Po prostu znów padł mi komputer. Tym razem system, więc dane na dysku przetrwały. Podejrzałam je na powłoce. Są, ale póki sławetny cyrulik komputerowy – Piotr – nie uruchomi mi jakiegoś szczątka systemu, leżę.
Teoretycznie da się popracować na czymś innym, na laptopie, czy gdzieś po sąsiedzku, ale … Mam dziś taki dzień, że nie wyrywam się do pracy. Dziś jest dzień na refleksję. Reflektuję się więc zapamiętale i z wielką czułością do wszystkich aspektów siebie. Słucham jazzu, trąbki Chrisa Botti i oddycham. Postanowiłam sobie, jakiś czas temu, nie szarpać się więcej z życiem, z przeszkodami, z trudami, z regułami, z nagłymi wyskokami zza rogu, z chodnikiem pod nogami i stromizną. Jak mam przed sobą wysokie wzniesienie to wzdycham u podnóża, czasem zaklnę sążniście, a potem sama się z siebie śmieję, że taka jestem w tym prawdziwa. W tym wścieku jaki mnie ogarnia, ale pozwala prawie zaraz rozładować stres bez odkładania złogów na później i wyzwala mnie do działania. Jeśli chcę zadań. Dziś podjęłam kilka kolejnych decyzji w ważnych sprawach. Bieżących, przeszłych, a do przyszłych się nie zabieram. Jak podchodzą – robię. A jak nie, nie robię i nie zamartwiam się tym. Decyduję, wybieram i patrzę. W pewnym momencie życia przestajemy się tak zawrotnie spieszyć z udowodnieniem sobie, że nasze życie ma jakiś sens, że coś jesteśmy warci. Dopiero wtedy, ten sens naprawdę przychodzi. Dopóki naciskamy, staramy się, żyjemy w intencji, że trzeba, że muszę, bo dzieci, bo autobus, bo praca, bo lot, bo konferencja, wszechświat opiera się jak może, żebyśmy w końcu wyczerpani i leżący na deskach swoich starań, zdołali zrozumieć, gdzie leży ten sens i, że większość życia żyjemy w projekcjach umysłu, że musimy coś sobą udowodnić.
Każdy ma inne coś, do czego dąży. Udowadniamy, że jesteśmy coś warci, do czegoś zdolni, istotni. Zbieramy różne doświadczenia, jak jagody do koszyczka w lesie życia i czujemy, że to właśnie jest sens. Dzieci, mąż, żona, firma, zawód, dom, albo samochód, błysk w oku sąsiada, kuzyna, szefa. Nikt nie wie, gdzie jest granica tego gromadzenia, gdzie zaczyna się pełnia, do której, jak sądzimy, dążymy. Nie da się tego nauczyć, nikt nie podał algorytmu do wyznaczenia, gdzie kończy się ta gonitwa… bo przecież większość z nas i tak wciąż, bezustannie się stara, z dnia na dzień, z przedmiotu na przedmiot, z zaszczytu do zazdrości.
Zaryzykuję, bo spróbuję przekazać doświadczenie pełni, jakie ja miewam. To nie pełna pełnia, ale najbardziej aktualna kompletność, jaką mam. Moja pełnia to nie koszyk pełen rzeczy, jakie uzbierałam w życiu, zaszczytów, całkiem uzasadnionej dumy z wielu sfer mojego życia, ale to, że umiem ten koszyk zostawić w lesie i żyć mimo to, pełna przekonania, że jestem warta wszystkiego najlepszego w życiu, bo na to zasługuję. Nie dlatego, że się starałam, walczyła, poświęcałam, ale dlatego wyłącznie, że jestem. Co więcej, że jestem właśnie i absolutnie taka – jaka jestem, wstydliwa do tanga, i odwrotnie do przyjaźni, zakochana w muzyce i pięknie, bojąca się bólu i smutku, poświęcająca się i obdarowywana, wściekła czasem jak osa i spokojna jak przestrzeń kosmiczna. A Chris Botti sączy mi do ucha nektar nieskończonej harmonii … Nawet tę moją niepoprawną, romantyczną, zakręconą duszę, co mnie wodzi na rezolutne manowce, kocham, choć nie muszę. Kiedy coraz bardziej szczerze mówię, robię i myślę, nic mnie nie ogranicza. Ani szczęście, ani nieszczęście. Ani opinie, ani rozsądek. Zawsze czułam, że do czegoś dążę. Od dzieciństwa wiedziałam, przeczuwałam. I teraz wiem do czego i wszystkim życzę takiego spełnienia, jakiego potrzebują. Ja swojego dla siebie nie wymyśliłam. Ono nie przyszło mi z głowy, ale z serca, trochę bezwiednie, trochę je zapraszałam, w takiej właśnie formie. Nawalczyłam się już o wiele rzeczy. Teraz stoję i czekam, patrzę, uśmiecham się i okazuje się, że to co mam mieć, samo przychodzi. Nie naciskam, nie wybiegam. Jak chcę, to biorę, a czasem nie biorę. To trudno przekazać, ale kiedy się nie ma potrzeb, to nie oznacza, że niczego nie potrzeba do życia. Chodzę do pracy, bo lubię i zarabiam na siebie i dzieci. Konsekwencja i tyle. Nie robię z pracy misji wyzwolenia świata, ani pokazywania, że jestem jakaś poważniejsza, albo trochę warta. To co w ludziach najgłębsze, nawet cierpienia i ich prawda, potrafią mnie przyciągnąć bardziej niż splendor, marka, zadowolenie z siebie. Ten kto przekroczył pewną granicę spojrzenia w swoje głębie w szczerym, prawdziwym skupieniu, temu żaden przejaw iluzji wartości nie zawróci w głowie. Co więcej, nie będzie to też temat do wyśmiania, do umniejszenia ludzi, co dalej pragną. Mądrość nie drwi z nikogo, ani pożądania tych, co ich pobudza sensem kolejna dębowa szafka, bo widząc prawdę, widzimy poprzez współczucie, a okiem miłości można ludzi zobaczyć na wielu poziomach, w jakich wyraża się ich osobowość. I każdy ma swoje miejsce, swoją rolę do odegrania, choćby taką, żebyśmy dzięki nim zobaczyli, że nam nie przyświeca podobna sprawa, idea czy sposób na życie.
Miałam kiedyś sen, o którym obiecałam napisać. Przyszłam na lekcję tanga do zwykłej szkoły podstawowej. Było pusto wewnątrz, więc wyszłam na plac przed szkołą i zobaczyłam rzędy krzeseł ustawionych pod chmurką na trawiastym boisku, jak w prowizorycznym amfiteatrze. Niebo zachmurzone zupełnie jak dzisiaj, pogoda ponura, na trawie topniał śnieg. Wczesna wiosna. Podeszłam do pierwszego rzędu, w którym siedziała już publiczność. Wszystkie miejsca zajęte. Wzięłam krzesło z tylnego rzędu do pierwszego, postawiłam cokolwiek krzywo i usiadłam. Rozejrzałam się i zobaczyłam mężczyznę obok siebie. Siedział z nogą na nodze i patrzył na trawnik przed nami.
– Co to będzie za przedstawienie? – spytałam.
Odwrócił się do mnie całym ciałem i powiedział patrząc mi głęboko w oczy:
– Wszystko jest teatrem.
Poczułam uderzenie mentalne tym stwierdzeniem, jakby postrzelono mnie w tym śnie i gwałtownie obudziłam się.
Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę, że wszystko wokół jest teatrem, w którym odgrywamy swoją rolę. Odgrywamy rolę człowieka, który w swoich ograniczeniach idzie w kierunku świadomości, zrozumienia swojego istnienia. Może brzmi to trochę zbyt radykalnie, ale wszyscy wokół, bliscy i dalsi, są tylko, i aż statystami na planie akcji, sytuacje to sceny, akty, przedmioty to rekwizyty. To co w teatrze życia jest najpiękniejsze i najtrudniejsze to odegrać siebie, swoją rolę najszczerzej jak się potrafi. Nie udawać, bo publika wychwyci fałsz, a co ważniejsze, my go wychwycimy. Być jak najprawdziwszym sobą i grać zapamiętale w skończonej w czasie sztuce autointrospekcji, autokreacji wyborami, odnajdywania swojego niepowtarzalnego rdzenia – prawdy. I w nagrodę, że doszłam w mojej drodze aż tutaj, youtube mi nuci teraz przypadkowy utwór z listy, jaką właśnie dla mnie stworzył – piosenkę Leonarda Cohena w interpretacji Chrisa Botti, cudna kombinacja talentów. Piosenkę, której oryginał przeedytowałam bawiąc się jakiś czas temu pisaniem nowych tekstów do piosenek obcojęzycznych. Ciekawy zbieg okoliczności. Więc dołączam tę interpretację w linku dla tych, co czują łagodny jazz, co czytają i idą własną ścieżką. Do siebie.
Autor: JA
Znów we mnie śpiewa
Znów we mnie śpiewa nieproszona
łagodna nuta do rozstania,
jak liście jesiennego drzewa
w kolorach serca kołysana.
I idę za nią w łzach schowana
tłumioną pustką samotności
a wokół świergot, szczebiotania
fasada ruchu i radości.
Nie mam gdzie zniknąć przed kurtyną
oczu wpatrzonych w ból codzienny.
Nie umiem zasnąć i odpłynąć
choć łódź gotowa i mój sternik.
7 luty 2019
Do ciebie z przyszłości
Energia smutku mnie wypełnia
Energia żalu i pragnienia
Zapamiętale ich nie zmieniam
Sunąc powoli się odmienia.
Już mogę patrzeć za straconą
Za porzuconą, zapomnianą,
Zamykam drzwi rozdziałów życia,
Nostalgii mówię znów: Dobranoc.
Powoli zmienia się osnowa
Tego co kształtowało przeszłość.
W zgodzie wypuszczam z rąk wspomnienia
Zaczarowaną prostą ścieżką.
Kiedyś opowiem o tym pięknie
Albo zapomnę bez wyrzutów
Kwiecistym szlakiem kierowana
Pójdę w cichości i bez butów.
Stanę na końcu mlecznej drogi
Po brzegi wypełniona treścią,
Z mądrości zrobię ciąg przyszłości
Z doświadczeń rydwan, sunąc lekko.
I nim obejrzę się za siebie
Wszystko co było, jest i będzie
Stopi się w jedno oka mgnienie
I będę z tobą, bo tam będziesz.
30 stycznia 2019
Pozwól mi w siebie wierzyć
Pozwól mi w siebie wierzyć
Nawet, gdy nie istniejesz
Niech moje słowa płyną
i kończą się jasnym celem.
Nawet jeśli stworzyłam
Twój obraz z nici nicości
Jest taki wierny marzeniom
Tak pełen namiętności,
Że trudno się go wyrzec
I iść samotną doliną.
Pozwól mi siebie zgłębiać
Godzina za godziną.
Daj sobie zaistnieć w czasie
Albo poza nim, nie ważne
Rozpoznam zapach i barwę
I oczy twoje poważne,
Co mnie powiodą przed siebie
Najgłębszą mądrości drogą
Tylko mi pozwól wierzyć
Że jesteś, że czuwasz obok.
30 stycznia 2019
O miłości w obecności
Jestem w dolinie między Gorcami a Pieninami i internet to dobro mocno ograniczone, ale chciałam opisać ciekawą historię, jaka nam się ostatnio przydarzyła. Niestety zostałam zblokowana przez dzieci, bo to o nich chciałam napisać. Ostatnio miałam z nimi starcie zasadniczej natury, że publikuję prawdziwe wydarzenia z ich życia bez ich zgody. W trakcie rozmowy usłyszałam między innymi:
– RODO, mama, RODO!
No to się poddaję. Autoryzacja mnie zatrzymuje. Szczególnie, że jak mówi moja córa, nawet jacyś jej koledzy czytają mojego bloga. Rany, chyba się nie przygotowałam na taki zasięg multipokoleniowy.
Napiszę więc neutralnie, bez szczegółów, że w obliczu ostatnich wydarzeń widzę, jak ważne jest czujne bycie, towarzyszenie temu, kto zmaga się ze swoją słabością. Jeśli kogoś kochamy, widzimy go w prawdzie i jeśli nam pozwala, bo to także jego wybór, możemy być przy nim, gdy podejmuje trudne zadania, walcząc z jakimiś swoimi strachami. Często patrzę na otaczających mnie ludzi i, ponieważ mam dużą dozę empatii, widzę jak zmagają się ze swoimi słabościami na różnych polach. Widzę to wszędzie, w pracy, w domu, w tramwaju, w sobie. Różne są podejścia do radzenia sobie z sytuacjami życiowymi. Jeśli problem wydaje się beznadziejny poddajemy się czując się bezsilni. Niekiedy próbujemy, złoszcząc się i przeżywając najtrudniejsze uczucia jak gniew, żal, rozpacz. Zauważyłam skuteczność pewnej metody, i od jakiegoś czasu ją stosuję, metodę obecności, bycia przy tym, kto się trudzi. Jestem takim trochę towarzyszem, trochę lustrem. Wyobraźmy sobie długą drogę pod górę w śniegu z deszczem, w ciemności, kiedy mijają nas samochody z wygodnie rozpostartymi personami, a my idziemy i nic nie możemy zmienić. Można się poddać, zawrócić, można czekać na coucha co nas będzie tresował mówiąc całą drogę:”Dawaj człowieku, dawaj! Widziałeś tego jednonogiego co cię minął? Myślisz, że jesteś gorszy? Udowodnij sobie i innym, że cię stać na zrobienie tego!” itd. w ten deseń.
Moja metoda jest inna. Polega na towarzyszeniu aktywną obecnością. Kiedy ktoś obok robi wysiłek, zmaga się ze swoją słabością, ja jestem. Przytomnie jestem. Jak się potyka ze złością mówię: „Możesz się złościć, albo iść pod górę i całą energię przeznaczyć na nogi.” Kiedy ma ochotę komuś za swój los przyłożyć, mówię: „Możesz to zrobić, ale wyobraź sobie konsekwencje tego, co się stanie i czy chcesz brać za to odpowiedzialność.” Kiedy potrzebuje przytulenia, przytulam. Nie oceniam, nie moralizuję. Nie zdejmuję z człowieka obowiązku jego zadania, biorąc je na swoje plecy, ale czuwam i wspieram jego siłę.
Historia, której tu nie opiszę, dotyczyła właśnie mojego towarzyszenia w trudzie komuś, kto czuł duży ciężar. Pokazała mi, jak łatwo się pomaga tylko umiejętnym byciem. Moja znajoma powiedziałaby: „Kiedy jesteś w czakrze serca i z tego poziomu patrzysz na ludzi, widzisz czego im naprawdę potrzeba. I dajesz im to bez trudu.” Dlatego mam generalnie dużą awersję do wszelkich trenerów osobistych, trenerów rozwoju i tym podobnych dawców produktów, coraz bardziej masowych. Oczywiście metoda jest tak dobra jak człowiek, który z niej korzysta, więc znając skutki kontaktu z osobami z tej branży można wnioskować co nam posłuży, a co nie. Każdy z nas jest jednak inny i to, co działa na wielu, na nas nie musi. Warto to rozważyć zanim się utknie u jakiegoś guru rozwoju osobistego. Znam pana, co od lat chodzi na ustawienia hellinger’owskie, a nadal ma problemy z traumami z dzieciństwa. Uparcie jednak nie zmienia metody, bo pani terapeuta mu schlebia, a tego pan nie chce się pozbywać w swoim narcyzmie. Dla pani terapeuty to żaden problem. Klient jest klient. Inny pan po kilku latach terapii zdał sobie sprawę, że nie rozwiązał żadnego swojego problemu, choć wszystkie omówił. Po krótkiej rozmowie ze mną doszedł do prawdy, że nie mógł zaufać terapeucie, nawet jeśli ten mówił rzeczy prawdziwe, bo terapeuta był tylko magistrem, a pan ma doktorat i podświadomie ignorował jego zdanie. Zadziwiające rzeczy widać kiedy patrzy się na ludzi z poziomu serca, nie rozumu.
Ludzie czytają książki dla inspiracji osobistego rozwoju, tresują się metodami, chodzą na kolejne warsztaty i kręcą się wokół własnych problemów generalnie dlatego, że nie chcą spojrzeć w swoje strachy, że odrzucają się w strachu, że jakaś metoda się sprawdzi i pozwoli im nie zajrzeć w strach a rozwiązać problem. Nie ma się co dziwić, kiedy wokół krzyczą, że odwaga się liczy, a strach to zło, więc wypierają, maskują, uciekają przed strachem wszyscy, żeby go przypadkiem nie okazać, nie poczuć.
A ze strachem jest jak z drapieżnikiem co zawsze może czyhać w krzakach. Denerwujesz się kiedy idziesz w gąszczu życia. Couche mówią o ich łamaniu, wychodzeniu naprzeciw, o narażaniu się, żeby je spotkać i ustrzelić. Zabijać strach. Dlatego w wyniku takiej bądź innej manipulacji nieśmiali są zmuszani do wyzbycia się wstydu, strachliwi do odwagi, słabi tresowani zadaniami ponad siły. Wstawaj o godzinę wcześniej i zrób to, czego nienawidzisz, wygnij się w jodze jak wąż kiedy czujesz się sztywny, skocz na bungee, jak ci cierpnie skóra na wysokości i .. złam strach. Wyśmiej go, wydrwij, dorób mu zajęcze uszy. Jak słucham tego couchowego bełkotu myślę, że niekiedy ludzie są tak złaknieni natychmiastowego rozwiązania swoich problemów, że z łatwością stają się marionetkami w umiejętnych rękach biznesmenów rozwoju osobistego, ale jak ktoś usiłuje zbolałej duszy wmówić, że ma kropnąć tego smoka, co go straszył latami, tu zaraz przy wszystkich, to się wycofuję chyłkiem z takiej oświeconej prelekcji z wielkim współczuciem dla audytorium. Jeszcze inni nawiedzeni znawcy zalewają wszystko miłością i powtarzają bez przerwy, że na świecie jest tylko boże dzieło, czyli wszelkie przejawy niegodziwości – to miłość – tylko niezrozumiała w naszym ludzkim ograniczeniu. Skóra cierpnie kiedy widzę jak facet powtarza, że molestowane dziecko nie może mieć żalu do rodzica, co je niszczył latami, bo ma obowiązek wybaczyć, bo to miłość, ale w innej postaci. Tacy chorzy ludzie też nauczają i mają zwolenników, a nawet wyznawców. Biznes rozwoju duchowego wchłania tyle chaosu, ile mamy obecnie w życiu i jego pomieszanie rośnie wraz z entropią otaczającego nas świata. Trzeba się rozeznać dobrze w sobie żeby nie utonąć w nonsensach.
Co do strachu, to najlepszym sposobem, jaki sama przetestowałam, jest oswojenie. Wyobraźcie sobie, że jakąś metodą zastrzelicie gada tak, jak couch wam kazał. Obedrzecie go ze skóry, zrobicie sobie ucztę itd. Następnym razem, jak wam podobny gad wyskoczy zza krzaka, zobaczy skórę na biodrach i trochę się stropi, ale nadal będzie groźny, i kolejny raz ubijecie go, może trochę sprawniej. I tak historia będzie się powtarzać, ale za każdym razem będzie wymagała zabicia kolejnego potwora, dopóki nie skontaktujecie się skutecznie ze swoim strachem.
Wyobraźmy sobie inną sytuacje. Idziecie sawanną życia. Z zarośli wynurza się lew. Nie macie broni w postaci techniki do zabijania lwa np. wyśmiania. Ale zanim lew skoczy na was, spoglądacie mu w oczy i mówicie:
– Wiem kim jesteś. Jesteś mną. Boję się ciebie, bo cię nie rozumiem, ale wiem, że jesteś silny. Akceptuję swój strach i ciebie w sobie. Wszystkie uczucia i sytuacje jakich jesteś symbolem.
Zrobiłam to kiedyś z wielkim strachem we mnie i po kilku podejściach, zadziałało. Od tej pory, zamiast skóry lwa na biodrach, mam oswojonego lwa przy nodze. Czasem mogę go użyć w obronie, ale to, co jest najbardziej istotne, że z jakichś powodów inne strachy widząc moje oswojone zwierzę, nie podchodzą, albo się z łatwością przyłączają w drodze. Idziemy tak stadem, ja i moje strachy. Myślę z wyrzutem o couchach co radzą pozabijać strachy w sobie. Wszystko czego się boimy w świecie jest nieuświadomioną częścią nas. Trzeba ją przyjąć i oswoić, rozpuścić jej nieznaną naturę i wchłonąć jej moc, nie zakopać w rowie, nie wyszydzić. To jest praktyczna metoda oswajania cienia. Świat pomaga nam w tym dojrzeć, ale tylko wtedy, kiedy nie poruszamy się unikając strachu, bo nie widzimy wtedy siebie. Strach obnaża naszą bezsilność, poczucie odrzucenia, samotność wobec problemów. Dlatego najlepszą metodą pomocy jest towarzyszenie w drodze tym, których chcemy wesprzeć, z czujnym patrzeniem z poziomu serca na ich lęki. Dla tych co się obawiają swoich demonów wewnętrznych, powtarzam, że demony nie podchodzą kiedy nie jesteśmy gotowi na nie, na ich zobaczenie. Dla nieprzygotowanych są niewidoczne. Za to ich unikanie, zabijanie czy wypieranie, kończy się mocnym pomieszaniem w życiu i osłabieniem, skazaniem siebie na ciągłą walkę z tymi samymi ciemnościami. Dlatego nie trzeba zabijać, łamać siebie, a strach oswoić. A najpierw na niego sobie pozwolić, nie wypierać, dostrzec i pójść za nim, być w nim obecnym. Strach nas doprowadzi do tej części nas, do tej słabości, gdzie tkwi największy potencjał. Do wolności od strachu w życiu. Do wolności przemierzania życia ze strachem przy nodze nie w sercu, ze strachem gotowym do zaatakowania w naszej obronie. Bo im ludzie więcej wiedzą o strachu, tym pewniej czują się w życiu. Za to ci, co strachu nie znają, idą nieświadomi, nie rozumieją celu tej drogi i swojej w nim roli. Strach dla mnie miał wielkie oczy do pokochania. Kocie, jak oczy pantery albo lwa i nie bardzo się zdziwiłam, że był wielki. Wszak długo go wypierałam. Nie byłam winna powstaniu tego strachu. To jest warunkiem oswojenia. Nie obarczanie się winą powstania strachu, to niezależne od nas. Tak się składa, że każdy demon ma swojego anioła do kompletu. Od naszego świadomego wyboru zależy, czym posługujemy się w życiu, dbając o siebie i otoczenie. Patrzenie sercem, pomaganie obecnością, nieocenianie, daje spokój i uważność, sprzyja naszej prawdzie. Zamiast rozwoju osobistego, którym autentycznie wymiotuję mentalnie, proponuję odkrywanie siebie. Nie super potencjałów, mocy czy szczęścia, ale siebie. Nic więcej nie jest nam potrzebne, jak świadomość kim jesteśmy, bo to dążenie jest przejawem głębokiej miłości do swojego istnienia na ziemi. Rozwój sugeruje, że czegoś nam brak, a moim zdaniem jesteśmy kompletni tylko schowani, ukryci za swoimi strachami. Obecność w strachu pozwala nam zdjąć tę zasłonę i odkryć prawdę.
O miłości do emocji
Odrzucamy się w emocjach. Już od wczesnego dzieciństwa kiedy zachowujemy się naturalnie, w zgodzie z tym co czujemy, słyszymy:”nie płacz, nie złość się, nie krzyw, nie śmiej się tak głośno, a co ty robisz? itd.” To wieloletnie tresowanie pokazuje nam w nieświadomym jeszcze czasie, że wyrażanie emocji jest niewłaściwe i zaczynamy, żyjąc w społeczeństwie podobnie reagujących jednostek ukrywać, tłumić a z czasem wypierać, mrozić i spychać emocje pod powierzchnię naszej świadomości. To jest przyczyna większości chorób naszej psyche.
Niedawno byłam w kinie i mój kolega śmiał się podczas scen, przy których mi było smutno. Doznawałam świetnego dualizmu uczuć, obserwowałam, jak ja to odbieram. Początkowo mnie to irytowało, aż puściłam zupełnie kontrolę i tak, jak on się śmiał, ja się smuciłam bez poczucia dyskomfortu. Każdy z nas reaguje inaczej na sytuacje, bo jesteśmy indywidualnościami. To co jest dla mnie śmieszne, kogoś może wręcz ranić, wywoływać żal, wstyd, pomieszanie. Ostatnio nie zastanawiam się dlaczego coś czuję – tylko czuję, obserwując jednocześnie, ale nie nadmiernie kontrolująco to, co się we mnie dzieje.
Przychodzi do mnie córka z jakąś pretensją i podnosi głos. Wywołuje mój gniew, bo nie mam ochoty załatwiać spraw w kłótni, a trzeba racjonalnie sprawę przemyśleć. Wypalam:
-Nie krzycz, bo pojedziesz zaraz autobusem sama.
I wychodzę do garażu po samochód. Przychodzi naburmuszona, cicha. Nie odrzucam się w gniewie. Mam prawo do każdej emocji, rozdrażnienia, złości, nawet jeśli ktoś ma to odczuć dogłębnie. Następnym razem, jak podejdzie z problemem rozważy, czy opłaca mu się ze mną kłócić.
Czasem nie wiem co czuję. I tak też jest w porządku. Takie uczucie wydostaje się powoli i daję mu do tego chwilę. Zatrzymuję się na nim, spoglądam i widzę, że już jest. Pozwalam na wszelkie emocje, żalu, złości, rozmiękczenia kolan rozpaczą. Kiedy niczego nie tłumię, emocje trwają parę chwil i mogę iść dalej. Nie medytuję nad nimi, nie skaczę, żeby podnieść wibracje do tych tzw. emocji wyższych, bo ich nie można poukładać względem lepszości i jeśli ktoś myśli, że lepiej czuć się radośnie niż smutno, to się myli. Każda emocja jest wskazówką, jest strzałą zrozumienia prowadzącą nas przez ego do serca. Kiedy zakłamujemy emocje w imię lepszego życia, oświecenia w bezbrzeżnej miłości, odrzucając to co czujemy naprawdę prawdopodobnie mamy coś nieprzepracowane co nas przerasta na tę chwilę. To przejdzie, bylebyśmy nie utknęli w przekłamaniu, że wystarczy warsztat rozwoju osobistego, mantra, albo inna technika wyzwalania światła, aby nie czuć tego co się czuje w cieniu naszej świadomości. Te emocje uznawane za trudne wybrzmią groźniej skumulowane w pakiecie zbiorczym wtedy, kiedy najmniej się spodziewamy, jeśli nie damy im miejsca w życiu.
Przez lata odrzucałam się w gniewie, karałam za to, że mam ochotę komuś przywalić, a okazji do walenia było wiele. Nie znaczy to, że teraz jestem groźnym człowiekiem, wręcz przeciwnie. Kiedy pozwalam sobie na gniew, on schodzi samobierznie, jestem sobą i każdy w moim otoczeniu wie, jakie są moje granice. Narażają się ci, co je przekraczają, na własne ryzyko. Za to udawanie dobrej kobietki, co wszystkich zrozumie i wybaczy, mam już za sobą. Jak chyba większość ludzi co obudzili się po latach wykorzystywania przez otoczenie. Otoczenie nie jest temu winne, po prostu brało czego nie zablokowaliśmy bezwiednie.
Nie odrzucam się też we wstydzie. Nie przełamuję go, ale akceptuję, że się wstydzę w pewnych sytuacjach. Jak powiem coś głupiego, jak ktoś mnie gani, jak sama dostrzegę w sobie jakiś feler. Nie ma już: o rany! co ja robię? I ucieczka przed wstydzeniem. Wstydzę się na tyle na ile czuję i jestem w tym. Obserwuję tę emocję i myślę potem, kiedy wstyd ustanie, że to w sumie bardzo poczciwe uczucie, taki stan jak w dzieciństwie, kiedy mnie blokowano na różne działania wstydem. Myślę wtedy, czy faktycznie to, co zrobiłam było wstydliwe. I w większości przypadków wcale nie jest to oczywiste. Kiedyś weszłam do sklepu i obcas utknął mi w posadzce. Kiedy go wyciągnęłam okazało się, że odpadł mi flek. Pierwsza reakcja – wstyd. Tak mam. Spłonęłam, ludzie gapili się na mnie, a ja się wstydziłam i jednocześnie obserwowałam swoje emocje. I kiedy minęła chwila największego piku emocjonalnego, podniosłam flek, podeszłam do lady z półką na torby, zdjęłam but, wsadziłam flek na obcas i mocnym ruchem walnęłam obcasem w półkę, aż zadudniło. Nabił się pięknie, założyłam but z powrotem i poszłam z uczuciem, że ze wstydem da się żyć, on nas nie paraliżuje tylko pokazuje co nas ogranicza, co nam przeszkadza w życiu swobodnie iść.
Obserwuję jak ludzie starają się być jacyś, konkretnie tacy, aby ich zaakceptowano i o wiele bardziej wolę jasne sytuacje, kiedy ktoś się nie sili na dyplomację i dyskrecję, a jest autentyczny. Coraz więcej uczuć i emocji tłumi się w nas w imię lepszych stosunków międzyludzkich. Staramy się wszystkich lubić albo tolerować, nie złościć się, nie być nachalni w swoich zachowaniach, dystans, wzorowa komunikacja, zdrowy tryb życia. Jak ktoś się objada, to wszyscy patrzą na niego z politowaniem, ale nie robią uwag. Jak ktoś aż trzeszczy od traumy, to się spinają przy nim żeby nie urazić itd. A stres rośnie pod sufit. Nie chodzi o to, żeby walić między oczy prawdą, ale żeby sobie nie wmawiać, że trzeba być dobrym dla innych, bo dobro jest względne jak diabli. To, że ktoś je kompulsywnie, bo nie umie sobie poradzić z jakimś problemem, może być jedyną radością, jedynym dostrzegalnym sposobem radzenia sobie na tę chwilę i nie ma co naprawiać człowieka na siłę mówiąc mu: „Nie żryj tyle!”. Ale uśmiechać się i wspierać jego demona nie ma potrzeby, mówiąc: „On zawsze był kurpulentny”. Jeśli czujemy odrazę do czegoś, co jest powszechnie tolerowane, to nie znaczy, że z nami jest coś nie tak. Czuję odrazę do sztuczności, do fałszywości ludzi. Widzę tę odrazę w sobie i tak teraz mam, że nie ganię się za to, że mi przeszkadzają oszuści emocjonalni, albo ludzie świadomie kręcący z tym co czują, żeby lepiej wypaść przed innymi. A widzę to kręcenie nawet w sobie czasem. Uśmiecham się do kogoś kogo nie lubię i myślę wtedy: „A widzisz, nawet ty się zmuszasz do udawania. Widać jeszcze nie dojrzałaś do szczerości z tym kimś.” Ważnym krokiem jest dla mnie nie kręcenie przed sobą, to poważny krok. Znam sytuacje, kiedy ludzie są w związkach, nawet małżeńskich, udając miłość i bóg wie jakie zaangażowanie, a naprawdę boją się samotności albo straty finansowej, jaką by ponieśli w wyniku rozstania. A wystarczy przyznać się przed sobą, nawet nie partnerem:” Sam/a nie dam sobie teraz rady, poczekam aż dojrzeję.” Ale nie ukrywać, nie oszukiwać siebie. Słabość wobec skomplikowanych ludzkich sytuacji jest ludzka, zwyczajna. Zakłamywana może się stać kulą u nogi na lata.
Wracając do emocji, pozwalam sobie też na przepływanie błogości, radości, ekstazy. Jeśli je czuję, nie upajam się, nie zatrzymuję, nie siadam jak kwoka na nich, tylko smakuję. Umiem się paradoksalnie, nakarmić wszystkimi odczuciami. Bo one wszystkie są dla mnie, złość, radość, rozpacz, zadowolenie, smutek, cierpienie i rozkosz. Jestem boskim stworzeniem co ma ciało do odczuwania wszystkiego, do pojmowania stanów w jakich jestem. Coraz swobodniej się czuję z emocjami na co dzień i one trwają też jakoś krócej. Nie martwię się, że szybko przepływa radość, bo łatwo też przechodzi mi żal. Dzięki temu, że emocje przepływają, nie czuję się przez nie kontrolowana. Nie wysysają energii ze mnie. Chodzę nie zestresowana a ciekawa co za chwilę będzie. I zwykle przychodzi co ma być, ani za silne, ani za słabe. Odpowiednie, żeby żyć. Bo po to, by czuć emocje, uczucia żyjemy, reszta, okoliczności, ludzie, przedmioty, są tylko rekwizytami do scen odczuwania. Wiem to, bo kiedyś miałam piękny i prawdziwy sen, co mi odsłonił, czym jest świat. Ale o tym może następnym razem.
Tęsknię …
Przelewa się przeze mnie
czułość
do przeszłości
ukołysanej czasem
patrzę na nią
spełnioną
jasną
odległą
zamkniętą
w miękkiej
kolebce zdarzeń
I mogę już iść
beze mnie będzie jej lepiej
rozkwitnie
wyrośnie
pojmie
i przybiegnie
za mną
wspomnieniem
a ja spojrzeniem
zmienię ją
w najpiękniejszy dźwięk
na giętkiej strunie
przyszłości
23 stycznia 2019
22 stycznia 2019
Nie warto się nadmiernie starać ani martwić. Wstałam późno, wsiadłam do samochodu z dzieckiem i pojechałam na wizytę lekarską. Korek jak malowanie opóźnił nasze przybycie do rejestracji o 50 minut. Wysiedziałyśmy w kolejce kolejne 50, a i tak zdążyłyśmy na ospałego lekarza co przyjął nas 40 minut po zakończeniu przyjmowania. No stress. Lena siedziała zdenerwowana i głodna, ale kanapce odmówiła po kęsie, więc zjadłam sama zaczytana w podrzuconą pozycję od kolegi w pracy „Hinduska sztuka kochania”. Słowo pozycja jest jak najbardziej na miejscu. Po pierwszych stronach zorientowałam się, że to książka dla mężczyzn, ale jak przystało na ciekawskie stworzenie wniknęłam głębiej, żeby się dowiedzieć, że są 4 typy kobiet i jaką jestem. Mam dużo z Muszli, ale też Artystki. Za to mało u mnie Lotosu i Słonicy. Gdyby się panowie trochę pomocowali z czytaniem takich pozycji, może więcej szczęśliwych kobiet chodziłoby po świecie. Zwrot historii, w tym religijny, podciął skrzydła wolnej myśli w wydaniu tantrycznym, i trudno się dziwić, że mężczyźni przestali zdobywać taką wiedzę. Za to typów mężczyzn ze względu na przyrodzenie jest 3: Zając, Ogier i Buchaj. Monotonicznie znaczy. Książeczka malutka, zwarta, z obrazkami, łatwa do pochłonięcia w jeden wieczór. Wyjęłam w przychodni pokątnie i zdałam sobie sprawę z własnej myśli, że chyba nie chcę pokazywać okładki dwulatkom biegającym jak elektrony między pacjentami. Lena zirytowana na brzdące, a ja tylko powtarzałam:”Też tak biegałaś, też tak krzyczałaś, też miałaś pobieraną krew, i tak, smoka nie miałaś”.
-A czemu nie miałam smoka?
-Bo nie był potrzebny.
-Ale za to miętosiłam wszystkim uszy.
-Ale nie buzią i nie wykrzywiłaś sobie zgryzu.
Teraz myślę patrząc na dzieci z zatkaną smokiem buzią, że to w gruncie rzeczy nieistotne. Czasem miętoszenie smoka może być zbawienne. Te dylematy już za mną, i dobrze.
Po wysiedzianej wizycie około południa wylądowałam w pracy. Zatłoczony parking, ale naprzeciw wejścia „miejsce dla królowej”, jak powitał mnie palący przed budynkiem kolega wizytujący pracownię. Bez obiadu, na kanapce i kawie, weszłam do pokoju socjalnego, po czym inny kolega zaproponował zupełnie nie pytany swoje zasoby obiadowe, co ich miał nadmiar i tak objadłam się zupą i drugim daniem. Bez wysiłku, bez planu. Powiedziałam:
-Ależ mam dzisiaj łaski z nieba. Za niedenerwowanie się czymkolwiek wszystko idzie mi jak trzeba.
Rozmowa przy stole jak zwykle wciągająca i ciekawa. Opowiedziałam o książce. Potem rozmawialiśmy o zaginionych indyjskich cywilizacjach, o zmienności klimatu tamże i starożytnych rzekach uwiecznionych na budowlach w gęstym buszu, a potem o koncepcji człowieka jako zwierzyny łownej w prehistorii i zmianie optyki patrzenia na rolę homo sapiens we wczesnych stadiach rozwoju pierwszych społeczności. Siedziałam przed pustym talerzem kiedy ten sam kolega wstał i w trakcie rozmowy wziął mój talerz i umył go. Nim się zorientowałam, dostałam w garść kawę zrobioną dla mnie przez innego kolegę. Dziękując im za takie poczucie zaopiekowania jakie mi dali bezinteresownie, śmiejąc się na głos poszłam do swoich obowiązków. Jeśli chodzi o męskość to kocham męskość w takim wydaniu. Ma niesamowitą moc.
A a propos: Wszechświat nas nagradza, za zaufanie, za nie gonienie, za cierpliwość, za to, że umiemy widzieć go takim, jaki jest. Życzliwy, dowcipny, plastyczny. Wspaniałych mam kolegów w pracy, aż się chce do niej chodzić dla nich. I w ogóle spotykam ostatnio tylko fajnych ludzi, ciekawych, z pasją, z błyskiem w oku.
A jutro siadam do pisania harmonogramu wydarzeń w moim projekcie ITHACA. Najlepsze było jednak to, że kiedy wczoraj myślałam, że czeka mnie żmudne analizowanie wyjazdów dziś po zajściu do naszej Agi zobaczyłam pięknie zrobiony harmonogram tegoż i tak właśnie świat się toczy. Palcem nie muszę już kiwnąć. Za to symulacje to inna sprawa. Trochę leżą, ale to mnie uczy, że jak zyskujemy gdzieś czas to on nie jest do marnowania, tylko do wykorzystania. Ale rozsądnego. Więc jutro siadam do maglowania moich danych żeby je wypuścić w dwóch publikacjach i tyle. A dziś już tylko się wyleżę w wannie i wyśpię. A jeszcze wcześniej wsiądę do samochodu i posłucham z radością muzyki jadąc do domu. Dziś świat jest cudownie spolegliwy i zrozumiały. Warto się tym stanem posilić przed innymi stanami.
Kobieta współczesna
jestem ziemska
chaotyczna w swej manifestacji
raju i piekła
dla odważnych
nie dla skąpców
ściskających ciepłe wspomnienia
w słabych sercach
ja, kobieta współczesna
schronienie dla wędrowców
wyzwanie dla mędrców
kolebka dla szczęścia
moje ciało ogniste
rani aż do Prawdy
zrywając kłamstwa
słabości z troską
przy mnie jesteś sobą
albo jesteś martwy
mężczyzno współczesny
rozdarty miłością
12 stycznia 2019
Mam tylko chwilę
Mam tylko chwilę
do poniesienia
to niewiele
mało
znikomo dla świata
Im więcej widzę jak
niewiele zmieniam
tym jestem lżejsza
tym pewniej czas splatam
Nie szukam idei
do przezwyciężenia
nie myślę na wyrost
nie walczę z duchami
Idę przed siebie
zagubioną linią
a serce mnie wiedzie
między lodowcami
Spotykam ludzi
o otwartych duszach
mijam narośle
współczesnego świata
Nie muszę wierzyć
nie muszę wiedzieć
myślę gdy zechcę
i bez końca latam
Nie prężę muskułów
masek nie zakładam
obnażam ludzkie oblicza w miłości
w słabości
w ciszy
troskliwie wygaszam
przeszłość
co pod nogi ściele
bruki w kształcie kości
Odpowiadam sobie
spowiadam się chmurom
słońce biorę wieczne
wybijam rytm własny
Niech mnie nikt
nie łapie
nie nawiedza dumą
nie próbuje odwieść
ani mnie zawłaszczyć.
12 stycznia 2019
