Pragnienie

Pragnę Cię latem, jak świetliki światła,
gdy parną nocą wędrują strumieniem
z magicznym lśnieniem.

I jak czerwieni pragną wszystkie drzewa,
kiedy jesienią czas im się dopełnia.

Jak skrzypienie śniegu w mroźną noc wśród ciszy,
w której każda myśl jak płomień wibruje najczystszy.

I wiosną pragnę jak zapachu trawy
na zapomnianej w gęstym lesie łące
kwiatami pachnącej.

 

3.10.2017

Nie ściągaj mnie

Nie tym razem,
gdy widzę pod sobą
przestrzenie
wypełnione miłością
drgające i nowe.
Puls tego świata
jest boski,
wymiary
nieliniowe.

Mogę wśród nich
nurkować,
odkrywać węzły,
wzory.
sunąć pod prąd
i surfować
na falach,
gdzie do tej pory
strach mnie osaczał
i wstydu niepotrzebne knowanie
zamiast na miarę cudu
wziąć w swoje ręce zadanie.

I powędrować
i zgłębić
to co się zgłębić uda,
zamiast ludzkiej udręki
wyrzeźbić dla siebie cuda.

19.10.2017

Pytanie

Uruchom swoja zielona czakrę
piękna kobieto pełna nadziei.
Niech włosy czarne,
niech spojrzenie w dali
jak fala wzbudzi zmiany w tej przestrzeni.
Niech czas się zwinie wokół twoich palców
utkaj mi z czasu słowa jak symbole
do nowych wyzwań
do nowej muzyki
której po zbudzeniu
z ust twych słuchać wole.

Niech Twoich oczu nie maci
zwątpienie
niech czas nie martwi
ani nasilenie
zmian i postępów
które nas czekają,
nim los nam w sercu
poda klucz do raju.

Ja się nie boje
ani długich nocy
ani zwątpienia
co świat wokół toczy.
Idę i głowę unoszę wysoko.
Nie będę kłaniać się więcej obłokom,
bo to obojętne dla nieba,
dla ziemi
czy my szczęśliwi
z uczuciami swemi.
Od nas zależy,
co też oznaczają
i to jak je w sobie
z czasem
kształtujemy.

Tylko mi powiedz
Czysta Perło z nieba
że to co zmieniam
zbliża mnie do duszy
do ideału jej o mnie
marzenia.

Do obrazu z serca,
co demony kruszy…

Samotność

Czemu samotność
Przyciąga mnie ciszą
Czy nie chcę słyszeć
Co dusze mi piszą?

W snach mnie wołają
Uciekam przed nimi
Krętymi drogami
Od siebie
W pustkę …

I cóż mi po sercu
W pustce istnienia
Gdzie nie ma
niczego
nawet
zapomnienia.

O miłości i nieważkości

Kiedy byłam dzieckiem byłam bardzo rozmarzona. Siedziałam z głową w chmurach i uwielbiałam ten stan. Można powiedzieć, że trochę uciekałam przed światem, bo był dla mnie trudny wtedy, ale teraz wciąż kocham ten stan rozmarzenia. I daję go sobie kiedy tylko mogę. Przed snem, po obudzeniu, w samochodzie, po spotkaniu w kawiarni, zanim się zbiorę do wyjścia, i w drodze po mieście. Nie wpadam na słupy, nie potrzebuję mechanika do szlifów na karoserii, nie zapominam o ważnych rzeczach i mam czas dla dzieci. Spotykam się z ludźmi, tańczę i oddycham. Oddychanie jest ważne, bo uczę się lepiej pływać. Ciężka sprawa, ale się uwzięłam. Koziorożce są uparte, więc poradzę i temu, bo to dla mnie ważne. Bałam się wody, utopienia, teraz już mniej się boję i lubię wyporność swojego ciała, jak nieważkość w kosmosie … cudne uczucie, kiedy pływam i się nie topię. Kolejny ruch wskakiwanie na głowę, coś dla postrzelonych starszych pań, jak mówi moja córa. Super, że jeszcze mogę takie rzeczy planować i mam zdrowie. Kiedyś wskoczę na głowę i popłynę pod wodą jak delfin, i będę się czuła, jak delfina, wodna nimfa, albo syrena, bo zaczynam też śpiewać. Trochę się wydzieram i fałszuję, ale nie popuszczam, bo kiedy śpiewam, moja dusza się zjawia i dotyka mojego serca, i Bóg mi świadkiem, czuję zastępy aniołów zatykających uszy, ale obecnych też duszami i kocham  śmiać się z siebie, a nie peszyć pomyłkami w nutach, dźwiękach, intensywności oddechu. Zapominam o lęku i lecę, jak rakietą, albo rydwanem na księżyc, nucąc i, aż zamykam oczy, żeby się oderwać od ziemi, choć na chwilę. I płynę, unoszę się w przestrzeni, nieważkość … znowu. Śpiewam i płynę, by choć na chwilę w ciemności nocy grawitacji powiedzieć … dobranoc.

 

Kochałam się z mężczyzna
twardym
jak skala
i ostrym
jak krzemień

Kiedy się zbliżałam
spływał
lawą srebrzystą
z metalicznym
rdzeniem

W jego oddechu
widziałam
Siebie

To było złudzenie
nie byłam sobą
nie kontrolowałam
temperatury
swojego
ciała

Kiedy się spalałam …

Gdy nastała ciemność
płakałam za nim
aż do pierwszych
promieni
złocistego słońca

Teraz wiem
i czuję

Znów będę gorąca
znów się będę
mienić

Wypalona
jak
Diament

Wśród zwykłych kamieni.

O miłości i przekonaniach

Kiedy wracam pamięcią do moich pierwszych chwil macierzyństwa, powiem krótko, byłam zmęczona. Pamiętam przyciemniony pokój w szpitalu i głos lekarza, że będzie musiał wykonać zabieg ręcznego usunięcia łożyska. Chwile potem zasnęłam. Córeczkę dostał na czas mojego zabiegu mąż i zgodnie z zaleceniem włożył maleńkie ciałko pod koszulkę. Zawsze z przejęciem wspomina, jak córeczka szukała sutka na jego owłosionej piersi, i jakie to było niezwykłe uczucie. Pierwszy dotyk rodzicielstwa. Prawdziwy kontakt z nowym wymiarem siebie.

Niedawno ktoś próbował mnie przekonać, że urodzenie dziecka powinno być trendy, czyli w domu, w obecności doświadczonej akuszerki, bez cięcia pępowiny itd. Nie mam nic przeciw takim porodom i początkowo przyznałam rację. Tyle się mówi o nieludzkim traktowaniu rodzących w szpitalach… Teraz jednak zrozumiałam, że bardzo często wpadamy w pułapkę przekonań. Na dodatek nie swoich, a zaszczepionych przez innych. Rozważyłam więc problem od nowa i zobaczyłam, że prawda jest zgoła inna. Rodząc córeczkę poszłam na szkołę rodzenia i bardzo się do tego przyłożyłam. Byłam okazem zdrowia i energii w ciąży, tryskałam radością i miłością, byłam szczęśliwa. Rodziłam w najlepszym warszawskim szpitalu w obecności męża, przy jego wsparciu tak fizycznym, jak i duchowym. To moja i jego siła pozwoliła nam wydać na świat cudowne dziecko i następne nasze dzieci. Siła miłości i bezpieczeństwa, jakie maż potrafił dla mnie stworzyć, bym mogła czuć się komfortowo i swobodnie. Rozpiął nade mną ten parasol i ogrzał mnie swoim spokojem, choć w pierwszych chwilach, kiedy odeszły mi wody zbladł i usiadł z wrażenia. Szybko się jednak pozbierał i kiedy prowadził mnie do taksówki, czułam się na tyle zrelaksowana, że koleżanka, która nas mijała, myślała, że żartujemy, mówiąc, że jedziemy rodzić. A poród domowy? Patrząc z perspektywy czasu na swoje porody połowa z nich skończyłaby się moim pożegnaniem ze światem, więc dobrze, że rodziłam tam, gdzie ryzyko było minimalne i udzielono mi szybkiej pomocy.

Przekonania bywają szkodliwe. Źle trafione potrafią doprowadzać do rozpaczy, obarczać winą i zamykać w pułapce przeszłości, rozważań co lepiej mogliśmy zrobić. Nie upieram się więc, że znam sposób na prawidłowe wybory innych osób, bo to co mi służy, innym może dotkliwie szkodzić. W każdym razie po tej konfrontacji ze samą sobą i swoimi przekonaniami zrozumiałam, że wtedy, gdy rodziłam zrobiłam absolutnie wszystko co mogłam, by urodzić zdrowe dziecko i dzięki temu jestem teraz pewna, że w wielu innych sprawach słysząc czyjeś poglądy należy uważać i przepuszczać je przez siebie, przez swoje własne filtry świadomości.

Poglądy są różne i zmieniają się wraz z nami, są płynne. Zaczynam ostatnio od nich odchodzić, albo traktować je mało poważnie, raczej jako opinie, tyleż ważne, co chwilowe, jak wyznaczniki pewnych lęków, które moim zdaniem kryje fanatyczne trzymanie się określonych poglądów, a lęki są złośliwe. Zwykle nie służą tym, co je wyznają. Wierzę w to co mi generalnie służy. Czas i tak weryfikuje opinie i poglądy, a gdybanie jest puste, bo to o czym gdybamy i tak już minęło. Wszelka więc przesada w przekonaniach jest zamachem na moją wolność do zmiany. Również zmiany opinii, więc z opiniami uważam i nie oceniam, i nie przekonuję zanadto innych.

A o miłości, jaką czułam, gdy szczęśliwa do szóstego miesiąca biegałam po górach i w kilka dni po porodzie ze śmiechem biegałam z wózkiem na Pola Mokotowskie, jest zasługą dobrego wówczas przekonania, że miłość wystarcza do pokonania wszystkich przeciwności i buduje w nas pomost między przeszłością a przyszłością lecząc nasze lęki i dodając skrzydeł. Bez miłości nawet wyposażona w najnowsze technologie, pomysły na siebie, nie zrobiłabym niczego lepiej, niż wtedy, gdy uzbrojona w płaszcz miłości, jak pelerynę „niewitkę” chroniącą przed wszelkim nieszczęściem, wkraczałam w świat macierzyństwa i dojrzałości. Jeśli więc mogę coś poradzić na powszechne istnienie tych, co lubią innym kształtować życie swoimi poglądami i wiedzą lepiej, jak nam pomóc, nie dajmy się omamić, że ktoś nas zna lepiej od nas samych. Tylko my mamy szansę poznać siebie do końca i stanąć w świetle swojej prawdy. Odkrycie tego co w nas prawdziwe jest największą przygodą na jaką czekamy już od narodzin aż do końca dni, przez czas, kiedy sami zmieniając się z chwili na chwilę docieramy do tego, co w nas najważniejsze i najtrwalsze, a co moim zdaniem wyraża się przez to, jak okazujemy sobie miłość.

O miłości i o tym czego nie wiem

Moja dusza mówi do mnie „Usiądź do pianina, a zobaczysz jak łatwo jest żyć”. Moja dusza jest staromodna i nie rozróżnia pianina i klawiatury, albo jest jej wszystko jedno. W końcu każdy wygrywa na czymś utwór swojego życia. Komponuje go tworząc, malując obraz, śpiewając, tańcząc, pisząc. Każdy używa innego instrumentu, ale przede wszystkim, i stąd to wypływa, tworzy sercem. Twórczość bez serca jest chybotliwa. Łatwo o niej zapomnieć. Nie chodzi o kunszt, jak się okazuje, nie chodzi o uznanie krytyków i gremiów, chodzi o autentyczność naszych uczuć przelanych w tę twórczość.
Więc piszę, trochę się nadal kryguję i martwię, ale coraz mniej mi to przeszkadza. Piszę dla siebie, albo raczej przez siebie piszę, bo tak mi łatwiej w życiu dostrzec i ułożyć pewne aspekty życia. A jeśli ktoś na to patrzy i czyta, i coś dla siebie znajdzie, to dobrze. To oznacza tylko, że w pewnych sprawach, spojrzeniach jesteśmy podobni i to nam daje poczucie wspólnego przeżywania, głębsze poczucie wspólnoty, nie wyuczone w szkole, ani w domu, ani przyjęte społecznie. Głębsze zrozumienie współistnienia nas wszystkich.
Kiedy się zachwycam dziełami impresjonistów, czuję jak wchodzę w sferę, jaką tworzą dusze zatopione w to cudowne przeżywanie piękna chwili uchwyconej przez wprawne ręce artysty. Czuję stapianie się wielu wspólnych wizji świata, uczuć, pragnień tożsamych dla innych. Od tego jest już tylko krok do wspólnego tworzenia. Widzę jak ludzie się otwierają na nowe duchowe przeżycia i piękno, i czerpię z tego radość. Bo jest nas wiele, kobiet i mężczyzn, którzy nagle widzą jak ważne jest wyrażanie siebie, bez strachu, bez leku o krytykę, z radością samego oddawania światu siebie w swoich twórczych wzlotach do nieba.
Moja dusza jest specyficzna. Rozmarzona, trochę nieobecna i nieprzystosowana do tego świata. Patrzy na niego i czasem sama nie wiem czego chce, czy chce banana, czy gruszkę. Więc próbuję i jednego, i drugiego, a czasem wcale nie próbuję tylko mówię „Sama się zdecyduj, ja poczekam”. I czekam. Nauczyłam się czekać i mówić „Nie wiem”. To ważne czasem przyznać się do tego, że się nie wie i poczekać, aż przyjdzie odpowiedź. W tym nie ma nic złego, że się nie wie. To stan zwykle przejściowy, który ma nas nauczyć czekać na właściwą odpowiedź.
Dlatego czasem czuję się trochę przerażona widząc tabuny ludzi pędzących drogą duchowego rozwoju, od terapii do warsztatów rozwojowych, z jogi na ustawienia, z Ayałaski na rytualne picie kakao. Moja dusza jest leniwa. Siedzimy razem na kamieniu przy drodze i patrzymy na biegnących ludzi. Czasem ktoś się zatrzymuje i pyta: co ja robię? Czemu nie biegnę jak inni? Nie teraz, już biegłam, przez chwilę. Teraz siedzę i myślę sobie czego chcę. Co mi teraz jest potrzebne i nie boję się powiedzieć sobie „Nie wiem” i nic nie robię. Wiem za to, że jeśli czegoś zapragnę, wstanę z kamienia i pójdę za tym, bez wątpliwości, bez planu, bez strategii rozwoju, bez nauczyciela. Bo moim największym nauczycielem jestem ja sama, ta wewnętrzna, ta pełna. Na razie ją odkrywam, czyli siebie i nie biegnę, nawet w miejscu. Czasem siedzę, stoję. Lubię leżeć. Patrzę na obłoki płynące i wiem, że wszystko jest w porządku, jest jak być miało, jestem, jaka jestem, dusza wpleciona w ciało, i płynę z czasem.
Czasem wstaję i idę do pobliskiej sali tanecznej, gdzie moje ciało cieszy się płynąc w tangu z zupełnie obcym mężczyzną, a potem w drodze powrotnej śpiewam o zakochanej kobiecie. I wracam na mój kamień przy drodze i znów patrzę. Słońce zachodzi i wschodzi, a ja tak trwam i czuję się prawdziwie szczęśliwa. Dlaczego? Nie wiem. Z samego istnienia, z harmonii z sobą w duszy.
Na wiosnę wsiądę na konia. Czuję, że tak będzie. W lutym jadę do stolicy fado i może zobaczę ocean. Latem jeszcze nie wiem co będzie, ale się za bardzo nie martwię i nie nastawiam. Może pojadę na jogę z Magdą, i znów będę się urywać z zajęć, żeby pobyć czasem gdzie indziej.
Wiem, że kiedy się zmęczę, mój kamień zawsze na mnie czeka przy drodze. I niezależnie od wszystkiego, w każdej chwili mogę na nim usiąść i pobyć, poza czasem, ludźmi, kosmosem. W jednej nieskończonej chwili bycia ze sobą … w sobie.

Dziękuję ci życie

Za to czego nie mam
za pustkę, pragnienie
za iskrę dążenia
za moje myśli, uczucia,
za moje ciało
i wszystko
co mi się zdawało,
że mam,
bo nie mam naprawdę niczego
i dlatego
więcej mogę wyśnić,
a tam gdzie sny mieszkają
jestem wszystkim
i mam wszystko.

A marzę tam o tym,
by to wszystko
czego dotknę myślą
zmieniało się
w miłość
najczystszą.

I kiedy na skraju życia
wezmę coś ze sobą
to serce właśnie,
w którym wszystkie
baśnie
wyśniłam,
uczucia
do ludzi obok
i fascynacje
obrazami życia,
kompozycją zdarzeń.

I pełna tych
klejnotów-marzeń
przejdę
lekka
wiotka
bez lęku
i straty
bogata
od środka
jak Midas wąsaty.

 

Odchodzę …

Promienie słońca
przecinają przestrzeń
wpadając ukradkiem
pod moje powieki

Czas się już wycofać
zamknąć drzwi
i z trzaskiem
odejść swoją drogą

Niech się świeca świeci…

W moim wiecznym domu
zapalę lampiony
strzepnę obrus
fotel
i stare zasłony
wymienię struny w skrzypcach
usiądę przy oknie
w promieniach księżyca

Nikt mnie już nie dotknie
żadnym ostrym słowem
ciepłym
ani zimnym
w miłości nie powie
rzeczy zbyt intymnych

Na wezwanie Twoje
także nie odpowiem
jesteś taki inny …

Tu gdzie teraz jestem
świat się tylko mieni
na granicy wizji …