Tytuł tylko pozornie jest paradoksem. Nie ma nic wspólnego z nadstawianiem drugiego polika i poświęcaniem się tym, co nas nienawidzą. To fałszywe, wdrukowane często w młodości, pojmowanie świata i rzeczywistości. Miłość do nienawiści jest prosta – jeśli kogoś nienawidzisz nie kłam, że kochasz, że tolerujesz go, że jesteś ponad tę nienawiść. Nienawiść pojawia się wtedy, kiedy ktoś naruszył naszą granicę, granicę naszej jaźni, wielokrotnie nam szkodząc, więc nie oszukujmy się, że jesteśmy aniołami i będziemy agresji odpowiadać miłością. Bronienie siebie jest priorytetem. Jeśli ktoś nas nienawidzi, bo tylko z tego powodu może nas ranić, mamy prawo odpierać jego ataki na nasz świat, na nasze wartości. Mamy prawo nienawidzieć go i czuć to, co czujemy w pełni.
Spotkałam w swoim życiu wielu agresorów. Jedni byli jawni, inni ukryci. Nienawidzili mnie za moje sukcesy w pracy, za rodzinę, zazdrościli mi wielu rzeczy, jakich do głowy nie przyszło mi zazdrościć innym. Byłam naiwna wierząc, że ludzie mają w większości dobre intencje w kontakcie ze mną. Wynikało to z mojej własnej postawy, w myśl której podchodziłam z szacunkiem i troską do wszystkich ludzi. Dlatego byłam łatwym żerem dla bandytów emocjonalnych. Prosty przykład – spotkanie z teściową. Siedzimy przy stole:
– Córki to się wychowuje dla siebie, a synów dla innych kobiet.
Kontekst rozmowy, syn za rzadko odwiedza mamusię. Ale syna nie ma przy stole, jestem tylko ja. Zakamuflowana agresja, tak zwana agresja pasywna. Agresja jawna w tej sytuacji wyglądałaby tak:
-Oddaj mi mojego syna!
Ale na taką agresję trzeba się zdobyć.
Są dwa typy agresorów: nieświadomy i świadomy. Z agresorem świadomym jest o tyle łatwo, że jak cię kąsa, to otwartym kodem. Mówisz wtedy:
– Nie oddam.
Albo:
– A weź go sobie – i sprawa załatwiona.
Trudniej jest z agresorem pierwszego typu. Zanim człowiek, jak ja naiwny, zobaczy agresję w komunikacie, poszuka najpierw w sobie winy, przeanalizuje trudną życiową sytuację teściowej, i tym podobne opłotki odwiedzi, zanim dojrzy, że ten człowiek atakuje i, że na atak nie powinno się być biernym. Bo ataki z czasem dają echa. Odparte wracają w postaci siły do odpierania innych ataków w przyszłości, budują charakter, waleczność, odwagę. Nieodparte, podcinają nogi przy kolejnych takich sytuacjach. Dlatego zbieram się kiedy czuję, że ktoś mnie atakuje i, nawet jeśli potem się okaże, że potencjalny agresor miał coś innego na myśli, a ja pomyliłam jego intencje, walę petardę ostrzegawczą. Kontynuując schemat:
– To trzeba rodzić tylko córki, a synów od razu oddawać na wychowanie. Po co się trudzić?
Inny przykład. Żona prezentuje się stale krytykującemu ją mężowi w nowej sukience:
– Jak wyglądam?
– No ładnie, ale czemu taka czarna, jak na pogrzeb?
Właśnie ten pan pogrzebał swoje szanse na coś miłego wieczorem. Sytuacja warta zanalizowania. Po pierwsze, jeśli mąż stale krytykuje żonę, to po co ona go pyta o ocenę? Przecież jego zdanie jest z góry przesądzone. A może czeka na akceptację? Po co nam akceptacja stałego krytyka? Ja się od stałych krytyków odcinam. Mam dość mocnego krytyka w sobie, żeby się jeszcze borykać z żerującym na mnie krytykiem zewnętrznym. Hejt ma to do siebie, że mali ludzie sztukują sobie braki pomniejszaniem innych i poprzez krytykę kamuflują swoje własne kompleksy. Po co się wystawiać na żer dla nich? Nie warto. Jeśli się pani podobała sukienka na tyle, że ją kupiła, to czy musi przejść w domu krytykę swojej decyzji oczami stałego zewnętrznego krytyka? Czy chodzi o narcyzm, który się domaga pogłaskania? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania, zanim się człowiek wystawi do oceny. Ludzie niepewni siebie często potrzebują czyichś oczu, żeby zobaczyć, że są coś warci. Do pewnego stopnia źródłem tego może być narcyzm.
Wróćmy do nienawiści. Nienawidzą ludzie, którzy zazdroszczą innym tego, czego im samym brakuje. Gdy rozwiedziony wmawia wszystkim, że małżeństwo to fikcja, to mu go brakuje. Zatrzaśnięty w małżeństwie za to notorycznie zachwala więzi rodzinne. Do prawdy nie trzeba przekonywać. Obu się czasem zdarza popuszczać parę zwątpienia w postaci agresji wobec tych, którzy uświadamiają im braki w ich własnej sytuacji. Na pewno macie takich ludzi wokół. Rozwiedziony wymawia zamężnym domowe kapcie, a zamężny w gorzkich żartach pyta o pustą lodówkę rozwiedzionej osoby. Paradoksalnie wszyscy widzimy po twarzach, po postawach, że mają nieprzepracowane braki, że nienawidzą się nawzajem, że zazdroszczą sobie tego, czego jak sądzą potrzebują. Ale jawne wyrażenie nienawiści nie następuje, bo przecież wszyscy jesteśmy tacy cywilizowani. A tu proszę wielkiego państwa: „Król jest nagi!” i nie ma co sobie wmawiać, że nikt nie zauważy, że ten z pustą lodówką tęskni do podanych kapci, a zamężny do pustki w domu wieczorem po kolacji i chętnie opróżniłby lodówkę, żeby to nastało.
Ludzie kierowani nieświadomą nienawiścią tej nienawiści nie spalają. Dlatego, paradoksalnie, ci, którzy nienawidzą jawnie, mają na to szansę. Jawna nienawiść pokazuje czego nam brakuje w życiu, co powinniśmy dla siebie zrobić, żeby poczuć się lepiej i nie chodzić między ludźmi z fochem. Nienawiść nieświadoma jest podszyta wielowarstwowym problemem. Ale nie jest to nasz problem i nie warto się wikłać w czyjeś złogi psychiczne. Dla własnego bezpieczeństwa po pierwsze należy unikać otwarcie nienawistnych ludzi, bo oni nienawidzą nie dla nas, ale dla siebie. Po drugie, unikać jeszcze bardziej tych, co nienawidzą skrycie, bo jad z kontaktu z nimi jest trudny do odkrycia i zmycia. Unikać i się bronić kiedy zachodzi potrzeba, nawet za cenę ryzyka niezrozumienia, popsucia kontaktu, bo jeśli ktoś nas lubi szczerze, albo kocha, zrozumie nasz niepokój, współczuciem taką niezręczność pokryje od ręki. Ten co nam nie sprzyja, zrażony odejdzie. I tak jest łatwiej odróżniać tych, co są na naszej drodze przychylni, od tych co na nas żerują.
Dlatego kocham nienawiść – jawna i niejawna uczy mnie odróżniać przyjaciół od wrogów. Uczy mnie też, że nie wszystkich muszę kochać, jak mnie uczyli na religii, w szczególności tych, co najmocniej we mnie bili. Mogę ich odcinać, mogę ich boksować jak się zbliżą. A power w sierpowym mam mocny. Idzie w pięty, więc nie polecam się narażać tym, co coś przeciw mnie knują. Szanuję ludzi obcych i zostawiam w spokoju, z pozornych przyjaciół też robię ludzi obcych, kiedy widzę, że mi szkodzą. I pewnego dnia odkryłam, że nienawiść to siła, dzięki której się pozbyłam tak, bądź inaczej, wrogów, bo świat o dziwo nie czekał na drugi policzek, tylko na akceptację prostego prawa: nie musisz być żerem dla wampirów żeby ich zauważać.
A z nienawiścią, jeśli kogoś niepokoi fakt nienawidzenia innych, jest tak, moi drodzy, że świadoma nienawiść rozpuszcza się w czasie. Dłuższym, krótszym, ale odchodzi, kiedy nie wystawiamy się na ludzi i sytuacje, jakie przychodzą do nas z nienawiścią. Kiedy porobimy porządki w sobie, nienawiść jest rodzajem uczucia ostrzegawczego, co nas również oddziela murem od tych, z którymi nam nie po drodze, którzy nam nie sprzyjają. Oni mają swoje własne ścieżki, niech idą sobie. I tyle jeśli chodzi o nienawiść. Dlatego ja ją biorę, widzę, szukam intencji, jaka ją wywołuje i podejmuję decyzję co z nią zrobię. Czy wykorzystuję do domknięcia mojego świata i w jakim aspekcie? A jak nie wiem dlaczego kogoś nienawidzę, to czekam, bo życie pokaże mi to prędzej, czy później. Ale nie kłamię, nie nakładam fałszywie aureoli świętości i wybaczania za krzywdy. Wybaczać należy tylko dla siebie i tylko tym, których ostatecznie odcięliśmy. Ci, którzy nas nagabują swoim postępowaniem, nie ważne świadomie, bądź nie, biorą odpowiedzialność za swoje działanie, również za wyrzucenie poza horyzont naszego świata. Na zawsze, bądź na czas swojego dogłębnego poukładania, aby wchodząc w nasz świat ponownie, o ile to nastąpi, w zgodzie z naszym rozpoznaniem, byli przez nas mile widziani.
Autor: JA
Jeszcze się ciągną
Jeszcze się ciągną
barwne korowody
od złudzeń mętne
w szafirowym cieple
Ale już nie kwitną
te zorze promienne
i wachlarze zmysłów
w noce nieprzewiewne
Nauczeni blaskiem
spleceni z nicością
stąpamy ostrożnie
po linii do siebie
I tylko kierunek
wiedziony miłością
co raz nam umyka
boleśnie,
boleśnie …
4 stycznia 2019
O miłości do bezwysiłkowości
Mamy taki program w głowie, bardzo powszechny, że najlepsze rzeczy przydarzają się nam kiedy na nie zapracujemy. Absurd. Dochodzi więc do paranoi, że nie umiemy się wręcz cieszyć z rzeczy, które nie zostały przez nas okupione wysiłkiem i to sporym. Im większy wysiłek, tym większe szczęście, że się udało, że jest, że będzie. Kolejny absurd. Większość rzeczy naprawdę pięknych w życiu przeżyłam nie dlatego, że siliłam się na nie ale, podążając we właściwym kierunku, a kiedy podążamy we właściwym kierunku, wszystko samo idzie, bez wysiłku, lub z małym wysiłkiem, którego ciało potrzebuje do jakiejś drobnej zmiany naszego sposobu myślenia, odczuwania. Dlatego, kiedy tak się pocimy i dochodzimy do czegoś, nasze ego, które lubi nas mieć dla siebie, mówi :”To dobre, ale gdybyś się jeszcze trochę postarał, byłoby lepsze.” I tak w nieskończoność, niewolnictwo duszy zależnej od ego. Ego lubi kiedy się staramy i przemy z trudem, bo ma nas wtedy na wyłączność. Jesteśmy tak skupieni na działaniu, pozornie ważnym i wysiłku, że nie mamy czasu na refleksję, czy to o co się staramy w ogóle jest nasze, a jeśli za chwilę ktoś podejdzie i zdejmie ciężar mówiąc:” Chodź, tamtędy jest łatwiej”, odruchowo odmówicie, bo przecież wysiłek jest sednem. Moim zdaniem ten niebezpieczny program doprowadził do paranoi całe społeczeństwa ludzkich mrówek, jakie teraz tyrają w trudzie bez refleksji nad swoim życiem. Czy można szczęście okupić pracą? Popatrzmy na radość. Można sądzić, że kiedy osiągamy cel po długiej pracy to czujemy radość. Myślę, że jest inaczej. Czujemy ulgę, łatwo ją pomylić z innym uczuciem. Jeśli cię boli i przestaje, to czujesz się uwolniony od bólu a nie radosny.
Nie oznacza to, że nie należy się napocić. Trzeba, ale tylko w jednym aspekcie, rozpoznania, co dla nas jest dobre i pilnowania myśli, które materializujemy w świecie. Jeśli bowiem ktoś wywołał myślami, że po długiej drodze pełnej niebezpieczeństw dojdzie do prawdy, to tak będzie. Pocieszające jest to, że z programu wysiłek=szczęście można wyjść przed czasem, ale to nie jest proste, bo intensywność zdarzeń bywa przytłaczająca.
Co zatem ze szczęściem bez wysiłku? Każdy je czuje, np. kiedy patrzy na swoje dzieci śpiące w łóżku. I one i my bez wysiłku. Trudno takie szczęście przebić. Słońce na plaży rozgrzewające nas latem. Komiczna sytuacja, spontaniczna w pokoju socjalnym w pracy. Można powiedzieć, że wysiłkiem było wstanie i przyjście, gdzie trzeba i o czasie. Tak, tyle jest potrzebne, żeby przeżyć prawdziwe szczęście – przyjść o czasie we właściwe miejsce.
Zdjęcie programu wysiłku jest potrzebne byśmy, jak głodne duchy nie dążyli do jakiejś abstrakcyjnej doskonałości pracą, żeby zasłużyć na okruchy. Prawdziwe szczęście pojawia się kiedy śpimy, chodzimy, jemy i rozmawiamy o pogodzie ze znajomymi. Życie jest szczęściem i nie wymaga wysiłku, dzieje się automatycznie. Kiedy startujemy z tego poziomu, jest łatwiej zrozumieć, że szczęście nie wymaga siły do odczucia, że jest. Wymaga świadomości, że zachodzi w naszym życiu, że je odczuwamy. Cała więc sztuka pozwolić sobie na szczęście z poziomu istnienia. Potem okaże się, że wszystko nas potrafi cieszyć i przynosi szczęście, bez pracy, bez konieczności, naturalnie, tak trochę dla zabawy, zachęca nas do podróży przez życie w obecności radości, miłości do wszystkiego. Bo wszystko może być szczęściem, jeśli z poziomu serca widzimy rzeczywistość, sami decydujemy co nim jest, więc weźmy go więcej. Cieszmy się z płaskiego chodnika, z kolorowego samochodu na ulicy, z tego, że coś mamy i z tego, że do czegoś dążymy, bo na nas czeka. Kiedy nie mamy siły na naukę czegoś, na dążenie, odpuśćmy to z poziomu serca, może wyzwolimy tę energię gdzie indziej, bardziej twórczo, bardziej prawdziwie i po czasie okaże się, że to było lepsze, mądrzejsze. Ważne i podstawowe jest, abyśmy nie obciążali się poczuciem winy, że się nie silimy. W wysiłku nie ma żadnej wartości z poziomu celu. Ten kto szedł schodami, nie jest lepszy, niż ten kto wjechał windą. To tylko droga jaką obieramy. Jeśli chodzenie po schodach rozpoznajesz jako wartościowe tylko z takich powodów jak wysiłek i duma, bo czujesz się lepszy od windziarzy, to utknąłeś w przekonaniu o wysiłku. Windziarze tego nie docenią, bo się pewnie i tak z nimi miniesz, kiedy będą szli dalej, gdy ty dopiero docierasz na miejsce. Więc po co ci wysiłek?
Wysiłek należy włożyć tylko w rozpoznanie siebie, gdzie i jakie mamy intencje. Jeśli twoją intencją jest chodzenie, bo możesz się rozejrzeć więcej, lubisz chodzić, masz czas dla siebie i kontemplujesz ten stan z lubością, nie wsiadaj do windy. Tam cię wyrwie w górę i będzie za szybko, stracisz wszystko co lubisz, a gdy osiągniesz cel, co z nim wtedy zrobisz? To prawda, że nie cel a droga jest ważna. To ona sama jest celem nie wysiłek w nią włożony. Poczuj to co czujesz, czego naprawdę potrzebuje twoje serce. Wtedy niezależnie od tego jaką drogę obierasz, masz w sobie spokój i szczęście, i choć byś się wdrapywał schodami do nieba, a windziarze krzykną ci w locie:”Co za wariat, idzie, zamiast wjeżdżać!” Ty się uśmiechniesz z poziomu zrozumienia i wdychając cudowne górskie powietrze, powiesz sobie w duszy:”Jestem, gdzie trzeba i, proszę o jeszcze.”
16 luty 2018
Przy pleceniu warkocza
Gdybyś powiedział mi, kochany,
że będziesz tylko jedną chwilę
nie szyłabym tej sukni białej
i nie czekała w oknie tyle.
Poszłabym łąką w rannej rosie
na powitanie światła słońca
zamiast w ciemności własnych myśli
szukać przyczyny, szukać końca.
Gdybyś mi przesłał list gołębiem,
co białym głosem by wyśpiewał,
że to już koniec jest podróży
w błękit naszego uczuć nieba…
To bym skoczyła do strumienia
co wartką wodą smutek zmywa
i byłabym dziś bardziej piękna,
i byłabym cokolwiek żywa.
Więc jeśli chcesz mnie znów zwieść kiedyś
upojnym słowem jak nektarem
przypomnij sobie stare wierzby
co je mijałeś tuż za sadem.
One tam płaczą za kochanym
co odszedł mimo ich miłości.
W ich łzach się kąpie, by zapomnieć,
by w sercu poczuć chłód wieczności.
One mnie uczą widzieć prawdę,
jakiej nie widzą ludzkie oczy,
żebym oddała serce temu
co z prawdą w życie moje wkroczy.
28 grudnia 2018
Zmęczenie Anioła
Nic nie powiedziałam
gdy się rozstawaliśmy
i tak byś zapomniał
jak ja zapomniałam
kiedy nas uniosły
podprzestrzenne stany
domykając w kształty
w jakich tu mieszkamy.
Nie mówię i teraz
chociaż nieba zorze
przypominają co dzień
inność mej natury.
Idziemy jak lądy
przecinając morze
do celu wiedzeni
miłością do ludzi.
Może powiem kiedyś
przed powrotem w miejsca
co wypełnią sensem
bardziej niż poezja,
że pragnęłam życia,
które tu nie przyszło
i wciąż nie wybaczam
poraniona w więzach…
I niech się już martwią
ci co nas przysłali
jak mi odpowiedzą
na te wszystkie rany,
na gniew co mnie trawi
bardziej niż wulkany
co je wylewali
niepokornym
za nic!
I za tę świadomość
niesprawiedliwości
co ostro się wdziera
w każdą mą szczelinę,
przeczucie nicości
i braku wolności
tych co giną co dzień,
a których jest tyle…
Niech się wreszcie skończy
czas tego dramatu!
Niech wygra ktoś w końcu
tę wojnę o władzę!
Dowolny, losowy
z rodu, bez mandatu!
Dajcie mu koronę
i połowę światu.
Niech ten co nie rozumie
i ten co wie wszystko
wejdą choć na chwilę
po rozum do głowy.
Niech ten co nic nie ma
i ten co ma wszystko
zobaczą siebie
patrząc prosto w oczy.
A wtedy może
usiądą do stołu
albo pójdą bosi
poszukując siebie…
Niech się światło na koniec
splendorem nie pyszni,
a ciemność nie boi
dać owoców w niebie.
Niech moje i twoje
weźmie się za ręce
w dowolnej przestrzeni
z dowolnym sumieniem.
Niech moja i twoja
muzyka zgra Ziemię
na koniec, początek
po wszystko
co nie wiem.
A wtedy odejdę
niesiona spokojem
do domu w ciszy
gdzie me serce mieszka
i może po drodze
zatęsknię do tego,
by wrócić,
by spotkać,
by znów tu zamieszkać.
28 grudnia 2018
Rycerze Światła
Jestem Rycerzem Światła
który zasnął w ciemności
zaklęty w żelazną zbroję
w cieniu Wielkiej Góry
Dźwigam nowe niebo
w tym czasie ponurym
co zapomniał historii
i myśli mądrości
Kiedy czas mnie obudzi
wstanę gładko z kolan
miecz mój przypnę do pasa
pójdę szlakiem Gwiazd
nie wspominając nicości
w której zanurzony
trwałem czujnie strzegąc
zapomnianych prawd
W ostatnim marszu spotkam
Rycerzy o kruchych sercach
którzy śpiew podniosą
w szumie proporców nieba
I odejdziemy w pokoju
zostawiając Ziemię
ze świetlistym wspomnieniem
w rękach ostatnich Ziemian.
28 grudnia 2018
Święta, święta …
W tym roku od Świętego Mikołaja dostałam wirusowe zapalenie zatok. „Zdarzasię”. Dzięki temu legalnie mogłam się wymiksować z różnych przygotowawczych zajęć. I tak planowałam się wymiksować z tej, jak mówi Moja Córa, świątecznej gorączki, więc Święty niepotrzebnie się trudził, ale doceniam wkład i wysiłek, żeby mnie magicznie spotkać z kimś zarażonym i, w razie jakbym miała się nie oszczędzać, dodał mi niezbity argument. Może i miał rację, bo zanim wirus mnie całkiem rozłożył zrobiłam pranie, ubrałam choinkę, odkurzyłam mieszkanie, przygotowałam barszcz, kutię, farsz do pierogów i zrobiłam zakupy. To ostatnie na spółkę z mężem, ale zawsze. Potem jakoś wszystko potoczyło się mimo mnie, pierogi zagniótł Syn we własnoręcznie zrobionej z papieru czapce Mikołaja, urodzony komik, Mąż upiekł rybę, ugotował co się dało. Młodsza Córa Starszej zrobiła wegańskie pierogi , a Starsza zrobiła sushi dla wszystkich, żeby nam się przy wigilijnych potrawach nie nudziło. Ubrałam się jak Śnieżynka, co Syn skomentował, że patriotycznie wyglądam w tej bielo-czerwieni. Odparłam śmiejąc się, że to na rok niepodległości i skorzystałam z wprawnej rączki Mojej Córy, która wyjątkowo dobrze umie podkreślić moje szlachetne oblicze trikami, których ja nie umiem, bo jak ma się w domu taką kosmetyczkę to się człowiek rozleniwia.
Najmłodszy Syn długo, zwycięsko walczył o prawo do siedzenia przy stole wigilijnym w dresach i bluzie z kapturem na głowie. „I tak nic nie będę jadł, bo tu nic nie ma do jedzenia!”- orzekł. Jak powiedział, tak zrobił, nie zjadł nawet specjalnie dla Niego zrobionego przez troskliwą Starszą Siostrę bałwana z ryżu do sushi z pięknymi ozdobami z marchwi i buraka. Starszy Syn z braku długich spodni, które nagle wszystkie wyparowały, wystąpił w krótkich, dzięki czemu mogłam zobaczyć, jak dużo urósł od wakacji. Córy w swetrach i dżinsach wyglądały cudnie, jak żywcem przeniesione z lat, kiedy ja sama chodziłam do liceum. Nie mogłam się napatrzyć, istny powrót do przeszłości. Mąż chciał wygłosić jakąś mowę powitalną, ale został chóralnie zakrzyczany, żeby nie przynudzał, więc się tylko wyściskaliśmy i wycałowaliśmy, przegryzając opłatkiem.
Po wchłonięciu niewielkiej części przygotowanych potraw (na dzisiejsze, poranne pytanie męża: „Co dziś na obiad?’, odparłam: „To co wczoraj na kolację!”) uraczyłam się lampką wina i pierwszy raz poczęstowałam winem Starszego Syna. Bartek, wyższy od Taty, sam otworzył butelkę, a przy okazji usłyszeliśmy parę historii od Dzieci, jak to się teraz pije w młodym towarzystwie i, że wśród obecnej młodzieży pasterka to synonim zakrapianej imprezy.
Prezenty miały być następnego ranka, ale Dzieci nie mogły się doczekać, więc wysłaliśmy je do sprzątania stołu i zamknęliśmy się pakując. Nie obyło się przy prezentach bez fochów, ale i zachwytów. Julia jak zwykle bardzo się napracowała, szukając świetnych rzeczy dla nas wszystkich i podpisała wszystkie prezenty artystycznie, aż trudno wyrzucić opakowanie. Leszek swoje zachował z napisem: „Santa Dad”. Ja dostałam nowy telefon i ciekawą gromadkę oczu, co chce mi wszystko w tym telefonie ustawić. Córa powiedziała, że wreszcie nie będę jak ten dinozaur i, że jak mam teraz najlepszą maszynę w domu, to nie mam prawa nie odbierać telefonów. Fakt, czasem nie odbieram, w tym się wyraża moja wolność i samostanowienie, a co!
Kiedy wieczór miał się ku końcowi, obejrzeliśmy film świąteczny, nie Kevina, całkiem zabawny, z dokładnością do tego, że w kluczowym momencie zdradziłam, jakie będzie zakończenie, bo dla mnie było oczywiste i nie mogłam się powstrzymać.
-„Mama! Niech ktoś zamknie tę kobietę, co za dużo gada!”
-„Ale ja jeszcze nie skończyłam, zaraz wejdzie Pani Mikołajowa …”
-„Mama!!”
No i na tyle wystarczyło mi energii. Kiedy kładłam się w sypialni z nosem jak Rudolf, bo co jakiś czas śluzówka oczyszcza mi się na czerwono, patrzyłam na choinkę, którą mąż kupił, ale zapomniał dokupić 10ciu metrów kwadratowych mieszkania do niej i pomyślałam, że to chyba były najspokojniejsze, najradośniejsze święta, jakie miałam w życiu. Bez spinki, sztuczności, z niepohamowanym humorem, autentycznością na jaką stać i mnie, i wszystkich, kiedy się im pozwala. Patrzyłam jak kot podgryza ubranego do połowy świerka od spodu, przebrany w świąteczne ubranko z reniferem i pomyślałam, że zespół Monty Pytona byłby zachwycony taką gwiazdką. Mam nadzieję, że koty trawią świerkowe igły, nie będę jeździć zwirusowana na żadne izby przyjęć dla przejedzonych wegańską dietą drapieżników.
A dziś leżę w łóżku, a świat kręci się nadal. Wstałam pierwsza, odsłoniłam okna i zobaczyłam cienką warstwę śniegu. Wszechświat nas nagradza za to, że nie oczekujemy tego, co jest złudzeniem szczęścia. Prawdziwie świąteczna atmosfera to dla mnie śmiech moich dzieci, kiedy mówią:”Mama, nie mów naszym językiem, bo to brzmi jak suchar!” A ja mrużę oko, bo wiem o tym, robię to dla siebie, dla własnej radości i dla nich, bo czują się inne, młodsze, należące do siebie, innej generacji, nie do mnie. A wczoraj przy wigilijnym stole się dowiedziałam, że słówkiem roku 2018 jest „dzwon”. Dzwon oznacza pusty w środku. Dzieciaki mówią: „Ale dzwon…”, czyli kiepski, bez wyrazu, dno i wodorosty, jakbyśmy powiedzieli w naszych czasach. Słówkiem 2017 roku był „sztos”. To z kolei oznacza coś świetnego. W użyciu: „Ale sztosik!”, o czymś fajnym, odjazdowym – tutaj nasza gwara. Słowa te zostały oficjalnie uznane, przyklepane i weszły do słownika nowomowy w całkiem nowych znaczeniach. Wszystko się zmienia. Rytuały, wartości. Szczerość, mam wrażenie, wiele uświęca. Nawet niezadowolenie, zgoda na wiele nieakceptowalnych w czasach mojego dzieciństwa emocji, jak gniew, zniechęcenie, smutek: „No czemu się nie cieszysz z prezentu? Toż to nie wypada, Mikołaj tak się starał…” -„Nie cieszę się i tyle, tak się zdarza”.
Na mojej wigilii, na której spotykam tych, których kocham autentycznie, można wyrażać wszystkie emocje i uczucia. Nikt nikogo nie krępuje, nie przymila się po głaski: „Ładnego ci misia Mikołaj przyniósł?”. To nie istotne dla tych, co kochają i czują się kochani, prezenty to tylko przedmioty, trochę do ułatwienia, trochę do zabawy. Nie wyrazy miłości, bo miłość nie wyraża się przedmiotami. Miłość to akceptacja każdego przejawu ludzkiego wnętrza. Można symbolicznie coś prezentem przekazać, ale miłość płynie mimo, obok tego. Bez niej, żaden prezent, żadne danie wigilijne, żaden wyszukany gest, podniosłość, po prostu żadna maska nie zapełni pustki czekania, na miłość, co się wyraża akceptacją w byciu tym, kim jesteś naprawdę i traktowania z pełną akceptacją tych, których się kocha.
Bez przymrużenia oka: „Niech te święta będą dla Was otwarciem na miłość, autentyczność w uczuciach, radościach i dąsach. Niech Wam się zdarzą autentyczną chwilą, spokojem patrzenia w serca bliskich ludzi. Bo kiedy zobaczycie ich takimi, jakimi są naprawdę, będziecie ich kochać. To nieuniknione. Więc jeśli chcecie, żeby Was kochano, bądźcie autentyczni, nie fałszujcie swojego obrazu, żeby Ci co na Was patrzą widzieli prawdę. A wtedy i Was pokochają. W tym się przejawia synergia miłości.”
Z mojego pamiętnika
20 grudnia 2018
Żyjemy w rzeczywistości nieustannie oceniani i oceniający. Mamy taki obiekt w głowie, zwany mózgiem, który pojmujemy, jako źródło naszej mądrości, a co ocenia rzeczywistość, w jakiej jesteśmy. Nie ma w tym nic złego. O ile rozróżniamy mierzenie i opiniowanie. Kiedy jadę samochodem i ktoś mi zajeżdża drogę wciskając się na pas przede mną to mój mózg mówi: 'Odległość między poprzedzającym cię pojazdem robi się za mała – zwolnij”. To jest mierzenie. Opinia zaś się pojawia kiedy włącza się lęk. „Ten pacan zaraz mnie zadraśnie, powinien poczekać!” Wyobraźmy sobie sytuację, że na mierzeniu mózgiem sytuacji kończymy. Nie przechodzimy do opinii. Wyobrażacie sobie? Trudne zadanie, takie nie wyrażanie tego co się myśli, o jakimś nadmiernie szybkim pacanie. A jeśli wam powiem, że większość opinii tworzymy z lęku? Jak się z tym czujecie? Dziwnie, prawda. Niezależnie, czy to są tzw. dobre czy złe opinie, są tworem myśli, ucieczką przed konfrontacją. Mój lęk, że jakiś gozdek mnie walnie swoją rozpędzoną furą, wyraża się w mojej opinii. Mózg tworzy ją na bazie moich doświadczeń. Wyobraźmy sobie teraz sytuację, że faktycznie dochodzi do stłuczki. Wyskakuję z samochodu pełna gniewu, a tam drobna kobietka z zapłakanym maluchem na tylnym siedzeniu. Może być? Może. Kiedy uświadomimy sobie lęki, jakie prowadzą nas do opinii, o wiele łatwiej nam będzie dostrzec prawdziwą rzeczywistość.
Czym jest strach? Iluzją. Strach to myśli, jakie rozpętujemy w głowie, kiedy się straszymy. Zaraz, zaraz, tzn. że boimy się myśli? Tak, myśli się boimy. Kiedy ktoś w niedzielę wieczorem nie może zasnąć, bo już żyje poniedziałkowym tokiem zadań, to pogrąża się podwójnie, bo ani nie działa, co odciąża od stresujących myśli, ani nie wypoczywa przed podjęciem działania. Straszy się myślami. Iluzja strachu polega na tym, że jak coś przemyślimy, postraszymy się konsekwencjami tego, że może nam się coś nie udać, np. zrobić w pracy, nie dojechać do celu, nie znaleźć klienta, to samo straszenie nas zmobilizuje i w ostateczności nam wyjdzie. Nic bardziej mylnego. Im więcej strachu – tym marniejszy efekt.
Prosty, choć krańcowy, przykład z metra koreańskiego. Kobieta spada z peronu na tory. Jakiś chłopak rzuca się za nią i błyskawicznie podnosząc jej ciało, staje z nią pod ścianą tunelu. Pociąg przejeżdżając w tej samej chwili nawet ich nie drasnął. Chłopak opowiadał potem, że się w ogóle nie zastanawiał, co robić, działał. Bo jakby się zaczął zastanawiać, to by się zdążył wystraszyć, że za mało czasu, że się potknie, że może ona za wiele waży i jej nie podźwignie. Robienie rzeczy zamiast przemyśliwania o nich ma taką prostą funkcję, że rzeczy się wtedy dzieją samoczynnie. Ciało się dostosowuje, umysł czyści i wdraża odpowiednie programy do robienia, nie konfabulowania. Są ludzie, którzy to mają automatycznie, większość się jednak powinna przestawiać z myślenia o robieniu, na akt robienia. Dlatego kiedy zasypiam w niedzielę nie straszę się poniedziałkiem, nawałem zadań, ilością godzin przed monitorem i mnogością skomplikowanych obliczeń. Zasypiam, albo jestem sobie, a w poniedziałek idę, siedzę, piszę, czasem tańczę dla rozluźnienia kręgosłupa przy biurku, żeby nie wybiegać w strachy, jakich nie ma, poza moją głową.
Lęk od strachu różni się położeniem w czasie. Strach wybiega przed lęk i mówi: „Patrz! Tam się może palić! Oj, będzie piekło w pięty.” Dlatego strach można rozpuścić patrząc na swoje myśli i łagodnie się do nich uśmiechając. Ja tak robię i działa. O, pięty powiadasz? A czemu nie palce? A może pośladki? Właściwie zrobiła się zima to trochę ciepła się przyda itd. Lęk dla odmiany pojawia się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Co robić z lękiem? Ja pozwalam mu być i tyle. Serce mi wali, a ja to widzę, no wali. Ręce mi drżą, nie mogę usiedzieć w miejscu. Wstaję i chodzę, jak tego nie wytrzymuję. A w duszy mówię do siebie spokojnie: „No tak, zdenerwowałaś się Agnieszko. Boisz się tego. Tak jest ok. Możesz się bać. To ludzkie, to autentyczne. Popatrz na siebie w tym i nie udawaj, że cię to nie rusza, jak kiedyś udawałaś. Lęk to prawdziwe, ludzkie emocje. Przyszło i przejdzie, jak zwykle.” I lęk się wtedy rozpuszcza. Trenowałam, to może za dużo powiedziane, trochę ze strachem i lękiem osobiście. Tak mi wyszło, że się oswajałam z lękami różnego rodzaju przez akceptację, że się boję. I doszłam do tego, że już nie chojraczę, że co, ja się boję? Nigdy! Wchodzę do tego tunelu ze skorpionami, pierwsza wchodzę! Otóż nie. Nie wchodzę, jak się boję, ale wielokrotnie się przekonałam, że jak nie zakłamuję strachu i mówię, tak, ja się boję, to strach, lęk mnie opuszcza prawie od razu. I poprzez akceptację samej możliwości strachu, lęku, poczucia zagrożenia doszłam do stanu, że ostatnio prawie w ogóle się nie boję. Niczego, aż się zaczęłam rozglądać, czego by się tu pobać, bo jakoś pusto się zrobiło i taka przestrzeń dookoła. Czas ją zapełnić tym co lubię, tak myślę. Mną samą, nie zestresowaną kolejnymi wyzwaniami życia, a mną ciekawą, co się pojawi, jakie zadanie, jaki finał. Nie myślę o porażkach, sukcesach, a doświadczeniach. Bo opinie segregują nam życie na pozory dobrego i złego, a czegoś takiego nie ma. Jest tylko to, co się zdarza, może być ruiną firmy, albo wyczyszczeniem kalendarza do zapełnienia nową działalnością. Może być w finalnej scenie śmiercią kogoś bliskiego, albo wyzwoleniem z obciążającej nas zależności. Każde doświadczenie lękowe odsłania nam opinie, jakie mamy o rzeczywistości. Ona nam nie zagraża, ona tworzy możliwość transformowania naszych ukrytych, nieświadomych uwarunkowań. A lęk nas prowadzi do tego, czego jeszcze nie przetransformowaliśmy. Zostawiam torebkę wszędzie, idę po nocy w ciemnych ulicach. Nie brnę w zagrożenie, ale świadomie mierzę, jaka jest moja odległość od poprzedzającego pojazdu i zwalniam tam, gdzie zdążę. A jak nie zdążam, wręcz się cieszę, że jest coś jeszcze czego nie przeżyłam, jakieś nowe terytorium, nowy podzbiorek do zajęcia w mojej przestrzeni własnej. Opinie wyłączam, albo daję im przepływać przez moją głowę. Dziś w nocy po spaleniu jakiegoś jedzenia w mikrofali cały dom śmierdział jak wnętrze kominka. Zasypiając złorzeczyłam mężowi, że się zagapił, a potem powiedziałam w myślach: „To będzie ciekawe doświadczenie zasnąć w stęchłym powietrzu, jak w komorze gazowej. Zapach w końcu zwietrzeje, a ja mam nowe doświadczenie.” Obudziłam się wyspana i rześka, a moja opinia o roztargnieniu męża minęła bezpowrotnie.
Lęku nie trzeba przełamywać, tak jak i strachu. Walka z nimi, albo z sobą w lęku powoduje spiętrzenie, czyli panikę, albo zaprzeczenie, czyli odrzucenie lęku i siebie. Nie odrzucam siebie w lęku, po prostu siebie widzę i lęk, i sytuację i zagrożenie, jeśli istnieje. A wtedy zaczynam efektywniej myśleć nad rozwiązaniem tego co mi doskwiera. Co zrobić jednak, kiedy zamiast zwalniać przed pacanem w autku, nałogowo przyspieszasz? Idziesz na kolizję z pełną akceptacją wszystkich konsekwencji. Włącznie z pobiciem się z karkiem z BMW, jakie rozbiłeś. Bądź świadom tych konsekwencji i mierz swoim mózgiem, czy je bierzesz na klatę, żeby potem nie fałszować rzeczywistości, że to jego wina. Jak nie bierzesz takich konsekwencji, zwalniaj. Ja się czasem trykam z jakimiś pacanami co mnie drażnią i zauważyłam, że kiedy nie jestem w opiniach, emocjach a faktach, mój mózg nieźle potrafi nawijać i wybroni mnie z każdej matni. „Zajechał/a mi pan/i drogę.” Koniec. I sprawa do wyjaśnienia. A nie „Co pan/i narobił/a!”, bo taki klimat, bo to już jest opinia.
Mierzenie rzeczywistości to głęboki temat. Widzisz to, co widzisz swoim wnętrzem, swoim doświadczeniem. To co pokazują ludzie jest ich doświadczeniem, które jest odmienne. Jak kobieta zakłada krótką spódnicę to nie musi znaczyć, że ma ochotę kogoś wyrwać na dyskotece na łatwy seks. To może oznaczać, że lubi mieć swobodne nogi w tańcu, który kocha. Dlatego ja się powstrzymuję przed opiniami, mierzę i słucham, co ludzie mówią o sobie, żeby nie iść przez świat jak specyficzny ślepiec w matni własnego mózgu, maszyny do mierzenia. Ona zmienia się z doświadczeniem. Jedyne co się nie zmienia, to prawda. Kiedy patrzymy na ludzi sercem, nie kadzimy im, nie strofujemy, widzimy prawdę w oderwaniu od wszelkich umysłowych opinii. A prawda wyzwala, zwłaszcza od lęku, ale pojawia się czasem w wielu przybliżeniach, sytuacjach jakie nas do niej wiodą. Nie należy się za bardzo fiksować na jej szukaniu. Kiedy jesteśmy gotowi do jej zobaczenia, ujawnia się sama. A wtedy nie da się jej zignorować, staje się fundamentem naszego istnienia i żadna opinia, żadna sytuacja jej nie zmienia.
Z mojego pamiętnika
18 grudnia 2018
Padła mi maszyna w pracy. No bywa! Przed świętami można taki fakt zinterpretować, jako znak od wszechświata, żeby zamiast symulować ruch włókienek w płynie, ruszyć w miasto na zakupy świąteczne. Prezenty, choinki, ciasteczka, karpie, brokat, kolędy, tłumy… Faktycznie zachęcające. Wczoraj rozmawialiśmy o tym przy obiedzie w pracy. Wszyscy na samą myśl o świętach są zmęczeni! Ale się urządzamy świętami. Najpierw harujemy, żeby przygotować, potem zjeść, bo się zmarnuje jak nie zjemy, a na koniec posprzątać i nieć fajrant.
W tym roku się nie wyrywam do świąt. Zaplanowałam kilka potraw, jak wyjdą to zjemy. Jak nie … to nie. Prezenty kupuję z Córką, bo jak nie trafię w kolor cienia do powiek, to będzie musiała oddać. Niespodzianka, cóż, może i spalona, ale trafiona najpewniej. Od wszystkich zbieram zamówienia do Mikołaja, a potem bez spinki realizuję jak się da. A jak nie da, to nie da. Nie martwię się, nie stresuję. Moje dzieci i tak najbardziej z wigilii pamiętają słodycze, a jeść chcą pierogi. Jedyna Córa co je kutię. O rybach, barszczu i reszcie nie wspomnę. Żadne z dzieci tego nie ceni, bo może nie dorosły, a może wolą inne smaki. Gotuję maleńko. Tylko na jedną posiadówkę przy stole, co i tak wystarcza na kolejny obiad w świąteczne dni. Może to nie jest polska tradycja, ale jak mam się zarzynać tradycją to mówię pas. Niektórzy uciekają z domu, żeby się nie przygotowywać, taką mają panikę, że ktoś podpatrzy, że stół nie ubrany, nie wyszorowani, nie rodzinnie, nie ze śpiewem. Opłatek, przytulas, życzenia. Zawsze składam je z serca, nie to co wypada powiedzieć, ale to co czuję, że chcę żeby się komuś spełniło. W święta patrzę na ludzi pogrążonych niewolniczo w gorączce przygotowań i trochę na przekór wszystkiemu cieszę się, że nie będę wstawać zbyt wcześnie, że będę chodzić spać późno, jak lubię. Może obejrzę jakiś film, albo pobędę z sobą i innymi, pogramy w gry przy stole i pośmiejemy się z naszych skojarzeń w Dixicie. Już od lat w to gramy i każdy ma swoje typy. Ja wymyślam takie hasła, że nikt nie kojarzy i zwykle przegrywam. Julia pokazuje na kartach rzeczy jakich ja nie widzę, Lena cytuje książki, których nikt inny nie zna, a Iwo chce się co jakiś czas pozbyć kart, bo mu nie pasują. Bartek puszcza te swoje krótkie komentarze, tak zabawne, że śmieję się zgięta w pół, a Leszek za każdym razem jak kładzie kartę jest pewien, że ma pewniaki i dużo ugra, i mu się udaje.
Ze świąt lubię choinkę nocą. Nie gaszę jej długo. Wspominam, święta które były, od czasów mojego dzieciństwa. Mam wrażenie, że im jestem sędziwsza, tym częściej zatrzymuję się w czasie. Także tym świątecznym. Patrzę wtedy na wszystkich i wszystko, jak na kolejny moment w przestrzeni do porównania, jak slajd w tej samej pozie od lat robiony na tle znanego krajobrazu. Rodzina, nastrój, gotowy obraz, powielany rok po roku. Moje wspomnienia nie są nostalgiczne, nie roztkliwiam się nad czasem, jaki mnie dzieli od świąt przeszłych. Dzieci rosną, my się starzejemy. Zwyczajnie, proza i życie. W tej prozie warto posmakować autentycznych uczuć, jakie nas nachodzą kiedy wchodzimy znów w świąteczny nastrój. I wchodzę w to cała.
Odpływam
Odpływam
moją łódź
porywa ocean
dokąd płynę
nie wiem
jestem sama
nie mam bosmana
prowadzi mnie Orion na niebie
byle bliżej gwiazd
Niech próżnia mnie
pochłonie
w ciszy
Niech oddech
spłonie
Niech krople
zastygną
wokół mnie
jak diamentowy naszyjnik
I kiedy spojrzę
w nieskończony
bezmiar możliwości
niech się odsłoni
cel…
12 grudnia 2018r.
