O miłości i poświęcaniu się

Wychowano mnie na dziecko grzeczne, układne, które chętnie odda zabawkę, niczego nie pragnie, nie ma potrzeb oprócz spełniania wymagań innych i żyje w poczuciu zakłopotania, po co właściwie jest na świecie. Moja matka całe swoje życie się poświęcała, tak jak cała jej żeńska linia. O tym poświęceniu wiecznie słyszałam. Wyrosło na cnotę większą niż miłość, bo dla wszystkich oczywiste było, że poświęcenie to droga do doskonałości. Tylko czyjej? Poświęcenie mojej matki okupione było poczuciem winy otoczenia, któremu wypominała niezaradność, ale nie umiała puścić sznurków swojego uzależnienia. Swoją drogą czcicielami poświęcenia są religie w skrzywionym obrazie: „Oddaj majątek, srebra i maybacha, a my ci załatwimy windę do nieba w pierwszej klasie.” To inny temat. Codzienne poświęcanie się więc wchłonęłam bardzo wcześnie. Dlatego, kiedy widziałam kogoś w potrzebne, po prostu nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pomóc, często własnym kosztem. I oczywiście czułam brak symetrii w dawaniu z siebie, ale sądziłam, że tak jest dobrze. Jestem silniejsza, bardziej świadoma, więc podołam i na plecach wciągnę tego czy innego, skoro sam nie może. Do czasu.
Pewnego dnia poczułam, że lata takich poświęceń bez perspektywy na uwolnienie to za dużo, że prędzej sama się wyczerpię niż dojdę i dociągnę wszystko wokół. I stanęłam. A ziemia kręciła się nadal beze mnie. Potykała się wpadała we wściekłość, że mnie nie ma, że nie biegnę w popłochu, ale nie miała wyboru. Żyła. Ja się przyglądałam, jak spadają kolejne przekonania, że gdzieś w konkretnym miejscu jestem niezbędna i odpuszczałam. Szczególnie miejsca, gdzie być nie lubiłam, gdzie chłonęłam dużo jadowitego niespełnienia innych, którym pomagałam. Samo zatrzymanie kołowrotka zdarzeń pozwoliło mi na dystans. Przestałam czuć się odpowiedzialna za sprawy poza moją kompetencją, zbilansowałam sobie zyski i straty z kontaktu z poszczególnymi osobami, i jak brzytwą odcięłam te, co mnie obciążały, a inne przedefiniowałam tak, by czuć się wszędzie sobą. Zawsze o to dbałam, ale teraz nie dawałam więcej niż potrzeba. Nie wkręcałam się w życia innych z matczyną troską, ale z chłodnym okiem przyjaciela i mocnym ramieniem w odwodzie.
Poświęcanie ma też inna, ciemną stronę. Kiedy taki poświęcacz dostanie coś od człowieka, czuje się na tyle wyjątkowo, że wyolbrzymia to co dostał. W końcu tyle dał, a rzadko ktoś się odwdzięcza. Byłam przesadnie wdzięczna za skrawki, jakie otrzymywałam, ale i nie umiałam zważyć, że jestem cenna, że kontakt ze mną, moja postawa daje ludziom wiele dobrego i nie ceniłam dostatecznie siebie. Teraz nie rozdaję się jak kiedyś. Jestem otwarta, ale nie na każdego. Ludzie pazerni, chciwi, których kiedyś postrzegałam jak biedne zagubione dusze, nie najedzą się przy mnie. Szlaban.
Poświęcenie jako program nadal przerabiam względem dzieci. To najtrudniejsze w moim życiu, oddzielić co jest miłością i je wzmocni w przyszłości, a co poświęceniem, które je obarczy zależnością. Już takie skrajne sytuacje zależności widziałam. Nie chcę ich zafundować dzieciom. Dużo muszę sama odkryć bez właściwych wzorców z domu. Poświęcenie poprzednich pokoleń mojej matki wyłączam w moim pokoleniu. Poświęcenie tysięcy „Matek Polek”, o których się mówi z fałszywą czcią. Zamykam. W zamian za to daję wsparcie i zrozumienie, jakie procentuje w przyszłości do samodzielnego życia, bez obciążeń noszenia czyichś problemów na karku, szczególnie moich. Moje dzieci będą miały dość swoich do rozwiązania. Jak ja miałam i mam nadal.
Oswobodzenie z poświęcania nie oznacza wcale egoizmu. Ktoś, kto miał tak przechyloną szalę na niezdrowe poświęcanie zyskuje balans i jest bardziej zdrowy, zdrowo też podchodzi do życia. Trochę jak w tangu, jak partnerka za dużo potrafi i zawsze ratuje partnera z jego niezdarności, to jak ten partner ma się nauczyć, jak dobrze prowadzić? Toteż ja pozwalam się ludziom uczyć samodzielnie przy mnie, ale i beze mnie. I to się naprawdę sprawdza.
Zrzucając ten balast, program na wyczerpanie moich baterii życiowych pojęłam, jak mocno umiem pomóc wskazując tylko, bez wchodzenia w czyjeś buty, przejmowania się jego sytuacją, bez niańczenia. Perspektywa jaką zyskałam jest może i chłodna w stosunku do poprzedniego zaangażowania, ale o wiele bardziej konstruktywna i tak mnie nie spala, jak ta pierwsza, jaką stosowałam instynktownie. Patrzę na ludzi jaśniej, pogodniej i tak jest chyba lepiej im pomagać, niż zmagać się za nich z rzeczami, jakie sami rozwiązać muszą prędzej czy później. W końcu też nauczyłam się prosić o pomoc, bo ktoś tak przeładowany poświęceniem nie chce skazywać na własny los innych i nie prosi. Więc już proszę, kiedy muszę, nie martwię się czy wypada. Każdy może odmówić. Ja też odmawiam, nie walcząc ze sobą. Zwyczajnie. Bo mój czas, moja energia są cenne, jak czas i energia każdego człowieka, którego życie splata się ze mną i ucieka. Warto tę energię zużywać na to co nam sprzyja, nam wszystkim w harmonijnym współistnieniu. Dawaniu i braniu, w wymianie, która prowadzi do naszych celów.

O miłości i poczuciu szczęścia

Tak się jakoś składa, że tematy toczą się same. Piszę o doświadczeniach, które się manifestują w życiu moim i moich bliskich, przyjaciół, znajomych. Dziś drąży mnie myśl, że coś przegapiam. Skutecznie przegapiam w życiu i postanowiłam pisać, bo w pisaniu często dochodzę do tego co ważne, sama. Jakbym dała się prowadzić … komuś.

Szczęście, to kwestia wyboru. Wybierając marudzenie, niezadowolenie i wyrażanie słowami nieszczęścia to, co szczęśliwe przepędzamy z zasięgu naszego istnienia. Ono nie ma dostępu do nas kiedy się wplątujemy w dyskusje o negatywności, nieszczerości świata, katastrofach, niespełnieniach. Wypełniamy się do pełna tym, co mówimy, ono wpada do naszej żyznej podświadomości i zaczyna kiełkować, żeby stać się pełnoprawną rzeczą, sytuacją, manifestacją, jaka obrodzi. Mówiąc o chorobach, wypadkach, złych prognozach, wytwarzamy w sobie obraz, jaki trudno przełamać dobrocią, łagodnością, pięknem. Tak przywykliśmy do tego, że wspaniałe rzeczy są niecodzienne, że nie pozwalamy im się zjawiać. Mam kolegę, który na każde pozytywne stwierdzenie odpowiada ostrożnym, zwykle negatywnym komunikatem. Jakby obawiał się tych dobrych, nawet jeśli obiektywnie coś dobrego się zdarza, jak słońce wiosennego dnia. Myślę, że od czasów dzieciństwa, wpaja się nam, że smutek i powaga są uznawane za objaw dojrzałości. Bo ten co się śmieje, jak głupi do sera, pewnie jeszcze nie dostał po nosie od życia. I tak na spółkę się silimy, żeby sobie dodać powagi smutkiem, frustracją i postrzegamy to jako rozsądne. Lepiej się nie nastawiać na coś dobrego, żeby się nie sparzyć. Im dłużej na to patrzę, tym więcej mam podziwu dla dziecięcej naturalności w odczuwaniu szczęścia. Dorosłemu musi zajść 7 tysięcy okoliczności, żeby ocenił, że mu się zdarzyło, a dziecko cieszy się z tego tylko, że przyszło na świat, że ma lalkę, że chodzi i się przewraca nie częściej niż raz na godzinę i woda kapie z nieba, a w kałuży może mieszka ryba. Warto sprawdzić, jak mama nie zdąży zatrzymać.

Co nas tak obciąża niespełnieniem, że nie umiemy się cieszyć jak dzieci samym tylko istnieniem swoim i rzeczy jakie nas otaczają? Dlaczego tak usilnie staramy się ten świat naprowadzić na danie nam szczęścia, co kosztuje lata całe pracy, energię rozszczepienia atomu i nie ma, jak to w przyrodzie, pewności czy nam się uda? Co nas tak zamyka na istniejące cuda, które ludzie o otwartości umysłu dziecka widzą każdego dnia tysiącami? My sami. Dlatego mówię, że szczęście to kwestia wyboru. Wybieramy, że będziemy się cieszyć tylko pod pewnymi warunkami i grodzimy się nimi od szczęścia na mile morskie. A to będę się cieszyć jak ten projekt skończę, a to w piątek, bo weekend, a to po spotkaniu z trudnym klientem, szefem, a to kiedy wreszcie rurę mi naprawią, albo kupię ten zestaw do kawy, cudny, albo kiedy jest słońce, bo sorry bez słońca dzień jest nieciekawy, ludzie nudni, smutni, i wszystko ciągnie się jak flaki.

Ja nie mówię, żeby skakać do nieba z wymuszenia na sobie radości, ale żeby się przynajmniej oduczyć mówić o negatywności tego co nas z prasy, telewizji i innych info zalewa, po szyję. Jak się komuś dom spalił – to się spalił. Można mu pomóc? To pomóc, nie dyskutować, upajać sie każdym zwęglonym krzesłem. To jakaś paranoja, że nas to tak pochłania, upajanie się czyimś nieszczęściem. Na zasadzie, nie jest mi tak źle, mój dom jeszcze stoi. Jeśli ktoś do poprawy humoru potrzebuje się od takiej tragedii odbić, to gratuluję, w sarkastycznym tonie oczywiście. Takie rozmowy mają sens tylko wtedy, kiedy są konstruktywne, kiedy się mówi o faktach i dąży do rozwiązania. W innych przypadkach to tylko upajanie swojego ego, pozorowanie mądrości.

Jestem realistką, wiem jak trudno przełamać ten schemat negatywnego myślenia. „Oj, niech się tak nie cieszy, jeszcze go życie skoryguje”. O rany i co z tego, że skoryguje. Skoro skoryguje, to tym bardziej warto się teraz cieszyć, że jeszcze odpuszcza i nie włazi nam w życie. Niech czeka na swoją kolej. Teraz się cieszymy, jak ja z jazdy samochodem, że chrypnę od śpiewania i śmieję się z siebie, kiedy nie wyciągam dobrze tonów, że syn mi się zbiesił, a córka wyładniała i zaraz czas kupić wiatrówkę na chłopców.
I przyszła na mnie właśnie pora, że się cieszę nie do sera, a do kwiatów w pracy, bo zarosłam dżunglą i nie ma gdzie ich przestawić. A może też, że nie mam wrogów, nikt mi źle nie życzy. A jak życzy to nie ważne, bo mnie to nie rusza. Mam swoją karmę. I, że jestem tak niezwykle obojętna na wiele cywilizacyjnych chuci w stylu materialno-elitarnym, na widok których, innym tylko się dziura w sercu otwiera i wyją z pustki. Kiedyś przyszłam do światłej osoby, a ta mi powiedziała: „Pani jest taka promienna, ale to się może zaraz skończyć, więc proponuję pakiecik.” No, jak znalazł! Gdzież miałabym szukać mojej promienności, jak nie u innych. Pakiet, skutecznie podany, pewnie na czas określony, do następnej sesji.


Sami możemy być swoimi nauczycielami w szukaniu szczęścia. Tylko my wiemy co nas uszczęśliwia. Nikt nam nie musi tego mówić. Wystarczy się głębiej w siebie zanużyć, wejść do kałuży pod nieobecność rodziców i spytać: „Chcesz się bawić?” A odpowiedź przyjdzie sama. Ta zabawa, może być niecodzienna, jak moje tango, malowanie Iwonki, rowerowy wycisk Magdy, czy śpiewanie Lenki, pływanie kajakiem Leszka albo rejsy Tomka, jak zdjęcia nieba Ani, bębny Małgosi, i jak każda myśl pełna słońca, która wynurza nas nad powierzchnię codzienności, gdzie w końcu nie czujemy granic. Bo szczęście jest świadomym uczuciem sięgania nieskończoności, którą każdy inaczej opisuje. Dla ludzi religijnych jest przejawem boskości, dla innych harmonią w świecie pełnym chaosu. Warto więc w obu przypadkach dostrajać się do jej głosu, wibracji, pełnej miłości, jednej z wielu jakie nas otaczają i zwyczajnie oddalać to, co nam nie służy, co nas zniewala do podróży przez mętne odchłanie zwątpienia.

Melancholijnie, albo z buta, czas już powiedzieć smutkowi: „Do widzenia”, by dzień się udał. Mój się uda!

O miłości i wybaczaniu

Nie zrobimy w swoim życiu postępu, jeśli nie wybaczymy. Szczerze, prawdziwie, dogłębnie, pełni siły, wybaczymy tym, co nas skrzywdzili, zadali rany, lekceważyli, nie szanowali, słowem – nie kochali. Wybaczanie nie jest trudne, kiedy przychodzi na nie pora. Wtedy wystarczy puścić żal, smutek, poczucie bycia ofiarą i wszystkie pozorne korzyści z tego wynikające. Zainteresowanie ludzi, współczujące spojrzenia, poklepywanie po plecach, słowa otuchy i przytulenia. Pozwalając temu odejść pozwalamy odejść cierpieniom, a pustka po nich zapełnia się powoli akceptacją. Zrozumieniem, ze już nie trzeba kurczowo trzymać się stromego zbocza z gniewem, że nikt nas nie ratuje. Kiedy puścisz wszystko po kolei palec za palcem, poczujesz jak z tyłu, na twoich plecach za skrywaną maską ignorancji i obciążającego cierpienia wykluwa się wielka tajemnica. I kiedy odpadniesz całkiem od ściany płaczu, z szumem wzniosą cię do góry twoje własne skrzydła. Niekiedy wisimy ma tej ścianie zbyt długo, by uwierzyć, że wybaczanie pomoże nam przeżyć w innym stanie niż z napiętymi do bólu mięśniami i uwagą skierowana na ochronę przed upadkiem. Siła naszych ramion w końcu się wyczerpuje i, jeśli jeszcze tli się w nas wiara, że nie jesteśmy tylko marnym pyłem, ta resztka wewnętrznego płomienia może wypali nam skrzydła na plecach nim spadniemy na samo dno. Nie czas tu jest ważny, a postrzeganie świata. Miałam silne ramiona jak atleta. Kiedy spadałam byłam gotowa się rozbić, ale w głębi siebie wiedziałam bardziej niż kiedykolwiek, że wystarczy otworzyć oczy i zobaczyć, że stoję stabilnie w powietrzu, uczepiona wirtualnej ściany. Odwróciłam się w jednej chwili i czas mnie już nie dotyka wyrzutami sumienia, że tak długo czekałam z tym otwarciem. Bo czas to fikcja do odmierzania naszego nieskończonego istnienia. Wybaczyłam wszystkim i sobie samej na końcu. Sobie samej wybaczyć jest najtrudniej. Przeoczenia, zaniechania, udawanie, iluzje, że widziałam prawdę, ale się jej wyrzekłam. Na chwile wyrzekłam się siebie i nie podążałam za swoim sumieniem, sercem, rozsądkiem, w przebraniu, grałam role kogoś, kim nigdy nie byłam. Dla mirażu idealnego życia o jakim śniłam. Ten czas trwał chwile. Teraz nadeszła chwila z jaką się mierze, jak z wysoka góra, albo piramidą schodkową, stopień za stopniem, noga za nogą. I choć wiem, że wszystko jest iluzją, to ta iluzja wydaje się prawdziwa, kiedy większość ludzi dla niej robi rzeczy niewyobrażalne.

Dlatego wybaczyłam i sobie, żeby przejrzeć na oczy w nowym paradygmacie odpowiedzialności za wszystko co mi się zdarzyło, od początku do końca. I nienawiść, i groza, i piękno, i miłość. Wszystko co nam się przydarza jest bowiem wynikiem pośrednich i bezpośrednich wyborów całego naszego życia. Wzięcie za nie odpowiedzialności jest częścią ludzkiego samookreślenia, dojrzewania. Bez odpowiedzialności za całe swoje życie nie ma nas, jako autonomicznych jednostek w przestrzeni świata. Bezwolni, bez wpływu, z założenia stanowimy nieistotny element krajobrazu, jaki nic nie może, i jaki przestawiają inni zgodnie z własnym wyczuciem przestrzeni, porządkując nasze miejsce w życiu, a tego przecież nie chcemy. Chcemy być wolni, niezależni od innych, choć będziemy z nimi spleceni, tworząc coś dla siebie w poszanowaniu własnych granic i wyobrażeń o szczęściu. Kocham tańczyć i nie wyobrażam sobie żeby jakiś człowiek mi zabraniał chodzić na tango, a jeden mi perswadował, że tracę czas zamiast rozwijać się w „pożyteczny” sposób. Ale ja wiem sama co jest dla mnie dobre, co mnie wypełnia pozytywną myślą, nastrojem i radosnym poczuciem zmęczenia. Żeby się tak oprzeć cudzym opiniom w drodze do własnego szczęścia, trzeba przestać się obwiniać i wybaczyć sobie, ludziom i wziąć odpowiedzialność za absolutną całość. Z tego rodzi się potężna pewność, że nasze życie należy do nas w sposób ze wszech miar zasłużony i możemy w nim wykonać nie jeden udany albo nieudany pivot, albo boleo, potknąć się na nogach partnera podczas sacady. To wszystko mija, a kiedy kolejny raz idziemy na tango, w życie, co chwilę, możemy coś poprawić, poćwiczyć i bawić się tym nie obciążając, że nie wszystko nam wyszło jeszcze w życiu. Bo gdyby już nam wszystko wyszło, gdzie mielibyśmy ulokować poczucie satysfakcji, jaką czujemy, gdy pokonujemy przeszkody? Co by nas motywowało do istnienia?

Jak wybaczać? Nie ma reguł, po kolei, chronologicznie, alfabetycznie, osobami, miejscami, intensywnością ran od najmniejszych do największych, albo odwrotnie od traum do uraz, chaotycznie. To się samo robi, kiedy w końcu się zgadzamy na wybaczenie i odpuszczenie. Zwykle świat nas inspiruje do tego od czego zacząć. Wystarczy być uważnym i z samego rana, kiedy jesteśmy między snem a obudzeniem poczuć czy coś nas boli, drażni, przypomina się mimowolnie. I od tego zacząć. Można w środku dnia, jadąc autobusem sprawdzić to samo, to co nas obciąża, albo po prostu wtedy, gdy będziemy gotowi się przyznać, że coś mamy do wybaczenia innym i sobie, i pozwolić sobie na powrót emocji, jakie towarzyszyły nam w przeszłości. Złości, skrzywdzeniu, lękowi, żeby wróciły i wypłynęły z naszej podświadomości. I przepuścić je przez swoje ciało. Powiedzieć sobie: „widzę, czuję i wybaczam” i naprawdę to poczuć. Czasem warto to robić w bezpiecznym otoczeniu, bo jedna mała uraza potrafi być wierzchołkiem góry lodowej, nieuświadomionej w naszym wnętrzu. Można podczas medytacji, modlitwy, jak kto woli, na wycieczce rowerowej, plaży, w ogrodzie podczas kopania grządek, pozwalając sobie na regresję w czasie skupić myśli na dojmującym wydarzeniu, osobie. Kiedy emocja wraca, przez chwilę czujemy się gorzej, ale dynamika emocji jest znana, najpierw stromo się pnie do góry, potem spada. I odchodzi. Odchodzi na zawsze, a wraz z nią cały balast skojarzeń, myśli, wewnętrznych blokad, których czasem nie widzimy, tak są wtopione w naszą podświadomość. Wybaczanie zdejmuje z nas te siły, które przyszły nie zapraszane, które nas ograniczyły. Wiedząc o nich nie warto walczyć z nimi zajadle, przetrenowywać muskułów umysłowych tłumaczących naszej podświadomości, czemu ta konkretna rana nas nie boli. Takie chroniczne wyparcie samo w sobie jest ograniczeniem. Trzeba szczerze przyznać, że rana boli, ale dając jej miejsce na wyrażenie siebie w emocji, wyzwolić ją na zawsze. Robiąc to ciągle, obserwując emocje i swoje działania, stajemy się tak bardzo świadomi siebie, że trudno będzie nas w przyszłości zranić, omamić strachem, albo nienawiścią. Rozumiemy więcej i choć więcej odczuwamy, nie zatapiamy się w emocje, ale wypuszczamy je w przestrzeń pozwalając sobie na wolność w podejmowaniu decyzji i wybór tego co nas nie rani, a pozwala nam rosnąć. Im więcej odpuścimy wybaczając, tym więcej w nas zrozumienia i czystości w zgodzie z własnym JA. A wtedy przychodzi spokój i miłość, do świata i ludzi. Czujemy się częścią jasnej drogi, która nas nie łudzi spełnieniem w nieistotnych aspektach. A kiedy zrozumiemy siebie, bez zaciemnień, na końcu drogi wybaczania, czeka prawdziwa wolność. Sedno istnienia człowieka.

O miłości i bliskości

Do napisania tego tekstu zostałam wyzwana, a że ostatnio nie boję się wyzwań, więc postanowiłam sprostać i dziś się postaram ująć parę aspektów, jakie wypłynęły w trakcie naszego ostatniego spotkania z tangiem, kiedy Maria uczyła nas idei objęcia. Dokładnie idei i praktyki.
Objęcie w tangu jest bliskie, nie koniecznie w sensie fizycznym, jak je sobie wyobrażamy, ale mentalnym, bo między partnerami zachodzi wymiana energii. Stąd taki kłopot z tangiem w ogóle, że energię trzeba przekazać, ale też trzeba umieć przyjąć, więc otworzyć się na nią, a co za tym idzie, otworzyć się na bliskość.
Są różne rodzaje bliskości. Intelektualna, kiedy z kimś świetnie nam się rozmawia na wspólne tematy, czujemy wtedy ten przepływ energii w rozmowie i każdy wie o czym mowa. Bliskość mentalna, kiedy mamy podobne wartości i odczuwamy podobieństwo w innych, łatwiej nam się wtedy dopasować, zgrać werbalnie. Mam na myśli wiek, doświadczenie, sposób patrzenia na życie, czyli pokrewieństwo nie koniecznie rodzinne. Jest też bliskość fizyczna. O ile pozostałych możemy doświadczać mniej lub bardziej bezpiecznie w naszych kanonach społecznych, o tyle ta ostatnia kuleje, moim zdaniem, na potęgę, bo bliskości fizycznej  przypisałiśmy łatkę.
Moim zdaniem to, jak odbieramy bliskość wszelkiego rodzaju świadczy o naszym kontakcie z sobą samym, nie innymi. Po prostu, nasz stosunek do bliskości określa, jak blisko jesteśmy z naszym wewnętrznym JA. Kiedy rozmawiamy, widzimy innych empatycznie, albo zamykamy się na nich. Obserwując siebie jesteśmy w stanie dostrzec, gdzie w naszym wnętrzu czycha zadra, której sobie nie uświadamiamy, a która nam uniemożliwia spotkanie z drugim człowiekiem. Wsłuchując się wnikliwie w innych słuchamy tak naprawdę siebie w innej postaci fizycznej. Może to pokrętne, ale spróbujmy się kiedyś poobserwować, jak reagujemy kiedy ktoś mówi do nas rzeczy bolesne, wstydliwe. Jaki to w nas wywołuje dysonans. Taka bliskość daje nam szanse na weryfikację tego, co myślimy, jak działamy, jakie są nasze emocje i co nami kieruje. Warto się bacznie sobie przyjrzeć podczas rozmowy i znaleźć te sprawy, jakie nas blokują w życiu do większej otwartości na bliskość z innymi, na życie. Można to poćwiczyć w bezpiecznym gronie, ale też rozszerzać na inne obszary, sprzedawczyni w sklepie, pana na ławeczce w parku, czy kierowcy autobusu, kiedy wpuści nas życzliwie mimo, że mógł odjechać bez nas, jeden mały uśmiech i dziękuję, dzień dobry, przepraszam, do szefa w pracy, dzieci. Otwartość, szczerość w rozmowie, nieocenianie siebie i partnera jest wyzwalające i powoduje dużo prawdziwego szczęścia. Taka bliskość może spowodować, że zauważymy jak niewiele różnimy się od siebie w gruncie rzeczy, a to już jest kolejny poziom bliskości, pokrewieństwo. Kiedy rozmawiam z ludźmi, a dziś rozmawiałam z głodnym marynarzem pół-Portugalczykiem w tramwaju na Ochcocie, który pił od czwartku po rocznym zasłużonym pobycie w więzieniu, i któremu wręczyłam moją bułkę do pracy, żeby dojechał do córki do Wrocławia i odmówiłam kasy na papierosy i alkohol, żeby był zdrowy i wrócił do malowania, to widzę, jak jesteśmy sobie bliscy, kiedy nie oceniamy człowieka, ale go widzimy. Tylko widzimy, jak nas samych. Krzysztof-Marynarz, pożegnał mnie szarmanckim pocałunkiem w rękę i krótkim komplementem po portugalsku, wcinając moją bułkę wrocławską nota bene. W Portugalii mieszka niedaleko Lizbony. Lizbona mnie prześladuje w łagodnie szczęśliwy sposób.

„Zobaczcie człowieka w człowieku” – ja dodam, zobaczcie w nim siebie. Również w tangu, w kontakcie z człowiekiem.

Wracając do bliskości fizycznej, ta jest źródłem niesamowitej energii życiowej, zrodzonej z dotyku. Kiedy się przytulamy w tangu, tworzymy komfort partnerowi, ale też dbamy o siebie, o swój balans, postawę. Jak w dobrej relacji, nie uwieszamy się na nikim, bo jak go zabraknie to leżymy i kwiczymy. Balans, ale bliskość i odczuwanie, pozwalanie na przepływ energii. Trzeba być świadomym swoich barier i swojej siły, żeby pozwolić na wejście w swoją przestrzeń innemu człowiekowi. Trzeba mu coś sobą zaoferować, w tańcu – taniec, w relacji wspólną drogę życiową, w jakichś jej aspektach, może to być przyjaźń, wspólne podróżowanie, kino, rozmowa, praca. Wspólne tworzenie, bo tango tworzymy w parze, umożliwia właśnie bliskość. Można uczyć się figur do zdarcia obcasów i palców, do bólu pleców, ale nie zatańczymy tanga i nie stworzymy relacji w oparciu o złe podstawy, bez kontaktu. Dlatego wracam do podstaw i ćwiczę objęcie, komfort dla partnera, ale i dla mnie. To nie jest łatwe. Nie uczą nas tego w życiu, musimy to sami wypracować, a najpierw zauważyć taką potrzebę, w sobie.
A przytulanie, codzienne, ma zbawcze działanie. Może działać terapeutycznie na osoby zamknięte, sfrustrowane. Warto przytulać tych, których kochamy, lubimy, bądź spotykamy po to, by ich wesprzeć. Ktoś mi ostatnio powiedział, że jak się bardzo kłócił ze swoją partnerką, to najlepszym balsamem było chwilowe przytulenie nawet w środku kłótni. Moje dzieci przytulam regularnie, nawet syna, który przed kolegami się do tego nie przyzna, bo takie mamy błędne przekonanie, że bliskość fizyczna jest nieobyczajna, albo dla mazgajów. Kobieta siedząca na kolanie „obcego” mężczyzny zyskuje przydomek. Tak to działa. Dzieci i nastolatki próbują to przełamać, ale szybko ich wtłaczamy w nasze kanony społeczne. Zostaliśmy zaprogramowani na życie w dystansie, który nas w gruncie rzeczy rani i ogranicza. Przytulanie, dotyk, uśmiech, czy wnikliwe słuchanie innych, zaraz się kojarzy z nie wiadomo czym. A to przecież tylko kontakt, bliski kontakt i nic więcej. Do takiego kontaktu mamy wszystkie zmysły i warto się nimi posługiwać w celu większego zrozumienia świata i poczucia szczęścia w życiu, większej uważności i otwartości na przeżywanie. Kiedy znikają bariery uwarunkowań społecznych, że coś wypada, a coś nie, każdy z nas łatwo jest w stanie określić, jakie granice ma jego bliskość i mentalna, i fizyczna. Bo wbrew pozorom największą barierą dla naszej bliskości nie jest poprawność społeczna, a niezaglądanie do własnego wnętrza. Kiedy zaglądamy, widzimy siebie i akceptujemy to, jacy jesteśmy, wtedy nie boimy się kontaktu z innymi, nie boimy się odbioru nas w całej krasie. Bliskość obnaża nas wewnętrznie, dlatego nierozpoznani, bądź nielubiący siebie się ukrywamy w dystansie. Kiedy jednak się otwieramy na swoje dusze, z akceptacją na to kim jesteśmy naprawdę, otwieramy się na innych. A to jest megaciekawe, jak ciekawy jest wszechświat. Ja zawsze byłam ciekawa innych ludzi. Nie wszystkich chcę przytulać, ale lubię słuchać i mówić. Dlatego tak się jakoś dzieje, że mnie różni ludzie spotykają w celu wysłuchania, jak ten Marynarz. Długo by opowiadać. Słucham innych ludzi, mówię, stwarzam przestrzeń do otwarcia. Z tangiem jeszcze się biedzę, ale też załapię. To przyjdzie z czasem. Już czuję postęp i czuję, jak wiele barier pękło po ostatnich zajęciach, kiedy przytulaliśmy się w tangu, żeby nauczyć się prawidłowego objęcia. Jak zdejmujemy pancerze sztucznej poprawności i otwieramy się na siebie, na spontaniczne reakcje w bliskości, na ich akceptację. Taniec daje pole do wyrażania siebie w całości, pięknie i w harmonii z drugim ciałem, człowiekiem, z jego percepcją, finezją. Lepiej to wychodzi kiedy się rozumiemy poprzez otwarcie, na bliskość. Mamy jeszcze tyle do zrozumienia i wytańczenia w życiu. I to jest wspaniałe.
Na koniec nasunęła mi się taka myśl:

Dzielmy się tym, jacy jesteśmy, by inni rozumieli siebie lepiej, odbijając się w naszych wnętrzach.

I to tyle narazie, ale CDN.

O miłości i rozstaniach

Każda nasza relacja, z dziećmi, partnerem, w pracy, z rodzicami, przyjaciółmi kończy się rozstaniem. To fakt niezaprzeczalny. Albo ktoś odchodzi, albo my odchodzimy, dzieci dorastają, zmieniamy pracę, rozwodzimy się, wyjeżdżamy za granicę, ktoś umiera. Wszystkie te sytuacje są naturalne i wciąż się zdarzają, dlatego każda relacja powinna się opierać od początku na przekonaniu, że jeśli ktoś nam towarzyszy teraz, to z pewnością nastąpi rozstanie. Z pewnością, bezdyskusyjnie. Kiedy, to już zależy od okoliczności, ale wchodzenie w relacje na zasadzie nieskończoności to zwykłe samookłamywanie. Nie oznacza to paradoksalnie, że nie należy kochać albo się angażować. Wręcz przeciwnie.

Co daje takie podejście do związku, w który jesteśmy zaangażowani? Wolność i brak zaborczości. A to już warte jest przepracowania, kiedy widzimy ile energii pochłania zazdrość i potrzeba zatrzymania drugiego człowieka. Poczucie, że czeka nas rozstanie daje nam wolność przeżywania chwili, w jakiej właśnie jesteśmy, otwiera nas na zmiany i pomaga nie martwić się o przyszłość, która w finalnym sensie już jest ustalona. Tylko droga do niej może być różna, zależna od nas. Podejście z pozycji rozstania wyzwala również radość z cieszenia się chwilą, podnosi jakość tego co przeżywamy tu i teraz, bo przecież jeśli wiemy, że coś się skończy, bardziej się staramy wydobyć z każdej sekundy jak najwięcej szczęścia. Przez to stajemy się w pewnym sensie panami sytuacji, bo ona nie rządzi nami z pozycji straty. O takiej relacji można powiedzieć, że jest idealna do przeżywania pełni życia. Uwalniamy się w ten sposób od strachu, że możemy stracić coś, kogoś na wieki przez swoje postępowanie, a bardziej się koncentrujemy na dawaniu z siebie tego co najlepsze. Skoro czas nas ogranicza, kochamy też bardziej. Z takim nastawieniem do związku więcej dajesz, i więcej otrzymujesz od partnera, dzieci, szefa. I tak wyłania się pełnia.

Wszyscy odchodzą, nie ma nic stałego i niezmiennego na świecie. Przekujmy więc ten paradygmat w nasz oręż zamiast czuć cierpienie, że wszystko mija. Roztoczmy nad sobą jak parasol tę prawdę o zmianach i pozwólmy sobie na radość z tego, że każdego dnia czeka na nas coś nowego. W miłości, w rodzicielstwie, w przyjaźni. I przeżywajmy to, co nam się zdarzy całymi sobą, bo to odejdzie. Tak jak ludzie, których kochamy.

O miłości – faza druga

Po zakochaniu i koktajlu niespodziewanych przyjemności pojawia się nowy czynnik. Hasło – oksytocyna. Hormon o wielopoziomowym działaniu dobrze znany kobietom, które rodziły, bo w postaci syntetycznej jest podawany w czasie porodu. Wzmaga skurcze macicy, wywołuje laktację, wyzwala się w czasie orgazmu. Ma ciekawe działanie w fazie wyłaniania się miłości z zakochania. Oksytocyna po pierwsze zmniejsza nasze lęki i wzbudza zaufanie do partnera, po drugie zwiększa empatię, radość z przeżywania, po trzecie co ciekawe, w przypadku mężczyzn, na których oksytocynę testowano, zmniejsza zainteresowanie innymi osobami poza wybraną, więc są mniej podatni na zdradę w tej fazie związku. Społecznie oksytocyna pozwala na większą współpracę i twórcze działania w oparciu o potrzeby wszystkich członków społeczności. Dobry hormon, nazywany czasem hormonem miłości. Co jeszcze ciekawe, u mężczyzn wyzwala się w czasie seksu tylko z osobą, z jaką są związani emocjonalnie. Zgodnie z badaniami i naszą obserwacją, miłość pozwala przenosić góry, bez wysiłku, z radością, a oksytocyna zmniejsza również poziom odczuwania bólu.

Jak się ją wyzwala? Oczywiście poprzez seks, dotyk, ale również słuchanie i przebywanie w towarzystwie bliskiej nam osoby. Oprócz tego przez medytację i trening sportowy. Jest wiele sposobów. Generalnie oksytocyna pomaga w życiu, a ponieważ kochający i przebywający ze sobą ludzie źródeł tego hormonu mają pod dostatkiem, więc są szczęśliwsi, żyją pełnią życia, bez lęków i w harmonii. Z czasem organizm się nasyca. Nie znam takich badań, ale z obserwacji wiadomo, że po jakimś czasie wszystkie te czynności, jakie pozwalają na ugruntowanie związku dzięki oksytocynie, osłabiają swoje działanie. Jeśli w tej fazie nie zajdzie poważna integracja między osobami, związek się rozpada, albo jest powodem frustracji, bo oksytocyna na pewnym poziomie już nas nie zadowala. I tu właśnie wchodzi świadomość. Jeśli w miłości podlanej hormonem oksytocyny wyrosło coś, co ma szansę na przetrwanie, zostanie, jeśli nie to tylko się zwodzimy. Może jest tu też odpowiedź na pytanie dlaczego kobiety tkwią dłużej niż mężczyźni w nieudanych związkach. Rodząc dzieci, wciąż mają dostęp do oksytocyny podczas laktacji, gdy mężczyźni mają ograniczone źródła i szybciej się „odstawiają” od oksytocyny. Można powiedzieć, że praca nad związkiem to praca nad utrzymaniem poziomu oksytocyny.

Tyle jeśli chodzi o biochemię. Stosunki społeczne są jednak bardziej skomplikowane. Kobiety w związkach są bardziej niepewne. Nie chodzi tylko o dysproporcję fizyczną, ale o przyszłość. Kobiety więcej planują i wolą inwestować uczucia w mężczyzn, jacy nie stanowią zagrożenia dla tych planów, a je spełnią. O ile oksytocyna zapewnia zaufanie w pierwszej fazie miłości po zakochaniu, o tyle potem trzeba wypracować takie wspólne działanie, żeby miłość była niejako niezależna od chwilowych wahnięć. I na tym etapie zaczyna się kłopot z dogadaniem. Ludzie często dochodzą do tego etapu po ślubie i stąd te stwierdzenia o goryczy małżeństwa, o trudzie, znoju wspólnego życia. Właśnie sobie wyobraziłam przyszłość, jak z powieści Lema. Para przychodzi do lekarza i bada poziom hormonów wytwarzanych w kolejnych fazach, najpierw zakochania, potem miłości i przywiązania, i stwierdza na jakim etapie jest ich związek. Lekarz wyjmuje wydruk z komputera i mówi: „No tak, pani się hormony przesunęły w kierunku miłości, ale pan został na poziomie zakochania. Jak długo się państwo spotykają? Dwa lata? Według wzoru Monroa-Shoringera przekroczyliście moment na integrację pół roku temu. Ewidentnie związek nie przetrwa. Dziękuję, następny proszę.” Żart oczywiście i wątpię, żeby dało się tak sformalizować podejście do związków i kochania. Jesteśmy zbyt skomplikowani na medyczne procedury w tej materii. Nie jesteśmy po prostu tylko biocyborgami zaprogramowanymi na prokreację i przetrwanie gatunku, szczególnie w naszych czasach, kiedy przeludniamy ziemię i zaczynamy zwracać się częściej do swojego wnętrza.

Jeśli więc chodzi o hormony, nic nie poradzimy na takie funkcjonowanie naszych organizmów. Możemy co najwyżej śledzić to co czujemy wnikliwiej. Na tym etapie związku trudniej o rozstanie, również z powodu inwestycji jaką poczyniliśmy w partnera. Inwestycji emocjonalnej. Kiedy jednak zdamy sobie sprawę, że związek nam nie służy, warto rozważyć rozstanie mimo powszechnego społecznego niezadowolenia z rozwodów, rozpadu rodzin i etykiet z tym związanych serwowanych przez pewne środowiska. Najistotniejsza we wszystkim jest zdrowa więź jaką może stworzyć z drugim człowiekiem emocjonalnie zdrowy człowiek. Bo oksytocyna ma również pewne działanie, które może stać się pułapką dla par. Zwiększa hojność i wyzwala skrajne poświęcanie się. Poświęcenie zaś nielimitowane doprowadza do całkowitego wycieńczenia na wielu polach rodzinnym, zawodowym, społecznym. Dlatego też zadbanie o siebie w związku na każdym etapie jest kluczem do zdrowego rozwoju w miłości, bez poczucia winy, zazdrości, pretensji i oczekiwań, że ktoś o nas zadba. W miłości dbamy o siebie stwarzając sobie wzajemnie przestrzeń do rozwoju, do magii przeżywania życia z inną osobą, nie wpatrywania się w nią jak mnich w święty obraz. Życie w fazie miłości to ciągły proces, bo wciąż się zmieniamy i jeśli ktoś w nim zaśpi, oczywiście można mu pomóc, pociągnąć za sobą, ale nie można wciąż go taszczyć, albo z kolei stale liczyć na podwiezienie.

W tej fazie miłości warto określić, jakie się ma podstawowe wartości i cele, bo one muszą być zgodne. Tego się nie da obejść. Nie chodzi o to, czy słuchamy tej samej muzyki, albo lubimy krewetki, ale już to, czy jesteśmy wegetarianami a partner nie, może się liczyć. Łatwo się zorientować co jest ważne, mówić i słuchać. To w zupełności wystarczy. I nie zmieniać się pod dyktando czyichś wyobrażeń, ale też nie przywiązywać zbyt dużej wagi do błahostek. To co ważne i tak wypłynie na powierzchnię, a co nieistotne samo zniknie.

Każda kolejna szansa na miłość jest jak szansa na dopełnianie siebie i poznawanie jakim się jest naprawdę człowiekiem. Tylko w konfrontacji z tak silnym uczuciem możemy wydobyć na powierzchnię nasze prawdziwe ja i dać sobie szansę je przetransformować, oczyścić z niepotrzebnych elementów. Bo ja głęboko wierzę, że każdy z nas jest dobry, i miłość to pokazuje w największej mierze. Naszą hojność, otwartość, piękno i czyści w nas zwątpienie, stare rany, uwikłania z przeszłości. Korzystajmy z niej mądrze kiedy przychodzi, bo to prawdziwy dar dla nas samych. Dar dla naszej osobowości, ale też otoczenia w jakim przebywamy. Stajemy się pod jej wpływem o wiele lepsi jeśli jest prawdziwa i współgramy z jej brzmieniem. Warto na nią czekać, ale warto też zaglądać w głąb siebie, żeby być przygotowanym na drugiego człowieka.

O miłości i świętości

Zbliżają się święta i choć wymodliliśmy, że będą śnieżne, to chyba nie trafiliśmy w te właściwe. Ważne, żeby następnym razem modlić się o śnieg z zastrzeżeniem, że chodzi o Boże Narodzenie nie Wielkanoc, tak na marginesie. A skoro święta, to będzie o świętości. Świętych jest od groma, więcej niż bogów egipskich, greckich, rzymskich i pogańskich razem wziętych. Święci mają taką funkcję, że nam podpowiadają jak żyć. Mało się tym przejmowałam przez całe życie, bo jako osoba żyjąca poza religią nie czułam, że potrzebuję się wzorować na takich autorytetach. Moimi przewodnikami w życiu byli żyjący ludzie, a znałam ich, i znam nadal nie mało, i wielu z nich mogłabym nazwać świętymi w jakiejś dziedzinie. Asię za rodzinność i miłość do dzieci, Anetę za odwagę, Kasię za zaradność życiową, Magdę za światło siane jogą, Gosię za stworzenie metaprzestrzeni w Sopatowcu itd. Każdy człowiek nosi w sobie takie ziarenko świętości, jedni mniej a drudzy bardziej widoczne. Jednym ono kiełkuje i się rozprzestrzenia, innym wrasta w duszę i jest wtedy mniej zauważalne.

Chcę jednak dziś napisać o jednej świętej osobie, która jest moją przyjaciółką, o Beatce, którą czasem nazywam Świętą Beatką od Bezdomnych. Kiedy o Niej myślę, nie wiem od czego zacząć, jest tak wielowymiarowa i ta wielowymiarowość ma cechy silnego kontaktu ze swoją duszą. Beata bowiem wspiera kloszardów i ludzi opuszczonych przez społeczeństwo, żyjących w upodleniu i nędzy. Nie robi zbiórek, nie pikietuje, po prostu kiedy widzi, pomaga. A widzi więcej, bo więcej czuje. Jeździ do pracy koleją i przechodzi przez dworzec, na którym koczują takie zagubione dusze. Zna ich, identyfikuje i podrzuca, a to spodnie po mężu, kurtkę po tacie, jakieś rzeczy do wyrzucenia, już nie przydatne, ale dobre i do wzięcia. Czasem kupuje głodnemu bułkę z kiełbasą w podziemiach i daje, daje, daje. Kiedyś policja przegoniła jednego takiego człowieka, a że był zawiany alkoholem nie mógł zebrać swoich rzeczy z ziemi pod peronem, gdzie spał i przebywał. Beata zgarnęła wszystko w jedną rękę, kartony, siaty, reklamówki, jakie uzbierał, drugą go chwyciła i przeprowadziła w bezpieczne miejsce. Idąc z zawianym człowiekiem od ściany do ściany przejściem podziemnym, nie przejmowała się wcale, jak to wygląda w oczach innych, doprowadziła człowieka na miejsce i rozłożyła. Nakarmiła i pojechała do pracy. Beata patrzy sercem na świat i tam, gdzie większość z nas widzi brud, zapaść, Ona widzi człowieka, jego zagubienie i potrzebę pomocy. Robi to, bo nie może nie robić. Każdy kto Ją zna wie, że jest to tak zgodne z Jej naturą, tak prawdziwe, że aż trudno wyobrazić sobie, żeby była inna i zaprzestała wspierania tych, których opuścili wszyscy, nawet oni sami.

Można powiedzieć, że ma takie niepraktyczne hobby, nic bardziej mylnego. O Jej praktyczności może świadczyć, jak z sercem podchodzi do rodziny i życia w ogóle. Prosty przykład. Zamarzyła raz o domu. Kto z nas nie marzył. Ona marzyła tak intensywnie, że zaczęła go rysować najpierw w swojej wyobraźni, a potem na papierze milimetrowym. Pokój za pokojem, parter, poddasze, sypialnia, kuchnia, garderoba, tu światło wpada od wschodu, kiedy wstaję, tam od zachodu jak wracam z pracy, w sypialni okno, łóżko i bez szafy, tu pokój córki, schody, tu siadamy z przyjaciółmi, kuchnia oddzielna z salonem, nie lubię roznoszących się zapachów, gałki do mebli kuchennych już kupiłam, bo były piękne i w przecenie. Ziemię pod dom też wymarzyła. Jeździła z mężem samochodem po różnych miejscach i chodziła po ziemi, czuła co ta ziemia do niej mówi i patrzyła oczami wyobraźni, jak pnie się bluszcz, róże, bez, pasieka w tyle, płot z dzikim winem, altana w kwiatach, weranda, dom niski, drewniane okiennice, jak w Anglii. W końcu znalazła. U sołtysa była milion razy zanim sprzedał. Zaprzyjaźniła się z jego rodziną, obejrzała wszystkie zwierzęta w zagrodzie, przywiozła swoją rodzinę, była do bólu szczera, że chce kupić i żeby Jej nie obdzierał ze skóry, bo nie ma za dużo pieniędzy. Sprzedał za rozsądną cenę. Kupiła.

Pierwszy rok zbierała pieniądze. O osobistych trudnościach w tym czasie można by napisać epopeję. Szło ciężko, ale się nie załamywała, bo wprost żyła swoim marzeniem. Zamówiła ekipę na ładny uśmiech, jeszcze nie mogąc zapłacić i budowa ruszyła. Pięciu Ukraińców bardzo solidnych w swoim fachu przekonała do siebie na tyle, że zaufali Jej i bez gwarancji, jak sobie z zapłatą poradzi, wylali fundament. Kolejne etapy budowy to prawdziwy majstersztyk w Jej wykonaniu. Potrafiła znaleźć materiały najwyższej jakości za połowę ceny, bo objeździła wszystkie dostępne miejsca, chłamu nie brała i wszędzie mówiła o swoich potrzebach prosto z mostu i o tym, że nie ma zbyt wiele pieniędzy. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki okazywało się, że świetne okna trzywarstwowe można kupić za połowę ceny dwuwarstwowych nisko ocenianych u dostawcy co likwiduje sklep, bo się przenosi z synem do nowej placówki, a niektóre elementy, metalowe druty do konstrukcji, belki do stropu, wylewki była w stanie wynegocjować tak tanio, że inni budujący w tym samym czasie nie wierzyli ile zapłaciła. Tu wywrotka piachu, tam pustaki, drzwi wejściowe, znów wymarzone, piękne. Była zwyczajnie otwarta na odmowę, miła i wiedziała na co ją stać. Tak długo czekała na ten dom, że wyrobiła sobie cierpliwą postawę oczekiwania i równocześnie nie zakładała, że ktoś Ją oszuka, zwiedzie czy naciągnie. Ukraińska ekipa po wyższych studiach pracowała z wielkim poświęceniem, widząc jak Ona się wokół tej budowy uwija z mężem na spółkę. Zadbała i o nich. Zakwaterowała, czasem podkarmiła jakimś specjałem i dobrym słowem mówionym autentycznie, gdy obserwowała, jak rośnie w górę Jej marzenie, jak się materializuje. Już na poziomie projektu, architektka tylko odwzorowała Jej projekt bez żadnych praktycznie zmian, tak był przemyślany.

Dom Beatki czeka na dach. Kiedy tylko minie to przydługie przedwiośnie, zacznie się nowe krzątanie, ale nie mam wątpliwości, że ten dom powstanie i będzie niezwykłym miejscem wyrosłym z prawdziwej miłości i pasji. I już się cieszę na parapetówkę u Niej, na werandę, na bluszcz i serce, jakie tam zastanę, kiedy Ją w przyszłości odwiedzę. Kiedy z niczego, z marzeń i determinacji powstaje dom, to musi być magiczne miejsce. Dlatego dodaję nowy przydomek mojej osobistej świętej. Niech od tej pory będzie Święta Beatka od Bezdomnych i Spełnionych Marzeń.

Ps. Zdjęcia jakie tu zamieściłam zrobiła inna święta, Małgosia od Pięknych Rzeczy, której również życzę spełnienia tego właśnie marzenia.

O miłości do samotności

Kocham samotność. Przebywając w samotności czuję, jak wygładza się każda fałdka na skórze mojego świata, jak powoli dryfuje do portu każda myśl, każde słowo. Znikam w samotności,jak ryba w oceanie, jak materia w kosmosie, kiedy nie ma nikogo i jestem tak bardzo sobą. Lubię się delektować samotnością. Moja dusza mi wtedy śpiewa i bywa, że muszę ją nieco uciszać medytacją kiedy się przepełniam sobą. To ważne, aby dawać sobie samotność. Ona nas prostuje do naszego wnętrza, wyciera brud codzienności, zdejmuje maski poprawności i uwalnia od oceniania, prognozowania i uciekania przed sobą. Cisza w myślach jest błogosławieństwem. Kiedy na chwile przestajesz myśleć serce przejmuje rolę przewodnika i idziesz tam, gdzie ci naprawdę po drodze. Samotność w biegu, w tańcu, w leżeniu i patrzeniu w słońce. Samotność pozwala nam znikać z uwarunkowań, siatek mętnej rzeczywistości i przeniknąć prawdą to, po co i dla kogo jesteśmy, właśnie tutaj. Samotność pozwala nam siebie zaakceptować w całości i pokochać, daje nam odwagę w życiu do działania, kiedy w końcu powoli, sunąc z powrotem wracamy do rzeczywistości, do czasu, do układania chwil jedna po drugiej. To bywa mozolne, trudne. Dlatego dawajmy sobie z tego odrobinę wytchnienia. Samotność na chwilę, cyklicznie dozowana, odmienia … życie.

Samotność jest jak czuła kochanka
robi przestrzeń na rozwinięcie
tłumionych pragnień
pozwala oddać się i daje
siebie
zapominasz
widząc jej oczy
co myślałeś nim przyszła
tak dokładnie odbija ciebie
że nie masz wątpliwości
kim jesteś
i coraz bardziej
z chwili na chwilę
jej pragniesz

O miłości w pierwszej fazie

Z doświadczenia wiem, że każda miłość przybliża nas coraz bardziej do siebie. Jeśli tak nie jest, jeśli miłość nas oddala i koncentrujemy się tylko na tym kimś w naszych myślach, to przykro mi bardzo, ale to nie miłość, to uzależnienie. Z fizyko-chemicznej strony to zatrucie nadmiarem dopaminy, serotoniny, norepinefryny, a potem fenyloetyloaminy i innych tym podobnych, które fundując nam uniesienie, nie dają czasu i przestrzeni na myślenie, na dystans do siebie i emocji. A to emocje są wtedy ważne, bo z emocji, rodzi się uczucie, z uczucia relacja i związek, ze związku wyłania się miłość, a z miłości prawdziwe partnerstwo, i w moim odczuciu to chyba koniec. Na tyle nas stać. Niektórzy zatrzymują się po drodze i myślą na etapie zakochania, że to miłość, a inni na etapie miłości, że to partnerstwo i dalej nie idą. A szkoda, bo jak ktoś doszedł do miłości to ma już tylko krok do czegoś naprawdę wyjątkowego. Gorzej jak ktoś sobie wmówił, że jakiegoś etapu mu nie potrzeba, to tak, jakby chciał z dzieciństwa wskoczyć wprost do rodzicielstwa.

Dlatego warto obserwować emocje i nie chodzi o to, by cały czas je tłumić czy wypierać, ale kiedy emocje przychodzą zostawić sobie bufor na refleksje do czego nas prowadzą, co zmieniły na lepsze w nas samych. Czy na przykład emocja przyjemności, jaką odczuwamy przy tym kimś daje nam radość, czy przygnębienie kiedy jesteśmy sami? Czy kiedy ta osoba mówi coś dla nas trudnego, jest wyrozumiała i towarzyszy nam emocja ulgi, uporządkowania, czy lęku i oceniania? I w końcu najważniejsze, czy kiedy patrzymy na siebie, czy stajemy się pod wpływem tych wszystkich emocji lepsi dla siebie, czy robimy sobie krzywdę, bo np. staramy się być kimś innym dla tego kogoś, zamiast cieszyć się z bycia sobą?

To ważne na początku znajomości, kiedy poczujemy, że coś nam się dzieje w emocjach, poobserwować je trochę i pozwolić sobie na refleksję. Jeśli wyczujemy, szczerze, że coś nas w tej materii drażni, piecze i nie daje spokoju, poza tym całym entuzjazmem i ciekawością, jaka wypływa z poznania bliżej drugiej osoby, czas na stop i weryfikację całości. Na początku najłatwiej się zatrzymać, dlatego cała praca warta jest podjęcia w tym właśnie stadium, kiedy człowiek jeszcze nie zagości w bliższych okolicach naszego serca. Pozwólmy mu się zbliżyć, podejść, obejrzyjmy nasze emocje i, jeśli serce mówi: „Dobrze. Spróbujmy się jeszcze zbliżyć, bo człowiek jest prawdziwy, lubimy go, ale też lubimy siebie przy nim”, wtedy wchodzimy w sferę, jaką nazwałabym pierwszą fazą intymności. Bez szczegółów, jest to łatwo wyczuwalne, każdy ma swoje granice i umie je opisać, a jeśli nie umie, to dobra okazja się określić. Rozumne podchodzenie do człowieka nie musi być zaraz nie romantyczne czy nie ciekawe. Romantyzm z łamaniem serc niewieścich, to przeszłość i niedojrzała mityczna opowieść bazująca na krzywdzącym dogmacie, że miłość wyłania się z wielkiego cierpienia, walki, buntu, rozpaczy. Też tak kiedyś myślałam, ale teraz wiem, kiedy siebie bardziej znam, że nie tędy prowadzi prawdziwa, choć czasem dziwna z pozoru, droga do miłości. Za to ta przez fałszywy paradygmat potrafi wyłącznie zakopać cię w całości w ziemię i nie dać tego co miłość potrafi dać z łatwością, bez wysiłku. Spokój, ale również ekstazę, radość, ale też nostalgię, zrozumienie, ale też dzikie przeżywanie życia, jeśli tego potrzebujesz. Bo kiedy się odkrywasz szczerze, przyciągasz do siebie ludzi, którzy pragną tego samego co ty i łatwiej wtedy spotkać taką pokrewną duszę. Wyzbywanie się więc cząstek siebie, swoich marzeń, pomysłów na życie jest strzelaniem sobie w stopę. Zazwyczaj prowadzi do długotrwałej frustracji po początkowej fascynacji pt. „Warto się było przełamać do ciebie”.

Kiedy jesteś prawdziwy nawet w dziwnostkach, przemyśleniach, słowach, potrzebach wobec drugiego człowieka, on widzi i może znaleźć w tobie to, na co czekał. Pokazujmy więc siebie prawdziwych, szczerych, bo w tym jest mądrość natury, żeby wilki były z wilkami, niedźwiedzie z niedźwiedziami, a lew znalazł lwicę. Nie mieszajmy szyków naturze, choć czasem nas kusi i myślimy, że poradzimy sobie z jedzeniem przez hienę padliny, albo lwim wylegiwaniem się całymi dniami. Nie koniecznie nas uwiedzie samotny tryb wilka, albo chłód, czy zwinność jaszczurki. Znajdźmy takie zwierzę, które na drodze życia będzie z nami chciało iść … myśl w myśl i ciało w ciało.

O miłości do jazdy samochodem

Uwielbiam jazdę samochodem. Wystarczy mi kierownica, cztery koła i cel, albo bez celu, a oddaje się temu z pasja. Nie o to chodzi, ze bryluje na szosach jak Niki Lauda, po prostu jeżdżę i to kocham. Szczególnie, kiedy trasy  są dłuugie, położone wzdłuż wybrzeża nad oceanem, albo na rozległych równinach, jak w Ameryce, kiedy przyjaciel obok tylko czasem upominał w pobliżu miast i miasteczek, że chyba jestem najszybsza, a takich lubią łapać okoliczni szeryfowie, zaczajeni w krzakach. Wtedy zwalniałam, ale muszę przyznać, że czułam się tam, jak w grze komputerowej, po prostu wolna od fizyki i lęku o to, co za chwilę. Nie byłam bezrefleksyjna, bynajmniej, zwyczajnie prowadziłam, nie tocząc ze sobą dialogu w głowie w stylu, „Wyjedzie mi czy nie wyjedzie”, „Wyprzedzać, czy poczekać”, bo z jakiegoś powodu zupełnie nie było to potrzebne. Tylko ja, silnik, pustka w głowie, przyjaciel obok i przestrzeń przede mną. Kiedy potem wróciłam do domu, na jakiś czas ten trans się utrzymał. Teraz wrócił. Nawet korek po horyzont się mnie nie ima. Siedzę, śpiewam, wybijam rytm na kierownicy, słucham muzyki, a silnik pogrywa. I kiedy tylko mam trochę prostej … wyrywam.
Najlepiej czuje się w trasie, niezależnie od pogody, deszcz, zamieć, lód i spadek wysokości czy ostry zakręt, już mnie nie przerażają. Trzymam się ziemi mocno, jakbym przez kierownicę i podwozie czuła całą konstrukcję samochodu, jakbym wrastała w nią jadąc, jakby była żywa, kiedy jej dotykam i zrywam do lotu. To karmi moją duszę, to daje mi niesamowite rozluźnienie, nie adrenalinę, ale spokój i poczucie jedności z powietrzem. Nie kręcę beczek, po prostu rozwijam żagiel i sunę.

Ostatnio pierwszy raz sama umyłam swój samochód i dopieściłam każdy szczegół, każdą krawędź, szybkę i pokrycie, wewnątrz i na zewnątrz. Nie pamiętam już, jak to było z pierwszym tankowaniem i wyjechaniem na ulicę, ale ostatnio koleżanka uraczyła mnie opowieścią, jak tankowała pierwszy raz sama, po rozwodzie. Na stacji zaparkowała, wysiadła, stanęła przed dystrybutorem i widząc wszystkie dozowniki z lekka się zasępiła. Podszedł do niej jakiś miły człowiek i spytał czy tankuje. Ona na to:” Wie pan, jest taki wybór, że nie wiem na co się zdecydować.” I tu się uroczo uśmiechnęła. Człowiek się nie stropił, co więcej nie wyśmiał, spojrzał na samochód, na nią i odrzekł konfidencjonalnym szeptem :”Niech pani zatankuje to zielone.” „Tak pan sadzi?” Pokiwał. „Jak pani będzie miała wybór, proszę zawsze wybrać zielone”. I odszedł. I tak z genialną prostota i klasą jej pomógł. Anioł, nie mężczyzna. Na marginesie powiem, ze ta sama koleżanka, nie obawia się pytać i prosić o pomoc. Raz wymieniła akumulator w samochodzie i ten, jak na złość, nie odpalił. Stanęła na parkingu, na Ursynowie i zobaczyła jakiegoś faceta jadącego nieopodal rowerem. ” Proszę pana!” zawołała. Mężczyzna się zatrzymał, podszedł. „Co się stało?”, zapytał. „Samochód mi nie odpala. Wstawiłam nowy akumulator, ale …”, mężczyzna już się uwija, bada maszynę, kable. W końcu dostrzega jakieś niedokręcenie. Dokręca i odpala. Koleżanka w skowronkach dziękuje mężczyźnie. Ten wsiada na rower i odjeżdża w wianuszku pochwal, z dobrze zaczętym dniem. Który facet by nie chciał tak się dowartościować przykręceniem jednej śrubki? No i ta moja znajoma, tak sobie poczyna z mężczyznami, kiedy tylko coś jej siądzie w samochodzie i powtarza mi, że jak jej coś nawali to wtedy zawsze obok przechodzi jakiś mężczyzna, którego w ten prosty sposób uszczęśliwia swoim „nie wiem, jak to się robi”. Bo naprawdę nie wie, nie jest kokietką, to fizyk jądrowy, ale jak każdy ma prawo nie znać się wyczerpująco na jakimś sprzęcie. Tylko raz  na kilkanaście jej ktoś nie pomógł. Przytłaczająca pozytywnością statystyka. Na korzyść mężczyzn i kobiet co się nie boją prosić.

Moja własna przygoda samochodowa była zaś taka. Klucząc po Białołęce, po odwiezieniu Córki na imprezę, zabłądziłam. Zawracając na wąskiej drodze, wjechałam na podmokłe pobocze i ugrzęzłam w śliskim błocie. Wokół szczere pole, ni duszy, ni człowieka, ciemno, zima, sobota. Koniec. Po paru próbach wykaraskania się z błota, wysiadłam i zaczęłam łamać okoliczne krzaki na podkładkę pod koła. Okazały się kłujące. Trudno, trzeba się wydostać. Kolejne próby, nic z tego, za cienki podkład. Nagle przejeżdża samochód. Myśl początkowa: „Wyjdę na idiotkę co nie umie jeździć i zakopała się w durnej sytuacji”. Myśl końcowa: „Łapać!! bo lepiej nie będzie.” Złapałam. Po krótkiej wymianie informacji miły młody człowiek najpierw spróbował wyjechać sam, lecz nie zdołał. Potem oparł się o maskę, i ja próbowałam samochód wycofać z piekielnej ślizgawicy. Nie idzie. Patrzymy, jedzie drugi samochód. Sam się zatrzymał. Wychodzi drugi facet i obaj mi się zapierają na masce. Mocno gazuje. Błoto ich zalewa od stóp do pasa. „Cholera”- myślę -„ale kanał”. Ale nie odpuszczam i w końcu wyjeżdżam. Zanim wykręciłam na drodze z myślą, by ich przeprosić, szli obaj mocnym, męskim krokiem do swoich maszyn, żon, dzieci, w zabłoconych spodniach, ale z postawą, jakby dopiero co z pól bitewnych schodzili tuż po wytarciu trawą mieczy. Rzuciłam im przez okno podziękowania i uśmiech; odpowiedzieli uśmiechem, ze swadą, że mimo wszystko daliśmy radę i, że coś dobrego się stało. Na koniec odjechaliśmy każde w swoja stronę. Po drodze czułam, jak mi serce rośnie, że są na świecie tacy faceci, którym błoto nie straszne i z uśmiechem pomogą kobiecie wybrnąć na prostą, twardą drogę. I te ich twarze, spokojne dumą, że również się udało, niewielkim kosztem, zdobyć w oczach żon, i moich, a również dzieci, prawdziwy podziw i zachwyt.

Dlatego, kiedy mi potrzeba, proszę o pomoc mężczyznę, któremu z oczu dobrze patrzy, a jeśli nie mogę zajrzeć w oczy, to dowolnemu. Na świecie jest bowiem wielu dobrych ludzi i to dobro, które dają ulega rozmnożeniu, kiedy się je bierze w postaci pomocy. Warto o tym pamiętać, nie tylko w samochodzie, w rowie, w kolejce, dźwigając ciężary. Stosowne zachowanie wywołane dobrocią zostawia w nas ślad jak iskierkę, z której może się zdarzyć, prawdziwy płomień, zwany miłością do ludzi. Bo kiedy prosisz w prawdziwej potrzebie, to nie tylko bierzesz dobroć, ale ją również siejesz.