Brak samochodu trochę mi doskwiera. Nie tylko dlatego, że tęsknię do jeżdżenia, ale również dlatego, że samochód jest przydatny. Dziś na przykład siedzę na ławce o pierwszej w nocy czekając na syna, żeby dojechał z Grecji, z wakacyjnego wyjazdu. Autokar się spöźnia. Gdybym przyjechała tu samochodem pewnie czekanie byłoby wygodne, a tak marznę w wilgotności nocy i liczę na to, że kierowcy autokaru też się spieszy do domu i może naciśnie mocniej na gaz i skröci moje czekanie.
Ostatnio wszechświat nieco mi zgrzyta, bo przez röżne zmiany obraca się a ja wraz z nim do nowej rzeczywistości. Ponieważ był mocno zardzewiały od spodu od niepoddawania się adaptacji, bo tkwił w jednym miejscu 20 lat, teraz kiedy ruszył, bywa mi niewygodnie, bo inaczej i dostosowuję się do niego nowego powoli. Były i pewnie będą jeszcze momenty, kiedy obröt świata o 90 stopni boli. W zwykłej codzienności, w myciu zębów bez towarzystwa, co natychmiast wejść musi do łazienki, w pustym pokoju z mniejszą liczbą mebli, w większej liczbie poduszek niż głów w sypialni, w zmianie ilości dźwięków z rana. Nowa rzeczywistość bywa tak inna, że ma się wrażenie, że nie jest dla nas przyjazna, ale potem obiektywne spojrzenie zawraca nas z ucieczki przed nowym w akceptację. Każda nowa trudność, jak to moje czekanie, pokazuje nam czy dobrze postąpiliśmy, że obróciliśmy rzeczywistość do stanu, w którym takie zdarzenia się dzieją. Co dla mnie jest ważne w tej adaptacji do nowego, to to, że ja sobie pozwalam na niezdarność, na poczucie braku bezpieczeństwa w tym, czego nie znam. Nie wiem, jak się ta nowa sytuacja rozwinie, jakie jeszcze postawi przede mną wyzwania, ale ani razu się w tym drifcie świata nie zapytałam, czy ja tego chcę, czy nie wolałabym wrócić do starych struktur mojego codziennego świata, bo wszystkie te pytania zadałam wcześniej i wyczerpałam zestaw odpowiedzi, aż doszłam do prawdy. Nie znaczy to, że sobie nie pozwalami się wahać, a właśnie pozwalam sobie na wszelkie myśli, zwątpienia, emocje. Wszystko to we mnie jest, pozwalam temu istnieć. Dzięki temu nie tamuję obrotu, każdy zgrzyt oglądam z czułością, każdą sytuację. One mi pokazują, gdzie byłam przyrośnięta do starej rzeczywistości. Nie odrzucam tej starej jeśli łagodnie wpasowuje się w nowæ, ewoluuje. Odrzucam to co mnie więzi, jak przekonanie, że może ta nowa nie będzie lepsza, że brak samochodu, poczucia bezpieczeństwa, nie był wart tego, że obracam się w nieznane.
Ludzie nie lubią zmian, lubią rzeczy stałe. Nawet kiedy te nie służą już nikomu i uwierają w nogi podczas życia. Dla tego poczucia stałości wymyślili ograniczenia, miłość do śmierci, wygodne gniazda do ustawicznego moszczenia, pracę, cóż z tego, że marna, ale daje poczucie stabilizacji. Odrzucajàc stabilizację narażamy się na ostracyzm, na uwagi „i po co ci to było?” w sytuacjach, kiedy sprawy mają się gorzej, trudniej nam się odnaleźć i o siebie zadbać.
Dlatego z ciekawością patrzę, jak dziś marznę. Widzę zyski i koszty. Jak odbiorę tego długiego, opalonego faceta pójdziemy do domu, co prawda na piechotę nocą, ale pogadamy przy tym trochę, a potem wsunę się pod ciepłą kołdrę. Jutro będzie sobota i pospię dopóki sama się nie obudzę, by jutrzejszy dzień przywitać gorącym kakaem i miodem.
Autor: JA
O mojej książce
Ktoś mnie ostatnio pytał, jak mi idzie pisanie książki. Powiedziałam, że pisanie jej to jakby chodzenie po rozrzażonych węglach. To trudne i pełne odwagi przedsięwzięcie, na skalę mojej bezsilności. Mam przebłyski, potem flauta, życie wdziera się drzwiami i oknem. Potem stwierdzam, że lepiej będzie żyć niż pisać. I wreszcie znów wraca podmuch w którym niesie mnie gdzieś nieprzerwanie myślami i usiłuję to złapać, wyzyskać do ostatniej kropli. Jest w tym i oczekiwanie na zrozumienie i na ulgę, która przychodzi kiedy znów się zamyka kanał połączenia i czuję się zmęczona i jednocześnie poukładana od nowa. I tak właśnie jest. To nie ma znaczenia, że to może być gniot i nikt tego nie przeczyta. To długotrwały stan oczyszczania i wglądu w siebie na poziomie niemal komórkowym. Jakbym zmieniała swoje DNA. Jakbym na nowo się rodziła. Tylko temu jest poświęcona ta książka. Taką ma rolę nic jej nie więzi, żadna ludzka ambicja. Jak mnie teraz. Jakbym patrzyła jej głęboko w oczy i mówiła do siebie. Jakbym się na nowo zobaczyła, ta wewnętrzna ja przyglądająca się tej zewnętrznej w całkowitej szczerości na jaką stać tylko głęboko kochające serce.
5 lipca 2019
To będzie krótki wpis, bo idę pić. Jeszcze nie wiem co, ale wiem z kim. Umówiliśmy się na rynku pod hotelem. Będziemy pić za sukces, czyli naszą konferencję. W liczbach można ją zobaczyć na stronie Politechniki. Powiedziano o nas w radio i byliśmy w telewizji. Wczoraj na bankiecie zjadłam tyle, że toczyłam się do pokoju w poszukiwaniu szpilki do przekucia przepełnionego brzucha. Atmosfera była fantastyczna, jedzenie pyszne, zespół Połoniny przyśpiewywał. Podobno, ktoś na koniec tańczył. Nie widziałam, wcześniej wyszłam, bo już wszystko zrobiłam co było potrzebne i ważne. Nasz kolega przyszedł z synkiem prawie 2 letnim. Każda ciocia chciała ponosić, a wujkowie się przyglądali. W końcu największy facet na konferencji nosił brzdąca po całej sali i podrzucał. Śmialiśmy się, że kontrasty ciągną do siebie, a Kuba wszedł na kolejny level w swojej relacji. W końcu ostatnio się oświadczył. Poziom konferencji był wysoki, przekrojowe referaty. Mam porównanie, bo od lat jeżdżę na takie specjalistyczne konferencje z dziedzin nano i mikromechaniki po całym świecie.
To tyle, chyba też zgłodniałam, ale dziś przypilnuję, żeby się nie toczyć po korytarzach. Idę się śmiać, picie jest tylko pretekstem do śmiania. Uwielbiam się śmiać przy inteligentnych żartach moich kolegów. Ciekawe kto dziś stawia i jaki dziś będzie temat przewodni do śmiania. Ostatnio śmialiśmy się omawiając zachowania społeczne panów w męskich toaletach przy pisuarach. Pewnie nie uwierzycie, ale to temat godny porządnego naukowego zbadania. Antropologia kulturowa.
3 lipca 2019

Gosia napisała, że jej jedyną misją jest fikanie koziołków. Ma rację, prawdziwą misję prowadzą ci co się na misję nie powołują. Ona prowadzi magiczny dom i ma gdzieś misję, ja piszę i mam lekki stosunek do tego, czy mnie kto czyta. Obu nam nie zależy na tym, by się przez to, co robimy realizować misyjnie. Dlatego samo wychodzi. Ci co się na misję powołują, poświęcają się, szukają poważnych intencji do robienia czegoś, kleją tylko własne kompleksy. Trzeba mieć do robienia tego, co się robi dystans, inaczej wychodzi ci misja ratowania tak naprawdę siebie poprzez usilne działania naprawiania świata. Dlatego nie wierzę w guru rozwojów co chce zmienić bieg świata na lepszy, albo polityków, ekologów, wyznawców rowerów i antyglobalistów, co chcą czegoś ode mnie, bo się chcą moim kosztem, kosztem mojej uwagi realizować. Mam ich wszystkich jak mawiał Tuwim, … gdzieś. Sama jestem swoim żaglem, busolą i okrętem. Zauważyłam, że coraz częściej pływam za dnia, wychylam się, ale nie dzisiaj. Wysłałam towarzystwo na kolację z ciekawymi trunkami, sama wróciłam i cieszę się swoją samotnością. Opanowałam ekspres do kawy, żeby mi zrobił zieloną herbatę. W końcu miejsce mojej pracy zobowiązuje do rozwiązywania problemów natury podstawowej. Jeszcze chwila i z pralki zrobię lodówkę.
Dziwne, ale zupełnie się nie męczę. Cały dzień przechadzam się między ludźmi dbając o konferencję w sposób najbardziej adekwatny, atmosferą, słowem i uśmiechem. Nic nie muszę robić, bo wszystko idzie samo, w końcu wszyscy znają swoje zadania, ja tylko patrzę, doglądam i się cieszę z tego, jak rozmawiają, dyskutując zawzięcie, albo jak się śmieją przy stolikach nad kawą. Taka ze mnie trochę szara eminencja, albo … hmm … mama.
Po wykładach i małym party wystąpił zespół muzyki folkowej Połoniny zaczynając od przyśpiewek Warszawskich z Bielan. Potem polki, kolorowe spódnice, białe halki, kapelusze, chustki, stroje ludowe i tupanie do rytmu. Zaskakująco dobrze się bawiłam. Po występie, z przystojnym tancerzem co zamarudził dłużej na scenie zrobiłam sobie zdjęcie. Nasza fotograf prześle je wraz z innymi po konferencji.
Wycieczka autobusami elektrycznymi po pięknym i czystym, zadbanym Rzeszowie skończyła się na rynku. Krótki koncert w parku fontann multimedialnych. W autobusie siedziałam z przodu i kiedy trochę odpłynęłam pod koniec godzinnej wycieczki, kierowca zagadnął mnie.
– Wie pani, że tu obok tego wieżowca powstanie nowy? Też ze szkła.
– A zmieści się? – spytałam widząc, że mało tam było miejsca.
– Pewnie, a wie pani kto przewidział szklane domy?
– Żeromski.
– Tak, Żeromski i kto by pomyślał, że to prawda.
Ludzie w Rzeszowie dumni są ze swego miasta. Politechnika, piękny rozległy kampus, budynek rektoratu w kształcie kadłubu samolotu, w końcu to dolina lotnicza zrzeszająca 170 firm przemysłu aero. Parki technologiczne, wielkie tunele aerodynamiczne. Jutro idę na symulator lotu. Pewnie się rozbiję, ale będę miała 3 życia. Podobno nie ma na świecie samolotu, co nie ma choć jednej części wyprodukowanej tutaj. Szkolą 80% pilotów cywilnych w Polsce. Rzeszów miasto innowacji. Jak tu nie być dumnym. Ludziom dobrze się tu mieszka i żyje. W rankingach przyjazności miast dla mieszkańców, Rzeszów stoi wysoko w czołówce. Same elektryczne autobusy, zadziwiająca czystość, a niektóre przystanki są klimatyzowane. Jak kto nie wierzy niech się wybierze w Bieszczady i tu wpadnie podpatrzyć. Byłam, widziałam. Sprawy urzędowe mieszkańcy załatwiają w galeriach handlowych podczas zakupów, bo urzędy mają tam file do obsługi mieszkańców, tzw. BOMy. Wszędzie rowery, hulajnogi wypożyczane jak w Wawie, ścieżki rowerowe, pasaże, drogi szerokie, domy odnowione, gładkie tynki, sztukaterie, kwiaty. Przez chwilę w jakiejś uliczce przy rynku przemknęła mi myśl: „Jak w Lizbonie.” Chyba tęsknię do niej.
Jutro od nowa, wykłady, prezentacje, słowa. Chyba się jednak do tego nadaję, robię to dla innych, ale coraz częściej myślę też w tym wszystkim o sobie. Zupełnie spokojnie, bez napawania się dumą i misji. Tak trochę jak Gosia, co fika, ja też sobie fikam. Jednego dnia wypiję litr piwa i wymagam masażu twarzy, a następnego dnia siedzę w fotelu przy dźwiękach trąbki z komputera przy herbacie. W internecie sprawdziłam, że mają tu też milongi, ale już była, w poniedziałek. Butów nie zabierałam, ale od tej pory będę wozić. Widać wszędzie już się panoszy wirus tangowy.
2 lipca 2019
Za każdym razem, gdy piszę i publikuję na facebook’u moje przemyślenia, wychodzę ze strefy komfortu, gdzie czuję się bezpiecznie. Niezależnie od tego co piszę, czego dotyczy temat, narażam się na kontrowersje, bo mogę trafić na krytyka, malkontenta. Nie wystarcza mi odwagi jeszcze na publikowanie treści, jakie rodzą się we mnie głębiej. Może kiedyś, może w mojej książce …
Niekiedy myślę, że jestem zbyt odleciana od tego miejsca we wspólnej przestrzeni, żeby mnie zrozumiał przeciętny człowiek, a potem widzę się na faktach, jak wygląda moje życie, dzieci, dom, praca. Chyba nie różnię się tak diametralnie od innych. Może wszyscy jesteśmy inni, tylko próbujemy się do siebie upodobnić na kształt pszczół, albo mrówek. Może nas coś do tego zmusza. Taka strefa komfortu właśnie, wszyscy tacy sami, więc nikt nie zacznie nas wytykać palcem. Te same aspiracje, małżeństwo, dzieci, samochód, praca na stanowisku, wakacje w ciekawym miejscu. Ostatnio się zastanawiam, jak bym się czuła nie mając tego wszystkiego i żyjąc w ciemnej głuszy w chacie z pająkami, z kurą przed domem, psem, kotem, ogrodem, trochę jak Gosia w Sopatowcu, ze swoją filozofią czynienia z życia misji. Misja mnie odstrasza, ale można tak żyć.
Obserwuję ludzi tanga na milongach, na kursach. Większość poszukuje tego dla czego warto żyć. To są różne rzeczy dla różnych ludzi, równowaga między męskim i żeńskim pierwiastkiem w sobie, nowy partner, odwaga do stawiania sobie wyzwań, otwartość na innych. W pewnym momencie to się pojawia, kiedy przepracowują swoje strachy, lęki. Tańczą z życiem i ono im odpowiada. Nawet jeśli jest w tym trochę pozerstwa, pychy, jakie widzę na spotkaniach tanecznych, kiedy kobiety nie tańczą z mniej wyrobionymi tancerzami, albo faceci proszą tylko najlepsze partnerki. Gdzieś w tej społeczności gubi się balans. Zadarte nosy, przeprostowane kolana, a tango to sensualny kontakt, wirtuozeria prawdziwych emocji z wnętrza.
Ja tańczę z premedytacją ze wszystkimi tancerzami, na jakich się odważę, bo mało tej odwagi nadal mam. I czasem zdarza się taki tancerz, który bez techniki kupionej na indywidualnych lekcjach zabłyśnie w tandzie, a wyjadacz milongowy skopie po palcach, bo usiłuje zalśnić na parkiecie bez kontaktu z partnerką, jakby mu ona przeszkadzała, kiedy on gwiazdorzy. Lubię tańczyć z kolegami, których znam, bo ich lubię i niezależnie od poziomu ich umiejętności, widzę jakie sama robię błędy, gdzie niedomagam. Z dobrym partnerem nie sztuka ładnie zatańczyć. Z dobrą tancerką w szczególności, bo ona zatuszuje każdy błąd i partnerzy robią wrażenie bardzo biegłych. Zupełnie jak w życiu. On ledwie przędzie, a ona wywija aż iskry lecą, albo przeciwnie, ona pachnie, a on się stara.
Jestem w Rzeszowie. Moja konferencja zaczyna się jutro od rana. Hotel piękny, goście gotowi, sale otwarte. Dziś wszystko sprawdziłam z moim teamem. Przeszliśmy po mieście, po kampusie, po budynku. Zainicjowałam wspólne zdjęcie przed konferencją. Potem będzie tyle działań, może nie zdążymy. Wieczorem poszliśmy na rynek, na piwo ważone w naszym hotelu, kadzie widziałam przez szybę. Miedź pięknie się złoci na czerwono w ciemnym oświetleniu. Rozmowa była męska, zaskakująca. Tak się śmiałam, że bałam się o zakwasy na policzkach, a jutro mam tyle mówić, tyle zadbać. Zebrałam wokół tej konferencji ludzi tak moich, jak to tylko możliwe. Kreatywnych, mądrych, otwartych, obowiązkowych. Patrzę i uśmiecham się sama do siebie, bo takich teraz jest wokół mnie coraz więcej. Kiedy się zmieniamy ludzie przychodzą i odchodzą, jakby spełniali przy nas jakąś misję, o jakiej pewnie nawet nie wiedzą. Pokazują nam gdzie jesteśmy, co robimy ze swoim życiem, co nam już idzie, a co nie. Mnie idzie robienie czegoś dla innych, tak, ale dla siebie jeszcze nie. Tu się zacinam, umiem załatwić miliony dla innych, ale nie umiem docenić swojej pracy. Powoli to akceptuję. Może nie będę w stanie się docenić? Czy to takie złe? Może nie. Robię błędów na pęczki, w tangu, w docenianiu siebie, w kontaktach z dziećmi, w relacjach z ważnymi dla mnie ludźmi. Gdybym tańczyła tylko z dobrymi partnerami, nigdy bym nie zauważyła swoich błędów. Musi się pojawić błąd, żeby powstał zwrot, skok na nowy poziom zrozumienia i umiejętności. Tak po prostu jest, błąd nas wytrąca ze strefy komfortu, z samozadowolenia. I wtedy robimy postęp.
Jutro będę patrzyła, jak moja konferencja toczy się, i gdzie, jakie błędy wypłyną na powierzchnię, żeby za trzy lata, o ile jeszcze będę chciała, zorganizować ją w nowym miejscu, z ludźmi, jacy będą chcieli ją zrobić ze mną dla innych. Może będzie trudno, może błędy będą częste, przywykłam ostatnio do akceptowania najtrudniejszych swoich błędów. Może się jutro okaże, że się do tego jednak nie nadaję. Cóż, nie można wszystkiego umieć. Zobaczy się. Nawalę, to polegnę i tyle. Raczej mnie tu nie powieszą, ale nie zamierzam uciekać przed odpowiedzialnością i konsekwencją.
Jutro, a dziś słucham Stinga, Chrisa Botti i nie śpię, bo czekam. Czekam na sen, nie dlatego, że się martwię, zrobiłam wszystko co było potrzebne, przewidziałam co było możliwe. Czekałam na tę jedną refleksję, że mogę się mylić, że mogę popełniać błędy i mimo wszystko iść ze strefy komfortu w nowe, zmienione okolicznościami życie i nie karać się za te błędy, tylko mieć je na uwadze. Tak już czas na spanie.
O męskich uczuciach inaczej
Istnieje błędne przekonanie, że mężczyźni czują inaczej. Nieprawda, czują to samo co kobiety, ale nie uzewnętrzniają tego, czując bardziej do wewnątrz. Kobiety czują na zewnątrz. Stąd z kolei błędne przekonanie mężczyzn, że kobiety to histeryczki, bo uczucie się z nich wylewa. Dlatego też tak trudno nam się dogadać między płciami. Ponieważ jednak mamy, każdy z nas ma, w sobie oba pierwiastki i kobiecy, i męski, więc komunikacja jest możliwa. I dotarcie do męskich uczuć też. One są, ale jak spytasz faceta, co mu jest, bo widzisz, że coś mu leży na sercu, to nie powie zwykle nic. Tak już jest i nie jest to bezwzględność męskiej duszy, a nieoswojenie jej z tym, kto pyta. Mężczyznę można oswoić ze sobą poprzez umiejętne włączanie swojego męskiego pierwiastka. Dlatego jak kto chce z samcem się dogadać, powinien na początku być trochę jak facet i rozumieć proste komunikaty. Jak mówi, że nie dojedzie na spotkanie, to nie dojedzie i tyle. Nie ma co wymyślać dramatycznych scenariuszy, że pewnie się z kimś spotyka, co jest typowo żeńską cechą kreatywnego skądinąd myślenia. Jak mu się nie powie, jak ma się zachowywać, czego się chce, albo nie, to bierze co chce, boś nie mówiła. Dlatego tak ważne jest normalne, stanowcze „nie”, kiedy trzeba i stanowcze „tak”, kiedy się czegoś chce. Tylko nieliczni faceci mają dość empatii, żeby czytać pośrednie komunikaty, stąd ryzyko niezrozumienia i fochy, że nie odczytał, albo się zagapił. Nic podobnego, nie artykułowałysmy kodem jego języka. Fakt, niektórzy tak przywykli do wygodnego zdania, że kobieta sama nie wie czego chce, że naginają granice nawet przy stanowczym „nie”. Tu już trzeba użyć argumentu porządkowego, na przykład męskiego sierpowego. Z mojego doświadczenia wynika, że faceci szybko się uczą kobiecego języka, jak im się chce, ale żeby im się chciało muszą mieć motywację i zrozumienie podstawowych zasad składni i łebskiego odbiorcę po drugiej stronie. Kobieta może trochę się postarać ograniczać swoje kreatywne reakcje i biorąc, jako narzędzie swoją intuicję i empatię, nauczyć się najpierw faceta sama. Co nam szkodzi poznać „wroga” zanim on nas pozna?
Niedawno gawędziłam w knajpie z przyjacielem i ten mi powiedział, a facet jest bardzo świadomy siebie i dojrzały, że za dobrze znam mężczyzn, za łatwo ich rozumiem. To nie problem dla mnie, ani dla nich, bo tego przeciw nim nie wykorzystuję. Moja graniczna szczerość w kontaktach jest dla nich jak balsam, bo niestety każdy spotyka kobiety, co rozłożą faceta, jak puzzle i potem trzęsą konstrukcją według swoich interesów i zasad. Mnie to nie interesuje. Mam wielu przyjaciół mężczyzn, z jakimi blisko rozmawiam na wszystkie tematy, z zachowaniem pełnej dyskrecji i obustronnym zaufaniem, bo facet niczego tak nie potrzebuje w kontakcie z kobietą, jak odkryć się przed nią swoją miękką częścią w ufności, że ona go zrozumie i, uwaga, zaakceptuje w pełni jego część i kobiecą i męską.
Jest wiele różnic między nami. Szczerość w kontaktach, zrozumienie, empatia, ale też wyznaczanie granic to klucz do przyjaźni, relacji, do miłości. Dlatego prawdziwe partnerstwo damsko-męskie opiera się na szczerości, zaufaniu i wolności. Nikt złapany w klatkę śpiewał nam nie będzie.
Przed chwilą mój mały facet, syn, wsiadł do autobusu, jakim wracam do domu i przy swoich wyrośniętych kolegach powiedział przyjaźnie:”Część mum!” Tak się do mnie zwraca. Odpowiadam:”Cześć Bartek.” Z nim też rozmawiam, jak z facetem, bo na takiego rośnie. Szczerze, poważnie, serdecznie. Lubię moje kontakty z facetami, bo mężczyźni są dla kobiet, jak podesłani z innej planety, a jednak nasi. I dlatego są tacy ciekawi i tak nas do nich ciągnie.
Zmiana
Wzruszam się swoim światem
Prostotą myśli na drzewach
Pierzastym emblematem
Chmur lekkością w przededniach
Zmiany tak diametralnej
Jak zmiana ziemi i nieba
W ciągłości moich marzeń
W zgodności bicia serca.
Pójdę swobodnym krokiem
Ubrana w przeszłość kwiecistą
A słońce lśni wysoką
Falą miłości przejrzystą
I nic mnie nie wiąże w ciele
Na duszy usypia cisza
Głębokość uczuć dzielę
I czekam na wszystko co dzisiaj.
Omijam zręcznie przeszkody
Z busolą siebie w dłoni
Słowa mówią się same
Intencje prawda chroni
Harmonia wzbudza łagodność
I z pasji wyrasta przyszłość
Śmieję się wiatrem na szczycie
Chwilowym ogniem, jest przyszłość.
Nie muszę w nic już wierzyć
Ani dostosowywać
Sunę jak zwiewny pociąg
Po własnych, prostych szynach
I para mnie unosi
Nad smutku grzązką doliną
Bo wybrałam ją minąć
A nie w głębinach jej płynąć.
Wdycham powierze jak srebro
Idę jakbym tańczyła
Mówię jakbym śpiewała
Kocham,
Tak jak cierpiałam.
30 czerwca 2019
29 czerwca 2019
Dziś jadę do moich przyjaciół pod Warszawę. Chciałam kiedyś o nich napisać, ale to tak dostojna, pełna mądrości para, że się bałam, że nie umiem. Zbyszek był promotorem mojej pracy doktorskiej. Jego żona Hania często mawia, że jestem jego młodszą żoną. Taką żoną naukową. Niech nikt tego źle nie zrozumie. Pracuję ze Zbyszkiem od wielu lat nad różnymi problemami naukowymi. Zbyszek nauczył mnie wszystkiego niemal, co należy wiedzieć o nauce i o tym, jak ją uprawiać. W pewnym szczególnym okresie mojego życia, pokazał mi również, czym jest autorytet, nie z poziomu dumy, ale światłości umysłu i pokory. Bo Zbyszek, przy całej swojej wiedzy i doświadczeniu naukowym, życiowym jest człowiekiem niezwykle pokornym. Gdybym chciała o nim rzetelnie napisać, wyszłaby tysiąc-stronicowa pozycja.
Ograniczę się do wyrażenia, że takich ludzi w naszych czasach prawie już nie ma. Nikogo nie ocenia, umie ważyć słowa. Zwraca się do ludzi z niewymuszonym szacunkiem i jest ze wszech miar autentyczny. Cenię go bardziej od butnych i widocznych wszędzie autorytetów moralnych, państwowych, tytularnych. Słucham go z uwagą, bo nawet jeśli mam odmienną opinię, cenię jego spojrzenie na świat, ludzi, życie. Jest człowiekiem renesansu, taternikiem, ostoja swojej rodziny. Nie naruszę jego prywatności pisząc, że nikogo tak w nauce nie cenię, jak jego, bo uprawia on naukę całkowicie i w sposób nie przystający do obecnej, zbiurokratyzowanej rzeczywistości, wyłącznie z ciekawości. A ciekawość to warunek konieczny w nauce i nie tak częsty. Nie każdy pracownik naukowy ma ciekawość swojej pracy, dlatego często powstają gnioty wypocone dla punktów ministerialnych, albo dla prestiżu i forsy.
Od Zbyszka zaraziłam się ciekawością, a raczej ją w sobie odkryłam i zrozumiałam przy nim, jakie mam możliwości. Podczas pisania doktoratu mawiał, że jego rola się kończy na trzymaniu mnie za kołnierz, żebym się nie zapędziła w ślepą uliczkę, bo praca szła mi gładko. Samodzielna praca z pasji, z chęci dowiedzenia się „co będzie, jeśli”. Ta fantastyczna strategia, jaką na mnie zastosował spowodowała, że doktorat pisałam lekko, przy pełnym obciążeniu domem i dziećmi. To było jak koło zamachowe. Zmęczona kontaktami z maluchami, siadałam wieczorem do komputera i symulowałam oddziaływania atomowe. I paradoksalnie nabierałam przy tym energii. Trochę to były podobne światy, moje dzieci wokół mnie biegały jak elektrony, a atomy na monitorze drgały i się przemieszczały. Niby chaos, ale zbieżny, powtarzalny. Samowzbudny mechanizm.
Opowiem tylko jedną historię osobistą z życia mojego wspaniałego mentora. Kiedy miał 10 lat wybuchło w Warszawie powstanie. Chciał do niego pójść, ale matka złapała go w porę i powstrzymała. Zdążył tylko pomóc wybudować jedną barykadę. Bardzo się wzruszam, kiedy o tym myślę, patrząc na moich synów i zdając sobie sprawę, że gdyby go mama nie powstrzymała, może by go nie było. Może bym nie miała okazji spotkać go w moim życiu i docenić wielkości jego serca i umysłu. Bardzo jestem dumna, że go znam i dziś wypiję z nim kawę żartując w towarzystwie jego cudownej żony, z którą nie tak dawno, w kościele na Gubałówce obchodził złote gody.
Lista w mojej glowie
Mam taką listę w glowie,
w dowolnej kolejności,
Niic naglącego, nic co muszę
a mogę.
Jazda na koniu w galopie
Tango w Lizbonie
Zostanie astronautką
I zobaczenie z bliska księżyca
Złota suknia w teatrze
Wiosenne tulipany
I czeremcha w ogrodzie
Zaśpiewanie Withney Huston
Bez fałszu, publicznie
Pływanie nocą w jeziorze
Leżenie pod gwieździstym niebem
na Kubańskiej plaży
Albo na Dead Valley
w marcu, w grudniu,
kiedykolwiek.
Sen w ramionach
kochanego mężczyzny
nad ranem,
Wciąż nie przestałam
marzyć,
Co spełnię?
Nieistotne.
Wystarczy dać życiu
żyć.
A ono się wydarzy.
29 czerwca 2019
Poczekam
Trochę na ciebie poczekam
Tak postanowiłam
W sile
Ciesząc się, że wiem czego chcę
I nie uciekam
Jak długo?
Nie wiem
Może chwilę
Może godzinę, rok
Może do przyjazdu autobusu
Co mnie powiezie w przyszłość
Bez ciebie
A może nie wsiądę?
Nie wiem
Zaczekam
Może przyjdziesz
Nie do mnie
Do siebie
Takiego jakim jesteś
Przy mnie.
29 czerwca 2019
