Najbardziej lubię powroty

Z wyjazdów najbardziej lubię powroty, te chwile, kiedy wszystko wraca na miejsce i choć nie jest już nigdy takie, jak było wcześniej, czuje się naturalność, swojskość otoczenia. Być może jest to ograniczenie, że wybieram powrót, jako najszczęśliwszy moment podróży, ale tak czuję. Taka jestem, lubię wracać w kąty, które znam, do kochanych ludzi, do zapachów, dźwięków i pomieszczeń. Do sytuacji, które czekają na mnie, do domu, dzieci, pracy.
Ostatniego dnia w Kansas Beth zrobiła mi wycieczkę po okolicy. Zobaczyłam rejony miasta Lawrence, jakich nie miałam okazji zobaczyć pracując i chodząc swoimi ścieżkami. Domy stare, drewniane, z kamienia, wieżyczki, czerwone dachy, werandy. Dzielnicę za rzeką Kansas z nowocześnie stawianymi budynkami projektowanymi przez miejscowego twórczego architekta, domy stawiane co roku przez studentów architektury KU, komunę mieszkańców żyjących w jednym stadzie i wychowujących wspólnie dzieci, park za miastem z uciekającym nad nami sznurem gęsi. Po długim spacerze nad rzeką i krótkim w rezerwacie przyrody na tamtejszych mokradłach, zrobiło nam się obu zimno. Pogoda się załamywała.
– Chcesz zobaczyć Haskell, uniwersytet dla Indian? – spytała Beth.
– Tak, bardzo chcę – odpowiedziałam. Już wcześniej o nim słyszałam i chciałam zwiedzić, ale był daleko.
Pojechałyśmy prawie za miasto. Na obrzeżach, z dala od rejonów najbardziej rozwijających się w Lawrence dzielnic mieszkaniowych, stał pusty o tej porze roku, ze względu na przerwę międzysemestralną, nowoczesny budynek uniwersytetu. Znajduje się na terenie dawnej misji katolickiej, która w wielkim pomieszaniu miłosierdzia z okrucieństwem, odbierała dzieci Indianom, żeby je wychowywać zgodnie z własnym wyobrażeniem, co jest dla człowieka szczęściem. Na tyłach budynków znajduje się tam cmentarz. Niczego z naszej wycieczki tak dobrze nie pamiętam, jak tego właśnie. Już zanim weszłam czułam się źle. Na drzewie w rogu cmentarza wisiały szarfy, magiczne przedmioty szamańskie, a u stóp drzewa siedziała lalka. Kolorowa, ubrana i wyglądająca jak Indianka. Zabawka. Według kościelnych rejestrów, dzieci tam pochowane zmarły na różne choroby oraz uległy wypadkom. Kiedy weszłam na cmentarz poczułam taki smutek, jakby to moje dzieci tam leżały. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale płakałam stojąc między rzędami grobów. Dopiero po chwili zobaczyłam ich niezwykłe ozdoby. Na kamiennych tabliczkach i obok nich stały zabawki, resoraki, kamyki, lalki, misie, wstążki. To współcześni Indianie, członkowie wielu amerykańskich plemion, którzy przetrwali setki lat mordowania i niszczenia swojej kultury, adoptowali te mogiły młodych Indian, wyrwanych z korzeniami ze swojego środowiska, i co roku przywozili na te groby podarunki, zabawki, kamyki. Andrew Smith „E. Cherokee” 1876-1901, Chas Routchfeather „Sioux” 1886-1904, Ablicio Sena „Navaho” 1890-1907. Zadziwiające było to, że w większości byli to chłopcy i umierali między 15-tym a 24-tym rokiem życia, czyli w okresie, kiedy nie grożą już choroby okresu dzieciństwa, ale zaczyna się największy młodzieńczy bunt. Dlatego nie wierzę przesadnie w dyfteryt i inne choroby wpisane do kart zgonu tych chłopców.
Dziś na miejscu misji stoi uniwersytet. Wyłącznie dla Indian, którzy mogą udowodnić swoje pochodzenie. Szkoła jest bezpłatna. Taki zwrot strat po latach grabienia ich ziem. Indianie uczą się na tym uniwersytecie, żeby następnie pójść na regularną uczelnię. Wyrównanie szans. Oczywiście w obecnych czasach bardzo potrzebne. Niemniej jednak Ameryka nada słynie z podziałów i animozji rasowych. Kraj ludzi wolnych, a jednak pełen kontrastów. W Lawrence nie czułam żadnych napięć, ale to wyjątkowe miasto, ośrodek akademicki pełen ludzi myślących.
– Lawrence to wyspa liberalizmu w morzu konserwatyzmu w Kansas – mówiła Beth, powtarzając to za Lindą.
– Jak ci się podoba nasz prezydent? – pytali mnie tutaj wszyscy.
– Możesz mówić otwarcie o tej pomarańczowej małpie – słyszałam czasem od radykalnie niezadowolonych mieszkańców. Głównym tematem tegorocznych świąt był impeachment.
Co miałam powiedzieć? Że przypomina coraz powszechniej występujący w polityce wirus narcystycznego kretyna? Że łatwo jest takim indywiduom rządzić podzielonym tak gruntownie, bo rasowo, społeczeństwem?
W latach 60-tych Indianom nie wolno było przechodzić, ani przejeżdżać przez Lawrence. Dlatego uniwersytet Haskins zbudowano tak daleko od miasta. To największa uczelnia dla Indian w kraju. Dwa tysiące studentów różnych wydziałów. Obok tego oddalonego ośrodka powstała nowa dzielnica. Mieszkają i przyjeżdżają do niej ludzie twórczy, bohema, artyści, odmieńcy, nie czujący podziałów w tradycyjny sposób. Siedziałyśmy z Beth w kawiarni, a ja przysłuchiwałam się rozmowie przy stole obok.
– Ile napisałeś rozdziałów?
– Żadnego.
Śmiech.
– Próbowałem, ale potem uświadomiłem sobie, że idą święta i postanowiłem się poddać starej amerykańskiej tradycji polowania na prezenty w supermarketach.
Przed wejściem do łazienki stanęłam na chwilę zaskoczona. Dwa wejścia, na obu napis: „Dowolna płeć” – trochę wolno, ale w końcu do mnie dotarł. Przed kobiecymi łazienkami w Europie zwykle są kolejki, w muzeach, miejscach publicznych. Takie proste rozwiązanie pozwala na „nieczekanie”. Dlaczego tak dzielimy przestrzeń? Dlaczego w ogóle dajemy się dzielić? Kiedy rozmawiam z ludźmi z wielu części świata, wszędzie są te same problemy. Jesteśmy tacy podobni w bezpośrednim kontakcie. Gdzieś na jakimś poziomie uogólnienia robi się z nas protoobiekty narodowe wepchnięte w stereotypowy kaftanik.
Kiedy jestem w Ameryce nie czuję się ani gorsza ani lepsza. Robię swoje i mam z ludźmi dobre kontakty. Nie wymagam od Amerykanów, aby się kajali za rzeź Indian, tak jak innych wielkich morderców z przeszłości. Chcę jednak, żeby nie koloryzowano faktów do potrzeb polityki strategicznej, również polityki Polski. Chciałabym, żeby ludzie biegający po sklepach w dzień poprzedzający Święta Bożego Narodzenia wiedzieli, jakie są fakty historyczne, a nie opinie historyków o tych faktach. Ale do tego chyba potrzeba pokolenia, które poda sobie herbatę nad stosami dokumentów, świadectw, bez poczucia zagrożenia, w zaufaniu, że kiedy się te wszystkie fakty ujawni, opisze i złoży w zasłużonej mogile, przestaną być tak powszechnie wykorzystywane przez pomniejszych kacyków politycznych, którzy żerują na strzępkach nienawiści, przeinaczając je dla swoich celów.
Dlatego właśnie chcę wsadzić kij w mrowisko i napisać całkiem otwarcie, że tak, mnisi doprowadzili do śmierci dzieci amerykańskich Indian , i tak, przybyli na te ziemie przedstawiciele wszystkich europejskich narodów mordowali Indian, w tym Polacy, Niemcy, Szwajcarzy, Irlandczycy, Anglicy, Duńczycy, Holendrzy, Rosjanie, Ukraińcy, Czesi, Hiszpanie, Portugalczycy i inni, których nie chce mi się wymieniać. Wszyscy, w poczuciu, że są lepsi, ważniejsi. Taki jest fakt. Podobnie jak to, że pewni Polacy zabijali Żydów w czasie wolny, a inny, też Polacy, ratowali Żydów pod groźbą śmierci. Zawsze się znajdzie jakaś persona, co widzi tylko jedno, a nie widzi drugiego.
Spojrzenie prawdzie w oczy to najtrudniejszy proces wybaczenia międzynarodowego.
Może pewnego dnia, kiedy nasze dzieci, nie zaślepione ambicjami miejscowych klas politycznych, zwyczajnie przyjrzą się swojej historii, bez kompleksów, bez mentalności mesjańskiej wymuszonej przez kultywowanie wybranej na ten cel literatury, pozbędą się barier, jakie tworzy obsesyjne patrzenie w przeszłość pod kątem, który gwarantuje kolejne waśnie i darcie pierza. Może nasze dzieci wolne będą od bełkotu uwięzionych w przeszłości jednostek, i opłaczą uczciwie, bez nienawiści ofiary i policzą katów. Może wyjdą innym naprzeciw, tym, co też policzyli i opłakali, żeby zbudować wspólną myśl, wspólny świat, wspólny uniwersytet, w którym wszyscy nauczą się prawdy i odpowiedzialności za wspólną przyszłość. Wtedy wszyscy poczujemy się tak, jak dziś czuję się ja, jakbyśmy wrócili z bardzo odległego miejsca, do tego, do którego wszyscy tęsknili, do spokojnego, bezpiecznego, kochanego domu, którzy sami stworzymy.

Praca, praca, praca …

Wielkie jak pęczki bawełny płatki śniegu tańczą mi za oknem biura. Od dwóch dni pada śnieg i temperatura obniżyła się do -4 stopni Celsjusza w dzień. Nocą mocno mrozi. Drogi, chodniki, ścieżki na bieżąco odśnieżają mechaniczne traktorki i duże samochody z pługami. Pada bezustannie, niebo skryło się szczelnie za śnieżnymi chmurami. Prawdziwa zima. Jeszcze parę dni temu dzieciaki na kampusie biegały w krótkich rękawkach i spodenkach z gołymi nogami, i w klapkach. Dziś czapki, kurtki, rękawice i buty na śnieg, ale wystarczy, że słońce wyjrzy odważniej i znów czapki zostaną w akademikach, a dzieciaki w bluzach i spodenkach wyskoczą na uliczki kampusu.
– Tutaj krótkie rękawki przez cały rok nie wychodzą z mody – powiedział mi profesor, kiedy popijając kawę patrzyliśmy przez duże okno w jego gabinecie. Mam taki sam duży i przestronny gabinet, chwilowo zasiedlony, czekający w zupełnie nowym budynku na nowy etat profesorski. Przez moje wielkie okno widzę zachody słońca. Codziennie na nie spoglądam, na róż, fiolet i purpurę nieba w świetle wędrującej za horyzont gwiazdy. Wiem wtedy, że już niedługo powinnam kończyć pracę, ale zasiaduję się, bo mi zależy na skończeniu jej. Ostatnio wracam do domu idąc w kierunku Księżyca na wschodzie. Pięknie się prezentował w pełnię.

– Co teraz robisz? Jak twoje badania? – spytała Sam w azjatyckiej restauracji wczoraj, kiedy się spotkałyśmy. – Zjem tylko przystawki, coś mi żołądek niedomaga. A, i nie bierz krewetek, wszystko inne jest pyszne, ale krewetki są niedobre.
Dodała konfidencjonalnym szeptem, kiedy minął nas kelner, w samą porę, bo właśnie chciałam je zamówić.
Byłyśmy jedynymi klientkami. Linda siedziała naprzeciwko i jadła makaron z mieszanką mięs w sojowym sosie. Rozmawiałyśmy o wszystkim. Moja zupa kokosowa z tofu, palce lizać.
– To co robisz teraz?
– Teraz robię analizę. To najprzyjemniejsza część, ale też najbardziej wymagająca.
– Na czym polega?
– To trochę jak układanie puzzli. Robię rysunki różnych parametrów z symulacji i patrzę co się zdarzyło. Rysuję punkty, porównuję i się bawię, w takie trochę szukanie wzorca.
– Czyli dobrze się bawisz, ale za dużo pracujesz – powiedziała Linda – odpoczywaj.
– Jak wrócę to odpocznę, akurat będą święta. Poza tym nie czuję się zmęczona, czas mnie raczej motywuje. Wiecie miałam tu pracować osiem tygodni nie sześć, jakoś muszę zmieścić się w czasie, a tu jeszcze przerwa w Thanksgiving. No i prawie skończyłam. Najbliższy tydzień tylko analizy, opisywanie wyników i może jeszcze się pobawię nowym narzędziem do liczenia tego, co już policzyłam, żeby zobaczyć na ile ta nowa metoda daje odległe wyniki od naszych.
– Trzeba cię gdzieś zabrać jak następnym razem przyjedziesz.
– Beth chce mnie zawieźć na zachód, na prerię.
Do restauracji weszło dwoje nowych klientów. Nasz przystojny kelner, który z przyjazną galanterią nas obsługiwał, podszedł do nich.
– Chyba powinnyśmy być zazdrosne – powiedziała Sam żartobliwie – w końcu byłyśmy pierwsze.
– Jestem pewna Sam, że o Tobie nie zapomni – powiedziała Linda.
Zaśmiałyśmy się serdecznie.
Sam we wtorek leci z powrotem na Florydę, gdzie spędza każdą zimę. Wraca dopiero w marcu. Po wyjściu z restauracji mocno się uściskałyśmy.
– Wesołych świąt i koniecznie napisz kiedy wracasz – powiedziała.
– Chciałabym z nią polecieć – napomknęła Linda, kiedy jechałyśmy jej cudownym garbusem a la Barbie -ale ona ma tylu znajomych, którzy chcą ją odwiedzać.
Linda zamyśliła się.
– Brakuje mi słońca zimą i ciepła.
– Jeśli chodzi o ciepło, to więcej go pewnie w Polsce, ale o słońcu można zapomnieć. Dzień jest krótki, pochmurno, długie noce – odpowiedziałam na tę zawieszoną między nami myśl.-
Dlatego tak lubię śnieg za oknem, który rozświetla świat.
– Romantyzm świąteczny i nostalgia nam się udziela! – powiedziała Linda.

Przed weekendem wygłosiłam swoje pierwsze w historii zaproszone seminarium na amerykańskiej uczelni. Poszło nieźle. Bałam się cały dzień, ale pozwoliłam sobie na strach i kiedy w końcu zaczęłam mówić, okazało się, że mówię całkiem jasno, całkiem ciekawie, aż na koniec posypało się wiele postawionych w punkt pytań, co oznacza, że nie tylko zostałam wysłuchana, ale i zrozumiana. Czekając potem nocą na poranek w Warszawie, żeby skonsultować raport jaki pisałam, leżałam w łóżku i kontemplowałam to, że czucie strachu jest takie zwyczajne, kiedy się rozumie skąd pochodzi strach. Nie walczyłam z nim, nie uciekałam od niego, bałam się i akceptowałam to, jak moje ciało reaguje na stresową sytuację. Nie tracąc energii na walkę ze strachem zwyczajnie przez wystąpienie przeszłam. Ciekawe czy na warsztatach o sztuce prezentacji mówi się o takim podejściu do zagadnienia tremy. Pozwolić tremie być, nie zwalczać technikami w stylu „wyobraź sobie, że wszyscy są nadzy”, pozwolić jej siedzieć w pierwszym rzędzie, patrzeć jej w oczy i się bać. Moje wystąpienie nie było ani lepsze, ani gorsze niż jakiekolwiek wcześniej, ale o wiele mniej kosztowne w takim sensie, że nie miałam żadnych objawów stresowych już w trakcie wystąpienia, a po zakończeniu, uczucia ulgi, tylko zwyczajnie wróciłam do innych zajęć. Akceptacja tego, że mogę się bać wystąpić przed nieznajomymi naukowcami, pozwoliła mi ten strach przyjąć, jak inne emocje. Powiedziałam sobie, że mogę się bać i w jakimś sensie to właśnie oswoiło mój strach. Pisałam kiedyś o oswajaniu swoich strachów, nie zabijaniu ich, co jest bezowocne. Przyjęłam siebie w strachu i taką zaakceptowałam i paradoksalnie, strach mnie nie opanował a zyskałam odwagę. Na tym polega metoda rozpuszczania naszych ograniczeń. Nie na walce, bo walcząc stwarzasz kolejnego wroga i sam siebie wyniszczasz, ale na akceptacji siebie w tym, w czym jesteś. Kiedy choć raz się tego oswojenia doświadczy, zrozumie się jak płonne są metody tresowania do odwagi. Jak wygłosiła ostatnio pewna blogerka co sprzedaje suplementy i uniwersalne sposoby na życie, trzeba obejrzeć horror, zgasić światło i chodzić po domu, żeby przełamywać własny strach. Powodzenia. Cały problem z takimi metodami polega na tym, że nie dociekasz, nie wiesz czego się boisz. Cały strach jest iluzoryczny, bo co Ci się może przydarzyć w pustym domu? Co najwyżej możesz przez nieuwagę spaść ze schodów. Nadal się jednak będziesz czegoś bał, a nieokreśloność w strachu to jądro, które wraca, pod różnymi postaciami. Boimy się wystąpień, bo boimy się jak wypadniemy, a może boimy się o pracę i swoje zarobki, może się jąkamy i boimy się o wizerunek, tak wiele jest możliwości. Dopóki nie wiemy co naprawdę nas w strachu ogranicza, przełamując strach tylko pozornie te ograniczenia przekraczamy. I zapewniam, widzi to każdy, kto naprawdę ten strach oswoił, ale nie ten, co ze strachem walczył. Stąd takie niezrozumienie dla strachu i wielka wartość przyłożona do bohaterstwa. Każdy nasz strach, lęk, to potencjał, który możemy wchłonąć nie drogą walki, ale przyzwolenia na jego istnienie.

Przychodzimy na ten świat bez strachu i ograniczeń. Strachu się uczymy poprzez doświadczenie. Ale kiedy potrafimy go w prawdzie widzieć, nie ogranicza nas, znika, a w jego miejsce pojawia się nowe zwierzę, z obcego, swoje, z tyranozaura wychodzi smok, co ma skrzydła i chętnie nas przewiezie gdzieś, gdzie chcemy dolecieć.

Kansaskie smutki i radości

Czasem rozlewa się we mnie smutek. I nie ma zupełnie znaczenia, że za oknem w Lawrence wiosenna pogoda, słońce, niebo szafirowe i miękka, słomkowa żółć suchych już od dawna traw, wydają się niezwykle piękne. Nie ma znaczenia, ile francuskich ciastek czeka w plecaku na zjedzenie, czy kawa z Nairobi pachnie bosko czy nie. Kiedyś wystrzegałam się smutku, odsuwałam go od siebie. W smutku trudno mi się było poruszać, zagęszczał wokół mnie przestrzeń i zwalniał wszystkie ruchy. Z czasem zauważyłam, że wszelka walka z nim nie ma sensu, bo albo ukryje się wtedy w jakimś kącie i wyskoczy na mnie znienacka w najmniej odpowiednim momencie, albo jeszcze bardziej się zagęści, sprowadzając mnie do całkowitego zatrzymania, kiedy będę się musiała położyć bez siły na cokolwiek. Smutek ignorowany, w ten właśnie sposób zmusza nas do kontaktu z nim, do uwagi. Przychodzi nie po to, żeby nas drażnić, więzić. Jest jak słony wiatr nad morzem, wieje w tylko sobie znanym celu. Walczenie, zmaganie się ze smutkiem, tylko pochłaniało moją energię. Niepotrzebnie. Ostatnio smutek przychodzi do mnie bryzami, jest nieprzewidywalny, jak pogoda w Kansas. I kiedy wieje, siadam i go słucham. Smutek zawsze chce coś opowiedzieć, ale rzadko go słuchamy. Przeganiamy, zakrzykujemy udawaną radością. Nie dajemy mu się wypowiedzieć, bo z jakichś powodów nauczyliśmy się, że radość, przeciwny biegun do smutku, jest lepsza, ważniejsza i wolimy jej dać przestrzeń.

Smutek nie ma nic wspólnego z depresją. Depresja to całkowity brak odczuwania uczuć, to stan paraliżu uczuciowego. Dopóki możemy czuć radość i smutek, dopóty jesteśmy zdrowi i bezpieczni. Nasza kultura uśmiechniętych ludzi nie pozwala na publiczne okazywanie smutku, chyba, że w uzasadnionych sytuacjach, jak pogrzeb. Wyobrażam jednak sobie, że ludzie mogliby cieszyć się na pogrzebie kogoś, kto umarł cierpiąc na bolesną chorobę i śmierć wyzwoliła go od bólu. Czy wtedy uśmiech i ulga nie były by na miejscu, kiedy smutek z odejścia człowieka miesza się z radością tego, że już nie cierpi, i jest w lepszym dla niego świecie, gdziekolwiek i czymkolwiek on jest?

Smucę się, kiedy jestem smutna, raduję, kiedy jestem radosna. Nie jest to takie oczywiste, jak się wydaje. Brak przyzwolenia na smutek i radość w wielu okolicznościach jest tak sztuczny, jak specjalny kodeks układania sztućców na stole. Dlaczego nie jeść tym, co wydaje się najłatwiejsze, najprostsze, zamiast tym co narzucone?

Mój smutek jest i bywa bardzo pojemny. Zawiera w sobie wiele historii z mojej przeszłości, kiedy nie mogłam się smucić, kiedy mój smutek nie poczuł się wyrażony. Staram się go teraz nie gromadzić a wyrażać. Wyrażam go, słucham o czym mi opowiada, a on odchodzi. Podobnie nie zatrzymuję na siłę radości. Co to za radość przetrzymana? Człowieczeństwo nie na tym polega, żeby się cieszyć i dążyć do szczęścia. Człowieczeństwo polega na tym, by każdemu uczuciu dać odpowiednią przestrzeń w sobie i kochać siebie, i w smutku, i w radości, nie ważne z jakiego miejsca naszej świadomości pochodzi i jedno, i drugie. Można śmiać się bez sensu i bez sensu smucić. Sens przyjdzie, kiedy uczucie zostanie wyrażone. Śmiać się na pogrzebach raczej trudno, ale uśmiechnąć się w sobie, że odszedł człowiek, który chciał odejść – proste. Tak samo można się w sobie smucić, że odszedł.

Mam ten obecny komfort, że tylko kot może patrzeć na mój smutek, więc dzielę go z nim w pewnym sensie. Dzielenie się radością kwitnie w internecie. Ludzie tak potrzebują radości, bo taką do niej przyłożyli wagę, że nie dostrzegają wagi smutku. Tak jakby całe życie uciekali od połowy siebie. Znam swoje uczucia i nie sądzę, żeby inni mieli znacznie inaczej ode mnie. Smutek nie ciąży, kiedy pozwalamy mu przelecieć.

Wyobrażam sobie świat, w którym ludzie czują to, co czują, nie to, co wypada. Mój smutek, jest moim smutkiem, nie ma czegoś takiego, jak zarażanie smutkiem. Jeśli nie masz go w sobie, to nikt nie wzbudzi go, smucąc się obok. Po prostu nie chcemy widzieć naszego własnego smutku, dlatego karzemy się wszystkim wokół śmiać. Tworzymy zasady społeczne, które nie dopuszczają go do głosu tam, gdzie naturalnie jest. Pozwalamy się sobie smucić w kontrolowany sposób, na filmach, pogrzebach, w odosobnieniu. Tak jakbyśmy stosowali dietę określonych godzin i miejsc, zamiast jeść, kiedy jesteśmy głodni, co jest najzdrowsze dla naszego ciała, bo ono wie, kiedy je zasilić. Tak samo działa nasza psychika, kiedy chce się smucić, dajmy to jej, żeby potem nie musieć łykać sztucznych sposobów powracania do normalności.

Kiedy widzę jak ludzie sztucznie starają się cieszyć, ogarnia mnie prawdziwy smutek. Niektórzy zrobili z tego nawet biznes rozwoju osobistego. Kluczowe hasło: z nami będziesz szczęśliwy, my ci pokażemy, jak cieszyć się każdą chwilą, ciesz się seksem, pieniędzmi, pracą, naucz się uśmiechać naszą unikalną metodą, kup nasz plan na szczęście i sukces, smucisz się? My cię z tego wyleczymy!. W jakiś zatrważający sposób ludzie są zablokowani na odczuwanie uczuć i pędzą po narzędzia do odczuwania tylko radości, nie rozumiejąc, bo nie mają szansy, że odrzucają siebie w tych miejscach człowieczeństwa, która postrzegana jest jako wadliwa. Sutek to wada według nich. Trzeba przymusowo się cieszyć i zarażać szczęściem innych, taka społeczna misja. Tylko skąd tyle chorób psychicznych, tyle niespełnienia, tyle zarzutów, że ta rzeczywistość ludzi przytłacza, w końcu samobójstw z beznadziei? Czyżby w tej kulturze dążenia do szczęścia za wszelką cenę zabrało czegoś istotnego, fundamentalnego? Moim zdaniem brakuje przyzwolenia na prawdę, na czucie tego co jest, a nie co schlebia złudzeniu, że jesteśmy tacy szczęśliwi i radośni. Nie jesteśmy i kropka. Taka jest prawda i nie przekona mnie stos radosnych zdjęć na portalach. Tylko, kto by oglądał te smutne? Kto czytałby smutne posty? Wszak nie ma w nich radości. I nie o to chodzi, żeby je teraz tworzyć, ale żeby się nie dać uwieść iluzji, że radość jest lepsza. Po prostu lepiej się sprzedaje, kiedy taką przyłożyliśmy do niej wagę.

Smutek to przeciwieństwo radości, to prawda. Tylko ja w trosce o siebie, odpowiedzialnie podchodzę do mojego smutku. Kiedy przychodzi, śpiewa i odchodzi, wywiewa ze mnie to, co było ciężkie, pomaga mi dotrzeć do miejsc, w jakich radość nie bywa. Odkrywa przede mną mnie, jaką naprawdę jestem, a którą tak trudno czasem pokazywać. Ze smutkiem piszę czasem wiersze, śpiewam i tańczę tango. Oswoiłam smutek w sobie na tyle, że kiedy przychodzi, nie chowam się przed nim, chodzę z nim do pracy, na wywiadówkę do szkoły, robię zakupy i sprzątam. Słucham go, kiedy mi szepce, bo polubiłam siebie w smutku tak samo, jak lubię siebie w radości. A to nie była łatwa sztuka, zapewniam.

Dziś wrócę wieczorem do domu. Kot, jak zwykle będzie czekał na mnie wyglądając przez kuchenne drzwi. Nie będę sobie wmawiać, że jest cudownie, nie będę sobie zapewniać rozrywki, jeśli do mnie przyjdzie smutek, jak w tej chwili. Wczoraj w smutku robiłam jogę, kot przetaczał się pode mną i polował na moje włosy. I kiedy stanęłam na rękach przy ścianie, trysnęła nagle ze mnie radość, spontanicznie, zwyczajnie. Bo kiedy smutek odchodzi, robi się miejsce dla radości, prawdziwej, nasyconej barwami. Ona też mówi, ale co innego. Mój smutek mówi do mnie, że świat przemija. Każdy ma inny smutek i inne słowa w nim ukryte. Moja radość mówi, że jestem tam, gdzie powinnam.

Tornado?

Jak przystało na „little country girl” z Kansas, dzisiejszy dzień zaczęłam od kawy i nakarmienia kur. Beth wyleciała w nocy do Tokio, już po burzy, jaka przeciągnęła chmury z ulewnym deszczem nad Lawrence i spowodowała chwilowe wyłączenie prądu. Rano, po słabo przespanej nocy, obudziłam się słysząc włączony telewizor. Może to duch, a może elektryczność? Kto wie. Nocą wrzeszczące studenty pod oknem nie dały mi zasnąć. Rozumiem teraz dlaczego, jak jest przerwa semestralna, to ludzie w Lawrence oddychają z ulgą.
Beth wstała o 3ciej, bo o 4tej wyjeżdżała na lotnisko. Pożegnałyśmy się poprzedniego dnia wieczorem, więc nie wstawałam i tylko zarejestrowałam stukot zamykanych nocą drzwi. Napisała do mnie z lotniska o awarii, o jakiej dowiedziała się od sąsiadki. Widocznie wszystko siadło po jej wyjeździe. Kiedy się obudziłam rano, wszystko działało i ten telewizor, choć nikt go przecież nie włączał. Zagadka doprawdy.
Przed wyjazdem Beth pokazała mi kilka sztuczek wokół domu w razie różnych problemów. Niektóre są nieoczywiste i mam nadzieję, że się nie przydadzą. Dom jest stary, drewniany i piękny. Jet, czarny kot, którym się opiekuję, co chwilę kładzie się do głaskania, a kiedy wyszłam nakarmić kury stał na tylnych łapach odsuwając sobie lekko drzwi i podglądając dokąd idę i, czy aby na pewno wracam. Zasnęłam po wyjeździe Beth krótko, ale intensywnie. Dziś jest piękne słońce po ostanich deszczowych i chmurzastych dniach.

Wiele osób pytało mnie czy nie boję się tornad. Nie ma czego się bać. We czwartek podczas wielkiego amerykańskiego święta Thanksgiving, które spędziłam z liczną rodziną Beth, dowiedziałam się, że te stereotypy o zagrożeniu tornadami w Kansas są rozpowszechnione nie tylko za granicą, ale zwłaszcza w Stanach, ze względu na popularność książki dla dzieci „Czarnoksiężnik z krainy Oz”. W książce tej Dorotka zostaje porwana przez tornado wraz z domem z rancza w Kansas i leci do mitycznej krainy Oz. Film na podstawie tej książki był wyświetlany raz do roku w telewizji, tego samego dnia i wszystkie dzieci w Ameryce oglądały go z zapartym tchem.
– A pamiętacie jak tata kupił kolorowy telewizor i pierwszy raz obejrzeliśmy Oz w kolorze – powiedział brat Beth wesoło pokazując, jak mu opadła szczęka, gdy zobaczył zrobiony technikolorem film na nowo.
– Tak, pamiętam – zaśmiała się Beth. – Tata mi też obiecał, że jak skończę koledż to mi do pokoju kupi taki telewizor.
– Tak ci obiecał?
– Tak, pamiętasz tato?
Nestor rodziny, cudowny starszy człowiek, były szef wydziału architektury i wzornictwa na Kansas University, pokiwał z uśmiechem głową.
– Ale i tak zamiast tego wyszłaś za mąż – powiedział.
– Widać telewizor mnie nie przekonał – zaśmiała się Beth.
– Mary, czy wy także planujecie zostać wyrzucone z pierwszej pracy?
Trzy nastoletnie siostrzenice Beth, dwie adoptowane piękne chińskie bliźniaczki i ich kuzynka wybuchnęły śmiechem.
– Czemu?
– Bo w naszej rodzinie wszyscy wylatują z pierwszej pracy – powiedziała Beth uroczyście.
– Taka rodzinna tradycja? – zapytałam.
– A tak, ja wyleciałam, bo nie wiedziałam, jak się coś tam pakuje w sklepie, Mitch nie pamiętam dlaczego, Greatchel bo się upiła…
Tym razem wszyscy ryknęliśmy śmiechem.
– Nigdy nie widziałem Greatchel tak pijanej – powiedział starszy pan ze spokojem w głosie. – Was to tak – dodał pokazując palcem na kolejne swoje dzieci – i ciebie Beth, i Mitcha, i ciebie Daryl … ale Greatchel, nigdy.
Greatchel mieszka w Los Angeles, nie była obecna przy rodzinnym stole.
– Ja nie wyleciałam z pracy – zaznaczyła z udawaną powagą Daryl – Nigdy!
– Naprawdę?
Daryl kiwnęła głową. Jest szefową kilku parków narodowych na terenie nie tyko Kansas.
– Wyłamałaś się!
– A jak wam się podoba wasza praca, dziewczyny?
Wszystkie pracują w dużych sklepach i do ich obowiązków należy między innymi pakowanie zakupów klientów.
– Klienci są tacy dziwni! Czegoś chcą, nie mogą się zdecydować czy chcą plastikową czy papierową torbę! Ja im pakuję, a oni wyjmują nagle swoje! Dramat!
Śmialiśmy się wszyscy. Pewnie teraz inaczej będę patrzyła na młodziaków pakujących mi zakupy.
– A ja ostatnio wróciłam do sklepu, bo kasjer mi nie policzył jednego produktu.
– Naprawdę? – zdziwili się wszyscy.
– Naprawdę – potwierdziła Susan, przyjaciółka rodziny – byłam przy tym.
Wszyscy w rozbawionym zdumieniu popatrzyli na babcię, szczególnie wnuczki.
– To się często zdarza, ja zawsze wracam i dopłacam.
– Babciu, jesteś niesamowita. Większość ludzi nie sprawdza rachunków i pojechałaby do domu bez płacenia.
– No tak, ale ja sprawdzam i jak widzę, to wracam, a jak nie, to nie. Tak po prostu.
– Wow, nam się też pewnie zdarzają błędy na kasie – dziewczyny pokiwały głowami z podziwem patrząc na babcię.

Mama Beth nie wygląda na swoje lata. Miała pięcioro dzieci i zajmowała się domem, a potem uczyła w szkole. Ostatnio dzięki badaniom genetycznym, które są bardzo tutaj popularne, odnalazła swojego 92-letniego brata przyrodniego, którego jej ojciec miał przed małżeństwem z jej matką. Dziecko trafiło do adopcji i nigdy się nie dowiedziało od rodziców, że jest adoptowane. Ma na imię Arthur i mieszka na Florydzie, gdzie mieszkała rodzina Beth wiele lat temu. Mama Beth spotkała się z nim w ubiegłym tygodniu. Bardzo to oboje przeżywają. Podobno Arthur jest ogromnie podobny do swojego biologicznego ojca i zawsze podejrzewał, że nie należy do rodziny, jaka go wychowywała. Takie niezwykłe rodzinne sekrety, po tak wielu latach ujawnia proste badanie DNA.

– Wracając do tornad, to pamiętam, że jak mieszkając w Nowym Jorku powiedziałem skąd pochodzę, to wszyscy mnie pytali czy widziałem tornado. A ja nigdy, nigdy w moim całym życiu mieszkając w Kansas nie widziałem tornada – powiedział Mitch. Wszyscy zgodnie przytaknęli, bo nikt w tej rodzinie, która od ponad 40tu lat mieszka w Lawrence, nie widział tornada.
– „Taka jest siła telewizyjnego mitu” – pomyślałam.

Siedząc przy stole z rodziną Beth i słuchając tych wszystkich opowieści, zatęskniłam nagle do swojej rodziny, i kiedy późnym wieczorem w deszczu, spowodowanym ogonem śnieżnej burzy znad Kolorado wracaliśmy samochodem do domu Beth, cieszyłam się, że za jakiś czas, nie taki w końcu długi, wrócę do Polski i spotkam wszystkich, którzy na mnie czekają.

Ciepłe Kansas za oknami

Od kilku dni jest bardzo ciepło jak na listopad. Słońce przygrzewa i jest kilkanaście stopni. Niebo czyste. Studenci latają w szortach, ja się aż tak nie rozbieram, ale przyjemnie korzystam z tej sprezentowanej pogody.
– Jak ci idzie pisanie artykułu dla CNN? – spytałam Beth w ubiegłym tygodniu.
– Napisałam jeden akapit. Trzysta słów, ale wiesz, mam napisać tysiąc, i tu jest problem. Wolałabym napisać trzy tysiące, bo jest łatwiej napisać coś dłuższego. Najtrudniej jest ciąć. To co wycinam mogę ewentualnie potem wykorzystać gdzie indziej, ale to nie jest proste.
Przypomniała mi się historia pewnego amerykańskiego dziennikarza, nagrodzonego Pulitzerem, który napisał do swojego przyjaciela list zaczynając mniej więcej tak:
„Piszę do Ciebie długi list, bo nie mam czasu napisać krótkiego.”
Kiedy próbujesz coś bardzo precyzyjnie wyrazić musisz się o wiele bardziej skoncentrować i porozumieć ze sobą i tym, do kogo mówisz, piszesz.
– Wyobraź sobie, Japończycy już do mnie napisali, że chcą wiedzieć ile czasu będę mówić swoją prezentację w przyszłym miesiącu w Tokjo. Przecież to jeszcze tyle czasu, nawet nie mam jeszcze tej prezentacji – zaśmiała się, kiedy jadłyśmy kolację.
– Są bardzo dokładni, aż do przesady.
Beth zna Japonię i tamtejsze zwyczaje, w końcu napisałą o nich książkę, ale nadal potrafią ją zaskoczyć. Artykuł ma być o Fukushimie, że nie warto się aż tak bać, żeby do Japonii nie jeździć. Amerykanie po awarii w 2011 roku masowo obawiają się odwiedzać ten kraj.
– O czym będzie twoja prezentacja? O Fukushimie? – spytałam.
– Nie, prezentacja będzie o bushido? Japońskim kodeksie honorowym. Robię ją dla dziennikarzy różnych narodowości przebywających i pracujących w Japonii.
Beth niedługo znów wyjeżdża. Zostanę sama w wielkim domu z kotem i kurami. Psa biorą dziadkowie. Greta jest słodką trzynastoletnią jamniczką i podobno rodzice Beth, bardziej nawet niż ona, kochają tego pieska i opiekują się nim zawsze kiedy Beth wyjeżdża. Za to kot, Jet zostaje na gospodarstwie ze mną. Jest całkowicie czarny i nie traci w ogóle sierści. Lubi głaskanie po brzuchu i ma taki zwyczaj, że zawsze, niezależnie od godziny o jakiej wstaję, czeka pod drzwiami mojej sypialni. Nie wiem co z kurami. Oby nie spadły na mnie, nie znam się na drobiu.

W pracy dużo nowości. Czasem mam wrażenie, że wolałabym już więcej się nie uczyć nowych rzeczy, ale życie takie jest, że wciąż jest nowe. Ten kto stoi w miejscu robi sobie krzywdę. Nie dlatego, że jest jakiś przymus zmian, one się po prostu dzieją i jeśli chcesz uparcie stać w miejscu, musisz się nieźle namęczyć, żeby powstrzymywać swój świat wokół. Jakoś tak mi ostatnio idzie, że coraz bardziej płynę, nie opieram się temu co przychodzi. Może dlatego, że wiele rzeczy w sobie oswoiłam, rzeczy, które kąsały mnie kiedyś, bo nie zwracałam na nie uwagi, jak na zmęczenie na przykład. Kiedy jestem zmęczona, nawet rano, to pozwalam sobie na to, nie zrywam się jak oparzona lecąc przed siebie. I nie ma to nic wspólnego z wiekiem, po prostu się nie szarpię ze swoją pozorną słabością. Podobnie jak ze smutkiem. Jest, to jest, nie zmuszam się do uśmiechania się, nie szukam sposobów na pocieszenie. Kiedy się cieszę, też nie robię z tego jakiegoś wielkiego halo. Jedno przychodzi, drugie odchodzi, we własnym tempie i różnorodności, uczucia i emocje się wymieniają.
Dziś rano na przykład, wstałam późno, mimo, że bardzo wcześnie się obudziłam. Zrobiłam sobie taką obserwację, jakie mam myśli w związku ze wstawaniem, dniem, pracą, dziećmi itd. Zaobserwowałam bardzo dużo ciekawych myśli, jakieś lęki, jakieś tęsknoty. Ogólnie towarzyszył mi jednak niezwykły spokój. Pomyślałam: „Mogę pójść do pracy później, nie mam żadnych porannych spotkań. Ciekawe co się wydarzy?” Po półtorej godziny (!) wstałam, spakowałam się bez pośpiechu i wyszłam do pracy. Okazało się, że jestem dokładnie na czas, żeby ze wszystkim zdążyć. Siedzę sobie teraz do późna, bo dobrze mi się pracuje wieczorami. Wracam w ciepłym mroku do domu i znowu mam na to, co chcę, czas.
Kiedy myślałam leżąc z rana, co mnie czeka dziś w pracy, jakieś dyskusje, symulacje, błędy do poprawienia, wszystkie te rzeczy widziałam, ale nie straszyłam się nimi. Nie uciekałam też od obaw, że może nie będę czegoś potrafiła zrobić, właściwie opowiedzieć, że dzieci beze mnie daleko i, jak im tam jest, że powinnam sprawdzić rachunki, napisać do męża. Nie pocieszałam się też, że jakoś to będzie, bo to truizm, zawsze jakoś jest. I tak czekałam, aż te emocje przepłyną, poczułam co miałam poczuć, a jak już byłam gotowa, to wyskoczyłam jak zając z norki. Jet kręcił mi się koło nóg i jak strzała zbiegł przede mną ze schodów do kuchni, jakby wyczuwał poziom  mojej porannej energii.

Zwyczajnie daję sobie spokój, nie zmuszam się, nie tresuję, że powinnam, albo nie powinnam czegoś. I tak, jakoś się dzieje, że wszystko się toczy bardzo harmonijnie. Wstaję, pracuję, jem i śpię.
W sobotę połączyłam się ze wszystkimi dziećmi przez messengera na wideoczacie. Cztery różne okienka, trzy miasta, dwa kontynenty. Smiałam się prawie cały czas przez godzinę. Julia chodziła po poznańskich targach z kolegą, Lena wyszła spod prysznica, Bartek i Iwo walczyli na poduchy i podłączali się indywidualnie robiąc echo. Siedziałam w łóżku i obserwowałam wszystkich na raz.
– Mama, masz coś pod nosem.
– A tak, to maść.
– Już myśleliśmy, że wciągasz kokainę – żartowali ze mnie.
W niedzielę pojechałam z przyjaciółką na kuchnię azjatycką. Bardzo smaczne sushi w tempurze. Linda jadła makaron ryżowy z sosem i kurczakiem. Popijałyśmy herbatę jaśminową i plotkowałyśmy. Linda kupiła nowy samochód, VW garbusa z odkrywanym dachem. Cacko.
– Wow, ale szyk! – powiedziałam, kiedy podeszłyśmy pierwszy raz do auta.
– Wyobraź sobie, że w dziale zabawek widziałam taki jak mój samochód, tylko cały biały, na wyposażeniu dla lalek Barbie.
Wybuchnęłyśmy jednoczesnym śmiechem.
– Najważniejsze jednak okazało się, że jest mały i wszędzie się mieszczę z parkowaniem – dodała po chwili.
Pojechałyśmy odwiedzić Sam, kolejną przyjaciółkę z Lawrence. To u Sam mieszkałam, kiedy pierwszy raz przyjechałam do Kansas. Zdążyłyśmy akurat na wyjęcie brownie z piekarnika. Cudny zapach.
– Chodź, chodź, pokażę ci jak odnowiłam łazienkę w twoim apartamencie i podłogę. Mój lokator jest nieobecny, zajrzyjmy tam na chwilę.
Weszłyśmy do apartamentu, gdzie mieszkałam kiedyś.
– Ale ładnie … i tyle wspomnień.
– O, a tu popatrz, twoje zdjęcie na tle bzu.
Popatrzyłam na ścianę, na której wisiało wiele zdjęć lokatorów Sam z ostatnich lat.
– W ogóle się nie zmieniasz! – śmiała się.
– Ty także! Tylko kolor włosów zmieniłaś. Ładnie ci w nich.
Uściskałyśmy się serdecznie. Rozmawiałyśmy o wszystkim do wieczora. Dołączyła do nas Candy. Jest psychoterapeutką i opowiadała o zastosowaniu w swojej pracy regresji do poprzednich wcieleń. Tak to się właśnie dzieje, że nawet w dalekich krajach przyciągasz ludzi jakich naprawdę chcesz poznać. Wyszłyśmy po zmroku.
– Pamiętaj, dzwoń jak będziesz czegoś potrzebowała – upominała Linda wiedząc, że jestem Zosia – Samosia. U niej też mieszkałam, więc dobrze mnie zna.
– Będę dzwoniła – obiecałam.
Okazuje się, że w Lawrence jest praktyka tangowa. Linda widziała ogłoszenie w bibliotece. Weszłam na stronę i tak! Jest, w każdy poniedziałek, w centrum, czyli niedaleko mnie, od 7 do 10. Zobaczymy, może pójdę. Bez nacisku na siebie, bez spiny, jak dojrzeję. Tak jak dziś wstawałam, z ciekawością pozwolę się wszystkiemu dziać. A potem się zbiorę i zrobię dokładnie to, czego chcę. Buty czekają w szafie. Im się nie spieszy, zupełnie jak mnie.

19 listopada 2019

Przyjazd

„Kiedy jesteś w harmonii ze sobą, wstajesz rano i w pół godziny zdążysz wybrać się w zaoceaniczną podróż, jedziesz na lotnisko z miłym kierowcą Ubiera za 40 zł i słuchasz o jego ukochanych dzieciach. Wizę odbierasz kiedy jesteś gotowy psychicznie do podróży na 15 godzin przed wejściem do samolotu, w walizce masz tylko niezbędne rzeczy, resztę można kupić, nie zapominasz niczego. Siedzisz wygodnie na lotnisku naprzeciw swojego gatu w Costa Coffee, bo akurat tam się znajdują, i kawiarnia, i wyjście do samolotu. A na dodatek mgła opóźnia wylot,  więc zdążysz pożegnać się telefonicznie z synem, którego nie zdążyłaś wyściskać przed wyjazdem. Cierpka americana sączy się powoli, a ja patrzę przez okno, gdzie nic, absolutnie nic nie widać, oprócz mleka i zauważam, że nie martwię się o przesiadkę w Helsinkach, bo wiem, po prostu wiem, że na mnie zaczekają, gdybym się jednak spóźniła. Czasem mamy taką łatwość życia, taką zgodę na wszystko co się stanie że nic nie może nam zakłócić tej harmonii, bo na wszystko co się zdarza mamy pełną, łagodna akceptację.” (cyt. własny)

Niebo nad Grenlandią 8.11.2019 (fot. AMS)

Doleciałam do Kansas. Dla tych co myśleli, że coś długo zwlekam, tak, zwlekałam, ale wyleciałam. Definitywnie mnie nie ma. Po 20h podróży nie ma się ochoty zbytnio gadać i pisać, że się dobiło do protu, więc dopiero następnego dnia się uaktywniłam. Opóźniony był już pierwszy lot z Warszawy do Helsinek, z powodu mgły, potem z Helsinek do Chicago, z powodu śniegu, tak więc całe planowane pięciogodzinne czekanie w Chicago na lot do Kansas City zmniejszyło się do 2 godzin. Lądując nocą w Kansas, zarejestrowałam pierwsze wrażenie: Cholercia ziąb! Wietrzne, mroźne Chicago minęło mi bez wychodzenia poza budynki lotniska, a tu nagle: -1 i wiaterek. Dobrze, że wzięłam swoją grubą kurtkę, fakt różową, nie za piękną, wyglądam w niej jak rozkosznie pomalowany astronauta, ale ciepła, więc przetrwam. Czekając na bagaż zobaczyłam zapowiedzianego mi „taksówkarza”, którego wysłał po mnie uniwerek, bo Lawrence jest mniej więcej godzinę drogi z KC. Ma na imię Atlant, oryginalnie, z pochodzenia Albańczyk, był przekonany, że jego imię jest rosyjskie, ciekawe. Zaprowadził mnie do wypasionego auta-limuzyny. Pomyślałam, że w tym moim kombinezonie na wyprawę arktyczną pewnie wyglądam cokolwiek niekompatybilnie, Nie opierałam się jednak i siadłam wygodnie na skórzanym fotelu. Już prawie nie śpiąc, myślałam, że właściwie to zasłużyłam na wygodę. Ostatni lot zaliczyłam w czymś w rodzaju kontrolowanej amnezji. Zapiąć się i ocknąć po wylądowaniu. Organizm niezadowolony zbyt długą aktywnością ostro domagał się restartu.

Atlant, intryguje mnie to imię nadal (sprawdziłam w sieci, Atlant ), szofer w garniturze i pod krawatem, przyjaźnie zagadywał mnie w drodze. Ziewaliśmy na zmianę jadąc swobodnie mało zatłoczoną trasą. W Lawrence czekała na mnie Beth, u której wynajęłam pokój, przyjaciółka przyjaciółki, u której poprzednio wynajmowałam pokój. Dobrze mieć przyjaciółki, szczególnie w mieście, gdzie nie da się prawie zupełnie wynająć hotelu, a wszystkie stancje okupują studenci miejscowego uniwersytetu. Cieszyła się, że zdążyłam przyjechać przed północą, planowała w razie czego spać na kanapie w salonie. Przywitała mnie wraz z psem i kotem. Zdążyłam tylko wchłonąć trochę strategicznych informacji o użytkowaniu łazienki i zapadłam w sen. Zimna noc obudziła mnie zmarzniętymi stopami. Założyłam skarpetki i znów się osunęłam w sen. Spałam 10 godzin. Obudził mnie drapiący do drzwi kot.

Siedzę w ogrodzie i wchłaniam słońce. Dziś jest 19 stopni i czyste niebo. Zrobiłam zakupy, obejrzałam dom i okolicę. Jestem bliżej centrum miasta i uniwerku niż poprzednio. Moje spacery do pracy i tak będą długie, bo około pół godzinne, pod górę, gdzie w najwyższym miejscu w mieście położony jest kampus. Beth zajmuje się swoim ogrodem. Jest pisarką. Napisała kilka książek podróżniczych o różnych miejscach na świecie. Teraz zajmuje się przede wszystkim Japonią. Jeździ do niej co najmniej raz w miesiącu i pisze artykuły z podróży. Jej pozycje książkowe są opasłe. Mieszka w ponad stuletnim domu rodzinnym, a na podwórku hoduje kury. Ma trzy, teraz z powodu niskich temperatur się nie niosą.

Zauważyłam, że od mojego ostatniego pobytu w Kansas zmieniłam się trochę. Kiedyś przyjeżdżałam z myślą o szybkim powrocie do domu. Teraz mimo, że mój pobyt będzie podobnej długości co zawsze, myślę bardziej o tym, co teraz. Kiedyś, za parę tygodni, z przyjemnością zapakuję się i wrócę, do dzieci, do domu, do pracy, do tanga. Ale najpierw pobędę świadomie w tym miejscu. Poza pracą będzie co robić, spacerować, spotykać starych przyjaciół. Wzięłam buty, może poćwiczę. Najbliższa szkoła tanga jest daleko, bo w Kansas City, a bez samochodu niemalże nieosiągalna, ale na sucho, jakieś trudne elementy da się samodzielnie pomęczyć. Porozciągam się, wzmocnię mięśnie skrętne do ocho i pivotów. Organizm przez to, że dałam mu spać do woli, przestawił się od ręki na miejscowy czas. Ciekawe, że jak człowiek nie walczy usilnie z czasem i organizmem, to wszystko się samo nastawia i optymalnie wskakuje na miejsce.

Naszła mnie taka refleksja, wyrażona w cytacie powyżej,  że w ogóle się nie martwiłam, ani przed wylotem, mimo, że wizę dostałam dopiero na paręnaście godzin przed startem samolotu, ani ciągłymi zmianami w podróży. Nie traciłam przez to niepotrzebnie energii na rzeczy, na jakie i tak nie miałam wpływu. W Helsinkach dostałam kupon za opóźnienie i zjadłam smaczny lunch za free w Moomin Coffee, pod figurkami Włóczykija, Mamy Muminka i Małej Mi,  i zobaczyłam pierwszy w tym sezonie śnieg. Święta już niedługo. Wracam tuż przed Gwiazdką, na tyle późno, że nie zdążę popaść w szaleństwo przedświątecznych zakupów i przygotowań. Zawsze miałam do tego ostrożny stosunek. Jeden większy obiad ze specyficznym menu. Prezenty, to co innego. Może uda mi się upolować coś ciekawego po tej stronie oceanu. Wolałabym, żeby świąteczna, pokojowa atmosfera nie miała konsumpcyjnego charakteru, ale na to także nie mam wpływu. Mogę się jedynie dostosować i przeżywać ją na swój sposób, ciesząc się przede wszystkim z wolnych dni spędzonych z dziećmi.

Przeszedł mnie chłód, słońce prawie zaszło. Wracam się ogrzać i wchłonąć makaron. Prosta kuchnia, lepsza niż nie jeden fast food. Jutro znów będzie ciepło, a od wtorku – mrozy. Przyda się mój różowy kosmiczny kombinezon. Tak tu bywa, skok o 30 stopni dzień po dniu to norma. Dziś biegasz w szortach, jutro skrobiesz szyby samochodu. Można się przyzwyczaić, byle czegoś nie oczekiwać od nieprzewidywalnej kansaskiej pogody.

9 listopada 2019

O zazdrości

Długo nie pisałam. Kolega mnie dopingował, ale brakło mi czasu. Swoją drogą miło było się dowiedzieć jak wielu panów czyta moje wpisy. Życie potrafi zaskoczyć, bo sądziłam, że piszę bardziej dla kobiet. Widać się myliłam. Tematów za to w brud. Nie sposób nadążyć. Odpuszczam zatem i wpisuję tylko wtedy, kiedy akurat coś mnie na tyle poruszy, że nie mam wyjścia i chcę się zmierzyć. Wtedy siadam i piszę.

Zobaczyłam zdjęcie. Nie jest do końca ważne jakie. Zobaczyłam i poczułam zazdrość. Tak się dzieje. Zwyczajne, ludzkie emocje. Postanowiłam pokopać w sobie, czego zazdroszczę. Zazdrość ma swoją dobrą stronę. Widać po niej, czego sobie nie dajemy, a chcemy mieć. I tylko taką funkcję ma zazdrość. Żadną inną. Zazdrość nie jest sama w sobie żadną wartością, jedynie bodźcem, jak wszystkie emocje. Kiedy się pojawia, czujemy. Nie ma co się jej wypierać, udawać, że jesteśmy tacy cnotliwie miłujący wszystkich i nie zazdrośni, broń nas Boże, od zła zazdrości. Zazdrość to informacja, gdzie nam brak, bo czasem sobie nie uświadamiamy, że czegoś chcemy, ba … pragniemy. Często ludzie wypierają ten brak. Mnie tam niepotrzebny ten maybach, futro, praca w ciekawej firmie, prestiż, dziecko, order, ładne nogi, kumpela, podróże w fajnym towarzystwie, seks, wygodny fotel, ciekawe spostrzeżenia do wygłoszenia. Cały worek mi się wysypał różnych rzeczy, jakich człowiek może pragnąć. Spokoju na ten przykład, miłości i bliskości, poukładanych spraw, cierpliwego słuchacza, wyrozumiałej partnerki, ciszy, albo śmiechu.

I kiedy czegoś brak, pojawia się zazdrość, jak znak, że tu chcemy. Zazdrość jest sygnałem z wnętrza, światłem, dzięki któremu możemy się przyjrzeć i zdecydować co dalej, czy bez tego, czego brak naprawdę chcemy iść, czy może zatrzymamy się i rozejrzymy, gdzie to dają i za ile. W zazdrości nie chodzi o koncentrację na tych co mają, oni tylko symbolizują nasz brak. Są jak obraz, który nam się jawi, żeby nam było łatwiej wychwycić te braki. Za wszelkie zaś braki odpowiadamy sami. Czasem są to konsekwencje poprzednich wyborów. Czasem tego, że nie czujemy, że zasługujemy na pewne rzeczy. Zazdrość uczy nas czego nie wzięliśmy, bo wszystko jest dostępne, ale wielu rzeczy nie dostrzegamy. To nie znaczy, że futra po kryjomu leżą w supermarkecie za free, albo pod domem stoją niewidzialne samochody. Niekiedy zdarza się, że dostaniemy dobrą propozycję pracy, ofertę kupna, albo spotkamy ciekawego człowieka, który zmienia nasz punkt widzenia na życie, ale zbyt mocno się opieramy zmianom i nie bierzemy tej okazji. Wolimy się wycofać w to, co znamy. Potem oczywiście żałujemy i zazdrościmy tym co mają, bo czujemy, że sami nie mieliśmy odwagi wziąć tej pracy, oferty, człowieka.

Zazdrość nie jest też po to, by się w niej spalać. Można w niej utknąć, na długie lata, ale wtedy traci ona swój informacyjny sens. Ludzie trawieni zazdrością, jak chorobą, próbują odcinać się od niej na różne sposoby. Na przykład przez wyśmianie tego, czego im brak, a co mają inni. Albo poprzez wyparcie, że im nie potrzeba takich zbytków. Na koniec poprzez fizyczne odcięcie się od tych co mają, żeby nie stykać się z brakiem zbyt często. Życie jednak nigdy z nas nie rezygnuje i podtyka coraz to nowe sytuacje, ludzi, żebyśmy mogli konfrontować się ze swoimi brakami, z zazdrością. Dlatego nie da się od niej uciec, nie ma zresztą po co. Wystarczy ją wpuścić do serca, a ona pokaże czego nam brak i nawet jeśli wzbudzi łzy, ból, smutek, zwątpienie, pokaże nam, gdzie jesteśmy. Jak o siebie dbamy, czy dajemy sobie uwagę, bliskość, spokój, wytchnienie, spontaniczność w życiu, czy raczej tkwimy w marazmie codzienności, jaka dawno już nas nie cieszy. A może właśnie codzienna monotonia to potrzeba, jakiej dla siebie nie spełniamy?

Mamy różne potrzeby i różne strategie ich zapewniania. Czasem coś kupujemy, negocjujemy, czasem wystarczy się zdecydować i wziąć, bo leży i czeka. Zazdrość boli, bo odsłania naszą niemoc w podjęciu tego, czego chcemy. Wydaje nam się, że to niesprawiedliwe, że ktoś ma, gdzieś coś się dzieje, a my jesteśmy tego pozbawieni. Największą iluzją umysłu w zazdrości jest to, że ci co mają, są absolutnie szczęśliwi, w przeciwieństwie do nas, bez tej wartości. To nie jest prawda, ale zazdrość tak działa, idealizuje obraz, bo go wyostrzyć, byśmy mogli dostrzec szczegóły tego braku i zobaczyli jak, i dlaczego nie dajemy sobie tej właśnie rzeczy.

Jak mam sobie dać maybacha, ktoś powie? A może nie w maybachu brak, czyli problem. Odkryłam, że potrzebuję samochodu, tak jest mi wygodniej, a na razie nie mam. Czyli brak mi komfortu jeżdżenia. Mogę to sobie dać, chociaż jeszcze nie teraz. Kiedy opadają emocje zazdrości i skupimy się na tym, czego chcemy, okazuje się, że nie chodziło o podróż do tropików, a o pokazanie się, prestiż, którego akurat nam w życiu brakuje, gdy nasze poczucie wartości pikuje w dół. Nie chodzi o mięśnie kolegi prezentowane na zdjęciach, ale o wzrok żony, która to zdjęcie komentowała. I jeśli zatniemy się na zazdrości, utkniemy w złudzeniu, że o podróż chodzi, albo o wygląd. O nowe dziecko, albo posadę. Przegapimy sedno sprawy. Chodzi zawsze o coś więcej, głębiej, i za tym idą ci, co umieją zazdrość przeżyć nie zatrzymując się na niej. I po takim szczerym przeżyciu zazdrości facet, co zazdrościł bicków koledze, wbije się w dres i poćwiczy, albo znajdzie inną partnerkę, co tych bicków nie chce, zamiast palić się w zazdrości bez celu, zajadając ją chipsami.

I tak sobie siedzę i zazdroszczę, zupełnie świadomie, wielu rzeczy innym. Nie twierdzę, że mam dostatecznie dobre życie, że to nie ładnie zazdrościć. Zazdroszczę, bo wtedy patrzę i widzę, a jak zobaczę czego naprawdę chcę, to za tym idę i, jak się da, to sobie daję. Najwyżej poczekam, trochę pozazdroszczę jeszcze, albo zapomnę po drodze, że czegoś tam chciałam, bo dostanę coś innego, co odsłoni mi iluzję np. maybacha. Tak bywa, że pewne potrzeby są całkiem urojone, jak futro z norek, a inne całkiem niezastąpione, jak miłość i akceptacja drugiego człowieka. I do tego właśnie dochodzę, kiedy poprzez zazdrość komunikuję się ze sobą. Widzicie jak coś pozornie złego może zwiększyć naszą świadomość? Wszelkie emocje to sygnały z naszego wnętrza. Idźmy za nimi, bo one prowadzą nas prosto tam, gdzie na nas czeka, prawdziwa ja, prawdziwy ty.

Stoję w spokoju istnienia

Nie napiszę już słowa
Już wszystko jest jasne
Idę, a za mną przeszłość
Rozpada się nim zasnę.

Przestałam już czekać
Na świat, na ludzi,
Na siebie, na zdarzenia.
Wolna od siły i niemocy
Stoję w spokoju istnienia.

A świat krąży jak satelita
Moich myśli
Jakby mi się …
Przyśnił.

W takim świecie
Mogę wszystko
Czego chcę
Na co się odważę,
Na siebie taką, jaką jestem
Na zwyczajną prawdę.

9 lipca 2019

17 lipca 2019 – Zapomniana kartka z pamiętnika, jakże aktualna :)

Wysłałam ostatni rysunek, pozamiatałam sprawy, wynegocjowałam z synem powrót na jedzenie do domu, zamiast przelewu. Dostanie jajecznicę na kiełbasie i dwie kanapki. Zaoszczędziłam 5 zł i mam czyste sumienie , bo nie zje śmieci na mieście. Mam okres śmiechawki. To niebezpieczny okres dla tych, co lubią trzymać poważny wyraz twarzy i co chwila poprawiają maskę, jak ją moje żarty odklejają. Ciekawy czas, kiedy moje prywatne tabu mija, jedno, drugie, trzecie, gdzieś jest pewnie granica tego, co warto jeszcze zdjąć, co warto odrzucić. Powaga, nadęcie, sztywność. Poza, rola, sztuczność. Kiedyś śmiałam się z żartów moich kolegów z lekkim zażenowaniem, teraz jak sama rzucam takim żartem, patrzą z niedowierzaniem, czy to ja? Ale po chwili śmieją się ze mną, bo uwalniam ich ze spięcia, że są takie tematy, których się nie ujawnia, takie słowa jakie są niewypowiadane w dobrym towarzystwie, takie aluzje jakie mogą rodzić podejrzenia. Zawsze byłam naiwna, teraz pełną parą zmierzam w kierunku katastrofy dyplomatycznej i ciesząc się prędkością obserwuję zatroskane miny tych, co dobrze się czują tylko wtedy, kiedy reguły aż trzeszczą od form wyrazu, a nikt nie próbuje ich przekraczać, choć są niepisane.
Dzieciom rzucam żarty bez przerwy. Lubię. Córka zamieściła post jak tańczy na rurze. Chciałam napisać w komentarzu „Nie spadnij kotek :)”, ale się powstrzymałam. Dlaczego? Nie wiem. Chyba osiągam stan nasycenia głupawką. Przestało mi za to zupełnie zależeć, co ludzie myślą o mnie i o tym, co piszę i mówię. Taki detoks absurdu, żeby zrozumieć, że jak coś palnę, to nie ma sprawy, da się z tym żyć, a nawet śmiać się z tego można. Z rzeczy łatwych i nie łatwych, z mądrych i głupawych, z pięknych i brzydkich. Wyśmiewam wszystko, ale łagodnie, wystawiam się na śmiech innych, na kpiny, na lekceważenie. Spływa to po mnie z zadziwiającym spokojem. Ten, kto nigdy nie obawiał się stracić twarzy, albo ma przyrośniętą maskę, albo już się jej skutecznie pozbył. Moja się odkleiła i spadła. Kolejna maska poważnej pani doktor od technologii. Maska, która miała zapewnić mnie o mojej wartości jako człowieka poważnego. Powaga nie ma nic wspólnego z mądrością i wartością. Ktoś kto z kijem w zadzie patrzy na śmieszną sytuację nie ma dystansu do siebie. Ja się śmieję, może trochę jeszcze opętańczo, ale całkowicie ze sobą w zgodzie. Kiedyś kolega opowiedział żart tak obleśny ale tak cudownie, że ze śmiechu prawie wpadłam pod stolik w knajpie. Nie pamiętam żartu, tylko jakieś strzępki, bardziej to, że nie mogłam się przestać śmiać, taki był dobry, bo łamał jednocześnie najcięższe tabu, jedzenie, pracę naukową, seks i homoseksualizm. Wszystko w jednym.
Nabywam dystansu do różnych tabu. Przyglądam im się. Ciekawie wyglądają, kiedy patrzę na nie z boku, bo nie jestem nimi związana. Obserwuję też, gdzie leżą moje granice ich poznawania. Granicę widać dopiero, kiedy się ją przekroczy. Doświadczanie przekroczenia granic mam w genach. Dlatego idę pełną parą w te granice, rozpycham je całą moją energią zyskując niesamowity nowy ląd dla siebie. Niedotknięty jeszcze stopą świat, w którym dzieją się rzeczy dla mnie do tej pory niedostępne.

O dumie

Czytałam dziś u pewnej guru tantry, co pewnie dużo inspiracji tchnęła w życie kobiet zablokowanych na swoją seksualność, że zamiast się wstydzić dorastania, dziewczynka może być z dorastania dumna. I jak tu nie oszaleć w tym naszym świecie, jak każdy, nawet dość oświecony człowiek, nie widzi, że procesy naturalne to ani powód do dumy ani wstydu. Po co wprowadzać taki dualizm wszędzie, gdzie się obejrzymy. Kochaj albo nienawidź, weź albo odrzuć, wstydź się albo bądź dumny. Po co się sami ograniczamy tym, żeby za każdym razem kiedy się pojawia jakaś zmiana, jakieś nowum w naszym życiu koniecznie je odnosić do emocji. Wstydzę się, że mi rosną piersi, albo idę dumna jak paw. Po co sprowadzać wszystko do przeciwności?

Nie umiesz się wypowiedzieć na jakiś temat, znaczy jesteś głupi? Nie wstydzisz się swojego ciała, znaczy jesteś rozwiązły? Potrzebujesz koniecznie wejść w jakiś stan oceny, bo bez tego nie da się zrozumieć z czym masz do czynienia? A może zatrzymać się na stwierdzeniu faktu: nie wiem czegoś, idę wolniej niż inni, jeżdżę szybko, mam tłuszcz na brzuchu, dekolt, owłosioną klatkę piersiową, gram w lotto, kupuję markowe ciuchy, skończyłem szkołę podstawową, chodzę do pracy, nie chodzę wcale. Tyle! Koniec. Zatrzymajcie się na tych stwierdzeniach, a pojawi się niesamowita przestrzeń do NIEOCENIANIA! Do życia, myślenia i czucia z prawdziwym poczuciem wolności wyrażania siebie.

Nie musisz mieć nerwicy pozytywnego myślenia o innych, ani negatywnego. Zatrzymanie w ocenianiu jest możliwe dla tych, co nie leczą swoich chorób mentalnych i pozwalają innym chodzić wolno po świecie. Dlatego ja NIE JESTEM DUMNA z bycia Polką, kobietą, matką, naukowcem, kierowcą, podróżnikiem i twórczynią swojego bloga, i NIE WSTYDZĘ SIĘ, że rzadko jeżdżę na rowerze, czytam książki, nie znam się na współczesnej poezji, nie byłam na Lazurowym Wybrzeżu, gadam publicznie po angielsku, rozwodzę się, mam niski wzrost, i nie mam samochodu. To są wszystko fakty, do których nasz rozum, jak obsesyjnie nakręcona maszyna, dopina opinie. A jak dopnie, to nam ciążą, nie ważne pozytywne czy negatywne, i to mocno, dopóki sami nie przestajemy się oceniać, nie inni nas przestaną, ale my sami siebie przestaniemy oceniać. Bolą nas, dokuczają nam tylko opinie, co do których jesteśmy w cichości własnego serca, przekonani.

Jak dziewczynkę się przekona, że to wstyd mieć piersi. to będzie się wstydzić swojego ciała. Jak się ją wbije w dumę, to będzie dumna z posiadania piersi. Tylko po co ma być dumna z czegoś tak naturalnego, jak posiadanie dwu rąk? Może ja zbyt wiele wymagam, po wiekach uprzedmiotowywania kobiet, żeby zamiast teraz dumnie stroszyć się swoją kobiecą mocą, kobiety po prostu przeszły do porządku dziennego z byciem kobietą? Bo jak wiadomo, gdzie jedna z płci się rozrasta w mentalnej przestrzeni, tam druga się kurczy, wycofuje. No i potem lament się podnosi: „Gdzie ci mężczyźni…” No wyszli, gdzie było więcej świeżego powietrza i mniej prężenia z dumy.

Duma kobiet z bycia kobietami nie jest nikomu potrzebna. Owszem w dobie rewolucji warto być mocno osadzonym w sobie i swoich poglądach, ale nie w czasach, kiedy mądrość życiowa pokazuje, że kobieta jest, tak samo jak mężczyzna, powołana do bycia sobą, nie istotą nadprzyrodzoną, co ma być dumna z siebie, jakby na zapas. Już była taka dziwna mentalność historyczna o kobiecości co nas sprowadzała do tego, że co jedna miała być niepokalana, albo zamęczona przez barbarzyńców, żeby było z czego być dumną. Teraz dla odmiany trzeba dumnie się pokazać, jako kobieta z mocą, podkreślić swą kobiecą siłę, chodzić na kręgi, mieć sesje tantryczne, wyglądać egzotycznie i świecić dumą. Z czego ja się pytam? Z bycia człowiekiem? Czy tak nisko opadła nasza forma psychiczna, że to, że mam dwie nogi to powód do dumy? Bo dla odmiany, ktoś może i tyle nie mieć?

Ta duma to pojęcie zupełnie niepotrzebne. Jak dobrze ci we własnej skórze, to to jest powód do dumy? Jak robisz dobrze to co umiesz, to czekasz na oklaski i ordery? Jak wmówimy dziewczynkom, że mają być dumne z tego, że mają piersi, albo dzieciom obu płci, że mają nogi, to co z tego wyniosą? Dla mnie po prostu przerost pomieszania treścią, zamiast zwykłej akceptacji bycia tym, kim się jest. Nie bycia dumnym, ale akceptującym siebie.

Trochę się tutaj bawię konwencją wychodzenia z cienia zależności społecznej kobiet od mężczyzn. Można powiedzieć, że kobiety zrobiły ostatnio wielki postęp w byciu sobą. Jak mają ochotę to podkreślać, obwieszczać, stawać się boginiami, ucieleśniać Matkę Ziemię, niech tak robią, coś sobie tym rekompensują, pamięć przeszłych pokoleń pewnie im doskwiera. To samo robili mężczyźni przez wieki przedkładając męski punkt widzenia na świat przed żeńskim. Dla mnie te dwa obszary się doskonale uzupełniają i nie byłabym również dumna wcale będąc mężczyzną, nawet jeśli miałabym większą niż obecnie siłę sprawczą, jaką daje patriarchalne społeczeństwo. W ogóle mężczyznom też nie jest lekko tkwić w dumie bycia facetem, w odnalezieniu się w systemie, gdzie się trzeba sprawdzić na wielu polach i nie wycofać się, utrzymać na fali, bo bagienko frajerów jest chłonne. Więc może warto rozważyć i z ich strony, żeby nie popadać w macki bycia dumnym ze swojej płci, kariery, rodziny, kraju, historii, wyczynów sportowych, wyglądu i możliwości seksualnych. To samo kobiety, ale w innej kolejności.

Dla porządku, lubię się dobrze ubrać, tańczę na obcasach, czeszę się i noszę kolczyki, chodzę dość mocno ruszając biodrami. Jestem kobietą, mam piersi, głowę i szyję, mam nogi, ręce, widzę i słyszę. Robię różne wybrane przez siebie rzeczy, niektóre lepiej niż inni, inne gorzej od nich. Nie oceniam się w tym. Lubię spodnie i nie maluję się, bo mnie tusz gryzie w oczy. Ale czasem machnę sobie coś dla szyku i wiem dlaczego. Nie oceniam się w tym. Jak widzę kobietę w rozciągniętym swetrze i trampkach to nie zakładam, że nie jest skomunikowana ze swoją kobiecością, bo może wyszła wyprowadzić psa, albo myśli nad kolejną teorią unifikacji wszystkiego i nie ma czasu zadbać o swój look. Nie oceniam. Jak babeczka będzie chciała się ze swoją kobiecością wywnętrzyć to to zrobi, albo i nie. Niech sobie człowiek wygląda jak chce, czy ma piersi, czy nie. Jaki dramat mają kobiety po mastektomii podświadomie zaprogramowane na posiadanie piersi, jako kobiecej dumy, I po co tak się w tę dumę wbijać? Opadną, zaleją się mlekiem znienacka w kinie po zostawieniu dziecka w domu, są miłe w dotyku, kiedy trzeba, albo użyteczne, jak noga i ręka. Służą do różnych celów, jak to ludzkie ciało. Naturalne.

Duma z rzeczy zupełnie oczywistych nas zniewala. Bez powodu do dumy, stajemy się narażeni na nieakceptację, odrzucając siebie. Bez nogi, ładnej buzi, bez pracy, bez kariery, bez dzieci, bez narodu za plecami, bez dokonań, dyplomów, bez wiedzy, bez poklasku. Nie ma co być dumnym z rzeczy naturalnych, ale najtrudniej zobaczyć, że wszystkie rzeczy jakie mamy, robimy, są naturalne i pozwolić sobie na brak dumy, na brak oceny w świecie naznaczonym schodkami, ty wyżej, ty niżej pod jakimś względem. Jesteśmy niewolnikami tych schodków, tej hierarchii znaczenia. Sami ją tworzymy i sami się na nią łapiemy. Dlatego ostatnio nie jestem dumna, ani trochę z siebie i nie mówię moim dzieciom o dumie, żeby ich zawczasu nie pętać. Niech bez mojego oceniania, dumy i pogardy, co jako przeciwieństwo wyłania się z cienia dumy, idą jak najbardziej wolne. Bardzo to polecam do praktykowania, nie tyle na dzieciach, co najpierw na sobie.