Pamięć niedoskonała

Zapomniałam
o tak wielu rzeczach
o jakich przyrzekałam
nie zapomnieć

Na pamiętanie niektórych
już za późno
na inne czas jeszcze nie przyszedł.

Kiedy mnie rozliczą
powiem
że żyłam jak płomień
co rozdziela atom za atomem
i nie ma miejsca
na pamiętanie
co przeszłość,
czym przyszłość…

taka fizyczna niemożność
zmyślna okoliczność
łagodząca.

1 września 2018

Niebo nad nami

Rozpinam nad nami niebo
nic za to nie chcę
robię to bez wysiłku
z radością lazurowego błękitu

żebyś się śmiał z kształtu chmur
rozgrzewał światłem
akceptował wschody i zachody słońca …

i moją nieznośną cykliczność
która nie ma końca
ani w radości ani w smutku
która napędza życie
interwałami pomiędzy wzniesieniami
i upadkami
co nas niosą w przyszłość…

1 września 2018

Poincaré

Życie to impresja
chwila
nie planuje się
a zjawia.

Poincaré pierwszy
zobaczył
chaotycznego motyla
i uwolnił nas
od deterministycznego
świata.

I chwała mu za to
dokonanie
bo od tej pory wiemy,
że wszystko co nadchodzi
drga wokół atraktora
milionem możliwości
zbiegania.

1 września 2018

Przed snem

Zanim nocą zasnę
zliczam gwiazdy
może któraś spadła
pod moją nieobecność
uspokajam drzewa
żeby nie upadły
pod ciężarem ptaków
zastygłych w powietrzu

I otwieram okna
w dziecięcych pokojach
by wypuścić strachy
zastygłe pod łóżkiem

Wyrównuję oddech
może dzisiaj zdołam
nie obudzić w sobie
nierealnych złudzeń,
które niosą myśli
zbyt daleko w nicość
gdzie nie widzę sensu
gdzie umiera przyszłość

I noc mnie porywa
jak bryzę z jedwabiu
w ostatnim zaniku
ślę sobie …
„Dobranoc”

1 września 2018

Modlitwa

Pomóż mi Słońce
póki Cię widzę nad sobą
napełnić kieszenie radością
przed smutku niechybną drogą

w ten gąszcz za horyzont
który mnie czeka za chwilę
chcę wejść pełna światłości
by nie zapomnieć, że żyję …

… że moje życie to ciepło
jakie rozpraszam na skałach
i na powietrze mroźne
wewnętrzną mocą ciała

niech moje ciepło ma kolor
jaki dostrzegą skuleni
zamknięci w labiryntach
iluzorycznej przestrzeni

i niech z radością dziecka
odkryją prostotę świata
żeby nakreślić przyszłość
słoneczną energią lata.

1 września 2018

Jesień

Rozgaszcza się we mnie jesień
spowalnia oddech przed zimą
w obfitym w kolory lesie
liście mnie kryją pierzyną

Serce wybija czerwień
malin, jabłek, jarzębin
smaki wszystkiego przeminą
wspomnienie głębię dopełni

Już pokłoniłam się drzewom
schłodzoną musnęłam wodę
powietrze włosy me pieści
dymną smugą wieczorem

I ciemność otwiera się wcześniej
łagodnością nicości
tego co było, co będzie
nim zima we mnie zagości.

1 września 2018

O miłości do muzyki poważnej

Jakiś czas temu byłam na rozpoczęciu Festiwalu Chopinowskiego w Teatrze Wielkim w Warszawie. Oprócz utworów Chopina – wybitnego mistrza wielbionego przez ludzi na całym globie, miałam przyjemność słuchać wykonań Debussy’ego i Bizeta zaprezentowanych przez czołowych, choć szerokiemu gronu mało znanych artystów. Wisienką na torcie, podaną na początku koncertu, było pierwsze wykonanie Poloneza napisanego przez Krzysztofa Pendereckiego specjalnie na ten Festiwal. Szacowny kompozytor siedział na sali z żoną i muszę przyznać, że czułam się prawdziwie poruszona słuchając muzyki żywego i obecnego wśród nas człowieka. I naszła mnie refleksja, że inaczej patrzylibyśmy na muzykę poważną, gdybyśmy mieli okazję poobcować z nią w czasach życia jej twórców, kiedy była świeża, przełomowa i piękna, a nawet wywrotowa. Piękno pozostało moim zdaniem tak, jak kunszt, ale w czasach globalnego uproszczenia wiele smaków muzyki zostaje zepchnięte do koszyka z napisem „niepotrzebne”. Tam gdzie syntezator zastępuje śpiew, czego się spodziewać po instrumentach? Muzyka poważna nie ma zbyt wielu wielbicieli. Myślę, że przez patos, jaki się wokół niej wytwarza, przeraźliwego, niestrawnego intelektualizmu muzycznego. Ale zapominając o tym, warto się pokusić i zbadać, czy przypadkiem nie ulegliśmy jakiejś zbiorowej sugestii, że to muzyka dla nudziarzy. Wystarczy przecież obejrzeć kultowych filmów w światowej kinematografii i już się wchłania muzyka poważna, bo jest tam na porządku dziennym, bo świetnie koresponduje z obrazem. A pasuje, bo to muzyka wielowymiarowa, tworzona w emocjach, z wielką dbałością o uniwersalność. Dlatego kiedy jej słuchamy, do pewnego stopnia rozpoznajemy związane z nią uczucia autora, z jakimi ją tworzył, jak chopinowską gorycz po upadku powstania listopadowego i tęsknotą, uniwersalna tęsknota, nie tyle za ojczyzną co za tą swojskością i dzieciństwem na wsi polskiej. Każdy czasem za czymś tęskni. Muzyka ta ma taką własność, że jej przeżywanie pozwala na głęboką penetracją naszego wnętrza, przyzwyczajonego do zagłuszającego wszystko dźwięku i rytmu muzyki z popularnego radia. W muzyce poważnej gra dusza człowieka i piszącego ją, i odtwarzającego, a nasza percepcja po raz kolejny przetwarza dźwięk na własny sposób. Taka kaskada i dostrajanie. Patrząc na orkiestrę nie mogłam wyjść z podziwu nad jej harmonijnym zgraniem. To inspirujące widzieć, że ludzie potrafią w wyrażaniu piękna tak się zjednać. Nie trzeba mieć słuchu, grać, śpiewać, żeby czuć co w tej muzyce się dzieje. Ja przy muzyce klasycznej zawsze czuję najpierw nawiązanie do jakiejś historii. I sobie tę historię opowiadam obrazem w moich myślach, jakbym oglądała film. Czasem wystarczy gra kolorów, światła, to sprawa indywidualna. Można nieźle poćwiczyć wyobraźnię przy muzyce poważnej. Dlatego ja sobie tej muzyki właściwie nie oglądam nawet kiedy tak, jak tym razem, wykonywana była na żywo, tylko słucham nie rozpraszając się innymi zmysłami. No chyba, że kieliszkiem wina. Zamykam oczy i wtedy pojawiają się obrazy, przelatują myśli, a muzyka czyści rejestry do jakich nie doszlibyśmy inaczej niż głęboką autoanalizą. Na koncercie na początku, wyobraziłam sobie historię z westernu, bo muzyka do tego prowadziła, potem zupełnie przestałam sobie wyobrażać cokolwiek i tylko odczuwałam, na koniec miałam uczucie, jakbym odłączyła się od ciała. Po prostu przestałam myśleć. Taka ubogacona medytacja.  Łatwiejsza dla tych, co mają problemy z koncentracją i wyciszeniem umysłu. Niekiedy zdarza się taka okazja, żeby poprzebywać ze sobą bez analizowania, odbierając tylko najbliższą, skończenie małą rzeczywistość. Chwilę. W matematyce mówi się o nieskończenie małym przedziale, na jakim bada się zmienne. To bardzo ważna konstrukcja i ma głębokie zastosowania do zrozumienia matematyki w ogóle, a jak widać również świata. Taka chwila za chwilą obserwowana, daje monotoniczne poczucie czasu i pozwala nam skupić się na obecnym momencie. Co więcej, muzyka daje nam i przeszłość w dźwiękach rozpoczętych wcześniej, i przyszłość w tych co brzmią teraz i jeszcze z nami zostają, dlatego umysł akceptuje łatwiej bycie w jednej chwili, nie analizuje ani tego co było, ani tego co przyjdzie, bo skupia w sobie  obecność muzyki jako czegoś ciągłego i całościowego, co łatwiej nam przyjąć. Takie poczucie chwili na zakładkę. Dźwięki zharmonizowane z intencją autora w wielowymiarowy obraz wielu dźwięków pozwalają nam poczuć również więcej niż 3D zmysłem innym niż wzrok. Ciekawy obraz się wyłania, kiedy pomyślimy, że muzyka napisana jest odwzorowaniem uczuć autora. Im większy, wierniejszy obraz, tym bardziej do nas przemawia. Niekiedy słucham muzyki jakbym czytała ze wspólnego nam wszystkim wzorca. Wszak wszyscy rozpoznają emocje podobnie, a pod nimi różnorodne myśli. Można się spytać siebie czy Debussy , swoją rapsodię napisał zakochany czy nostalgicznie wspominał jakieś swoje rany? To co nam wnętrze odpowie jest ciekawym kolażem autoalegorii muzycznych w nas samych. Jak archetypowe postacie w micie,  w jakie się przeobrażamy w konkretnych sytuacjach. Ktoś zaatakowany błaznuje, albo staje się wojownikiem. Ktoś słysząc Wagnera czuje w sobie bohatera, magika albo władcę. Warto się temu przyjrzeć. Ja podziwiam cudowną ludzką kreatywność co stworzyła i muzykę i instrument do dzielenia się nią. Nawet jeśli ktoś chodzi na koncerty tylko dla wizerunku, albo dlatego, że wypada, zaszczepia w sobie wrażliwość, bo w murze swojej racjonalności coś tam jednak przecieka cienką strużką. Warto się czasem dla wewnętrznej czystości podelektować taką muzyką poważną, co nie zniknie po sezonie, czy dwóch z dzwonków naszych komórek i reklam lodów w telewizji. Ale trzeba się na nią otworzyć, jak na swoje wnętrze i przygotować, że zdejmie z nas nie jedną maskę, jaką wytworzyliśmy. Potem jednak, kiedy przepłynie jej oczyszczająca fala, staniemy się wrażliwsi w aspektach, o jakich nawet nie pomyślelibyśmy, zanim do nas dotarła. W każdym razie, ja się potrafię podłączyć do jej źródła i zasilić dobrą energią, jaką we mnie wzmaga. Mam swoje sentymentalne, radosne i dzikie utwory, do których sięgam, jak mam zły dzień, albo czuję focha w pobliżu. Przy pewnych nogi mi same tańczą, a przy innych leję łzy, bo każda emocja podkreśla wagę chwili, a ja chcę wyraźnie smakować życie. Bo życie jest niebanalne, kiedy je zasila taka wielobarwna, wielowymiarowa muzyka. Im jestem starsza tym głębiej schodzę w pewnym sensie z gustami muzycznymi. Tym więcej w niej odnajduję. Na pewnej konferencji po koncercie organowym, spontanicznie wybitny wirtuoz zagrał na XVII-wiecznych organach fragment muzyki z filmu „Misja”. Płakałam, takie to było piękne. Kolega siedzący obok mnie się wzruszył, a parę lat później na kolejnej konferencji usiadł obok mnie na koncercie z chusteczkami, jak prawdziwy dżentelmen. Wspólne przeżywanie nas wyzwala do jedności, do pokonywania barier inności, indywidualności. Muzyka filmowa jest dla mnie przedłużeniem muzyki klasycznej, dlatego kiedy jadę samochodem słucham radio RMF Classic. Tam wszystko znajdę w jednym miejscu. I Gladiatora z Lisą Gerrard  i Bolero Ravela. Nie każdy utwór mnie otwiera na przeżywanie, ale szanuję wielość stylów i odwagę w kontynuowaniu trudnego dzieła. Wlewania muzyki do naszych serc. A prawdę mówiąc, kiedy się nad tym zastanawiam, to onieśmiela mnie geniusz kompozytorów  szczególnie w dobie hamburgera i popkornu, kiedy popkultura wyparła muzykę poważną w jej wielobarwnych brzmieniach, za mur patosu, którego tak naprawdę nie ma. Dla tych co im muzyka klasyczna pachnie myszką pozostaje współczesna muzyka filmowa, skanalizowana wrażliwość muzyczna, gdzie nazwiska takie jak Hans Zimmer, Ennio Morricone i Krzysztof Komeda czy Penderecki są odpowiednikami Bacha, Schumanna, czy Vivaldiego kiedyś. I kiedy następnym razem zobaczysz w telewizji reklamę super auta, czekolady, luksusowych mebli, pewnie w tle usłyszysz starą sprawdzoną muzykę poważną w robocie przy marketingu sprzedażowym. Więc zamiast się dawać naciągać na przedmioty, których w większości wcale ci nie potrzeba, za pomocą skojarzeń z elegancją i wysublimowaniem, jakie ta muzyka podaje, pomyśl, czy ona sama nie jest warta usłyszenia. Nie jako tło, ale plan pierwszy. To co, na razie dość przekonywania. I tak nas wszystkich w gustach pogodzi  … mała czarna.

Jesteśmy sami

Jesteśmy sami
choć świat wypełniony jest istotami
podobnymi tylko z nazwy
wokół których przelewa się nasz los.

Dlatego dam ci mój głos
jeśli nie wiesz co powiedzieć
mój krok, jeśli idziesz w biedzie
moją moc, kiedy czujesz się słaby
żebyś umiał zatańczyć
z przeznaczeniem.

A kiedy postukując obcasami
dobrniesz do końca wielobarwnej fali
muzyka mojej duszy
zagra ci do snu.

19.08.2018

Droga jaką widzę

Rozwiewam się na brzegach
suchość w ustach
ustaje tylko
we wspomnieniach

Za tysiąc lat nie będę pamiętać
ani czekać
tak wiele się zmienia…

Rozważyłam już każdą myśl
widziałam równoległe rzeczywistości
jakie nas minęły,
ze spokojem
puściłam je w przestrzeń
nie zakrzywiając naszej przyszłości

Teraz liczy się kruchość naszych żyć
więc żyj
ostrożnie żyj
i idź tam gdzie nikt nie podepcze
twojego serca
Niech miłość okaże się lepsza
odważniejsza
niż nasz sen o niej
wydarty podstępnie czasowi

Niech to będzie dar
przejścia
do właściwej drogi.

19.08.2018

Po EdduCampie

Konsekwentnie, po humorystycznym opisie moich kontaktów z coachami, wywiązuję się z obietnicy.. Byłam na EdduCampie, konferencji z tzw. rozwoju osobistego w Warszawie. Trzy dni obserwacji i fantastyczne spotkania z ciekawymi ludźmi. Trochę się musiał we mnie ułożyć obraz rzeczywistości, jaki tam zobaczyłam, żeby przejść do wniosków i opisywania. Nie sposób w krótkim streszczeniu przekazać czym jest filozofia życia Mateusza Grzesiaka, którego firma jest głową tej konferencji. Trzeba zobaczyć i poczytać. Po tych kilku wykładach zauważyłam, że większość wyrażonych tam myśli dawno już się przetoczyła przeze mnie, nawet na tym blogu, i poszła dalej, ale dla ludzi, którzy dopiero zaczynają zaglądać w siebie i analizować to, co dla nich ważne w życiu, pewnie była to sprawa odkrywcza. I choć zgadzam się z większością zawartych w jego wystąpieniach tez, nie będę piewca jego świata. Cóż, każda idea potrzebuje krytyka, żeby wzrastać.
Po fantastycznym show, będącym prawdziwie kunsztowną wizualizacją talentów scenicznych Mateusza, zgadzam się z koleżanką, że ta konferencja jest rodzajem koncertu do sprzedawania droższych produktów firmy jak warsztaty, studia i pewność, że to się opłaca. Naszła mnie na koniec taka refleksja ogólna. Sądzę, że Mateusz ma dobre intencje, choć ego nadal wielkie jak Himalaje, ale się stara i to jest najważniejsze. Martwi mnie tylko, że ludzie tak łatwo dają się złapać na elementy czyichś wizji świata dla własnych realizacji w życiu. Na to, że ktoś im wytłumaczy jak mają iść, po co i którędy. Dobrze by było, po takim super opakowanym cukiereczku popić trochę wody i podumać, co dla mnie jest dobre w tym społecznym pędzie, bo Mateusz, z całkowitą znajomością rzeczy, ten pęd wyzwala. On nim steruje i czerpie z niego korzyści, kształtuje rynek swojego klienta i modeluje nowy typ człowieka. Człowieka świadomego swojego potencjału, ale potrzebującego nauczyciela, czyli jego. To dobra idea i nie ma w tym nic złego, że na tym zarabia, skoro ludzie płacą. Wiem, że ktoś taki jak on, wyrosły w PRLu ma świadomość i siłę do pokonywania barier. Czuję w tym jednak haczyk, choć on haczyki obśmiewa. Moja indywidualność, moja potrzeba nie stoi na drodze jego realizacji świata. Jestem kimś innym, jakby równoległym do jego systemu. Może za dużo we mnie świadomości spoza jego branży, ekonomii świata materialnego i realizacji za pomocą przedmiotów. Poza tym, wciąż widzę ten obraz wewnętrznego poganiacza do doskonałości, jaki w sobie ma. Oczywiście od pewnego etapu sam stał się tym poganiaczem i to go wyzwoliło. Widać jego karma to biznes i wyrwanie się z więzów naszych schematów kulturowo-politycznych. Ja się nie czuję i nigdy nie czułam ani Polką, ani Europejką, ani obywatelem świata, a człowiekiem po prostu, a ponad wszystko istotą duchową w materialnej formie. Mam ograniczenia i je widzę, ale nie jest moim celem robienie na ich łamaniu firmy. I tak sobie pomyślałam, że może nie jestem w grupie odbiorców jego produktów, bo ich nie przyswajam. To możliwe. Dostrzegłam np. że moje względne lenistwo nie jest wynikiem więzów, ale zdolności do dążenia po drodze najmniejszego oporu. Ja się przestawiam z szybkością błyskawicy ze słodkiego romantyzmu do działania, intuicyjnie wiedząc co dla mnie i otoczenia jest dobre. Mateusz sprzedaje wypróbowane rozwiązania, ale mam wrażenie, że one nie są tak uniwersalne, jak sądzi. Skupia się na traumach, kulturowości i pewnie statystycznie ma rację. Ale statystyka to tylko narzędzie, do pokazywania potencjalnych prawd dla tych, co chcą mieć rację, a co do racji… Nie jest ona taka oczywista, jeśli nie równa się prawdzie. Statystycznie człowiek i koń mają po trzy nogi, mój prześmiewczy chochlik powie. Myślę, że lepszą i bardziej rewolucyjną zmianą społeczeństwa jest nie efektywność i praca, ale zmiana wewnętrzna sięgająca głębiej niż materialna realizacja. Oczywiście rozumiem, że praca i materialność w pierwszym polu zmiany dla naszego społeczeństwa się sprawdza, bo to idea, która najbardziej ludzi teraz dotyka i mami jednocześnie, taki chwyt marketingowy wjechania na ambicje. Koncentracja na potrzebach wygenerowanych w pierwszej fali, a potem zmiana tych aspektów siebie, żeby zmiana nie była iluzoryczna, to jest proces długofalowy. Niby o tym wspomina, ale tak naprawdę zmierza do swoich celów. Wygenerowania popytu na sprzedaż swoich rozwiązań. To wypróbowana taktyka. Powiedz ludziom, że masz rozwiązanie na problem braku sensu w życiu, a ci zapłacą za schody do nieba z pozłacaną poręczą dla vipów. Świetnie pomyślana strategia. Mój „buntownik bez wyboru” jednak się nie nabiera. Co będzie wtedy, gdy już załapiemy, co jest najważniejsze? Nie przyjdziemy po następne produkty do kupienia. Klient jest tylko wtedy dobry, kiedy wraca, więc wiedza sprzedawana jest w porcjach i w sposób zaplanowany. Aby klient wrócił z potrzebami, jakie zostaną mu przedstawione, tudzież … stworzone. Ja szukam w wielu miejscach, kompiluję, odrzucam, sortuję i patrzę, gdzie mnie ponosi taka nutka szczęścia, moje własne spojrzenie na sytuację i brzytwa samoświadomości. Tego wszystkim nam trzeba. Widziałam jednak, jak po campie ludzie sugerowali się tym, co Mateusz mówi bezwzględnie i przypasowywali swój schemat działania, poczucie szczęścia, relacje, cele do jego spojrzenia, odwzorowując dokładnie to co robi, jak idealny wzorzec. To mnie przeraża, jak łatwo ludzie ulegają autorytetom i nie myślą samodzielnie, jak ich można nadrukować schematami z czyjegoś indywidualizmu w zbiorową koncepcję. Nie jestem za owczym pędem i sama idę z pełną pokorą mojej wyobraźni, ale i krytycyzmem obserwując czyjeś poczynania. I wyłania mi się z tej obserwacji taki wniosek, że najpierw trzeba się zapoznać z tym, co w nas samych jest istotne, aby się potem zapładniać czyimiś ideami; przesiać je próbując, a na koniec stworzyć własne, całkowicie realizujące to, co w nas ważne na nasz indywidualny i autonomiczny sposób. Inaczej będziemy nieświadomymi niewolnikami czyich wyobrażeń i wzorców kształtujących naszą rzeczywistość. Już nie mamy i taty, albo opiniotwórczego sąsiada, ale przekonywującego Mateusza albo innego sprzedawcy. A do tego potrzebny jest dystans i samokrytycyzm czyli znajomość, i to gruntowna, siebie. Jeśli nie, będziesz tylko kolejnym klientem w sklepie z wyrafinowanymi produktami, jak przepis na relację, biznes i duchowość, podane w taki sposób, aby utrwaliły w tobie nieświadome poczucie przynależności do pewnej grupy, mylnie identyfikowanej jako wolność.