do rodzicielstwa ojców, np. bezpieczeństwa maluchów przy nich, powinny dążyć do zacieśniania kontaktów, bo to dzieci żywi pasją życia, nowymi horyzontami. Zakleszczenie kobiet na wyłącznej opiece przeżyłam osobiście i wiem, że to nie jest łatwe przełamać schematy i puścić kontrolę nad wydarzeniami, ale warto to zrobić, żeby dzieci wspierać i dawać więcej, nie alimenty, prezenty, samochód czy wymienienie dziecka w polisie na życie albo testamencie. Dziecko musi się uczyć życia od wielu osób. Ojca również, dziadków, kolegów, obcych ludzi. W ten sposób otwiera się dziecko na wiele możliwości, na wiedzę, na skuteczność w życiu. A ja z przyjemnością ostatnio patrzę na tatusiów czeszących dziewczynki na pływalni po wyjściu z basenu. Stoją razem pod suszarką, dziewczynka się krzywi, tata trochę stęka, ale sprawnie czesze i nawet robi kucyk. Można spytać: Co robi mama dziewczynki? Odpoczywa, pływa, robi coś dla siebie. I to jest, moim zdaniem, symbol i dobry wzorzec do naśladowania dla następnych pokoleń. Matka poza zajmowaniem się dziećmi musi dbać o swoje wnętrze, o swoją przestrzeń, żeby dobrze wpływać na dzieci, a ojciec powinien pomóc jej w tym względzie. I mimo, że nie nauczyło nas tego pokolenie naszych rodziców, to nasz obowiązek iść odważnie z rodzicielstwem w przyszłość. Nie w pozorne honory Matek Polek, ale harmonię i partnerstwo z dobrze określonymi granicami potrzeb.

O miłości do jedzenia

W książce, którą właśnie przeczytałam mowa jest o szczęściu. Wszyscy podobno do niego dążymy. Pięć zasad szczęścia jednak ujawnia, że nie zawsze wiemy, co nas uszczęśliwia i jak do tego dojść nie robiąc sobie krzywdy. Pierwsza zasada szczęścia: „Ciesz się szczęściem”. Wydaje się absurdalne. Przecież to szczęście, jak się nim nie cieszyć, ale czy naprawdę cieszymy się szczęściem nawet, gdy przychodzi do nas bez wysiłku? Przykładem jest jedzenie. Lubię jeść, lubię smaki. Często jem też w dobrej atmosferze, nawet w pracy, gdzie zbieramy się na wspólne jedzenie i żartujemy przy stole, coś sobie opowiadamy, jak w rodzinie, w gronie przyjaciół. Dlatego też w pracy wszystko nam smakuje, dzielimy się, karmimy, wymieniamy, podrzucamy na stół jedzenie i cieszymy się tym, że jemy i przebywamy ze sobą w cudownej atmosferze. Ale bywają chwile, że jemy w biegu, bezmyślnie pałaszując to co na talerzu, wybiegając w przyszłość, która nas przytłacza, bo nieuchronnie idzie, a my czujemy się na nią nie przygotowani. Żaden posiłek zjedzony w ten sposób nie zostawia w nas uczucia szczęścia, raczej nas przygnębia. Są też inne przygnębienia związane z jedzeniem. To tycie. Ludzie, którzy kochają jeść tak się obwiniają jedząc o przyszłą tuszę, że nie mają za grosz radości z tego ile i co jedzą. A smutek usiłują jaześć jeszcze większą porcją, deserem, dokładką. Organizm dawno już przestał walczyć z nawykiem nadmiernego jedzenia i tylko robi kolejne kieszonki tłuszczowe w oczekiwaniu, aż się człowiek opamięta. A gdyby tak zamiast się obwiniać o to ile i co jemy, zacząć się cieszyć każdym kęsem i spożywać go w cudownym uniesieniu, że takie dobre, bo to kochamy, i smak i zapach i kolory … mmm. Mniam! Kiedyś doznałam oświecenia w restauracji. Podano nam potrawę, wino a ja oniemiałam. Takie to było piękne wizualnie. Kiedy już się naoglądałam, zaczęłam dyskretnie wąchać wszystko po kolei. Wąchanie jest ogromnie ważne. Ja w ten właśnie sposób rozpoznaję co chcę jeść, a czego nie. Nawet jak mi się coś początkowo podoba, wcześniej sobie wymyślę, że tak, to bym zjadła, to potem, kiedy już to widzę, wącham. A mój nos mi podpowiada, jeść czy nie jeść. Ma też inną funkcję. Ja się potrafię nasycić zapachem potraw do jakiegoś stopnia. Więc wącham. Herbatę przed i po zaparzeniu, sok, jabłko, rybę, duszoną cukinię i parmezan. Wącham, bo to pachnie nie na daremno, dla mnie pachnie, i lubię niektóre zapachy bardziej niż inne, a to mi daje radość, gdy je czuję, jak zapach kawy. Kawa dla mnie lepiej pachnie niż smakuje! Kiedy już powącham i chcę jeść, taka analiza trwa parę sekund, dla wyrobionego nosa pewnie jeszcze szybciej, próbuję. Lubię być kiperem jedzenia. Wgryzam się, odłamuję kawałek i rozmiękczam smakując. Wczorajsza drożdżówka z rabarbarem była pyszna. Miała cienki film lukru, kwaskawy zapach owoców i chrupiącą kruszonkę na wierzchu. Zjadłam ją z prawdziwą przyjemnością i bez cienia wyrzutów sumienia. Nawet w kontekście cukru. Zjadłam ją całą, powoli, bez pośpiechu, ciesząc się każdym kęsem, w zasłużonym stanie spokojnej rozmowy. Nie leżała mi dzięki temu na wątrobie, nie powodowała wzdęć i nie odbijała się wieczorem czymś nieprzyjemnym. Zdradzę wam ciekawą prawdę, która jest w naszych czasach całkowicie niewidoczna, zasłonięta przez przemysł i reklamę. Jeść należy kiedy się jest głodnym i kiedy nasze ciała tego chcą. Po to mamy oczy, nos, usta i głowę. Jeść trzeba, różne rzeczy. Jak byłam mała jako niejadek, byłam piętnowana przez wszystkich, którzy chcieli mnie nakarmić z miłości. Nie jadłam śniadań, czasem obiadów, a wpadałam na jedzenie jak czułam głód. Bo jako dzieci mamy prawidłowo zaprogramowane organizmy i cała sztuka dosłuchać, co też nam ten organizm mówi i kiedy. Czasem głód nie jest głodem na kaczkę tylko na zainteresowanie, albo przystosowanie się do grillujących kolegów. Nie jest chętką na loda, ale zapomnieniem o kąśliwej uwadze. A nawet jak się spotykamy i jemy, jedzmy z radością, nie z żalem, że trzeba to będzie potem w pocie czoła spalić, bo się odłoży, a tu lato za pasem i desperacko rzucamy się od diety do diety, od systemu do systemu. Ja przez całe życie nie tyłam, bo nigdy nie przywiązywałam wagi do jedzenia, ale kiedy jadłam cieszyłam się i teraz, też jem kiedy popadnie, ale chrupię wszystko i jak mi zostaje na talerzu to się nie martwię. Odkładam na potem, jak nie zjem to wyrzucam. Lepszy kosz na resztki niż własny brzuch, a następnym razem robię mniej, albo przerabiam ziemniaki na kopytka, warzywa na sałatkę, kotlety dla kota, bez zobowiązań, nasze koty są wybredniejsze czasem niż my pod względem jedzenia. Bo lepiej wiedzą co mogą zdrowo zjeść i w razie czego zamiast śledzia drugiej jakości wrąbią ptaszka z podwórka, albo nic. My mamy o wiele więcej możliwości, żeby sobie sprawić dobre warunki i jeść. Wegetarianie, weganie czują wewnętrzną potrzebę specyficznego jedzenia i dobrze, że idą za intuicją ciała. Za mało wiem o dietach żeby się wypowiadać, ale o jednej, o której wiem, że działa, dowiedziała się moja znajoma przed operacją biodra. Miała schudnąć i na pytanie, jaką dietę stosować, lekarz jej odpowiedział: „Dietę MŻ”. „A co to za dieta?”- zapytała. „Mniej żreć”. I w tym się zawiera cała mądrość, mniej, bo nie potrzeba aż tyle, a żreć należy przestać, żeby się zacząć cieszyć jedzeniem i uszanować swoje ciało, ale też podniebienie. Dlatego nad jedzeniem warto się zatrzymać. Popatrzeć, powąchać, skomplementować kucharza. Wino wąchać, ach jaki bukiet potrafi trzymać dobre wino. I każdą porcję z widelca uważnie jeść, świadomie przetwarzać, na dobrą energię do wnętrza. Nie liczyć kalorii, nie wykluczać, nie tęsknić za walorami smakowymi, tylko dać je sobie z miłością i słuchać co nam ciało powie, a gwarantuję, że kiedy się w nie wsłuchamy, bez nastawienia, bez sugestii, że czegoś nie powinniśmy, ono powie co nam trzeba, a wtedy z radością mu to dajmy. W końcu nosi nas bez przerwy, czas je naoliwić, nie zalać. A w idealnych kształtach ciała przez ostatnie wieki takie zmiany zachodziły, że nie ma co gadać. Ważne, żeby z sercem, z miłością, z troską zajmować się swoim ciałem i karmić je wszystkim pozytywnym. Lecę na rukolę z pomidorami, oliwą i twarogiem do koleżanki na działkę, gdzie w centrum Warszawy, w enklawie zieleni, pogadamy sobie o tym co nam leży, wisząc na hamakach, albo leżąc na trawie. Smacznego!

O miłości prawdziwej

Prawdziwej miłości nie da się opisać. Jest tak oczywista i mocna, a jednocześnie przejrzysta. Miłość wypromieniowuje z serca na otoczenie i zmienia je, tak jak nas zmienia, dogłębnie. Mam taką teorię, że ludzie tak kochają innych, jak kochają siebie. Jeśli bardzo łakną od kogoś miłości, nie mogą się obejść bez niej, wciąż im brak z zewnątrz potwierdzeń, albo marzą i czekają na prawdziwą miłość, tak naprawdę nie czują jej w sobie dostatecznie.
W miłości zawiera się pojęcie nieskończoności. Kiedy kochasz, każdy aspekt życia, intencje są podporządkowane miłości. Przenoszenie gór czy sięganie nieba nie wydaje się nierealne. Kiedy ktoś nas zachwyca, kochamy go całym sercem, wszystko jest najpiękniejsze, jasne, goją się stare rany, sprawy do wybaczenia i błędy, bo kochamy i to nas przepełnia. Nie ma w nas miejsca na smutki i żale, na zastałe bóle i złogi. Czyścimy miłością wszystko w sobie, i stół i kuchnię i podłogi. Aż pewnego dnia staje się jasno i przestronnie. Miłość się rozgaszcza i świeci w nas od tej pory tym, co w nas dobre. Dlatego warto mieć w sobie coś dobrego, żeby mogło świecić i zarażać dobrem inne aspekty naszej osobowości, jak wzbudzanie uczynności, uprzejmość, pogoda ducha i inne objawy wszelkiej pozytywnej energii.
Kochając ludzi, kochamy siebie bardziej i pozwalamy sobie na odpuszczenie tego, co było dla nas niewybaczalne, co nam szkodziło. Często zakopane i zapomniane. Wybaczamy, a wybaczając wracamy do siebie mocni, piękni, swobodni. Miłość prawdziwa roznosi się jak ogień w lesie. Miłość do ludzi, do idei, do pasji, do życia, do biedronek i paproci, do smętnych melodii i tańca, do patrzenia na niebo rozświetlone blaskiem księżyca.
Miłość prawdziwa nie odchodzi. Zostaje w nas na zawsze. Nie boli brakiem tego kto był jej współtowarzyszem. Zostawia po sobie najcudowniejsze wyobrażenia o głębi ludzkiego pojmowania i życia. Daje nadzieję, na to, co po tym życiu, co po nas pozostaje. W moim odczuciu, jesteśmy z miłości zbudowani, nie tylko dlatego, że kiedyś ktoś, być może przez chwilę, albo lata całe kogoś kochał abyśmy powstali. Miłość nas stworzyła, a życie jest jak specyficzne równanie na to kim się stajemy. Zawsze jednak, jak po nitce do kłębka, możemy wrócić do tego czym byliśmy na początku, zanim nas przepchnięto przez trudy życia. Warto wracać do tej czystej energii. Ona jest jak czuwający nad nami anioł. Nie ocenia nas, nie kształtuje, nie stawia wymagań do kochania nas takimi jakimi jesteśmy. Każdy inaczej ją nazywa. Miłość własna, pierwiastek życia, dusza, Bóg, źródło nieskończonej energii. Ja się nie koncentruję na nazwach. Mnie miłość wystarcza. Miłość prawdziwa, bo miłość jaką jakiej doświadczam, zawsze jest prawdziwa.
Kiedy kocham taką miłością, niczego od człowieka nie wymagam. Niech będzie sobą, niech idzie własną drogą do szczęścia. Cieszy mnie każdy krok i każdy śmiech w jego życiu, każda refleksja. Tak kocham ludzi mi bliskich. Nie oceniam ich, nie mówię, że są jakieś warunki, które muszą spełnić, żebym ich kochała. Cała ja. Zawsze to o sobie wiedziałam. Nie jest to miłość z ckliwej historii miłosnej prosto z Hollywood, ani ze skomplikowanego życia celebrytów. Bo miłość jest prosta, kiedy jest i zazwyczaj, jest łatwa do wykrycia w sercu.
Czym jest więc ból po rozstaniu, albo w trakcie związku? Nieporozumieniem z samym sobą. Kiedy kochasz nie możesz cierpieć przez kogoś. Nie oznacza to, że kiedy ktoś cię rani np. fizycznie musisz się na to narażać, ale z miłością możesz odejść, bo miłość wyzwala zrozumienie sytuacji. Czasem trzeba nam cierpienia do ujrzenia pewnych naszych autodestrukcyjnych reakcji. Cierpienie nie jest składnikiem miłości, cierpienie jest objawem jej braku w nas samych. Kochając wystarczająco siebie nie musimy się obawiać ani ran zadanych przez kogoś, ani bólu straty. Miłość własna nas chroni jak włókno węglowe, albo tytanowa zbroja, albo raczej powoduje, że dla ciosu stajemy się niedotykalni. To takie proste i zarazem takie trudne, aby skompletować siebie na tyle, by nas nikt nie ranił. Szczególnie w miłości kiedy się odkrywamy z najbardziej strzeżonymi rejonami serca i osobowości. Tylko miłość daję taką okazję na weryfikację tego co naprawdę w nas jest. Kochać znaczy ryzykować, bo kto wie, czy na miłość jesteśmy gotowi? Czy jesteśmy gotowi na tę konfrontację z samymi sobą? Miłość głęboka wydobywa z nas wszelkie skrajności. Odwagę i strach, śmiech i nostalgię, ekstazę i bezwład. Daje nam to możliwość przejścia, nauczenia się co dla nas samych jest uleczalne, co nas buduje, a co dociska do ziemi. Czym możemy powalać mury zwątpienia, a czym z finezją malować najwierniejsze piękno. Miłość jest przebiciem do tego co poza nami, do uniwersalnego dobra, światłości umysłu. Miłość nie rani, ranimy się sami, zaciskając palce na sznurku, który ma ją do nas przywiązać. Miłości nie da się zamknąć w klatce pragnień, korzyści, przyzwyczajeń. Ona musi latać wolna. Tylko wtedy daje szczęście i przyświeca naszemu życiu. Jeśli kochasz cierpiąc, pokochaj siebie bardziej. Znajdź te miejsca, które cierpienie warunkują i napraw, a pewnego dnia poczujesz skrzydła. Skrzydła miłości, które cię unoszą i pomyślisz, że to takie naturalne. Tak właśnie miało być, że to było oczywiste. I ze spokojem, w ciszy, bez wysiłku oddasz swoje życie, swój wiatr i kierunek mądrej sile prawdziwej miłości.

O miłości i karmie

Dzisiaj będzie bajka. Bajka cybernetyczna, albo jak kto woli, prawda kosmiczna o naszej rzeczywistości. Jesteśmy biomaszynami zalogowanymi w czasoprzestrzeni w jednym celu, poznania prawdy. Jaka jest ta prawdą? Każdy sam do niej dojdzie w swoim czasie. Ja do swojej dążę od niedawna, ale zawsze przeczuwałam, że jest za rogiem. Moja prawda na tę chwilę jest taka, że nie jest istotne co się zdarza, ani jak, ani z kim, a jedynie jakie to, co się zdąża pozostawia w nas emocje i doświadczenia uczuciowe. Czy nas wyzwala z cierpienia, pożądania, wstydu, czy nas uwzniośla do patrzenia z miłością na świat i ludzi? Czy budzi w nas gniew, czy zwątpienie, czy radość i spokój. Tylko to jest istotne, nic więcej. Żadne materialne sprawy, nie mają tu nic do rzeczy. Czy potentat naftowy w Teksasie traci bliską osobę, czy bezdomny w Bangladeszu, nieistotne. Ważne czy, i jak emocje zmienią ich wewnętrznie. Wszystkie emocje jakie mamy. Kontekst emocji jest zaplanowany, jak nasze życie. Jak i kiedy przeżyjemy zmiany jest również nieistotne. Życie mamy tak zaplanowane, by przeżyć najmocniej, najefektywniej to, co zamierzone. Sposób, miasto, mąż, zawód, dzieci, nieistotne. Więc nie ma o co walczyć, wystarczy się poddać i akceptować to, co przychodzi. I za to dziękować, bo nas zbliża do prawdy, do celu.

Uff, już widzę jak was zniechęciłam, że to czego tak silnie się trzymamy, ta materialna strona świata jest nieistotna? Ludzie, okoliczności? Skąd ten pozorny nihilizm? Gdzie wolna wola, gdzie człowiek panem świata itd. O wolnej woli powiem tyle, że pozwala nam wybrać, jakie emocje czujemy w związku z życiem, jeśli jesteśmy dostatecznie świadomi, a to nam wyznacza kurs do następnych zdarzeń. Jesteśmy panami swojego losu, wydarzeń tylko pozornie, bo tylko w kontekście emocji. Bez tego poczucia, bez walki o lepsze, nie krystalizowalibyśmy się w zrozumieniu rzeczywistości.

Skąd mi się to wszystko wzięło? Czasem myślę, że było zawsze w mojej głowie, a poza tym, taki opis świata pokrywa się z teorią fizyki kwantowej. Moja wizja świata jest bowiem nie liniowa, a dyskretna w pewnym szczególnym sensie. Wyobraźmy sobie, że każdy z nas ma swój własny wszechświat w jakim się porusza, jaki widzi. Wszechświaty oddziałują ze sobą przez naszą percepcję. Kiedy dostatecznie wiele wspólnych wizji się pokrywa, wizja się materializuje. Wszyscy wiemy jak wygląda niebo, ale głowę daję, że każdy z nas inaczej je widzi. A teraz wyobraźmy sobie, że w każdej chwili, kiedy coś robimy, dokonujemy wyboru w prawo albo w lewo. I tak przechodzimy do równoległych wszechświatów zgodnych z naszym wyborem, których jest ogromna ilość. Które wypełniają sobą wszystkie możliwe wybory jakie możemy uczynić. Za dużo tego? Matematyka to widzi poprzez nieskończoność. Co dalej? Ponieważ obiekty obserwowane zmieniają swą naturę ( eksperyment Younga), nasza świadomość zmienia obiekty o jakich myślimy, czyli to my jesteśmy kreatorami wydarzeń. Proste. Ktoś kto myśli uporczywie, że umrze młodo, ma to jak w banku. Ktoś, że spotka właściwą osobę, również. Myśl ludzka, percepcja wpływa bowiem na gęstość prawdopodobieństwa zaistnienia tego, o czym traktuje. Teoria równoległych światów jest znana od kilkudziesięciu lat i podobnie jak fizyka kwantowa ma problem z przebiciem do powszechnej wiedzy ludzkiej. Brzmi zbyt naukowo, albo fantastycznie. A to fakt, nie ma co się uprzedzać. Ludzka świadomość jest kreatorem wszelkiego istnienia. Również naszych ciał.

Skoro to takie proste, czy nie wystarczy myśleć o rzeczach dobrych, mądrych i radosnych? Wystarczy, ale ilu znacie ludzi, którzy tylko tak myślą? W nasze obrazy wciąż się wplatają przekazy mniej sprzyjające, takie wirusy, programy przesterowujące nas z prawdy na iluzję. Wszystkie uczucia są również wytworem naszej wyobraźni. Kiedy przekraczamy dołujące emocje w kierunku tego, co nas cieszy łamiemy kod programu i wyzwalamy się spod jego niszczącego wpływu. Bo programy są niszczące. Czasem trudno to zrobić kiedy program jest głęboko osadzony, niewidoczny, ale autodestrukcyjny. W przeprogramowaniu dążenia np. do niewłaściwych ludzi, którzy nas ranią, potrzebna jest głęboka znajomość siebie, swojej natury. Żeby zobaczyć trochę z góry i z boku swoje zachowania, uwarunkowania z dzieciństwa i wziąć za nie odpowiedzialność, nie kogoś obwiniać, ale wyciągnąć lekcję. Bo życie w tym świecie jest taką lekcją wieloprzedmiotową z dochodzenia do prawdy, swoją własną drogą.

Czym jest więc siła, która nas prowadzi, przez czasem bolesne, trudne ścieżki? To karma, która ciągnie nas tam, gdzie możemy najwięcej doświadczyć. Świat idealny, bez trosk, bez wrażeń, nie uczy tak, jak ten, który czasem doskwiera. Stara prawda o dochodzeniu do świętości, czyli prawdy, przez cierpienie jest faktem. Cierpienie nie jest wcale celem, jak nam czasem opatrznie wmawiają. Jest drogą do zrozumienia. A umyślne umartwianie to, moim zdaniem, zwykłe zagubienie.

I teraz najbardziej ryzykowny z moich poglądów. Karma determinuje jakie życie nam się zdarza. Gdzie się rodzimy i wszelkie okoliczności tego, jak żyjemy. Wszystko to ma nam pomóc w dotarciu do prawdy. Każde zatem doświadczenie jest bramą do nowego punktu w kolejnym wszechświecie. Idziemy jak mrówki po pajęczynie i tylko od nas zależy, jakie tym razem wybierzemy doświadczenie, czy w kierunku środka, czy na zewnątrz, czy do sedna istnienia czy iluzji, która jest zwykle łatwiejsza, nie mylić z dająca szczęście. Jeśli świadomość mamy dostatecznie głęboką i czystą, prawda o tym, że wszystko wokół sami tworzymy myślą, jest łatwa i zgodna ze współczesną fizyką. Materia jest początkowo tylko energią jaka się zmienia w obiekt wygenerowany w naszej świadomości, a to co generować jak stół, krzesło, królika i ogień, uczymy się w młodości, przez naśladownictwo. Podobnie jak to, czego się bać, co kochać, czego unikać.

Oczywiście taka jest moja koncepcja rzeczywistości i zupełnie się ona nie wyklucza z każdą inną koncepcją, jaka się wam nasunie, bo przy nieskończonej liczbie wszechświatów, każda teoria znajdzie swój dom. Mój oparłam na swoim rozumie i percepcji, a także na odkryciach osób ode mnie niezależnych. Nie przywiązuję się jednak zbyt mocno do koncepcji. One w moim świecie wciąż ewoluują. Wszechświat ludzki, czy nieskończona plątanina wszechświatów mnie ujmuje, za serce, bo tak świat widziałam w dzieciństwie i młodości, tylko zapomniałam, na korzyść innych koncepcji. Między innymi materializmu. Teraz się z niego wycofuję, albo raczej przemodelowuję.

Mając taki wgląd w strukturę rzeczywistości, ważne jest, aby świat traktować jak obiekt miłości i dbać o niego, w każdym aspekcie, bo dzięki temu życie ludzi staje się lepsze. A ludzie oddziałujący na siebie dobrą energią zdwajają, rozmnażają dobro dalej. Tak powstają fale zmian świadomości ogólnej. Jeśli ktoś z pełną wiarą zaczyna ten proces i wysyła dobro, ono się multiplikuje w sercach innych ludzi, które wibrują tą samą pozytywną energią. I ta energia wraca do nas jak fala odbita. Prosta prawda, że dobro rodzi dobro i wraca do nas. To samo jest ze złem jakie roznosimy. Często przez nasze pomieszanie nie widzimy, że robimy coś złego, ale jeśli po czasie dostrzeżemy konsekwencje naszych poczynań, nie wypierajmy się ich, weźmy na siebie i nauczmy się tego co daje to doświadczenie. Istotne są bowiem nie wyrzuty sumienia i kara, ale nauka i nie powtarzanie błędów. Wszechświat pamięta wszystkie nasze przejścia, wybory. Jeśli nie przejdziemy drogi poprawnie, wracamy na start i idziemy ponownie, przyciągani przez odpowiednie doświadczenia. Jako istoty inteligentne, musimy pojąć wszystko co najważniejsze. Buddda, Jezus, Kriszna, Jung mówili o tym samym. Warto się nad tym zastanowić, ale bez uprzedzeń. Dla każdego z nas prawda jest trochę inna, bo każdy z nas jest w swoim wszechświecie, ale trzeba ją poznać zanim nie rozstaniemy się ze zmysłami, jakie nas prowadzą przez to życiowe, ludzkie doświadczenie.

Zapachniało religią. Dla niektórych matematyka jest językiem Boga. Myślę, że jest raczej językiem naszych interpretacji Boga, którego próbujemy doświadczyć i zunifikować, żeby zrozumieć sens naszego życia. Dlatego też narodziła się numerologia. Interaktywna wymiana symboli ze wszechświatem. Wszechświat do nas mówi, do niektórych liczbami, do innych muzyką, obrazem. W każdym razie sztuką. Czasem nie umiemy tych znaków odczytać, bo nie zaglądamy w siebie. Dziś dostałam znak. Na stole w pracy, w pokoju socjalnym po długim weekendzie majowym zobaczyłam książkę. Wiem, że czekała na mnie. Nikt nie wie, kto ją tam położył i nikt oprócz mnie nie był nią zainteresowany. Tytuł „Dynamiczna kontrola umysłu metodą Silvy”. Wygląda jakby ktoś ją czytał, a nawet siedział na niej kilka razy. Postanowiłam wziąć i przeczytać. Zobaczymy dokąd mnie ten wybór doprowadzi. Jedno jest pewne. Kiedy się smucę i martwię, na zewnątrz pogoda robi się ponura. Kiedy śmieję się i jestem spokojna, świeci słońce, a niebo jest lazurowe jak w Lawrence w Kansas. Od kilku miesięcy sprawdza się to co do dnia i godziny. Co do chwili. Warto, żebyście sami to poobserwowali, dla siebie. Może u was jest inaczej. A może podobnie. W końcu to czytacie, więc w jakiejś mierze potrzebujecie tego w swoim życiu. Do czego? Zależy tylko od was.

Na koniec podsumowanie tego skrótu moich rozważań. Każdy z nas, w każdej chwili jest dokładnie tam, gdzie ma być i kim ma być. Jest doskonały, kompletny, tylko nasze programy zasłaniają tę prawdę i pchają nas w zwątpienie. Tak mi przyszło do głowy, że kocham bzy, ich zapach, kolor, kształt kwiatów, pęków fioletu, lawendy albo bieli. Te kwiaty są dla mnie idealne, perfekcyjne w swojej materializacji. Potrzebujemy piękna i je tworzymy, nie tylko rękami, umysłem, to znaczy, że sami, wewnętrznie też jesteśmy piękni.

O miłości do rozmawiania

Uwielbiam rozmawiać. Uwielbiam słuchać ludzi. Robię to pasjami. Ludzie mają tak wiele wspaniałych rzeczy do powiedzenia, tak wiele zaskakujących wskazówek dla mnie, kiedy ich spotykam i słucham uważnie. Słucham nie tylko uszami, słucham sercem. Moje serce doskonale rozpoznaje emocje, jakie kryją się za poszczególnymi przekazami słownymi. Na tej podstawie umiem czasem pomóc komuś wydostać się z plątaniny w jaką wpadł, nie rozwiązuję niczyich spraw, ale patrzę i jestem lustrem. Z własnych doświadczeń, z rozmów z ludźmi mogę śmiało powiedzieć, że wiele rozmów jakie prowadzimy, prowadzimy do samych siebie. Nasze mózgi inaczej pracują nad poszczególnymi koncepcjami, kiedy możemy zobaczyć ich odbicie w czyichś oczach, takie odbicie fali, która wraca do nas i coś nam odkrywa na nowo. Wtedy myśl wypowiedziana, przefiltrowana przez kogoś, kto słucha, staje się więcej wymiarowa, przez pryzmat czyichś doświadczeń, przez kontakt. Nie chodzi wcale o to, że ktoś nam potakuje, lub zaprzecza, że mówi co zrobić. Kiedy uważnie słucham człowieka on widzi w sobie samym kształt swoich słów, konotacje i umie sobie wytworzyć lepszy obraz tego co omawia, pełniejszy, a przez to mądrzejszy obraz sytuacji, człowieka, siebie. W tym sensie jestem lustrem. Zaś kiedy sama mówię, ktoś inny filtruje moje słowa przez siebie i odczuwa to, co wysyłam, co zmienia w nim wyobrażenie o jego sprawach, zmienia, a czasem ustawia, na nowo. Taka ewolucja w wyniku rozmawiania.
Dlatego kocham rozmawiać, ale też się staram słuchać tak, jak powinno się słuchać. Nie oceniam, nie chwytam za słowa, chyba, że są kluczem do zrozumienia pojęć i kamieniem milowym jakiejś większej wizji.
Kocham też pisać, bo pisanie jest jak rozmowa ze sobą, wyekstrachowana na papier – komputer.
Jest tylko jeden warunek dobrej, efektywnej rozmowy. Szczerość. Jeśli jestem z kimś i on kręci, rozmowa zgrzyta jak stare zawiasy, bo ja aż do bólu jestem uczciwa. To czego nie chcę powiedzieć zastrzegam, albo przemilczam, ale nie konfabuluję, nie kłamię i nazywam rzeczy takie, jakie są, nie koloryzuję, nie podpinam cekinów, nie wydymam jak balon, tylko kładę. Sprawę po sprawie, zdanie po zdaniu.
Czasem w rozmowie zachodzi impas, kiedy strony się nie dogadują w podstawowych sprawach, jak wspólny zespół pojęć. Dla jednych miłość to niezła zabawa na boku i dla pozoru nazywają to co robią ciut inaczej, bo czują, że druga strona używa pojęć prawidłowo. Kiedy się kocha to się postępuje uczciwie, nawet jeśli się traci. Bywa, że ktoś jest takim narcyzem, że stwarza sobie własne definicje i się ich trzyma, zmuszając innych do ich akceptacji, albo świadomie manipuluje rozmówcą, żeby się wybronić z niewygodnej sytuacji. To kiepsko dla tych innych. Zanim się zorientują co rozmówca miał na myśli, rozmowa może zabrnąć za daleko.
Słowa „służba”, „ojczyzna”, „pomoc”, wydają się uniwersalne, ale kiedy widzimy, jak wypływają w kontekście polityków czy ludzi fałszywych, włos się jeży na głowie. Co tu mówić o „honorze”, „miłości bliźniego” czy „sprawiedliwości”. Do wszystkiego dochodzi kontekst. Ktoś jest tchórzem, i wymyśla sobie, że miłości to seks, bo się boi emocjonalnego zaangażowania i pracy nad związkiem, a ktoś, że rodzina to wyłącznie mama i tata, bo jest uprzedzony i nie umie się otworzyć na koncepcję dwóch tatów z dziećmi. Warto więc rozmawiać ustalając najpierw zestaw pojęć i definicji konieczny do prowadzenia rozmowy, do relacji, do wymiany doświadczeń. Kiedy widzę jak ludzie się kłócą, to myślę sobie, że w większości mają problem z ustaleniem podstawowych pojęć, a nie z wrogością w ogóle. Kiedy komuś odpowiada wolny związek oparty wyłącznie na seksie, albo wyłącznie na wychowywaniu dzieci, nie ma powodu się kłócić. Sprawa uprzednio uzgodniona pojęciowo jest oczywista i czysta.
A co jeśli chodzi o emocje w dialogu? Dialog to wymiana dwu, bądź więcej osób. Zwielokrotniony tygiel interakcji. Kiedy już wiemy czym są dla nas pojęcia podstawowe, o jakich rozmawiamy, trzeba zadać sobie trud analizy tego, co druga strona mówi, nie w kontekście emocji, ale faktu i właściwej interpretacji.
Przytoczę przykład. Teściowa podczas obiadu u synowej:
– Ten schab to pewnie mój syn zrobił.
Kontekst pierwotny, emocjonalny: teściowa synowej nie lubi (to fakt), więc szydzi (ocena na podstawie doświadczeń, bo często tak robi względem innych), że tylko jej syn może dobrze coś ugotować. Żeby się nie dać wciągnąć emocjonalnie w narzucającą się interpretację, należy wejść oczko wyżej. Wszak teściowa stwierdziła, że schab jest dobry. Ponieważ synowa go zrobiła, powinna się poczuć doceniona. Jej mąż obiektywnie bardzo dobrze gotuje.
– Nie, schab ja piekłam – mówi.- Smakuje ci?
I sprawa załatwiona. Po chwilowym impasie rodzice synowej szczerze komplementują menu i pytają o przepis. Rozmowa się toczy dalej swobodnie, a teściowa już jedzenia nie komentuje.
Taki prosty manewr wytrąca mieczyk z ręki, a czasem niezłą truciznę, zwaną agresją pasywną. Technika uwalniania dla nas do praktycznych ćwiczeń. Czasem warto się też dopytać, o co człowiekowi chodzi, kiedy się takich jadów chwyta. Czasem to niestety tylko odruchowe podgryzanie innych. Na to jest jedna rada. Nie dać się wkręcać w emocje i kłótnie. Ludziom złośliwym to wytrąca oręż, a nas ochroni przed zatruciem. Złośliwości bowiem nie da się zreformować, chyba że złośliwiec tę potrzebę czuje i ćwiczy swoje własne odtrucie. Bo rozmowa ma cel wyłącznie konstruktywny. Wymianę informacji, wrażeń, nie walkę zaczepną z podchodami. Ja się dopytuję, albo trzymam z daleka od ludzi takiej orientacji. I wychodzi mi to na zdrowie.
Szczerze wszystkich pozdrawiam w ten kolejny prześliczny majowy dzień, przed lub po degustacji życząc dobrej komunikacji ze wszystkimi ludźmi jakich spotkacie na drodze życiowej.