O miłości i smutku

Miłość kojarzy nam się ze szczęściem, wyjątkowym szczęściem jakiego w życiu można doświadczyć. Co zrobić kiedy to szczęście odchodzi? Pozwolić, pozwolić, żeby odeszło. Miłości nie da się zamknąć w klatce potrzeb, pragnień, przyzwyczajeń. Jeśli odchodzi, to znaczy, że nie miała być dłużej, że wyczerpała się, zmęczyła, albo po prostu nie była sobą, czyli miłością właśnie. Na miłość od człowieka się nie czeka, ona nie mówi: „zaraz wracam”. Zamyka drzwi i znika. Nie warto siedzieć pod drzwiami i płakać. Bo miłość, jeśli ją czujemy naprawdę, zawsze w nas będzie i jeśli jej pozwolimy, otworzy w nas drzwi do prawdy, jaka drzemie w każdym. Miłość nie odbiera siły, miłość nas napełnia mocą do zmian, jakie są konieczne w naszym życiu, żebyśmy byli lepsi, pełniejsi, mądrzejsi i czulsi dla siebie nawzajem.
Miłość, która wchodzi w życie zawsze jest piękna. Może boleć jeśli naprawia w nas pewne rany, oczyszcza i wyzwala, ale też ujawnia to, jacy jesteśmy na prawdę, po to żebyśmy zdołali sami coś naprawić. A kiedy odchodzi ten kogo kochaliśmy, zostaje tylko kochać go i cieszyć się, żeśmy mieli szczęście, żeśmy się poznali, odnaleźli w tym życiu. Miłość staje się tym, co w nas zmieniła idąc i przenikając nasze istnienie, kiedy była w pewnym sensie nami. Kiedy błądziliśmy z nią i kiedy żeśmy się odnajdywali. Kiedy lecieliśmy na jej nurtach powietrznych, albo spadaliśmy w dół, w wody wodospadu. Kiedy żyliśmy za dwoje i nie baliśmy się niczego. Miłość dodawała energii, mocy, spełnienia każdej cząstce życia w nas i budziła do dobra, do podążania za palcem nieskończoności.
Miłość odchodzi z różnych względów. Czasem nie ma na nią miejsca, czasem z czymś się wyklucza, jak z cierpieniem innych, którzy także kochają. Czasem jest złudzeniem, jakie nam się przyśni, a czasem jest naszą karmą. Niezależnie jak i kiedy przychodzi i odchodzi miłość, kochać zawsze warto.
Boimy się miłości. Nie czujemy się pewnie, kiedy odbiera kontrolę, zaciąga nas w rejony jakich nie znamy, walczy z naszymi przekonaniami i obnaża słabe strony. Dlatego Miłość bywa tak wielkim cierpieniem. Jesteśmy wobec niej bezbronni. Jak dzieci przed tytanem serca i rzeczywistości. Ona wszystko zmienia w rytm, który nas rozpiera do większej wrażliwości. Kiedy odchodzi, czujemy się jak żółw bez skorupy porzucony na brzegu. Całkowicie odkryci, bez zabezpieczenia. I choć czujemy się tak słabi bez niej, jej brak to tylko wskazówka. Miłość bowiem przychodzi, by nam pokazać jak w naszym własnym wnętrzu stworzyć dla niej miejsce, by chciała w nim zamieszkać. Ten, kto takiego miejsca nie ma w swoim sercu i widzi miłość tylko w innych, na zewnątrz, jakby pozyskiwał obcą energię, zwykle ją traci. Miłość chce zostać w miejscu w jakim spokojnie czeka na nią stół i krzesło, jakiś las, albo weranda, okno i komin, pościel, albo śpiwór, dowolnie. Nie komfort jest ważny, ale dobra atmosfera na miłość. Pragnienia, oczekiwania, osądy jaka być powinna, albo co daje, ją odstrasza, gubi. Idzie tam, gdzie nie wiąże się z nią wymagań, potrzeb i niezaspokojonych tęsknot. Tam gdzie czuje się wolna, nie spełnia niczyich wyobrażeń, jest sobą i jest ważna, taka jaka jest. Bo miłość zawsze daje, tylko my czasem nie umiemy brać, wplątani w sieć iluzji czym miłość ma być, co nam się wydaje, czego nas nauczono, a nie to czym ona jest naprawdę.
Miłość mieści w sobie wszystkie uczucia. Smutek, żal, rozczarowanie, radość, ekstazę, pożądanie, spokój. Jest jak mistrz, który dobiera to, co najbardziej nas oczyści do zobaczenia prawdy o nas samych i tym co nas otacza. Miłość nie jest źródłem nienawiści, tylko jej brak, który doskwiera. Ci, którzy nienawidzą w miłości, albo nie kochali, albo są więźniami swojego cierpienia.
Co jakiś czas wypływa ze mnie, wybija, źródełko miłości w postaci smutku. Patrzę wtedy na świat jak na obraz, który mnie nie dotyczy. Następuje coś w rodzaju obcości. Wszystko się toczy wokół, a ja stoję i patrzę, pozwalam się wydostawać najgłębiej zakopanym ranom i płaczę. Rzadko w życiu płakałam autentycznie. Miałam tak zblokowane uczucia na półodczuwanie, że nie umiałam się otworzyć na głębsze rejony, gdzie nie da się zejść tak od razu. Teraz pozwalam sobie płakać i nie czuję z tego powodu wstydu. Nie czuję też żalu, że nie robiłam tego wcześniej, widocznie nie umiałam, nie byłam gotowa, nie byłam dość silna, żeby to znieść, by wydobyć i rozpuścić to, co najgłębsze. I po każdym takim nurkowaniu w siebie wynoszę na powierzchnię kamienie, które mnie gną do ziemi, które nie pozwalają wybierać tego, co dla mnie samej jest najlepsze, które przechylają łódź mojego życia skręcając tam, gdzie nie chcę.
Robię to sama, ale też wpadam czasem na kogoś, kto tak, jak dziś Ania, zamiast ze mną śpiewać, dała mi lekcję oczyszczania czakr i rozluźniania. Kiedy intonowałam dźwięki, czułam jak się łączę po kolei z każdą swoją cząstką, jaka chciała być w tym śpiewie wyrażona. Pokochana, nawet ta, będąca źródłem smutku. Ciekawa rzecz, bo chociaż całą drogę do domu przepłakałam, jadąc i niewiele o tym myśląc, że kieruję, a wokół tysiąc rozpalonych maszyn w upale, kiedy weszłam do domu, czułam spokój i ciepło swojego serca. Usiadłam na balkonie obok bzu, w moim maleńkim ogrodzie i się wyciszyłam. Smutek okazał się drogą do ukojenia, do kontaktu z moją wewnętrzną mocą. I teraz, choć go czuję, czuję też, że akceptując smutek, staję się silniejsza. On także przeminie, jak wszystko co we mnie i na zewnątrz. Jak każda emocja, zapala się i gaśnie, a ja idę dalej. Ważne, że idę czując, bo tak jest prawdziwiej i, wbrew pozorom jaśniej.

13.05.2018

O miłości karmicznej

Jest magiczna dla mnie godzina 22:22. Z jakichś powodów bardzo lubię tę chwilę każdej doby i cieszę się mogąc zauważyć jej nadejście. Dziś, kiedy pomyślałam, że chcę napisać o miłości karmicznej wybiła właśnie ta chwila, można więc powiedzieć, że mam pozwolenie od kosmosu na opisanie tego, co niekiedy się zdarza i jest prawdziwym wstrząsem w życiu.
Miłość karmiczna nie musi być prawdziwą miłością, trwałym uczuciem, prowadzącym do związku. Zdarza się tym, którzy mają to zdarzenie zapisane w karmie i służy do odszukania w sobie dróg do siebie, do załatania dziur w skomplikowanej sieci naszych losów i osobowości. Miłość ta przychodzi niespodziewanie, zwykle wtedy, kiedy zupełnie się jej nie spodziewamy, choć potem, kiedy przyglądamy się serii wypadków odkrywamy, że były pewne zapowiedzi jej pojawienia się i dziwimy się, że nie dostrzegliśmy ich w porę. Czym taka miłość różni się od innych? Że nie sposób się jej oprzeć. Można mieć poukładane życie, dom, pracę, szczęście wszelkie, rodzinne, zawodowe, ale kiedy przyjdzie, zmiecie wszystko niezależnie od tego, jak jesteśmy silni i jak mądrze w życiu postępujemy. Jest pewnikiem na osi naszego losu, jeśli jest nam pisana, nie ominiemy jej, nie unikniemy. Jedyne co można zrobić w przypadku takiej miłości, to nie zamykać oczu i mimo, że niesie ona w zawrotnym tempie uczucia, zdarzenia i zmienia, niepowstrzymanie wszystko wokół, trzeba patrzeć i badać. Bo miłość taka zwykle jest bolesna, a boli tam, gdzie coś nas uwiera, coś nie pozwala być wolnym, szczęśliwym, prawdziwym.
Pewna kobieta powiedziała mi, że pokochała tą miłością człowieka, który początkowo ją tylko irytował. Wywrócił jej świat na długie lata nieformalnego związku. Prawie wycieńczona dobrnęła do końca lecząc następnie całe ciało, otarła się o raka, anemię. Teraz jest jak skała silna i niezależna. Wspomina tę miłość, jak etap w życiu, jakiemu się poddała bez możliwości przeciwstawienia. Ktoś inny opowiedział mi, że mimo iż słyszał najgorsze rzeczy o człowieku, którego pokochał znienacka, i tak nie umiał w nie uwierzyć. Nie widział tego, co wszyscy z boku widzieli, że jest to straceńcze uczucie, bez możliwości powodzenia. Jest to miłość do pewnego stopnia niespełnialna i trzeba się liczyć z jej magią, siłą i rozpiętością. Kiedy przechodzi obnaża, wszystkie nasze niedoskonałości w miłości własnej. Jest jak pożar, który wypala stare rany, żeby na nowo powstał w nas potencjał do kochania, ale w zgodzie z sobą, jeśli tak nie kochaliśmy, albo kiedy uczucia miażdżyły naszą osobowość.
Jak się pojawia? Widzisz kogoś i całkowicie wpadasz. Czasem nie od razu, po tygodniu, miesiącu, czujesz, jakby cała przestrzeń zaginała się w kierunku tej osoby. Staje się ona atraktorem tak dosłownym, że pragnienie przebywania z nią staje się kwestią życia lub śmierci. Wewnątrz tego stanu czekają jednak nie cudowne spełnienia z romansów, ale ból i obdzieranie ze skóry naszych lęków. Dłubanie w traumach, ponurych wspomnieniach, które wcześniej wyparte, nagle spać nie dają i idziesz przez ten gąszcz cierniowych krzewów coraz bardziej świadomy tego, że nie czeka cię raj a przepaść w dolinie szaleńców.
Dla mnie taka miłość była dobrą lekcją spokoju, jaki nastąpił po niej i tego, że człowiek, który przyszedł, był na tyle próżny, że mimo pozornej dużej samoświadomości i wiedzy oraz mojego zaufania, okazał się tak samo niezdolny do właściwej oceny sytuacji. Wyszłam z tej matni z przekonaniem, że moje filary świata może i były podkopywane, ale nie były zgliwiałe. Wartości jakie w głębi siebie wyznaję zostały na mocnym fundamencie mojego istnienia. Wyszłam więc z lekcją, nie z porażką i zamknęłam ten etap z uczuciem oszołomienia, ale też radości jaką mam z każdego dnia, kiedy tej osoby w moim życiu nie ma. Bo osoby takie przychodzą do nas z miłością karmiczną nie po to, aby nas kochać, ale żeby nas wytrącić z pozornego ładu, stanu komfortu, jaki nam nie służy. Kiedy wyprosimy je, świat cały staje się w jednej chwili pełen możliwości i odkrywamy w sobie zapał do nowych zadań. Odczuwamy lekkość, jakiej przy nich nigdy byśmy nie osiągnęli. Ta miłość potrafi być krótka, trwać parę miesięcy, albo lata. Najtrudniejsza jest wtedy, gdy połączy dziećmi. Jest to zarazem wyzwanie i nadzieja dla takiej miłości, bo może ona się zmieniać, wyzwolić innego poziomu uczuć, jeśli znajdziecie w niej potencjał do rośnięcia w głębi siebie samych. Miłość karmiczna otwiera i zamyka rany, i im mniej się jej opieramy, tym szybciej przechodzi.
Nie zostawia pustki, ale żyzna pole do obsadzenia kwiatami, ziołami, do wyzwolenia zupełnie nowego potencjału. Nie da się bowiem wlać nic nowego do pełnego naczynia. Miłość karmiczna ulewa z nas to, co nam nie sprzyjało i pozwala na ponowne napełnienie czymś co w nas zakiełkuje. Sama odchodzi i z perspektywy czasu widzę, że warto ją wykorzystać na zbudowanie w sobie nowych elementów, odświeżenie piękna i szczęścia, jakie w każdym z nas drzemie i przełamanie barier, niepotrzebnych nikomu w wejściu jeszcze głębiej w siebie.
Ważne, aby się tą miłością nie obwiniać, bo nie zależy od nas, ale od nas zależy, jakie nadamy jej znaczenie w życiu, kiedy przemija. Ja w sobie odkryłam nieprzebrane morze śmiechu nad tym, jak naiwna byłam na początku tej miłości, i łagodną dumę z siebie kiedy odważnie jej odmówiłam, gdy przyszedł kres jej ważności. Im więcej czasu przelewa się między nią a moją obecną chwilą widzę więcej jasności w karmicznej roli tej miłości w moim życiu, a to daje mi energię i pobłażliwość, lekkość i cierpliwość, pełnię i elastyczność w kolejnych etapach, chwilach życia. Nikt kto nie przeżył takiej miłości, pewnie nie pojmie dosadności jej wpływu na wnętrze człowieka. Dość powiedzieć, że z moją szamańską siłą, mentalną mocą, jaka się we mnie obudziła, podniosłam poziom swojej świadomości i, z każdym dniem jestem coraz bardziej szczęśliwa tym tylko, że jestem zwyczajnie, po prostu … sobą.

9.04.2018

O miłości i przyjaźni

Czy jestem swoim prawdziwym przyjacielem?
Co robi przyjaciel, kiedy przychodzisz i mówisz o sobie? Zawsze wysłucha. Czy ja siebie zawsze słucham?
Przyjaciel patrzy z miłością i nie ocenia. Czy ja siebie oceniam?
Przyjaciel radzi nie pod wpływem emocji, ale z troską. Czy ja się troszczę o siebie, czy ponoszą mnie emocje?
Przyjaciel mnie przytuli, kiedy trzeba. Czy ja siebie tulę?
Przyjaciel czasem wstrząśnie z życzliwością. Czy ja to umiem?
Przyjaciel zawsze wybaczy. Czy ja sobie wybaczam?
Przyjaciel czasem milczy kiedy chcesz odpocząć. Czy ja czasem milczę?
Przyjaciel da ci czas na reakcję, nie pospiesza, robi ci przestrzeń na wybór. Czy ja się zatrzymuję przed wyborem?
Przyjaciel nie musi być nieomylny. Czy ja sobie pozwalam na omylność?
Przyjaciel się stara. Czy ja się staram?
Przyjaciel zawsze da ci drugą szansę. Czy ja ją sobie daję?
Przyjaciel kocha cię bezwarunkowo. Czy ja tak się kocham?
Przyjaciel nie grzebie w starych błędach. Czy ja je zostawiam?
Przyjaciel chce dla ciebie dobrze, dba o ciebie. Czy umiem to wykorzystać?
Przyjaciel mówi ci prawdę. Czy ja ją sobie mówię?

Mój wewnętrzny przyjaciel ma niezwykłą magiczną moc odmieniania mnie na lepsze. Kiedy się do niego zwracam jest jak najwspanialszy towarzysz życia. Dba o mnie niezależnie czy sama potrafię, warto się dokopać do jego mocy i poczuć, jak wiele strachów, cierpień znika, kiedy stoi się w tym świetle. Przyjaciel na zawsze z sedna istnienia, Jestem swoim przyjacielem i to mnie odmienia.

 

22.03.2018

O miłości i kwiatach

Kwiaty lubią dla mnie rosnąć. Nie zawsze tak było. Kiedyś schły mi nawet kaktusy, bo się za bardzo starałam, żeby żyły. Potem odpuściłam, stwierdziłam, że jak nie chcą, to nie muszą rosnąć … i wtedy odżyły. W pracy zadżungliłam dwa pokoje, jeden, który opuściłam i drugi, w którym pracuję. Co jakiś czas wywożę, albo rozsadzam, przycinam. Mam taras z mini ogródkiem i sadzę. Róże, dziurawiec, michałek, bez, dzikie wino, pnącza, maliny, zioła. Wkradam się do pokoju Córek i słyszę: „Mama, tylko nam tu nie stawiaj, nie będziemy podlewać.” Odpowiadam, że dobrze, że tylko na ich parapecie jeszcze jest miejsce i, że ja sama zadbam. Jak w domu nie mam miejsca, to w pracy jest korytarz do zagospodarowania i chętne dusze co lubią kwiaty i dżungla im nie przeszkadza. To w większości kobiety, ale w Kansas dzieliłam pokój na uniwersytecie z kolegą, który miał swój ogród wewnątrz i wspaniale było pracować z kimś, z taką pasją w oku do kwitnienia (patrz zdjęcie obok 🙂 – królestwo Brenta).

Dziś wracając z plaży zboczyłam ze ścieżki w koniczynę i uplotłam wianek. Całą drogę do domu przeszłam w wianku na głowie, rozpuszczonych włosach i długiej sukience. Idąc czułam się jak Gaja i myślałam nad swoją innością. Każdy z nas jest inny, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Nawet jednojajowe bliźnięta mają inne linie papilarne, osobowości. Ale inność jest dla nas trudna. Dla mnie była, bo mieszkałam w bardzo małej miejscowości, gdzie wszyscy starali się być tacy sami. Rodzice biedzili się z moją innością, bali się wytykania palcami, bo mój temperament i wyobraźnia były zbyt widoczne. Dlatego dziś idąc po tej miejscowości przystrojona w wianek uświadomiłam sobie jak trudno jest czasem przyznać się do swojej inności. Przeszłam ze spokojem obok sąsiadek, co w latach przeszłych nie dawały mi spokoju plotkami, a one z uśmiechem komplementowały kwiaty. „Jak Świtezianka” – ktoś rzucił. Tak, teraz, kiedy odegrałam rolę, matki, żony, można mnie trochę bardziej „stolerować”. A moja tolerancja? Dzięki temu, że zawsze czułam się inna, mam głęboką niewzruszoną tolerancję dla inności. Dla homoseksualizmu, dla ludzi samotnych i grających na nosie społecznym rolom, dla tych religijnych i tych niezrzeszonych, dla ojców w chustach i motocyklistów, dla kobiet pracujących i zatrudnionych w domu, dla starych narzekających i młodych lśniących od nihilizmu. Mam takiego sporadycznego rozmówcę w pracy, z którym się wymieniamy uwagami na temat tego co jest normalne. Kiedy już przebrnęliśmy przez opcje seksualne, debatujemy nad normalnością faceta bez nogi. Normalna wg tego pana jest dwunożność. A ja ją obalam. I tak sobie dyskutujemy, 30 sekund w windzie, 15 w drodze do kadr, albo na korytarzu idąc na lunch. Tylko z tego go znam i tylko o tym rozmawiamy. To dla niego ważne, a mnie się w głowie bardziej układa, co ja sądzę na temat normalności i czy wg tego pana ja sama jestem normalna. Nie chodzi o to, by przekonać go do mojej wizji, ale by zobaczyć co się samemu myśli. Taki test poglądów i przekonań. Dla mnie cała gama ludzi jaka mnie otacza, w tym niewidzący, niesłyszący, blondyni i bruneci, kolarze i biegacze górscy, entuzjaści samochodowi i pływacy, kajakarze, niezależnie od płci, antyklerykałowie i oazowicze, nie znoszący dzieci i mający ich na tony, wszyscy są normalni, choć inni. I każdy z nich ma swoją historię. Każdy w swoim tempie idzie przez życie, w swojej postaci i przekonałam się na sobie, że im szczerzej siebie każdy z nich wyraża, tym lepiej dla niego, niej i dla innych. Inność to nic innego jak nasza wewnętrzna manifestacja. Czasem jest silna, bo im sięgamy głębiej w siebie, tym stajemy się zewnętrznie bogatsi. Gdyby ludzie robili szczerze to co chcą, w granicach nie krzywdzenia innych, żyłoby nam się prościej. Nie bylibyśmy postaciami wykreowanymi przez obrazy ludzi o nas samych. Takimi fantomami. Im bardziej w nie się wikłamy tym mniej nas zostaje. Tym bardziej się odcinamy od tego co nas wyraża, wzbogaca jako ludzi. Czasem praca wymaga noszenia garnituru, ale nie marnujmy wolnego czasu na zmuszanie się do grania w golfa dla lepszego wizerunku w pewnych towarzystwach. Z wyobrażeń warto się wyrwać, bo tkwią w nas od dzieciństwa. Znam człowieka, który przypłacił takie spełnianie swoim życiem czyichś wyobrażeń depresją, inny jest samotny i zgorzkniały. Za życiem w roli stoi bowiem strach przed swoją innością. Nie każdy ma odwagę wziąć łopatę i pokopać w sobie. Ale ci co wiedzą co ich uszczęśliwia, a tego nie robią, tracą szansę na bycie autentycznym, unikatem w skali światowej. Każdy wyraża jakąś inność, zwaną przeze mnie talentem. Talent do bycia duszą towarzystwa, talent do wnikliwego słuchania, talent do rozśmieszania, talent do szycia, do uczenia, do grania na giełdzie i wdrażania nowych technologii, talent do pielęgnowania kwiatów albo ludzi w szpitalu. Jeśli ktoś wie o swoich talentach i z nich nie korzysta, to szkoda. Traci dużo szczęścia.

Idąc dziś nasłoneczniona i pełna migotliwej radości myślałam, jaka czuję się wolna od tego jak moją inność odbierają ludzie, którzy w czasach dzieciństwa i młodości byli mi tak nieprzychylni. Zupełnie mnie to nie obchodzi. Dlatego usiadłam na maleńkim balkonie domu moich rodziców i napisałam o tym co czuję, w wianku na głowie. Zawsze będę trochę dziwna, szalona w ten bezpieczny sposób, ale wam powiem, że wyrażanie siebie, to podstawa zdrowia społecznego i koloru, jakiego brakuje kiedy się zamykamy w klatkach szarego systemu codziennych zjadaczy chlebów.

Ps. Na koniec dnia, w porze zachodu słońca, poszłam na mostek niedaleko domu, gdzie pierwszy raz umówiłam się z chłopakiem i rzuciłam mój wianek do wody. I wianek tam został. Susza odebrała ruch potoczkowi. Wokół zielono i cicho, tylko pył na drodze. Niepoprawny romantyzm mam w sobie.

O miłości i sercu

 

Jestem sercem mojego wszechświata. Kiedy czuję lęk świat odpowiada strachem, kiedy czuję spokój – ciszą, kiedy się śmieję dźwięczą nawet kolory. Ostatnio zobaczyłam taki obraz mojej rodziny: jestem w centrum i wszystko przeze mnie przepływa, uczucia, emocje, energia, działania; mój mąż jest głową, analizuje, myśli, przetwarza, wdraża; moje córki – ręce, moje nogi – synowie. Luc Besson niewiele się mylił w swojej wizji. Jestem nie piątym, a szóstym elementem. Numerologiczna podwójna trójka po zsumowaniu. Scalam wszystkie żywioły. Jestem ziemią, ukorzeniam wszystkich. Mój mąż to zodiakalna woda, nawadnia, użyźnia. Moje córki duchowy ogień i powietrze. Jedna oczyszcza, druga nadaje lekkość mojemu istnieniu. Moi synowie to podwójny ogień przy moich stopach, jak dwa silniki odrzutowe. Dlatego moja rodzina jest tak żywa, dynamiczna. Lecimy razem w przyszłość. To ważne, żeby będąc sercem, nieść pozytywną energię we wszystkie strony. Udrażniać przepływ dobrej woli i odprowadzać zmartwienia w ziemię korzeniem, z dala od żywego ciała moich bliskich. Dlatego moje wewnętrzne serce musi być mocne i mądre, żeby kierować tym wszystkim. Serce pierwsze rozumie świat, przy całym szacunku dla mózgu. Ono rozpoznaje jaka jest waga zdarzeń, siła wiatru zmian, rozrost przekonań i barier. Dzięki niemu intuicja prowadzi nas w stronę światła, dobra, które serce czuje w sobie. Odróżniając to co złe od tego co dobre, przesyła emocje jak pochodnię do mózgu, który kieruje tym, co materialne, wykonalne, osadzone tu, w świecie.

Kiedy serce jest zmęczone, osłabione, słabnie każda część organizmu. Rywalizacja między sercem i mózgiem nie ma sensu, sens ma tylko współpraca. Mózg dba o ciepło, ochronę serca, a ono dostrzega, czuje, tłoczy, zasila ręce w chwytaniu, nogi w chodzeniu i mózg w myśleniu. Serce przez emocje włada całym organizmem. Jeśli mózg nie słucha serca,  zaniedba, serce obumiera, albo zamienia się w czerwonego karła i wypromieniowuje nienawiść, zamiast łagodnie wspierać organizm. Niekiedy mózg i serce nadają na innych falach. Informacja przepływa wtedy błędna, albo niepełna. Kiedy mózg złośliwie odcina dopływ tlenu do serca ograniczając mu zasoby życia, serce zanika. Kiedy serce blokuje dopływ krwi do mózgu, mózg zatruwa się toksynami i nie działa prawidłowo podejmując niewłaściwe decyzje. Zbyt małe serce, niedojrzałe, nie odżywi dojrzałego mózgu, zbyt dojrzałe serce nie nadąży pulsacją za zbyt młodym mózgiem. Nie ma to nic wspólnego z wiekiem, ale ze sposobem funkcjonowania, wizją, wibracją. Warto szukać wspólnych punktów styku dla obu tych najważniejszych organów tworząc rodzinę i warto słuchać co podpowiadają, kiedy kogoś spotykamy. Szczerość z samymi sobą pozwala wtedy uniknąć rozczarowania, pochopnych decyzji i zmartwień, albo stresujących kontaktów z ludźmi w togach. Warto nadawać swojemu sercu szczerą wizję swoich potrzeb, pragnień, oczekiwań, żeby wydobyte na zewnątrz stały się inspiracją dla kogoś podobnego. Splatanie ludzkich losów, kiedy tylko spełnianie społecznych ról jest celem, to trucizna dla serc i mózgów. Z czasem narasta wypaleniem i skłonnością do szukania winnych w innych.

Patrząc na moje dzieci i męża widzę, jak odpowiedzialna jest rola serca. Musi ono dbać o siebie, żeby żyć w zgodzie ze sobą, z prawami natury, energią świata, czuwając nad wszystkimi. Musi też dobrze wiedzieć kiedy przestać tłoczyć energię i pozwolić na odpłynięcie autonomicznej istoty – dziecka – we własnym kierunku. Połączenie energetyczne umiejętnie wygaszone, to duża sztuka dla rodzinnego organizmu. Pozostaje więź, niteczka mentalnego połączenia, tkana wspomnieniami z okresu dzieciństwa, kiedy linia jego życia była zależna od nas. Lepiej jednak nie zaplątywać tej nitki kotwicą do jego nogi, nie pozwalając samodzielnie kształtować swojej rzeczywistości, wspierając raczej jego zaradność, a nie przywiązanie. Nota bene, przywiązanie zyskało tu jasne znaczenie leksykalne.
Moje serce żywię więc spokojem i harmonią, kiedy tylko mogę. Oddaję się temu co dla niego dobre i pozwalam rosnąć, żeby zdołało wykarmić z troską całą rodzinę tym, co w nim najcenniejsze, moją do wszystkich miłością.

O miłości do Księżyca

Kocham Księżyc. To długa historia. Ostatnio kolor czerwony Księżyca mówi do mnie. Na Roztoczu jest nadmiar krasnych miejscowości – czyli czerwonych. (Właśnie przyszedł Syn i powiedział, że chce jutro spagetti, pomidorowe z rurkami 🙂 )  Czerwone, bo Ruś Kijowska była zwana Rusią Czerwoną z czasów Władimira zwanego Wielkim, pierwszego cara i założyła na Roztoczu grody zwane czerwieńskimi, czyli krasnymi. Stąd ten nadmiar czerwonego w nazwach na Roztoczu.  Wszystko jasne. A Księżyc? W tamtych czasach uznany byłby za zwiastun klęsk, wojny albo innej nienawiści. A dziś? Tłumy na mostach w Warszawie, zgaszone światła na Narodowym i Pekinie, show kosmiczne, które komentowane było wszędzie i z nabożeństwem, jak starosłowiańska ceremonia. W internecie miliony horoskopów, znaczeń, nagle wszyscy zapominają o swojej religijnej antypatii do guseł. Medytują, spotykają się na wspólnych kręgach, albo piją wino w trawie wśród komarów, jak ja z Mężem, patrząc jak się zasnuwa oblicze kamiennego satelity. Po lampce wina łatwiej znieść ukąszenia, koleżanka pisze spod Pułtuska, że u niej błyska i nie widać Marsa. Po godzinie z hakiem wróciłam na osiedle, gdzie kręcą się mieszkańcy w poszukiwaniu dobrego miejsca. Szczęściarze na balkonach z lornetkami i aparatami robią zdjęcia i kolekcjonują wspomnienia dla potomnych. W końcu będzie o czym opowiadać wnukom, które to ominie. Najdłuższe zaćmienie. Mój Syn wypełzł z domu na finał, bo w internecie czatował z dziewczyną z Poznania. Córa wróciła ze skakania z drugim Synem i poszła do siebie. Jutro pracuje od rana. Powiedziała, że myślała, że to będzie bardziej spektakularne. Dzieci biegają po dworze, my siedzimy i ustalamy wspólne sprawy. Zaćmienie, przechodzi.
Czasem zdarza się zaćmienie. Wszystko co jasne, co nocą na Ziemi pozwala coś zobaczyć – znika. Paradoksalnie wzrok przyzwyczajony do mroku pozwala zobaczyć prawdę, że wąwóz to nie strumień, że płot to nie skała. Niekiedy nie ma wyboru, kiedy ktoś nie widzi mimo światła prawdy, trzeba to światło „zniknąć”, żeby dotrzeć do sedna. Kiedy światło znika, można odwrócić się swobodnie od zewnętrza, bo go nie widać, w kierunku wnętrza. I jeśli ktoś zrobi odpowiednią pracę i taki czas wykorzysta, może dostrzec to co ukryte nawet w świetle. Dzięki temu słychać i widać potem więcej. Nie trzeba już zaćmień, ani niepokoju, wszystko staje się wyraźniejsze, dzięki temu wewnętrznemu płomieniowi, który zapala się samoistnie, kiedy przychodzi pora i kiedy jest to najważniejsze. Warto wtedy zachować spokój i otwartość, bo na chwilę wytrąca nas z równowagi mocna siła, i może pojawić się strach, jak przy zgubieniu kierunku, kwestia nastawienia ponownie błędnika. Przeniesienia go z mózgu i osądów, zwykle zewnętrznych, do wnętrza. Do środka naszego ciążenia, do serca. Całe nasze życie kręci się nie wokół tego co mamy, zdobywamy, ale co czujemy. Warto się temu przyjrzeć, żeby się nie zapędzić gdzieś, gdzie nas poniesie czyjaś latarka. Tylko nasze wewnętrzne światło nam sprzyja. Ono nam wszystko pokaże, jeśli staramy się go słuchać i nie przeczymy czynami, swoim prawdom. Kiedy Księżyc wychodzi z cienia, a był w nim dość długo, byśmy zdążyli się cieniowi przyjrzeć, pojawia się jasny i mocny. Tak jak my po konfrontacji ze swoimi cieniami, kiedy pozwalamy im być i odejść, kiedy je rozświetlamy naszym wnętrzem. Kolor czerwony, to kolor czakry podstawy, więzi rodzinnych, naszych mocy życiowych. Nie wiem co mówią horoskopy wszelkiej maści, bo ich nie czytam, żeby nie zasiewać sobie w podświadomości czyichś wyobrażeń, wolę swoje filtry, ale dla mnie to zaćmienie to przemiana między naturami, moją przeszłą, i obecną. Taką jaka jestem, kiedy cień przeszedł, a ja zostałam i okazało się, że wszystko w co wierzę jest takie samo jak było. Ten cień nie podważył żadnej istotnej prawdy jaką wyznaję, bo większość tego w co wierzyłam oparte było o miłość. Do ludzi, zwierząt, do świata. Ten cień zasłonił ją na chwilę, żebym odkryła, że nie potrzebuję zewnętrznego światła. Mam wszystko wewnątrz i nawet w cieniu mogę podążać raźnie w jedynym kierunku w jakim warto się poruszać myśląc i czując. Wracając do siebie. Do swojej pierwotnej natury, do pasji. Wszystko co było i będzie, jest tylko złudzeniem. To co jest daje potencjał chwili, ale nie ma się co spinać. Tylko chłonąć. Po to właśnie jesteśmy. By chłonąć bycie w chwili.
Mój Księżyc stał się jasny. Odbija światło słoneczne, którym karmię ciało kiedy tylko mogę. Przez odbicie Księżyc jest zwierciadłem Słońca. Pokazuje nam inną jego naturę. Naturę skupienia, tęsknotę do dnia, pełnego światła i pomoc w poruszaniu się w cieniu. Pomoc w odnalezieniu drogi, dla mnie istotną podwójnie, przez kontakt z cieniem wewnętrznym i światłem słonecznym jednocześnie. O cieniu jeszcze opowiem, ważne, żeby go w sobie zrozumieć i wchłonąć jego ciemną materię, bo jest jej we wszechświecie więcej niż jasnej. W cieniu jest potężna moc. A odrodzenie daje prostą prawdę, że wszystko jest cykliczne, dzień, noc, pory roku i życia. Kiedy pojawia się koniec cyklu, nowy się zaczyna. Nie da się tego zatrzymać. Więc kiedy w czyimś życiu jest ciemna, przerażająca noc, to nieuchronnie potem o świcie wstanie dzień i tylko ten co zasłania oczy nie widzi światła. Trywialne rzeczy opowiadam, a jednak trzeba czasem wrócić do starych prawd widzianych pod innym kątem. W cyklu narodzin i życia doświadczanie nie jest monotoniczne. Czasem zdarza się wchodzić w ciężkie doświadczenia wielokrotnie, żeby dopełnić zrozumienie, żeby więcej nie dać się nabrać na złudzenia. Życie to spiralna droga nad tymi samymi punktami, problemami do rozwiązania wciąż odkrywanymi na nowo i do chwili, w jakiej wszystko staje się jasne i pojawia się akceptacja. I miłość właśnie.
Mars kroczy pod jasnym Księżycem, Mąż na ławce rozmawia z Dziećmi. Jest późno, a ja piszę. Wystarczy mieć w sobie ciszę i parę rzeczy zwyciężyć. Wchodzę do cienia by widzieć. Po prostu kocham Mój Księżyc.

 

O miłości i chwaleniu się

Nie umiemy się chwalić. Nawet kiedy mamy do tego powody. Tak w większości zostaliśmy wychowani. Koleżanka przychodzi do pracy w pięknej kwiaciastej sukience. Mówię:”Cudna!”- ona na to: „Wyjęłam z dna szafy. Nie chodziłam w niej, bo myślałam, że nie wejdę, ale może schudłam.” Inna jeździ na mordercze rowerowe rajdy i na mój zachwyt wytrzymałością jej organizmu, mówi: ”Tak, ale i tak jadę często poza klasyfikacją, bo przede mną są faceci. Wiesz, ci to biją rekordy.” Kolejna gotuje tak, że nie ma się ochoty wyjść z wizyty: ”To stary przepis mojej mamy, z czasów jak w sklepach wszystkiego brakowało, nic takiego.”

Do diaska – myślę – kobiety! Kiedy wy – bo to w większości płeć żeńska – zaczniecie cenić swoje talenty?! Jestem taką sobie kucharką, ale robię super ciasto o nazwie „wulkan”, jakie kochają moje dzieci. Na rowerze jeżdżę z częstotliwością zaćmień słońca, bo drapie to to, sztywne jakieś i niepodatne na komendy, i chyba wolę konia, choć konno jeździłam tylko parę razy. Jakbym miała przejechać tak, jak Magda 72 godziny bez spania, to bym powiedziała – pas – od razu. Jakiś czas temu się nauczyłam, że nikt nas bardziej nie doceni niż my same, sami, bo czasem nawet faceci unikają komplementów, chociaż rzadziej. Mają widać taką tendencję, żeby się instynktownie bardziej cenić. I to im wychodzi. Wystarczy mały sukcesik, jakaś zdobycz i puszy się to to, obrasta w piórka, a my co … wielbimy te czyny! Ale kiedy przychodzi do naszych zalet do buzia w ciup i czekamy, aż ktoś nas przyozdobi komplementami. Oczywiście nie wszystkie tak mają. Ja też się staram i widzę, że coraz mniej już mam tendencję do umniejszania własnych osiągnięć. Znam swoją wartość, ale wciąż się uczę tego doceniania za drobne i duże dokonania. Nie trzeba tego robić publicznie, mówić, jak ja w poprzednim wpisie. Warto to robić w sobie, albo przed lustrem. Albo z kimś kogo się obdarza zaufaniem, kto umie nas zobaczyć takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. I mówimy wtedy szczerze, to co potrafimy, co nam wyszło, bo to nas wzmacnia. Zrobiłam pyszne bułki drożdżowe z jabłkiem, wszyscy się zajadali. Jakie piękne wyhodowałam kwiaty, raj dla pszczół i oka. Pomalowałam ściany, jest tak czysto i schludnie. Zbudowałam wędzarnię na palce lizać sery i wędliny. Umyłam te zapaćkane okna, wreszcie widać słońce. Skończyłam raport, dobrze mi wyszło końcowe podsumowanie. Założyłam firmę chociaż się bałam przepisów księgowych. Poprawiłam artykuł, bo recenzent słusznie mnie łajał. Wysłuchałam strapień przyjaciela ze współczuciem i wsparciem. Odrobiłam lekcje z dzieckiem z cierpliwością starożytnego mędrca. Przeszyłam sukienkę, pięknie podkreśla moją sylwetkę. Przyjęłam dzisiaj 20 osób w moim gabinecie, pomogłam wielu wyleczyć schorzenia. Umiem robić trzy rzeczy jednocześnie i się nie pogubić, myję gary, robię pranie i wysyłam pracę przez internet, a wolnym okiem patrzę na szkraba co pełza pod stołem. Uśmiechnęłam się do klienta i rozwiązałam trudną sprawę. Zdobyłam nowy stopień, nową umiejętność, nową znajomość. Zakleiłam plastrem palec synowi i opanowałam dzieci w swojej klasie. Ze spokojem wstałam i zrobiłam śniadanie rodzinie. Umiem wziąć za siebie odpowiedzialność i to robię. Jestem sobą i cenię to w sobie.

Więc kiedy ktoś nam mówi: Świetnie wyglądasz- wystarczy powiedzieć- Dziękuję, dobrze się czuję. Albo na komentarz: Dobrze ci w tej bluzce – odpowiadasz – Tak, dziękuję, bardzo ją lubię. I kiedy przyjdzie czasem usłyszeć: Jesteś wspaniała. Tylko ty tak potrafisz – odpowiadasz – Dziękuję. Włożyłam w to dużo pracy. Bo faktycznie włożyłaś, żeby spojrzeć na siebie łaskawym okiem wewnętrznego sojusznika a nie wiecznego krytyka.

Nie trzeba być mistrzem świata. Takich mistrzów może być po jednym na każdą dziedzinę, a co z całą resztą? Ja się tam cieszę, że na rowerze, z minimalną ilością zadrapań dotaczam się po płaszczyźnie nad wodospad na Roztoczu, żeby na bosaka przejść lasem całą drogę, jak Magda – joginka, co chodzi w taki sposób po Tatrach. Nie mam zaparć na bycie najlepszą, bo już ktoś mnie dawno wyprzedził w każdej możliwej sprawie. Zwyczajnie wolę się cieszyć swoją przeciętnością i tym, że jestem dostatecznie dobra w tym co robię. A jak będę chciała być lepsza to będę, bez spinki, że muszę. Już dawno poodpuszczałam sobie chore ambicje, które ciśnieniem prężą gruczoł rozczarowania. Znam takich i im nie zazdroszczę takiego spraw pojmowania i życia w wiecznej pustce. Dlatego chwalę swoje dobre strony w sobie i trochę prowokacyjnie tutaj je opisałam, żeby wywołać to co dobre w każdym, kto to czyta. Żeby mu się chciało samego siebie zapytać, czym się może pochwalić, przed sobą. Bo zamiast bajać o przyszłych osiągnięciach, marach, medalach, stanowiskach, zaszczytach, warto wzmacniać to co dobre już teraz, jak fundamenty naszego charakteru, co muszą unieść całą skomplikowaną konstrukcję emocji i pragnień. Chwalcie swoje patrzenie na świat, co wam życie ułatwia, chwalcie to co potraficie, chwalcie to co daje ludziom do was dostęp, chwalcie z właściwym umiarem, ze szczerością, w radości i mądrze. Bo im wy będziecie czuli się lepsi w tym co robicie, im bardziej będziecie czuć się pełnią, tym lepiej się będzie z wami żyło innym ludziom i wam samym w obfitości codziennych talentów.

O miłości i dumie

Roztocze. Od paru lat jeździmy na Roztocze na wakacje. Co rok głębiej. Eksplorujemy te rejony, bo jeszcze nie są zalane turystami. Południowo-wschodnia Polska, jeszcze nie Bieszczady, już nie Mazowsze. Sielsko-kameralna, nieuprzemysłowiona, zielona kraina. Pierwszego dnia po przyjeździe podczas spaceru dostałam śmiechawki z nadmiaru tlenu. Pewnie dlatego, że ostatnie trzy tygodnie przesiedziałam w pokoju w pracy kończąc międzynarodowy projekt, z którego jestem dumna. Rzadko okazuję dumę z własnych osiągnięć. Nauczona, że duma równa się pysze, zwykle unikałam mówienia o sobie dobrze. Ale obiektywnie osiągnęłam dużo dzięki tytanicznej i natchnionej pracy, w której towarzyszyli mi przyjaciele jak drogowskazy na drodze. I teraz mogę powiedzieć bez fałszywej skromności, jaką odradzam każdemu i sobie również, dumna jestem z moich osiągnięć. Z rodziny, z pracy, z wykształcenia, z życia jakie wiodę z dnia na dzień i z mojego nastawienia do tego co przyjdzie. Dlatego napiszę, bo czasem łatwiej mi się czemuś w ten sposób przyjrzeć, że moja praca to cudowna ścieżka po chaszczach ze światełkiem ciekawości w duszy i daje tak wiele możliwości jakich nie dałaby mi chyba żadna. To co udało mi się ostatnio zrobić, to złączyć jednym projektem 3 kontynenty, 7 krajów i 14 jednostek naukowych z tych najlepszych na świecie, żeby polscy naukowcy mogli jeździć na wizyty naukowe i rozszerzać horyzonty. Natchnęłam ich wszystkich, wyzwoliłam nadzieje, ambicje i dobre samopoczucie, wiarę, że się uda a potem podchwyciłam entuzjazm kilkunastu osób i spięłam w gigantyczny plan, przedsięwzięcie na miarę światową i wypuściłam ponad 100 stron naszych marzeń o nowoczesnej wymianie akademickiej do krajowej agencji co może dać nam pieniądze. Skoordynowałam i okazało się, że mam w sobie niezwykłą moc do wyzwalania nowych idei i dzięki dobrze zaplanowanej pracy i temu, że mam tak dobre kontakty z ludźmi z całego świata powstało coś czego w polskiej nauce jeszcze nie było. Wyzwoliłam cuda. Teraz czekam na recenzję pierwszego naszego międzynarodowego projektu. Nawet jak się nie uda dostać finansowania, postęp jaki dokonał się w głowach wszystkich uczestników i mojej już wart był tego, co zrobiłam. Bo mimo gigantyczności obowiązków, pracy tak mi niezwyczajnej i braku przygotowania, nauczyłam się tego czego nie umiałam w niespełna miesiąc, przyspieszony kierunek marketingu i zarządzania. Co ciekawe mimo niezwykle krótkiego czasu, ani razu nie spanikowałam, nie poczułam strachu, że nie zdąrzę, że ktoś nawali, a system grantowy „we sieci” zawieszał edycje wniosku, testując naszą cierpliwość. Praca szła jak z płatka, bo jak zauważyłam, nikt z kilkunastu osób mojego zespołu nie chciał mnie zawieść, a ja wierzyłam, ale się nie fiksowałam myślą, że muszę, że jak nie to porażka. Kolega zza oceanu na mail, że jesteśmy jak muszkieterowie i „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, odpisał nawet, że woli umrzeć niż nas zawieść i w tydzień wychodził dokumenty „nie do podpisania” w sezonie urlopowym. Taka była fala zaangażowania i taką siłę miał mój spokój. Bo ja się cieszyłam tym co robimy, nie stresowałam. Gasiłam fochy, tak częste wśród naukowców, okrajałam lęki i dmuchałam na zwątpienia. Maile, zlecenia zadań, spinanie wszystkich oczekiwań i pomysłów. Kompetencja i dyplomacja. I duża dawka uroku i dobrego humoru, mrówcza praca. Cały mój potencjał. Kolega powiedział mi kiedyś, nie kadząc mi nieszczerze, że kiedy mnie w instytucie nie ma, wszyscy zaglądają jak błędni rycerze do pokoju socjalnego, czekając, czy może jednak jestem, bo kiedy jestem, mój śmiech stamtąd słychać na korytarzach i od tego łatwiej się pracuje. To miłe, ale i odpowiedzialne być takim atraktorem dla ludzi tak specyficznych, jak umysły ścisłe. W piątek 13tego pełnomocniczka dyrektora przycisnęła przycisk „wyślij” i nasz projekt popłynął do agencji, a ja … wyjechałam. A duma z wykonanego dla kolegów zadania osiadła we mnie i dała mi ciepłe poczucie dobrze spełnionego obowiązku. W projekcie napisałam, że to co planujemy wyniesie mój instytut na nowy poziom umiędzynarodowienia. A w sercu czuję, że rzeczywistość dla wszystkich zmienia się już teraz. Na lepsze się zmienia.I tyle jeśli chodzi o dumę i o przyzwyczajenia do jej unikania. Trochę jest, ale zupełnie inna, taka codzienna. i zwyczajna. Duma, że można się zdobyć na rzeczy wyjątkowe, bez zaparć i stresu, że można być jak latarnia dla innych i spokojnie przyjmować fale czyjegoś strachu. Jeszcze w sobotę mówiłam o projekcie, bo w końcu mogłam ulać z siebie ostatnie z nim powiązania. W poniedziałek już na Roztoczu, siedziałam na ławce w parku, kiedy mój syn jeździł na gokartach, a mąż widząc jak milczę, spytał:” Nadal koordynujesz?”. Odparłam: „Tak, koordynuję jazdę gokartów. Wszystkie jeżdżą jak trzeba.” I wybuchnęliśmy śmiechem.

Jechaliśmy przez wszystkie Krasne Roztocza, Krasnystaw, Krasnobród, Krasne, Krasne Polesie i wreszcie Ciotuchy Stare, żeby wylądować na …Majdanie Sopockim. Trochę ukraiński, trochę morski. Pogoda nie za łaskawa., jak nad morzem polskim Pierwszą noc przespałam jak niemowlę do południa, bo zawsze ciężko wstawać kiedy za oknem pada ulewny deszcz. Ale w końcu się spisałam i nawet pochodziłam trochę po Zamościu. Tak tu swojsko jest wszędzie i spokojnie. Janko z Zamojskich w bojowej pozie z postumentu zagrzewa usilnie do walki o wiedzę w swojej uczelni postępowej, pierwszej szkole wyższej dla ludu w przeciwieństwie do jagiellonki z arystokratycznie zadartym nosem, ja jem lody malinowo-czekoladowe i cieszę się słońcem, co nas raczy dobrotliwie. Za to jutro ma być cyklon … z Ukrainy. Dach nam wytrzyma nie jedną burzę, a ja odpoczywam, bo odpoczynek mi się należy, jak każdej osobie co zrobiła coś dla siebie albo dla innych. Zasadziła ogródek, wymiotła sień, zaorała, wysłała ekipę na Marsa, kupiła czas dla wszystkich budując wynalazek, napisała piosenkę, wyszyła makatkę i zawiesiła półkę, założyła fundację, leczy, produkuje, pracuje w zgodzie ze swoim sercem i robi wspaniałe pizze jak pani w maleńkiej dziupli Il Tempo w Zamościu.

Dziś zasnę ponownie, wiedząc, że widziałam wczoraj najwspanialszą w swoim życiu tęczę przed deszczem, co rozdzielała niebo na jasną i ciemną stronę. Trwała tam z pół godziny zanim nie sięgnęła od horyzontu po horyzont. Siedziałam na ławce i patrzyłam. Tylko tego mi trzeba. Chcę tylko ciszy, nieba i tego, żeby zauważać jak mój syn puszcza moją rękę kiedy mijamy grupki chłopaków w jego wieku, a ja spoglądam ze zrozumieniem, bo kiedy potem niepotrzebnie mnie przeprasza, kiwam głową, a on mówi, że dobrze go rozszyfrowałam. W końcu jestem jego mamą i kiedy się pojawia taka sytuacja, jestem przygotowana.I to są prawdziwe wyzwania i kiedy się zastanowić to o wiele dłużej na nas wpływają niż praca. I to też jest powód do dumy, że wyczuwam czyjeś emocje i strapienia, a duma dobrze ulokowana rozszerza nie pychę a wyobraźnię i wiarę w wartościowe dla wszystkich marzenia.

O miłości i wdzięczności

 

Jestem wdzięczna za to co mam i kim jestem. To ważne, aby coś takiego czasem sobie powiedzieć z głębi serca. To wzmacnia ostatecznie fundamenty naszego istnienia. Wdzięczność za zdrowe ciało, bolid do przenoszenia miedzy punktami w drodze przez życie, za umysł co rodzi myśli i snuje dobre skojarzenia, za serce co umie kochać bez zaborczego pierścienia i zawiści. Jestem wdzięczna za Dzieci i Mojego Męża, za wytrwałość i próby na krętej drodze zwanej życiem, za rodzinę, za Moje Ciotki, czarodziejki roześmiane, które z Moją Mamą śpiewają śmiechem w kuchni u Mojej Babci i oczyszczają przestrzeń ze smutków. Za Wujów pełnych wesołej buty i pokory jednocześnie przed tym śmiechem tak niepustym i pełnym życia, jak czereśnie latem. Za Moje Siostry i Braci,  dzieciństwo słodko-gorzkie a czasem gorzko-słodkie, co mnie nauczyło widzieć ludzkie cierpienia i lęki, ale i to co ważne w obliczu codzienności, za minimalizm i kreatywność wzięte od rodziców. Za ciepło w ścianach mojego domu, za Przyjaciół tak rożnych i tak wspaniałych, jak wielcy przewodnicy duchowi uniwersalnej religii tolerancji, za sens, jaki czuje w sobie w każdej chwili, za trwałość i zmiany jakie obserwuję we wszystkim, kiedy sunę w czasie. Za to, ze piszę, ale też za zatrucie od ludzi zawistnych, dzięki którym włączał mi się mój system immunologiczny do walki o własną prawdę i za gigantyczną ilość miłości od tak wielu istnień. Za całość scenariusza życia, za lekcje, za pogardę, za wspaniałomyślność niepamięci i uczucie przemijania najczystszej próby.
Moja Córka powiedziała mi niedawno, ze miłość w naszym wymiarze jest rozszczepiona, jak białe światło po przejściu przez pryzmat, rozpięta na wielu kolorach, od czerwieni po fiolet. Każdy z kolorów to inny rodzaj tego uczucia, inna manifestacja miłości. Kiedy czujemy w świecie miłość pochodzi ona z rożnych źródeł, jak miłość od i do dzieci, rodziców, przyjaciół, zwierząt, kochanków, muzyki, sztuki, piękna itd. Każda jest inna, ale kompletuje się w całość. Kiedy każdy kolor wyświetla się w nas mocno, mamy szanse zintegrować je w biel, pełnię. Kochając to co nas otacza, akceptując to co przychodzi możemy sięgnąć do najpełniejszego uczucia miłości, do światłości, jaką osiągają pełni mocy ludzie łagodni, cisi i pokorni, ale jednocześnie zwyczajnie pogodni. Nie szaleni szamani naszych czasów zapięci w systemy religijne, albo charyzmatyczni kombinatorzy rozwojów duchowych wszelkiej maści. Prosta miłość do podstawowych istnień. Wystarczy kochać to co się robi, kim się jest i całe swoje otoczenie. Rolnik krowy, lotnik samoloty, fizyk rozpad atomowy, nauczyciel uczenie, sędzia sądzenie, starzec starość, matka i ojciec dziecko. Znaleźć w sobie ten rdzeń człowieczeństwa, nic więcej. Dawać sobie jasność akceptacji i postaw. Szacunek dla odmienności i zrozumienie. Może jest tak, że każde uczucie wyższe to miłość w jakiejś postaci? Współczucie, akceptacja, serdeczność, wyrozumiałość, radość. Inne kolory miłości. Inne częstotliwości fali, inne tempa bicia serca. Pełnia. I za to też jestem wdzięczna, że mogę to widzieć, i rozumieć jak należy.
Wdzięczność to siła. Moja przyjaciółka, po latach w ciemności, dzięki wdzięczności jaką w sobie rozpaliła, poczuła w sercu ciepło i ogarnął ja spokój po latach depresji. Bo zauważyła, że miłość trwale przychodzi do tych, co są wdzięczni. I będąc matematykiem wysnuję na koniec porównanie, że miłość jest wprost proporcjonalna do wdzięczności i, cóż … odwrotnie proporcjonalna do pragnień.

O miłości i macierzyństwie

Przenosiłam ten temat trochę, jak swoją trzecią ciążę, kiedy syna urodziłam w dwa tygodnie po terminie, w ostatniej chwili bezpiecznego okienka wyznaczonego przez lekarza. Ostatnie dni przed porodem spędziłam na konferencji, która odbywała się w Warszawie i z wielkim brzuchem wygłaszałam swoje wystąpienie, a potem stałam pod plakatem mojej pracy. Wszyscy pytali kiedy rodzę, a dopiero potem o moje symulacje. To był sierpień i upały. Piszę o tym, bo trochę tak właśnie od początku wyglądało moje macierzyństwo. Przeplatane seminariami, konferencjami, wyjazdami i pracą. Nie wzięłam nigdy urlopu macierzyńskiego, nie odpoczywałam, wakacje spędzałam z dziećmi. Można by narzekać na brak zainteresowania babć wzięciem dzieci na tydzień albo miesiąc, żeby mózg mi się odświeżył, ale rzeczywistość bywa skomplikowana. Koleżanka, która mnie przez ten cały czas obserwowała, powiedziała mi kiedyś, że byłam jak cyborg i, że się zastanawiała, kiedy mi się przegrzeją zwoje. No to się przegrzały i z zadaniowego robota wyskoczyłam do bycia sobą z uwzględnieniem wszystkich swoich słabości, jakie ignorowałam do tej pory. Również w macierzyństwie. Nauczyłam się odpoczywania i tego, że dzieci wbrew pozorom nie ma się w pojedynkę. To ważna, wiekopomna uwaga. Po całym okresie bycia niezniszczalną maszyną zostawiłam sobie nie żal za to co było, ale poczucie dumy i głębokiego spełnienia, że wbrew wszystkim trudom, przeciwnościom, niewiedzy, samodzielnie z mężem wychowałam czworo dzieci pracując bez wytchnienia, jak w natchnieniu, choć z ogromnym obciążeniem i dałam temu radę na wielu polach jednocześnie. I tak widocznie miało być, skoro było i nadal żyję, i pracuję, i jestem mamą, bo zawsze już będę.
Macierzyństwo na początku jest trochę jak sprawna obsługa samochodu. Niech się nikt nie obraża na to porównanie. Musisz małe ciałko tankować, myć regularnie, parkować w łóżeczku, myć szybki z przodu, słuchać co w silniczku, nie przegrzać i zwiedzać świat wspólnie, patrząc z zupełnie innej perspektywy, z perspektywy brzucha, piersi, podłogi, poznajesz nowe zapachy, dźwięki, tempo, cykliczność spania, bądź jego brak i walczysz z usterkami w mechanizmie, jak kolki. Oczywiście kochasz ten nowy superszybki samochodzik, który pewnego dnia na słowa cioci Asi: „Chodź”, zaczyna chodzić. Tak. Moje dzieci były bardzo spontaniczne jako brzdące, śmiały się całymi dniami, od chwili kiedy otwierały oczy. Czasem spały z nami, czasem same. Nie mieliśmy żadnych narzuconych ram wychowania, żadnego systemu oprócz miłości, intuicji własnej i dążenia do tego, żeby się nam świat nie zawalał na głowę. Nie miałam żadnych problemów z karmieniem i pielęgnowaniem niemowląt. Jakbym to wyssała z mlekiem matki. Przed pierwszym porodem przeczytałam dwie książki i odwiedziłam koleżankę ze studiów, która rok wcześniej rodziła, przez kilka lekcji uczyłam się opieki na szkole rodzenia od położnej. Myślę, że gdyby ktoś mi wtedy wmówił, że macierzyństwo to taka ogromna odpowiedzialność, pewnie bym się przytłoczyła i nie prowadziła moich dzieci z taką lekkością i wiarą, że jest i będzie dobrze. Myślę, że ludzie obecnie czują się bardzo przytłoczeni perfekcją, i to ich skutecznie paraliżuje przed byciem rodzicem. Dążenie, wszechobecne, do ideału także w rodzicielstwie powoduje również krytyczne sytuacje w następstwie, kiedy dziecko po urodzeniu poddane jest presji spełnienia marzeń rodziców, wyrażone ich perfekcyjnym wpływem na życie dzieci. Obserwowałam nieraz, szczególnie w szkołach, jak rodzice cisną dzieci z ocenami, zajęciami dodatkowymi, medalami, konkursami, żeby spełnić swój wizerunek, a nie po to, żeby dziecku coś więcej w życiu umożliwić. Smutny efekt. Dlatego warto dojrzewać do roli wspierającego i życzliwego mentora, nie dyktatora i marudy, sączącego jad niespełnienia swoich własnych marzeń. Macierzyństwo to sztuka rozdzielenia i powolnego procesu adaptacji dziecka do skoku w swoją własną przestrzeń, gdzie my jesteśmy tylko, i aż wspomnieniem. Z tym się trzeba pogodzić dość wcześnie. Ludzie realizujący swoje ambicje dziećmi, nigdy nie dojrzeli do swojej roli.
Z moich obserwacji wynika, że macierzyństwo ma ograniczony wpływ na dzieci. W pewnym wieku świat dziecka przenika przyjaźń z innymi dziećmi, wychowawcy zewnętrzni i los, na który nie ma wpływu nasze zaangażowanie w wychowanie. Nie można się więc obarczać ponad miarę odpowiedzialnością za to, jak ten świat na dziecko wpływa. Wbrew pozorom, dzieci jako przyszli dorośli też mają swoją karmę i będą ją realizować konsekwentnie w przyszłości. Należy to uszanować, nie starać się wpływać na nie zbyt ograniczająco. W moim przekonaniu, tak jak wszędzie, warto kierować się sercem i widząc, że nasze działanie daje dziecku szczęście, rozwój odwagi, samodzielność i satysfakcję z pokonywania barier, iść za tym. Nie chronić nadzwyczajnym kordonem naszych lęków, bo dziecko nie zaszczepione różnymi wydarzeniami w życiu w porę, przyjmie potem pakiet szczepień naraz, a jego układ odpornościowy na różne nieuniknione wady świata, może temu nie dać mu rady. Jak się maluch tapla w błocie, to go wyprzysznicować potem, jak spróbuje marihuany, bo całe życie był kontrolowany, może być problem. Dlatego trzeba pozwalać na małe odstępstwa od normy, jaką chcielibyśmy w dzieciach widzieć. Zaufać im, że dadzą radę z dołków wyleźć, a same sobie zaufają. Ograniczając je w ciekawości, wzmagamy ciekawość i negatywne poczucie, że nic nie wolno. Znam chłopaka, któremu zabrano dzieciństwo muzyką. Marzył, żeby pograć z chłopakami w nogę. Przez całą szkołę średnią pił po lekcjach, kiedy rodzice nie mogli go skontrolować. Muzykiem nie został. Został mu za to smutek. Do dorosłości, że nikt nie widział jego potrzeb.
Wbrew powszechnym opiniom wpływ matek na dzieci jest tak samo ważny jak wpływ ojców, i to na każdym etapie, i choć to nie dzień ojca minął, chcę napisać o tym, na co patrzę ostatnio z przyjemnością. Widzę jak ojcowie opiekują się dziećmi z radością, z zaangażowaniem, nie w stylu: „kupiłem ci zabawkę to się baw, nie marudź”. Ojcowie pokazują świat dziecku niezależnie od jego płci tak, jak połowa populacji go widzi. Nie można dziecku odmawiać tego wglądu, bo to je mentalnie krzywdzi. Matki ograniczające kontakty dzieci z ojcami, niezależne od żalów partnerskich uzasadnionych, bądź nie, jeśli nie mają zarzutów do rodzicielstwa ojców, np. bezpieczeństwa maluchów przy nich, powinny dążyć do zacieśniania kontaktów, bo to dzieci żywi pasją życia, nowymi horyzontami. Zakleszczenie kobiet na wyłącznej opiece przeżyłam osobiście i wiem, że to nie jest łatwe przełamać schematy i puścić kontrolę nad wydarzeniami, ale warto to zrobić, żeby dzieci wspierać i dawać więcej, nie alimenty, prezenty, samochód czy wymienienie dziecka w polisie na życie albo testamencie. Dziecko musi się uczyć życia od wielu osób. Ojca również, dziadków, kolegów, obcych ludzi. W ten sposób otwiera się dziecko na wiele możliwości, na wiedzę, na skuteczność w życiu. A ja z przyjemnością ostatnio patrzę na tatusiów czeszących dziewczynki na pływalni po wyjściu z basenu. Stoją razem pod suszarką, dziewczynka się krzywi, tata trochę stęka, ale sprawnie czesze i nawet robi kucyk. Można spytać: Co robi mama dziewczynki? Odpoczywa, pływa, robi coś dla siebie. I to jest, moim zdaniem, symbol i dobry wzorzec do naśladowania dla następnych pokoleń. Matka poza zajmowaniem się dziećmi musi dbać o swoje wnętrze, o swoją przestrzeń, żeby dobrze wpływać na dzieci, a ojciec powinien pomóc jej w tym względzie. I mimo, że nie nauczyło nas tego pokolenie naszych rodziców, to nasz obowiązek iść odważnie z rodzicielstwem w przyszłość. Nie w pozorne honory Matek Polek, ale harmonię i partnerstwo z dobrze określonymi granicami potrzeb.