O miłości i świętości

Zbliżają się święta i choć wymodliliśmy, że będą śnieżne, to chyba nie trafiliśmy w te właściwe. Ważne, żeby następnym razem modlić się o śnieg z zastrzeżeniem, że chodzi o Boże Narodzenie nie Wielkanoc, tak na marginesie. A skoro święta, to będzie o świętości. Świętych jest od groma, więcej niż bogów egipskich, greckich, rzymskich i pogańskich razem wziętych. Święci mają taką funkcję, że nam podpowiadają jak żyć. Mało się tym przejmowałam przez całe życie, bo jako osoba żyjąca poza religią nie czułam, że potrzebuję się wzorować na takich autorytetach. Moimi przewodnikami w życiu byli żyjący ludzie, a znałam ich, i znam nadal nie mało, i wielu z nich mogłabym nazwać świętymi w jakiejś dziedzinie. Asię za rodzinność i miłość do dzieci, Anetę za odwagę, Kasię za zaradność życiową, Magdę za światło siane jogą, Gosię za stworzenie metaprzestrzeni w Sopatowcu itd. Każdy człowiek nosi w sobie takie ziarenko świętości, jedni mniej a drudzy bardziej widoczne. Jednym ono kiełkuje i się rozprzestrzenia, innym wrasta w duszę i jest wtedy mniej zauważalne.

Chcę jednak dziś napisać o jednej świętej osobie, która jest moją przyjaciółką, o Beatce, którą czasem nazywam Świętą Beatką od Bezdomnych. Kiedy o Niej myślę, nie wiem od czego zacząć, jest tak wielowymiarowa i ta wielowymiarowość ma cechy silnego kontaktu ze swoją duszą. Beata bowiem wspiera kloszardów i ludzi opuszczonych przez społeczeństwo, żyjących w upodleniu i nędzy. Nie robi zbiórek, nie pikietuje, po prostu kiedy widzi, pomaga. A widzi więcej, bo więcej czuje. Jeździ do pracy koleją i przechodzi przez dworzec, na którym koczują takie zagubione dusze. Zna ich, identyfikuje i podrzuca, a to spodnie po mężu, kurtkę po tacie, jakieś rzeczy do wyrzucenia, już nie przydatne, ale dobre i do wzięcia. Czasem kupuje głodnemu bułkę z kiełbasą w podziemiach i daje, daje, daje. Kiedyś policja przegoniła jednego takiego człowieka, a że był zawiany alkoholem nie mógł zebrać swoich rzeczy z ziemi pod peronem, gdzie spał i przebywał. Beata zgarnęła wszystko w jedną rękę, kartony, siaty, reklamówki, jakie uzbierał, drugą go chwyciła i przeprowadziła w bezpieczne miejsce. Idąc z zawianym człowiekiem od ściany do ściany przejściem podziemnym, nie przejmowała się wcale, jak to wygląda w oczach innych, doprowadziła człowieka na miejsce i rozłożyła. Nakarmiła i pojechała do pracy. Beata patrzy sercem na świat i tam, gdzie większość z nas widzi brud, zapaść, Ona widzi człowieka, jego zagubienie i potrzebę pomocy. Robi to, bo nie może nie robić. Każdy kto Ją zna wie, że jest to tak zgodne z Jej naturą, tak prawdziwe, że aż trudno wyobrazić sobie, żeby była inna i zaprzestała wspierania tych, których opuścili wszyscy, nawet oni sami.

Można powiedzieć, że ma takie niepraktyczne hobby, nic bardziej mylnego. O Jej praktyczności może świadczyć, jak z sercem podchodzi do rodziny i życia w ogóle. Prosty przykład. Zamarzyła raz o domu. Kto z nas nie marzył. Ona marzyła tak intensywnie, że zaczęła go rysować najpierw w swojej wyobraźni, a potem na papierze milimetrowym. Pokój za pokojem, parter, poddasze, sypialnia, kuchnia, garderoba, tu światło wpada od wschodu, kiedy wstaję, tam od zachodu jak wracam z pracy, w sypialni okno, łóżko i bez szafy, tu pokój córki, schody, tu siadamy z przyjaciółmi, kuchnia oddzielna z salonem, nie lubię roznoszących się zapachów, gałki do mebli kuchennych już kupiłam, bo były piękne i w przecenie. Ziemię pod dom też wymarzyła. Jeździła z mężem samochodem po różnych miejscach i chodziła po ziemi, czuła co ta ziemia do niej mówi i patrzyła oczami wyobraźni, jak pnie się bluszcz, róże, bez, pasieka w tyle, płot z dzikim winem, altana w kwiatach, weranda, dom niski, drewniane okiennice, jak w Anglii. W końcu znalazła. U sołtysa była milion razy zanim sprzedał. Zaprzyjaźniła się z jego rodziną, obejrzała wszystkie zwierzęta w zagrodzie, przywiozła swoją rodzinę, była do bólu szczera, że chce kupić i żeby Jej nie obdzierał ze skóry, bo nie ma za dużo pieniędzy. Sprzedał za rozsądną cenę. Kupiła.

Pierwszy rok zbierała pieniądze. O osobistych trudnościach w tym czasie można by napisać epopeję. Szło ciężko, ale się nie załamywała, bo wprost żyła swoim marzeniem. Zamówiła ekipę na ładny uśmiech, jeszcze nie mogąc zapłacić i budowa ruszyła. Pięciu Ukraińców bardzo solidnych w swoim fachu przekonała do siebie na tyle, że zaufali Jej i bez gwarancji, jak sobie z zapłatą poradzi, wylali fundament. Kolejne etapy budowy to prawdziwy majstersztyk w Jej wykonaniu. Potrafiła znaleźć materiały najwyższej jakości za połowę ceny, bo objeździła wszystkie dostępne miejsca, chłamu nie brała i wszędzie mówiła o swoich potrzebach prosto z mostu i o tym, że nie ma zbyt wiele pieniędzy. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki okazywało się, że świetne okna trzywarstwowe można kupić za połowę ceny dwuwarstwowych nisko ocenianych u dostawcy co likwiduje sklep, bo się przenosi z synem do nowej placówki, a niektóre elementy, metalowe druty do konstrukcji, belki do stropu, wylewki była w stanie wynegocjować tak tanio, że inni budujący w tym samym czasie nie wierzyli ile zapłaciła. Tu wywrotka piachu, tam pustaki, drzwi wejściowe, znów wymarzone, piękne. Była zwyczajnie otwarta na odmowę, miła i wiedziała na co ją stać. Tak długo czekała na ten dom, że wyrobiła sobie cierpliwą postawę oczekiwania i równocześnie nie zakładała, że ktoś Ją oszuka, zwiedzie czy naciągnie. Ukraińska ekipa po wyższych studiach pracowała z wielkim poświęceniem, widząc jak Ona się wokół tej budowy uwija z mężem na spółkę. Zadbała i o nich. Zakwaterowała, czasem podkarmiła jakimś specjałem i dobrym słowem mówionym autentycznie, gdy obserwowała, jak rośnie w górę Jej marzenie, jak się materializuje. Już na poziomie projektu, architektka tylko odwzorowała Jej projekt bez żadnych praktycznie zmian, tak był przemyślany.

Dom Beatki czeka na dach. Kiedy tylko minie to przydługie przedwiośnie, zacznie się nowe krzątanie, ale nie mam wątpliwości, że ten dom powstanie i będzie niezwykłym miejscem wyrosłym z prawdziwej miłości i pasji. I już się cieszę na parapetówkę u Niej, na werandę, na bluszcz i serce, jakie tam zastanę, kiedy Ją w przyszłości odwiedzę. Kiedy z niczego, z marzeń i determinacji powstaje dom, to musi być magiczne miejsce. Dlatego dodaję nowy przydomek mojej osobistej świętej. Niech od tej pory będzie Święta Beatka od Bezdomnych i Spełnionych Marzeń.

Ps. Zdjęcia jakie tu zamieściłam zrobiła inna święta, Małgosia od Pięknych Rzeczy, której również życzę spełnienia tego właśnie marzenia.

O miłości do samotności

Kocham samotność. Przebywając w samotności czuję, jak wygładza się każda fałdka na skórze mojego świata, jak powoli dryfuje do portu każda myśl, każde słowo. Znikam w samotności,jak ryba w oceanie, jak materia w kosmosie, kiedy nie ma nikogo i jestem tak bardzo sobą. Lubię się delektować samotnością. Moja dusza mi wtedy śpiewa i bywa, że muszę ją nieco uciszać medytacją kiedy się przepełniam sobą. To ważne, aby dawać sobie samotność. Ona nas prostuje do naszego wnętrza, wyciera brud codzienności, zdejmuje maski poprawności i uwalnia od oceniania, prognozowania i uciekania przed sobą. Cisza w myślach jest błogosławieństwem. Kiedy na chwile przestajesz myśleć serce przejmuje rolę przewodnika i idziesz tam, gdzie ci naprawdę po drodze. Samotność w biegu, w tańcu, w leżeniu i patrzeniu w słońce. Samotność pozwala nam znikać z uwarunkowań, siatek mętnej rzeczywistości i przeniknąć prawdą to, po co i dla kogo jesteśmy, właśnie tutaj. Samotność pozwala nam siebie zaakceptować w całości i pokochać, daje nam odwagę w życiu do działania, kiedy w końcu powoli, sunąc z powrotem wracamy do rzeczywistości, do czasu, do układania chwil jedna po drugiej. To bywa mozolne, trudne. Dlatego dawajmy sobie z tego odrobinę wytchnienia. Samotność na chwilę, cyklicznie dozowana, odmienia … życie.

Samotność jest jak czuła kochanka
robi przestrzeń na rozwinięcie
tłumionych pragnień
pozwala oddać się i daje
siebie
zapominasz
widząc jej oczy
co myślałeś nim przyszła
tak dokładnie odbija ciebie
że nie masz wątpliwości
kim jesteś
i coraz bardziej
z chwili na chwilę
jej pragniesz

O miłości w pierwszej fazie

Z doświadczenia wiem, że każda miłość przybliża nas coraz bardziej do siebie. Jeśli tak nie jest, jeśli miłość nas oddala i koncentrujemy się tylko na tym kimś w naszych myślach, to przykro mi bardzo, ale to nie miłość, to uzależnienie. Z fizyko-chemicznej strony to zatrucie nadmiarem dopaminy, serotoniny, norepinefryny, a potem fenyloetyloaminy i innych tym podobnych, które fundując nam uniesienie, nie dają czasu i przestrzeni na myślenie, na dystans do siebie i emocji. A to emocje są wtedy ważne, bo z emocji, rodzi się uczucie, z uczucia relacja i związek, ze związku wyłania się miłość, a z miłości prawdziwe partnerstwo, i w moim odczuciu to chyba koniec. Na tyle nas stać. Niektórzy zatrzymują się po drodze i myślą na etapie zakochania, że to miłość, a inni na etapie miłości, że to partnerstwo i dalej nie idą. A szkoda, bo jak ktoś doszedł do miłości to ma już tylko krok do czegoś naprawdę wyjątkowego. Gorzej jak ktoś sobie wmówił, że jakiegoś etapu mu nie potrzeba, to tak, jakby chciał z dzieciństwa wskoczyć wprost do rodzicielstwa.

Dlatego warto obserwować emocje i nie chodzi o to, by cały czas je tłumić czy wypierać, ale kiedy emocje przychodzą zostawić sobie bufor na refleksje do czego nas prowadzą, co zmieniły na lepsze w nas samych. Czy na przykład emocja przyjemności, jaką odczuwamy przy tym kimś daje nam radość, czy przygnębienie kiedy jesteśmy sami? Czy kiedy ta osoba mówi coś dla nas trudnego, jest wyrozumiała i towarzyszy nam emocja ulgi, uporządkowania, czy lęku i oceniania? I w końcu najważniejsze, czy kiedy patrzymy na siebie, czy stajemy się pod wpływem tych wszystkich emocji lepsi dla siebie, czy robimy sobie krzywdę, bo np. staramy się być kimś innym dla tego kogoś, zamiast cieszyć się z bycia sobą?

To ważne na początku znajomości, kiedy poczujemy, że coś nam się dzieje w emocjach, poobserwować je trochę i pozwolić sobie na refleksję. Jeśli wyczujemy, szczerze, że coś nas w tej materii drażni, piecze i nie daje spokoju, poza tym całym entuzjazmem i ciekawością, jaka wypływa z poznania bliżej drugiej osoby, czas na stop i weryfikację całości. Na początku najłatwiej się zatrzymać, dlatego cała praca warta jest podjęcia w tym właśnie stadium, kiedy człowiek jeszcze nie zagości w bliższych okolicach naszego serca. Pozwólmy mu się zbliżyć, podejść, obejrzyjmy nasze emocje i, jeśli serce mówi: „Dobrze. Spróbujmy się jeszcze zbliżyć, bo człowiek jest prawdziwy, lubimy go, ale też lubimy siebie przy nim”, wtedy wchodzimy w sferę, jaką nazwałabym pierwszą fazą intymności. Bez szczegółów, jest to łatwo wyczuwalne, każdy ma swoje granice i umie je opisać, a jeśli nie umie, to dobra okazja się określić. Rozumne podchodzenie do człowieka nie musi być zaraz nie romantyczne czy nie ciekawe. Romantyzm z łamaniem serc niewieścich, to przeszłość i niedojrzała mityczna opowieść bazująca na krzywdzącym dogmacie, że miłość wyłania się z wielkiego cierpienia, walki, buntu, rozpaczy. Też tak kiedyś myślałam, ale teraz wiem, kiedy siebie bardziej znam, że nie tędy prowadzi prawdziwa, choć czasem dziwna z pozoru, droga do miłości. Za to ta przez fałszywy paradygmat potrafi wyłącznie zakopać cię w całości w ziemię i nie dać tego co miłość potrafi dać z łatwością, bez wysiłku. Spokój, ale również ekstazę, radość, ale też nostalgię, zrozumienie, ale też dzikie przeżywanie życia, jeśli tego potrzebujesz. Bo kiedy się odkrywasz szczerze, przyciągasz do siebie ludzi, którzy pragną tego samego co ty i łatwiej wtedy spotkać taką pokrewną duszę. Wyzbywanie się więc cząstek siebie, swoich marzeń, pomysłów na życie jest strzelaniem sobie w stopę. Zazwyczaj prowadzi do długotrwałej frustracji po początkowej fascynacji pt. „Warto się było przełamać do ciebie”.

Kiedy jesteś prawdziwy nawet w dziwnostkach, przemyśleniach, słowach, potrzebach wobec drugiego człowieka, on widzi i może znaleźć w tobie to, na co czekał. Pokazujmy więc siebie prawdziwych, szczerych, bo w tym jest mądrość natury, żeby wilki były z wilkami, niedźwiedzie z niedźwiedziami, a lew znalazł lwicę. Nie mieszajmy szyków naturze, choć czasem nas kusi i myślimy, że poradzimy sobie z jedzeniem przez hienę padliny, albo lwim wylegiwaniem się całymi dniami. Nie koniecznie nas uwiedzie samotny tryb wilka, albo chłód, czy zwinność jaszczurki. Znajdźmy takie zwierzę, które na drodze życia będzie z nami chciało iść … myśl w myśl i ciało w ciało.

O miłości do jazdy samochodem

Uwielbiam jazdę samochodem. Wystarczy mi kierownica, cztery koła i cel, albo bez celu, a oddaje się temu z pasja. Nie o to chodzi, ze bryluje na szosach jak Niki Lauda, po prostu jeżdżę i to kocham. Szczególnie, kiedy trasy  są dłuugie, położone wzdłuż wybrzeża nad oceanem, albo na rozległych równinach, jak w Ameryce, kiedy przyjaciel obok tylko czasem upominał w pobliżu miast i miasteczek, że chyba jestem najszybsza, a takich lubią łapać okoliczni szeryfowie, zaczajeni w krzakach. Wtedy zwalniałam, ale muszę przyznać, że czułam się tam, jak w grze komputerowej, po prostu wolna od fizyki i lęku o to, co za chwilę. Nie byłam bezrefleksyjna, bynajmniej, zwyczajnie prowadziłam, nie tocząc ze sobą dialogu w głowie w stylu, „Wyjedzie mi czy nie wyjedzie”, „Wyprzedzać, czy poczekać”, bo z jakiegoś powodu zupełnie nie było to potrzebne. Tylko ja, silnik, pustka w głowie, przyjaciel obok i przestrzeń przede mną. Kiedy potem wróciłam do domu, na jakiś czas ten trans się utrzymał. Teraz wrócił. Nawet korek po horyzont się mnie nie ima. Siedzę, śpiewam, wybijam rytm na kierownicy, słucham muzyki, a silnik pogrywa. I kiedy tylko mam trochę prostej … wyrywam.
Najlepiej czuje się w trasie, niezależnie od pogody, deszcz, zamieć, lód i spadek wysokości czy ostry zakręt, już mnie nie przerażają. Trzymam się ziemi mocno, jakbym przez kierownicę i podwozie czuła całą konstrukcję samochodu, jakbym wrastała w nią jadąc, jakby była żywa, kiedy jej dotykam i zrywam do lotu. To karmi moją duszę, to daje mi niesamowite rozluźnienie, nie adrenalinę, ale spokój i poczucie jedności z powietrzem. Nie kręcę beczek, po prostu rozwijam żagiel i sunę.

Ostatnio pierwszy raz sama umyłam swój samochód i dopieściłam każdy szczegół, każdą krawędź, szybkę i pokrycie, wewnątrz i na zewnątrz. Nie pamiętam już, jak to było z pierwszym tankowaniem i wyjechaniem na ulicę, ale ostatnio koleżanka uraczyła mnie opowieścią, jak tankowała pierwszy raz sama, po rozwodzie. Na stacji zaparkowała, wysiadła, stanęła przed dystrybutorem i widząc wszystkie dozowniki z lekka się zasępiła. Podszedł do niej jakiś miły człowiek i spytał czy tankuje. Ona na to:” Wie pan, jest taki wybór, że nie wiem na co się zdecydować.” I tu się uroczo uśmiechnęła. Człowiek się nie stropił, co więcej nie wyśmiał, spojrzał na samochód, na nią i odrzekł konfidencjonalnym szeptem :”Niech pani zatankuje to zielone.” „Tak pan sadzi?” Pokiwał. „Jak pani będzie miała wybór, proszę zawsze wybrać zielone”. I odszedł. I tak z genialną prostota i klasą jej pomógł. Anioł, nie mężczyzna. Na marginesie powiem, ze ta sama koleżanka, nie obawia się pytać i prosić o pomoc. Raz wymieniła akumulator w samochodzie i ten, jak na złość, nie odpalił. Stanęła na parkingu, na Ursynowie i zobaczyła jakiegoś faceta jadącego nieopodal rowerem. ” Proszę pana!” zawołała. Mężczyzna się zatrzymał, podszedł. „Co się stało?”, zapytał. „Samochód mi nie odpala. Wstawiłam nowy akumulator, ale …”, mężczyzna już się uwija, bada maszynę, kable. W końcu dostrzega jakieś niedokręcenie. Dokręca i odpala. Koleżanka w skowronkach dziękuje mężczyźnie. Ten wsiada na rower i odjeżdża w wianuszku pochwal, z dobrze zaczętym dniem. Który facet by nie chciał tak się dowartościować przykręceniem jednej śrubki? No i ta moja znajoma, tak sobie poczyna z mężczyznami, kiedy tylko coś jej siądzie w samochodzie i powtarza mi, że jak jej coś nawali to wtedy zawsze obok przechodzi jakiś mężczyzna, którego w ten prosty sposób uszczęśliwia swoim „nie wiem, jak to się robi”. Bo naprawdę nie wie, nie jest kokietką, to fizyk jądrowy, ale jak każdy ma prawo nie znać się wyczerpująco na jakimś sprzęcie. Tylko raz  na kilkanaście jej ktoś nie pomógł. Przytłaczająca pozytywnością statystyka. Na korzyść mężczyzn i kobiet co się nie boją prosić.

Moja własna przygoda samochodowa była zaś taka. Klucząc po Białołęce, po odwiezieniu Córki na imprezę, zabłądziłam. Zawracając na wąskiej drodze, wjechałam na podmokłe pobocze i ugrzęzłam w śliskim błocie. Wokół szczere pole, ni duszy, ni człowieka, ciemno, zima, sobota. Koniec. Po paru próbach wykaraskania się z błota, wysiadłam i zaczęłam łamać okoliczne krzaki na podkładkę pod koła. Okazały się kłujące. Trudno, trzeba się wydostać. Kolejne próby, nic z tego, za cienki podkład. Nagle przejeżdża samochód. Myśl początkowa: „Wyjdę na idiotkę co nie umie jeździć i zakopała się w durnej sytuacji”. Myśl końcowa: „Łapać!! bo lepiej nie będzie.” Złapałam. Po krótkiej wymianie informacji miły młody człowiek najpierw spróbował wyjechać sam, lecz nie zdołał. Potem oparł się o maskę, i ja próbowałam samochód wycofać z piekielnej ślizgawicy. Nie idzie. Patrzymy, jedzie drugi samochód. Sam się zatrzymał. Wychodzi drugi facet i obaj mi się zapierają na masce. Mocno gazuje. Błoto ich zalewa od stóp do pasa. „Cholera”- myślę -„ale kanał”. Ale nie odpuszczam i w końcu wyjeżdżam. Zanim wykręciłam na drodze z myślą, by ich przeprosić, szli obaj mocnym, męskim krokiem do swoich maszyn, żon, dzieci, w zabłoconych spodniach, ale z postawą, jakby dopiero co z pól bitewnych schodzili tuż po wytarciu trawą mieczy. Rzuciłam im przez okno podziękowania i uśmiech; odpowiedzieli uśmiechem, ze swadą, że mimo wszystko daliśmy radę i, że coś dobrego się stało. Na koniec odjechaliśmy każde w swoja stronę. Po drodze czułam, jak mi serce rośnie, że są na świecie tacy faceci, którym błoto nie straszne i z uśmiechem pomogą kobiecie wybrnąć na prostą, twardą drogę. I te ich twarze, spokojne dumą, że również się udało, niewielkim kosztem, zdobyć w oczach żon, i moich, a również dzieci, prawdziwy podziw i zachwyt.

Dlatego, kiedy mi potrzeba, proszę o pomoc mężczyznę, któremu z oczu dobrze patrzy, a jeśli nie mogę zajrzeć w oczy, to dowolnemu. Na świecie jest bowiem wielu dobrych ludzi i to dobro, które dają ulega rozmnożeniu, kiedy się je bierze w postaci pomocy. Warto o tym pamiętać, nie tylko w samochodzie, w rowie, w kolejce, dźwigając ciężary. Stosowne zachowanie wywołane dobrocią zostawia w nas ślad jak iskierkę, z której może się zdarzyć, prawdziwy płomień, zwany miłością do ludzi. Bo kiedy prosisz w prawdziwej potrzebie, to nie tylko bierzesz dobroć, ale ją również siejesz.

O miłości do przeszłości

Przeszłość bywa trudna. Moja przeszłość, i nie mówię o ostatnich kilku latach, była bardzo trudna. Oczywiście ważenie cierpienia nie ma sensu, to sprawa indywidualna, ale poczucie, jakie mamy związane z przeszłością jest realne i warto się temu przyjrzeć zanim się pomyśli o przejściu do przyszłości.

Po to właśnie jest teraźniejszość i uwaga jaką mamy, nasza świadomość, kim jesteśmy. Składamy się z przeszłych chwil, których fragmenty jak iskry zostawiają na nas swoje wzory, tatuaże przeszłości. Nawet jeśli nie widzimy ich, albo je wypieramy, one są, czasem tak głębokie, jak głębokie przeszłość zostawiła w nas rany. Ból związany z przeszłością mija dopiero kiedy zamykamy ze spokojem bramy za nią, bo tylko wtedy znika iluzja, że przeszłość jest wciąż z nami i nam zagraża. Ona odeszła, tylko my trzymając strach w najczarniejszych zakątkach siebie, jej nie wypuszczamy.

Puszczenie przeszłości nie jest proste. To zależy od stopnia wrośnięcia w nas, w nasze postępowanie, od naszej samoświadomości co, i kiedy nam sprawiła, i jak nas ukształtowały zdarzenia, ludzie z przeszłości.

Przeszłość, aby zamknąć szczelnie i przeciąć tę pępowinę, trzeba pokochać, a w każdym razie przyjąć, taką jaka jest. Walczenie z przeszłością, mija się z celem. Wymierzanie sprawiedliwości, karanie, mszczenie się i inne okropności pochłaniają tyle energii, że doprawdy, lepiej wypić kawę na kubańskiej plaży, zamiast poświęcać temu swoje życie, albo spełnić jakieś inne marzenie, które pod względem energii i zaangażowania tyle kosztuje, ile wyrzucanie przeszłości jej wad.

Zamknąć nie jest łatwo. Nie dzieje się to automatycznie. Jeśli po prostu zatrzaśniemy drzwi i podeprzemy kołkiem, żeby nie wylazło nam jakieś potworzysko, bardzo często właśnie wtedy, kiedy się najmniej spodziewamy, wylezie. Dlatego moje strachy, najpierw poznałam osobiście. Pozwoliłam im wyjść z przeszłości na powierzchnię, zaprosiłam do siebie, posadziłam na kozetce i szczegółowo się im przyjrzałam. Pozwoliłam sobie odczuć to co czułam kiedy powstawały w przeszłości, kiedy byłam zbyt mała, by inaczej się przed nimi bronić jak wyparciem. Teraz jestem duża i nie wypieram. Teraz mówię otwarcie, czasem smucę się, czasem płaczę i żegnam. Żegnam. Żegnam…

Odchodzą, jeden po drugim wszystkie lęki. Niektóre były tak głęboko zakopane, połamane, przygniecione, że trudno je się składa i wyprawia w świat przeszłości. Przykurzone, smutne, zapomniane sytuacje, ludzie, emocje i rozpacz, smutek, bezsilność, tłumienie złości, odpuszczam w nieznane.
I powiem wam, że kiedy odchodzą kolejne, wolne, ja również się uwalniam i robię miejsce na coś przyszłego, co przyjdzie. Teraz kiedy jestem duża i się nie boję, mogę wybrać co przyjdzie, czemu pozwolę zamieszkać w sobie. Wyprawiając wszystko to, co mi zaszkodziło, z czym się zmagałam tak długo, czuję nie tylko ulgę, czuję sentyment i wdzięczność, za to co mi się zdarzyło. Bo dzięki temu, jestem tu gdzie jestem, jestem kim jestem i jestem z siebie tak cholernie dumna, że to przeżyłam i mimo to mam w sobie takie oceany miłości i wiarę w przyszłość.

Nie mówię więc sobie: „Bądź silna”. Już nie muszę, już się nie zmagam, teraz jestem uważna i pilna. I kocham to co czuję również w stosunku do mojej przeszłości i ludzi, którzy swoim postępowaniem łamali we mnie wiarę w siebie i moje możliwości, zaburzali prawdę o tym, jak piękne potrafi być życie. Są tylko cieniem, ale kiedy taki cień mi powraca w teraźniejszości, wiem czym jest i łatwo się go pozbywam. Po to mi było tych cieni rozpoznanie, po to je zrobiłam, choć to proces bolesny jak odrywanie starych blizn bez znieczulenia. Ale to zmienia, tak pięknie zmienia, że potem się dziwimy, czemu tak długo się wahaliśmy. Bez tych blizn, stajemy się nie słabsi, nie silniejsi, ale prawdziwi. A prawda zawsze zwycięża. I staje się rdzeniem i obrazem naszej osobowości. Od tej pory widzimy, co się stało i dlaczego w naszej przeszłości, i nie boimy się jej, ani jej nie oceniamy, nie zapominamy, ale nie rozpamiętujemy, patrzymy z jasnością wejrzenia i miłością do siebie samych. Każda chwila się zmienia w przeszłość, im więcej wyślemy w nią chwil pełnych miłości, radości, akceptacji, tym piękniejszy mamy fundament do przyszłości. Przekształćmy więc przeszłość, jaka jest, z cienia do światłości. Ona jest jak ciemna materia, nawet jeśli jest trudna do uchwycenia, ma niesamowitą energię. Weźmy ją i wywołajmy światło, niech nas opromienia.

O miłości i seksie

Seks to w Polsce temat tabu. Sami tak zrobiliśmy, że choć niemal wszyscy uprawiają seks, w ogóle o nim nie rozmawiamy, jakby nie istniał. Nawet o perystatyce i wzdęciach nam się zdarza rozmawiać, ale o seksie, prawie nigdy. Nie chodzi o to, żeby przy każdej kawie wymieniać się uwagami w stylu: „I jak ci się dzisiaj współżyło?”, ale żeby tak wcale nie mówić? Albo w sprośnych żartach? Tak być chyba nie powinno.

Myślę, że po części winne jest nasze wychowanie, a także lenistwo w łamaniu barier do normalnego rozmawiania o seksie i okolicach. Pozwoliliśmy wciągnnąć seks w sferę porno do tego stopnia, że teraz trudno go odzyskać, bez konotacji z pejczem, czego materializacją są filmy w stylu Mra Greya. Ale nawet takie wyobrażenia seksu, jak te filmy, dają przynajmniej pole do mówienia, kiedy się tylko milczy.

Seks się dzieje, jest nie tak częsty jak jedzenie, o którym informacja nas zalewa, ale częstszy niż inne sfery naszego życia i czasem warto się o nim czegoś dowiedzieć, żeby się lepiej wyrażać w tej nieodłącznej części nas samych. Analogia z jedzeniem tu się przyda, bo i to, i tamto przyjemne i obu sfer można doznawać na wiele sposobów, z kimś, samemu, dań z przystawką, w domu i na wyjściu, u kogoś i na imprezie, w parku na ławce, w samochodzie po drodze, można przed albo po pracy, niektórym zdarza się w pracy, odświętnie z okazji rocznicy i bez okazji, w locie do czegoś innego. Można potajemnie, kiedy nie wypada, albo oficjalnie wpędzając sąsiadów w konsternację. Nie będę pisała o patologiach, ale napiszę, że tak jak fantazjujemy na punkcie jedzenia tak samo, a może bardziej,  zdarza nam się fantazjować na temat seksu.

 

Poznałam seks tantryczy od łagodnej strony i zrozumiałam, że seks w ogóle to przede wszystkim dotyk,  świadomy dawania i świadomy brania. Może wyrażać miłość, zachwyt, uwielbienie, może dawać radość, piękno, oczyszczenie, uwolnienie z lęków, masek zdejmowanie i podróż do siebie. Warto się więc kochać z kimś świadomym, czułym, kto nas w seksie wzniesie na najwyższe szczyty, zamiast … kompulsywnie zajadać fastfoody.

O miłości i zdradzie

Zdrada, choć to temat trudny, sprowadza się do gry między partnerami. Jedno zdradzając mówi: „Sprawdzam.” I sprawdza jakość związku. Zdrada jest jak impuls do działania. Stwarza możliwość weryfikacji, czy, i na ile, kochają się zdradzany i zdradzający. Jeśli miłość była na wylocie w ciepłe kraje, zdrada skraca mordęgę czekania na całkowite obumarcie. Uwalnia zdradzonego gniewem, a zdradzającego czynem od uczucia, jakie spełniło swoją rolę i przeszło na inny poziom, gdzie oboje nie muszą i często nie chcą ze sobą przebywać. Po czasie zdrada staję się prawdziwym błogosławieństwem, cięciem tam, gdzie boleśnie naciągaliśmy mięśnie, by coś utrzymać, w próżni.

Jeśli jednak zdrada trafia się ludziom o potencjale przebudowy związku opartego na miłości, trzeba się uczciwie przyznać do tego, jakie zdrada miała źródło. Która sfera, bądź sfery relacji były zaniedbane, że zdrada je chwilowo wypełniła. Namiętność, zrozumienie głębszych poziomów istnienia, zapał do tworzenia, potrzeba urozmaicenia, poczucie niedojrzałości partnera, słaba komunikacja i rozbieżne cele. To wszystko i wiele innych wariacji na ten temat może pokazać zdrada, która znów jak przyspieszacz weryfikacji mówi „Walcz, albo odpadasz” z relacji, z domu, z rodziny, z pracy. Kiedy zdradzający poczuje wyrzuty sumienia, zdradzany powinien patrzeć nie przez pryzmat mściwości, ale własnych pragnień i pragnień partnera. Jeśli są zbieżne warto skupić się na tej zbieżności i zbudować na niej nowy związek oparty na trwalszych podstawach, przemodelować podstawy i tego się nie bać. Zdrada jest szansą, na wzrastanie, na uważność, jak każde doświadczenie, uczy nas więcej o sobie, chociaż przez cierpienie. Bo w zdradzie cierpi ego, duma, kiedy pozornie tracimy twarz, po obu stronach. I przyznaniem się do bezsilności, że bez zdrady nie dało się naprawić, skonfrontować relacji.

Budując coś od nowa, wznosimy się po zdradzie na nowy poziom uczuć. Wspaniałomyślnie i z pełnym współczuciem uczymy się siebie. Zdrada może prowadzić do ponownego zakochania, w o wiele pełniejszy, wolny od zazdrości sposób, bliski miłości bezwarunkowej. Taki może być cel zdrady, kiedy dotyka związki. Uwolnienie od zależności, przełamanie barier. Ważne, by się umieć dobrze po zdradzie określić z uczuciami, by nie złapać się w pułapkę wyrzutów sumienia wobec partnera, którego dotknęliśmy zdradą. By nie próbować mu wynagradzać zakłamując swoje prawdziwe uczucia, nie próbować się okazać „świętszym”, bo to krótkotrwała strategia. Podobnie jak uczucie urazy i pozornego wybaczenia z drugiej strony, kiedy ktoś ofiarnie przyjmuje i tłumi prawdziwy gniew po zdradzie. Dlatego warto się wykrzyczeć, wyszaleć w tej rozpaczy, wyciszyć potem i zobaczyć co zostaje. Jeśli zostanie coś na czym warto budować, nie dlatego, że wszyscy dobrze życzą dookoła, bo rodzina, dzieci, wspólne mieszkanie, interes, plany na wakacje, ale dlatego, że sami macie takie przekonanie. Wtedy nie zastanawiajcie się i budujcie. Jeśli nie, zostanie odejść, w stanie spokoju wewnętrznego, nie ważne, czy się zdradziło, czy było się zdradzonym. Uczciwość wewnętrzna popłaca na dwie strony. Żadne siłowe rozwiązanie nie sprawdza się wobec uczuć wyższych jak miłość. Kiedy ktoś pozostaje w długo tłumionym gniewie, zaprzeczeniu, podświadomie sabotuje siebie. Dlatego zdrady nie rozliczone zdarzają się ponownie. Zdradzony i zdradzający odrabiają tę lekcję do skutku, aż się odkryją ze swoimi uczuciami świadomie. Dlatego zdradzający musi czasem liczyć na rozsądek zdradzonego, który w końcu powie:”Stop”. I przestanie wspierać autodestrukcyjną spiralę, kiedy zrozumie, że jest współuzależniony, jak alkoholik i jego partner.

Dlatego nie bójmy się zdrady i żadnych życiowych doświadczeń. Dzięki nim wzrastamy i sięgamy głębi uczciwości w uczuciach. A tylko uczciwi wobec siebie stanowimy istoty pełne, wartościowe, gotowe na więcej. W zdradzie, jak w miłości, oczyszcza się pole, wypala stare, gdy czas na nowe. Uczmy się obserwować uczucia i się w nich rozpoznawać. Wtedy może zdrada, nie będzie potrzebna wcale do weryfikacji naszej z kimś relacji.

O miłości do kobiecości

Kobiecość jest piękna. Kobiecość jest subtelna, nieuchwytna, ale doskonale widoczna. Kobiecość dojrzała jest jak dobrze odegrana rola w rytmie własnego serca. Kobiecość jest wspaniała, kiedy jest pełna, odwieczna, gdy powoli podnosi wzrok patrząc na świat. Kobiecość dziewczęca, kobiecość matki i żony, kochanki, przyjaciółki, koleżanki. Kobiecość młoda, świeża, kobiecość mądra, kobiecość spełniona wiekiem i odczuwaniem.
Kobiety są jak źródła poznania tego, co jest miłością, radością, wartością i siłą przetrwania. Kobiety są jak drzewa, ukorzenione, stałe, ale elastyczne, podatne na zmiany, przyjazne do schronienia, wieczne.

Kobiety w swoim najpiękniejszym stanie łączą w sobie wszystkie cechy ziemi, wody, ognia i powietrza. Są cykliczne jak klimat, jak noc po dniu, jak księżyc w pełni i rok świetlny, w którym się odbywa ruch galaktyk i naszej Drogi Mlecznej. Są trwałe w myślach, jak wspomnienia w innych, bliskich, dalekich, dzieciach, mężczyznach. Potulne, drapieżne, słodkie i harpie. Kobiety, jak diament nie do zarysowania i glina do ulepienia, ukształtowania.

Idą przez życie z misją odkrywania, tworzenia, posiadania i wyzwalania potencjału. Pilnują dusz niewinnych, zagubionych, słabych. Są wierne sobie i marzeniom, głębokie w odczuwaniu, zrozumieniu, wybaczaniu. Kobiety żyjące w jasności i w cieniu. Pełne bólu i pełne szczęścia. Kobiety wiedzą, że żadna istota nie jest ani mniejsza ani większa. One biorą życie, jakie się pojawia, widzą więcej, ale z nikogo nie szydzą. Czarownice, córki kowala, malarki, stróże prawa i domowego ogniska, przywódczynie i stojące przy barykadach z kanapką, ostatnie oczy patrzące na odchodzących, pierwsze na przychodzących na świat. Kobiety spełnione, zalęknione, krzyczące z bólu i rozpaczy, i tańczące na plaży w tropikalnym raju. Czuwające i bezdomne, spragnione spokoju i dzikie. Wsparte na ramieniu mężczyzny i wspierające latarnie, kobiety jak wróżki z baśni, księżniczki, wiedźmy i sieroty. Kobiety jak zjawiska, jak tornada, tajfuny, powodzie i rzeki skute lodem. Kobiety zranione i raniące, kobiety upadłe i wstające o własnych siłach w ciężkich czasach, by innych podtrzymać.

Jestem kobietą. Jestem dumna. Jestem jak ziemia. Przyjmuję wszystkie zmiany, dojrzewam, obumieram, kwitnę. Po pożarze się odradzam.

I sięgam moją myślą gwiazd i rdzenia planety, żeby ją obracać dla siebie i dla innych.

O miłości i życiu

Życie nie jest po to, by się za wszelką cenę umozolić tym, że się żyje. Życie, kiedy jest się pełną siebie istotą, toczy się samo, bez wysiłku, bez zaciskania pętli na szyi, bez pośpiechu i ambicji do jeszcze większego tempa. Takie życie można osiągnąć tylko w jeden sposób, znajdując w sobie pełnię człowieczeństwa. Bez pełni, zawsze będzie jakiś niedostatek wywołujący niepokój i dążenie do jego zapełnienia z zewnątrz, a to pracą zawodową i stanowiskami, a to pieniędzmi, a to kochankami, a to głaskami od innych. Warto więc się obserwować, gdzie mamy braki w miłości własnej i łatać te braki. Dlaczego łatać? Bo dziury w nas samych prowadzą do cierpienia. Taka dziura mówi: „Nie mam” i cierpimy. A to dlatego, że ktoś odszedł i nas nie kocha, a to dlatego, że kolega ma więcej i awansował, a to dlatego, że dziecko w szkole się nie interesuje fizyką jądrową, albo archeologią itd. Te nasze braki w miłości własnej i pożądanie zapełnienia doprowadzają do poczucia nieszczęścia, a nieszczęście jest rodzajem zniewolenia. Zamknięcia na piękno, na miłość do świata, na łagodność, gdy nas szarpie głód czegoś trudno wylądować spokojnie w swoim życiu i ciele, i nie usiłować więcej, i więcej pozyskać z otoczenia. Ono daje. Ludzie dają miłość, ale my chcemy często na własność ją zagarnąć i schować. Tymczasem miłość jest jak ptak, piękny i prawdziwy kiedy lata swobodnie. Chcemy spełnienia ambicji zawodowych i siedzimy w pracy dzień i noc nie pamiętając ostatecznie po co to robimy. Albo łapiemy się za rozwój i na siłę wyrabiamy kolejne kursy, spotkania, terapie, objawienia i sesje motywacyjne. Wszystkie te narzędzia są potrzebne, kiedy wiemy, jaka w nas samych jest przestrzeń. I z sensem ją zapełniamy sobą w najlepszej postaci, nie kolejną maską „super alter ego”, jaką tworzymy, żeby ambitnie brylować.

Ja się czasem chowam, kiedy widzę, jak świat zewnętrzny przyciska mnie do realizacji i patrzę na siebie od wewnątrz, czy to jest to czego chcę, czy to czego chce ode mnie moje ego. Staram się nie dać złapać na takie ego pułapki, które prowadzą do marnowania mojej energii na realizację programów spełnienia ambicji, często nie moich a wdrukowanych w dzieciństwie. Z takich programów najtrudniej wyjść, opierają się na podstawie miłości rodziców do nas, na jakości tej miłości. Musimy wyjść z tego paradygmatu, że miłość rodziców jest naszym korzeniem. To trudne, ale możliwe. Ja się uwolniłam i powiem wam, miłość jaką czuję do rodziców, do ludzi jest teraz taka prawdziwa, jak nigdy nie była. Ambicje i braki widzę wyraźniej i przyjmuję je jak przyjazne wskazówki, gdzie zalepić plastrem, gdzie zamurować, a gdzie maznąć piękne graffiti. Nie wchodzę więc do sfer,  gdzie chodzi tylko o ambicje i ich spełnienie. Trzymam się z dala też od sfer,  gdzie wypływa tzw. poświęcenie, to kolejny program, jaki warto opisać. Życie w prostocie wyborów daje nam sposobność do poznania rzeczy takimi, jakie są. Jeśli więc ktoś działa wyłącznie, by się sprawdzić w coraz większej presji zewnętrznej, sam siebie okrada z chwil szczęścia. Ten kto się wspina, bo ma taką wewnętrzną, nieprawdopodobną chęć do tego wspinania, buduje w sobie piękny finał. Dlatego nie wszystkim pisane jest zdobycie góry, botanik z miłością zabłądzi po drodze badając okoliczne paprocie, a wspinacz nie dostrzeże piękna jego pasji, pędząc czym prędzej ku szczytowi. Warto wiedzieć kim się jest i co warto robić. Albo czego nie warto. To podstawa. Realizacja dzieje się potem sama, kiedy dobrze określimy cele i wykluczymy ambicje z zewnątrz, jako motywację i zastąpimy ją autentyczną pasją na życie i swoją w nim realizację.

O miłości i cieszeniu się z życia


Jestem takim dziwnym, ale powszechnym przypadkiem człowieka, który uczy się, jak cieszyć się z życia. Nauczono mnie przez doświadczenie i obserwację, że życie jest ciężkie, a potem się umiera. Standard mojego pokolenia. I pokoleń wcześniej. Coraz częściej jednak wdziera się do mojej świadomości z poziomu uczuć, bo analitycznie już to rozłożyłam na części pierwsze, że życie jest cudem, który da się przeżywać w piękny i wrażliwy sposób, życie w każdej formie i ekspresji. Nawet tę codzienność, jak jazda samochodem. Stoję w korku co dzień i biadolę, ale nie ostatnio. Pomyślałam dziś, że zawsze się stresowałam jazdą do szkoły z dziećmi, tym tempem, mozołem, nie spóźnianiem się, latami. Teraz wiozę Syna i cieszę się z każdej chwili za kółkiem, bo kocham jeździć, nie ważne, że w tempie żółwia. Popijam kawę inkę i słucham muzyki, śpiewam, Syn ze mną rozmawia, albo gra na telefonie. Nie denerwuję się, nie popędzam wirtualnie korka, tylko chłonę to, co mogę z tego czuć dobrego. Parę dni temu spotkałam kierowcę autobusu miejskiego, który zatrzymał się na Bitwy Warszawskiej przed moim samochodem na sąsiednim pasie i otworzył okienko. W pierwszym odruchu pomyślałam: „Co się stało? Czyżby mi coś odpadło?”, ale byłam tak zrelaksowana, że w ogóle się nie przejęłam. I ten człowiek wyjrzał i pomachał do mnie przyjaźnie, a żeby tego było mało, wyjął lizak z napisem: „Uśmiechnij się!”, a z drugiej strony „Miłego dnia!” I tak staliśmy w korku przed moją pracą, około 9 rano i oboje śmialiśmy się do siebie machając. Kierowca autobusu, a taki nietypowy. Patrzył też na innych stojących kierowców, ale nie widziałam ani jednej zainteresowanej osoby. Szkoda. Taka gratka, jeśli człowiekowi stres od rana się spiętrza w drodze do pracy, czemu nie skorzystać z pomocy bezinteresownego człowieka, który nas rozśmiesza? Ja skorzystałam mimo, że nie byłam smutna, a pogodna i wypoczęta.

Myślę sobie, że co dzień zdarza się coś co nas wzmacnia, ale nie umiemy tego dostrzec. Nie umiemy się przestroić na branie szczęścia. To może być coś małego, jak dobra kawa, ulotnego jak zarys chmur na niebie, i niezwykłego do czego przywykliśmy, kiedy zbyt długo to mamy i nie dostrzegamy, że jest takie piękne. Jak dzieci śpiące przy naszym boku, uśmiechnięta rankiem żona, kolega w pracy pomagający zrestartować sensownie system, albo pani portierka, która odpowie: „Dzień dobry” z uśmiechem. Nie wymagajmy od życia więcej, tylko nauczmy się czerpać z tego co nam daje. Odkrywając na nowo to co piękne, choć stare, ograne nieco. Czasem to jest samotność, oddalenie, bo wtedy pojawia się przestrzeń, która jest potrzebna, a czasem tłum przyjaciół na imprezie i spontaniczny śmiech i taniec. Tylko od nas zależy czy cieszymy się życiem jakie mamy, czy nie więc, gdyby mnie spytać czy tęsknię do Lizbony i braku planu na jutro, odpowiem, że trochę, ale jutro zamierzam sobie zrobić wolne i popracować w domu, posprzątać, pogotować, porozmawiać z dziećmi i pocieszyć się tym, że żyję. A w następne dni, będę robić od nowa to co te dni przyniosą. Jeść, spać, gotować, stać pod gorącym prysznicem i śpiewać. Tyle i aż tyle. A jak przyjdzie pora, ostro popracować nad tym co się lubi. Najważniejsze jednak, że kiedy już samemu się nauczymy tak funkcjonować w wysokich wibracjach pozytywnych uczuć, to zadziała jak samograj i, co więcej, nauczą się tego chłonięcia szczęścia nasze własne dzieci, rodzina, bliscy i dalecy znajomi. I będą nas w tym wspierać na zasadzie synergii, … synergii szczęścia.