tu i teraz

Nie należę do nikogo
nawet do siebie samej
kiedy budzę się nad ranem
świat bierze mnie w posiadanie
i śpiewa mną wiatr

Woda kapie z moich słów
na wysuszone upałem ścieżki
pełne tumanów kurzu
wczorajszych snów
a ja jak ptak
lecę wspak
i nic mnie nie ma
nawet ja

A kiedy tańczę ruchem grawitacji ziemi
by świat się odmienił
odmienił
odmienił
widzę siebie
jak idę ulicą
i niebo nade mną
sączy się między budynkami
nic mnie nie może przejąć
nic zatrzymać dla siebie
omamić
przenikam przeszkody i cienie
czas mnie rozśmiesza
wyciem za rogiem
słońce ucisza chmurę
topiąc smutki znajome
a ja się kryję przed burzą
pod swoim parasolem

Niczego się nie boję
niczego nie otwieram
niczego nie chcę
niczego nie pragnę
jestem i ogniem
i zapałką
mojego istnienia

tu i teraz.

3 czerwca 2018

Dziś

Dziś spijam z ciebie śmiałość moich dłoni
ognie wolności pod drżącą powieką
i zapamiętanie w dotyku miłości
i śmiech serdeczny z łatwości
z jaką sięgam w siebie
będąc tak bardzo
z tobą.

Zapomniałam założyć wstyd
jak starą sukienkę
a może zdjęłam ją
przed wejściem
w twoje ramiona.

Czy tak będzie już zawsze
że zamiast konać z miłości
będę promieniować
falą o nieskończonej energii?

3 czerwca 2018

Kobieta szkielet

Dziś zrozumiałam,
że muszę bębnić,
bębnić w Twe serce
żeby ożyło,
żebyś na przekór
temu co było,
wszystkim tym ranom,
uwierzył w miłość.

Ja się miłości swojej
nie wyrzeknę
choćby mnie miała miażdżyć
w rozpaczy.
Jak feniks wstanę
z niemocy sprzęgnę
wszystkie swe siły
walcząc inaczej.

Tak byś mnie widział
jak cudowną zorzę,
która nadchodzi
w objęciach słońca.
Jak wiatru tchnienie
na okamgnienie
unosząc serce
w wieczność bez końca.

Żebyś ją poczuł
jak ja ją czuję,
byś ją oswoił
i wziął jak swoją.
Byś się odważył
mówić co czujesz
i byś dziękował
za nią
swoim bogom.

 

18.10.2017

Sen

Znikam
we śnie
rozwiewam się
pustynią myśli
sunę za horyzont zdarzeń

Jutro
mnie obudzi
sen
rzeczywistości
misterna konstrukcja marzeń

31 marca 2018

Niedokończona piosenka

Nie potrzebuję
tego czego nie mam
czego mi nie dano

kiedy tańczę
drży ziemia
i księżyc zbliża się
do oceanu

Odpowiedz mi
co tańczą moje stopy
kiedy w pożądaniu
wybijam rytm …

31 marca 2018

List do Nieba

 

Przepraszam,
trochę się zmęczyłam
życiem.
Czy mogę przyspieszyć do mety …?

„Nie.
Od dzisiaj każdy Twój dzień jest święty. „

 

22 marca 2018

O miłości i macierzyństwie

Przenosiłam ten temat trochę, jak swoją trzecią ciążę, kiedy syna urodziłam w dwa tygodnie po terminie, w ostatniej chwili bezpiecznego okienka wyznaczonego przez lekarza. Ostatnie dni przed porodem spędziłam na konferencji, która odbywała się w Warszawie i z wielkim brzuchem wygłaszałam swoje wystąpienie, a potem stałam pod plakatem mojej pracy. Wszyscy pytali kiedy rodzę, a dopiero potem o moje symulacje. To był sierpień i upały. Piszę o tym, bo trochę tak właśnie od początku wyglądało moje macierzyństwo. Przeplatane seminariami, konferencjami, wyjazdami i pracą. Nie wzięłam nigdy urlopu macierzyńskiego, nie odpoczywałam, wakacje spędzałam z dziećmi. Można by narzekać na brak zainteresowania babć wzięciem dzieci na tydzień albo miesiąc, żeby mózg mi się odświeżył, ale rzeczywistość bywa skomplikowana. Koleżanka, która mnie przez ten cały czas obserwowała, powiedziała mi kiedyś, że byłam jak cyborg i, że się zastanawiała, kiedy mi się przegrzeją zwoje. No to się przegrzały i z zadaniowego robota wyskoczyłam do bycia sobą z uwzględnieniem wszystkich swoich słabości, jakie ignorowałam do tej pory. Również w macierzyństwie. Nauczyłam się odpoczywania i tego, że dzieci wbrew pozorom nie ma się w pojedynkę. To ważna, wiekopomna uwaga. Po całym okresie bycia niezniszczalną maszyną zostawiłam sobie nie żal za to co było, ale poczucie dumy i głębokiego spełnienia, że wbrew wszystkim trudom, przeciwnościom, niewiedzy, samodzielnie z mężem wychowałam czworo dzieci pracując bez wytchnienia, jak w natchnieniu, choć z ogromnym obciążeniem i dałam temu radę na wielu polach jednocześnie. I tak widocznie miało być, skoro było i nadal żyję, i pracuję, i jestem mamą, bo zawsze już będę.
Macierzyństwo na początku jest trochę jak sprawna obsługa samochodu. Niech się nikt nie obraża na to porównanie. Musisz małe ciałko tankować, myć regularnie, parkować w łóżeczku, myć szybki z przodu, słuchać co w silniczku, nie przegrzać i zwiedzać świat wspólnie, patrząc z zupełnie innej perspektywy, z perspektywy brzucha, piersi, podłogi, poznajesz nowe zapachy, dźwięki, tempo, cykliczność spania, bądź jego brak i walczysz z usterkami w mechanizmie, jak kolki. Oczywiście kochasz ten nowy superszybki samochodzik, który pewnego dnia na słowa cioci Asi: „Chodź”, zaczyna chodzić. Tak. Moje dzieci były bardzo spontaniczne jako brzdące, śmiały się całymi dniami, od chwili kiedy otwierały oczy. Czasem spały z nami, czasem same. Nie mieliśmy żadnych narzuconych ram wychowania, żadnego systemu oprócz miłości, intuicji własnej i dążenia do tego, żeby się nam świat nie zawalał na głowę. Nie miałam żadnych problemów z karmieniem i pielęgnowaniem niemowląt. Jakbym to wyssała z mlekiem matki. Przed pierwszym porodem przeczytałam dwie książki i odwiedziłam koleżankę ze studiów, która rok wcześniej rodziła, przez kilka lekcji uczyłam się opieki na szkole rodzenia od położnej. Myślę, że gdyby ktoś mi wtedy wmówił, że macierzyństwo to taka ogromna odpowiedzialność, pewnie bym się przytłoczyła i nie prowadziła moich dzieci z taką lekkością i wiarą, że jest i będzie dobrze. Myślę, że ludzie obecnie czują się bardzo przytłoczeni perfekcją, i to ich skutecznie paraliżuje przed byciem rodzicem. Dążenie, wszechobecne, do ideału także w rodzicielstwie powoduje również krytyczne sytuacje w następstwie, kiedy dziecko po urodzeniu poddane jest presji spełnienia marzeń rodziców, wyrażone ich perfekcyjnym wpływem na życie dzieci. Obserwowałam nieraz, szczególnie w szkołach, jak rodzice cisną dzieci z ocenami, zajęciami dodatkowymi, medalami, konkursami, żeby spełnić swój wizerunek, a nie po to, żeby dziecku coś więcej w życiu umożliwić. Smutny efekt. Dlatego warto dojrzewać do roli wspierającego i życzliwego mentora, nie dyktatora i marudy, sączącego jad niespełnienia swoich własnych marzeń. Macierzyństwo to sztuka rozdzielenia i powolnego procesu adaptacji dziecka do skoku w swoją własną przestrzeń, gdzie my jesteśmy tylko, i aż wspomnieniem. Z tym się trzeba pogodzić dość wcześnie. Ludzie realizujący swoje ambicje dziećmi, nigdy nie dojrzeli do swojej roli.
Z moich obserwacji wynika, że macierzyństwo ma ograniczony wpływ na dzieci. W pewnym wieku świat dziecka przenika przyjaźń z innymi dziećmi, wychowawcy zewnętrzni i los, na który nie ma wpływu nasze zaangażowanie w wychowanie. Nie można się więc obarczać ponad miarę odpowiedzialnością za to, jak ten świat na dziecko wpływa. Wbrew pozorom, dzieci jako przyszli dorośli też mają swoją karmę i będą ją realizować konsekwentnie w przyszłości. Należy to uszanować, nie starać się wpływać na nie zbyt ograniczająco. W moim przekonaniu, tak jak wszędzie, warto kierować się sercem i widząc, że nasze działanie daje dziecku szczęście, rozwój odwagi, samodzielność i satysfakcję z pokonywania barier, iść za tym. Nie chronić nadzwyczajnym kordonem naszych lęków, bo dziecko nie zaszczepione różnymi wydarzeniami w życiu w porę, przyjmie potem pakiet szczepień naraz, a jego układ odpornościowy na różne nieuniknione wady świata, może temu nie dać mu rady. Jak się maluch tapla w błocie, to go wyprzysznicować potem, jak spróbuje marihuany, bo całe życie był kontrolowany, może być problem. Dlatego trzeba pozwalać na małe odstępstwa od normy, jaką chcielibyśmy w dzieciach widzieć. Zaufać im, że dadzą radę z dołków wyleźć, a same sobie zaufają. Ograniczając je w ciekawości, wzmagamy ciekawość i negatywne poczucie, że nic nie wolno. Znam chłopaka, któremu zabrano dzieciństwo muzyką. Marzył, żeby pograć z chłopakami w nogę. Przez całą szkołę średnią pił po lekcjach, kiedy rodzice nie mogli go skontrolować. Muzykiem nie został. Został mu za to smutek. Do dorosłości, że nikt nie widział jego potrzeb.
Wbrew powszechnym opiniom wpływ matek na dzieci jest tak samo ważny jak wpływ ojców, i to na każdym etapie, i choć to nie dzień ojca minął, chcę napisać o tym, na co patrzę ostatnio z przyjemnością. Widzę jak ojcowie opiekują się dziećmi z radością, z zaangażowaniem, nie w stylu: „kupiłem ci zabawkę to się baw, nie marudź”. Ojcowie pokazują świat dziecku niezależnie od jego płci tak, jak połowa populacji go widzi. Nie można dziecku odmawiać tego wglądu, bo to je mentalnie krzywdzi. Matki ograniczające kontakty dzieci z ojcami, niezależne od żalów partnerskich uzasadnionych, bądź nie, jeśli nie mają zarzutów do rodzicielstwa ojców, np. bezpieczeństwa maluchów przy nich, powinny dążyć do zacieśniania kontaktów, bo to dzieci żywi pasją życia, nowymi horyzontami. Zakleszczenie kobiet na wyłącznej opiece przeżyłam osobiście i wiem, że to nie jest łatwe przełamać schematy i puścić kontrolę nad wydarzeniami, ale warto to zrobić, żeby dzieci wspierać i dawać więcej, nie alimenty, prezenty, samochód czy wymienienie dziecka w polisie na życie albo testamencie. Dziecko musi się uczyć życia od wielu osób. Ojca również, dziadków, kolegów, obcych ludzi. W ten sposób otwiera się dziecko na wiele możliwości, na wiedzę, na skuteczność w życiu. A ja z przyjemnością ostatnio patrzę na tatusiów czeszących dziewczynki na pływalni po wyjściu z basenu. Stoją razem pod suszarką, dziewczynka się krzywi, tata trochę stęka, ale sprawnie czesze i nawet robi kucyk. Można spytać: Co robi mama dziewczynki? Odpoczywa, pływa, robi coś dla siebie. I to jest, moim zdaniem, symbol i dobry wzorzec do naśladowania dla następnych pokoleń. Matka poza zajmowaniem się dziećmi musi dbać o swoje wnętrze, o swoją przestrzeń, żeby dobrze wpływać na dzieci, a ojciec powinien pomóc jej w tym względzie. I mimo, że nie nauczyło nas tego pokolenie naszych rodziców, to nasz obowiązek iść odważnie z rodzicielstwem w przyszłość. Nie w pozorne honory Matek Polek, ale harmonię i partnerstwo z dobrze określonymi granicami potrzeb.

Lodowa Frigg

Wolę pustkę chmur
wolę przestrzeń nieograniczoną
w sobie
i na zewnątrz
ona mi daje pewność
że gdzieś się udaję
że ma sens
moje poruszanie
moje dążenia
nawet jeśli nie dojdę
do tej skalistej krainy
z marzeń
o ziemi skutej lodem
gdzie przy ogniu czekasz
umówiony
nim nas Ragnarok zastanie.

Będę wiatrem co niesie głos twój nad szczytami
bielą śniegu
zapachem stajni
i myślą ostatnią przed zaśnięciem
skurczem serca
nieuświadomionym
oddechem w biegu przez las świerkowy
śmiechem
wspomnieniem
smakiem stali.

Nic mnie nie złapie w ramy codzienności
pomogę ci uciec z każdej zasadzki
módl się do mnie
a ja się zjawię
niewidzialna
nieważka
lecz silna
na granicy twojej świadomości.

Tylko mnie nie wzywaj
jeśli nie pragniesz bym została
bo wrócę jak burza lodowa
łamiąca na swej drodze kontynenty
w imieniu wszystkich
zdradzonych miłości
a światem twym zawładną
krwawe odmenty.

2 maja 2018

Kołysanka

Cii…
cisza
nie obawiaj się
to tylko spokój
przyszedł miękko
i oswaja
moje serce

Cii …
ciepło
zamiast żaru
i kołatania
w wiecznej za czymś
rozterce

Cii …
ciemność
która koi
światło w lewej
butonierce

Cii …
Cebie
więcej
mnie więcej
przestrzeń
powiewa wolnością
latania

Cii …
cień zamieniony
w rozkosz i energię.

23 maja 2018

O miłości do jedzenia

W książce, którą właśnie przeczytałam mowa jest o szczęściu. Wszyscy podobno do niego dążymy. Pięć zasad szczęścia jednak ujawnia, że nie zawsze wiemy, co nas uszczęśliwia i jak do tego dojść nie robiąc sobie krzywdy. Pierwsza zasada szczęścia: „Ciesz się szczęściem”. Wydaje się absurdalne. Przecież to szczęście, jak się nim nie cieszyć, ale czy naprawdę cieszymy się szczęściem nawet, gdy przychodzi do nas bez wysiłku? Przykładem jest jedzenie. Lubię jeść, lubię smaki. Często jem też w dobrej atmosferze, nawet w pracy, gdzie zbieramy się na wspólne jedzenie i żartujemy przy stole, coś sobie opowiadamy, jak w rodzinie, w gronie przyjaciół. Dlatego też w pracy wszystko nam smakuje, dzielimy się, karmimy, wymieniamy, podrzucamy na stół jedzenie i cieszymy się tym, że jemy i przebywamy ze sobą w cudownej atmosferze. Ale bywają chwile, że jemy w biegu, bezmyślnie pałaszując to co na talerzu, wybiegając w przyszłość, która nas przytłacza, bo nieuchronnie idzie, a my czujemy się na nią nie przygotowani. Żaden posiłek zjedzony w ten sposób nie zostawia w nas uczucia szczęścia, raczej nas przygnębia. Są też inne przygnębienia związane z jedzeniem. To tycie. Ludzie, którzy kochają jeść tak się obwiniają jedząc o przyszłą tuszę, że nie mają za grosz radości z tego ile i co jedzą. A smutek usiłują jaześć jeszcze większą porcją, deserem, dokładką. Organizm dawno już przestał walczyć z nawykiem nadmiernego jedzenia i tylko robi kolejne kieszonki tłuszczowe w oczekiwaniu, aż się człowiek opamięta. A gdyby tak zamiast się obwiniać o to ile i co jemy, zacząć się cieszyć każdym kęsem i spożywać go w cudownym uniesieniu, że takie dobre, bo to kochamy, i smak i zapach i kolory … mmm. Mniam! Kiedyś doznałam oświecenia w restauracji. Podano nam potrawę, wino a ja oniemiałam. Takie to było piękne wizualnie. Kiedy już się naoglądałam, zaczęłam dyskretnie wąchać wszystko po kolei. Wąchanie jest ogromnie ważne. Ja w ten właśnie sposób rozpoznaję co chcę jeść, a czego nie. Nawet jak mi się coś początkowo podoba, wcześniej sobie wymyślę, że tak, to bym zjadła, to potem, kiedy już to widzę, wącham. A mój nos mi podpowiada, jeść czy nie jeść. Ma też inną funkcję. Ja się potrafię nasycić zapachem potraw do jakiegoś stopnia. Więc wącham. Herbatę przed i po zaparzeniu, sok, jabłko, rybę, duszoną cukinię i parmezan. Wącham, bo to pachnie nie na daremno, dla mnie pachnie, i lubię niektóre zapachy bardziej niż inne, a to mi daje radość, gdy je czuję, jak zapach kawy. Kawa dla mnie lepiej pachnie niż smakuje! Kiedy już powącham i chcę jeść, taka analiza trwa parę sekund, dla wyrobionego nosa pewnie jeszcze szybciej, próbuję. Lubię być kiperem jedzenia. Wgryzam się, odłamuję kawałek i rozmiękczam smakując. Wczorajsza drożdżówka z rabarbarem była pyszna. Miała cienki film lukru, kwaskawy zapach owoców i chrupiącą kruszonkę na wierzchu. Zjadłam ją z prawdziwą przyjemnością i bez cienia wyrzutów sumienia. Nawet w kontekście cukru. Zjadłam ją całą, powoli, bez pośpiechu, ciesząc się każdym kęsem, w zasłużonym stanie spokojnej rozmowy. Nie leżała mi dzięki temu na wątrobie, nie powodowała wzdęć i nie odbijała się wieczorem czymś nieprzyjemnym. Zdradzę wam ciekawą prawdę, która jest w naszych czasach całkowicie niewidoczna, zasłonięta przez przemysł i reklamę. Jeść należy kiedy się jest głodnym i kiedy nasze ciała tego chcą. Po to mamy oczy, nos, usta i głowę. Jeść trzeba, różne rzeczy. Jak byłam mała jako niejadek, byłam piętnowana przez wszystkich, którzy chcieli mnie nakarmić z miłości. Nie jadłam śniadań, czasem obiadów, a wpadałam na jedzenie jak czułam głód. Bo jako dzieci mamy prawidłowo zaprogramowane organizmy i cała sztuka dosłuchać, co też nam ten organizm mówi i kiedy. Czasem głód nie jest głodem na kaczkę tylko na zainteresowanie, albo przystosowanie się do grillujących kolegów. Nie jest chętką na loda, ale zapomnieniem o kąśliwej uwadze. A nawet jak się spotykamy i jemy, jedzmy z radością, nie z żalem, że trzeba to będzie potem w pocie czoła spalić, bo się odłoży, a tu lato za pasem i desperacko rzucamy się od diety do diety, od systemu do systemu. Ja przez całe życie nie tyłam, bo nigdy nie przywiązywałam wagi do jedzenia, ale kiedy jadłam cieszyłam się i teraz, też jem kiedy popadnie, ale chrupię wszystko i jak mi zostaje na talerzu to się nie martwię. Odkładam na potem, jak nie zjem to wyrzucam. Lepszy kosz na resztki niż własny brzuch, a następnym razem robię mniej, albo przerabiam ziemniaki na kopytka, warzywa na sałatkę, kotlety dla kota, bez zobowiązań, nasze koty są wybredniejsze czasem niż my pod względem jedzenia. Bo lepiej wiedzą co mogą zdrowo zjeść i w razie czego zamiast śledzia drugiej jakości wrąbią ptaszka z podwórka, albo nic. My mamy o wiele więcej możliwości, żeby sobie sprawić dobre warunki i jeść. Wegetarianie, weganie czują wewnętrzną potrzebę specyficznego jedzenia i dobrze, że idą za intuicją ciała. Za mało wiem o dietach żeby się wypowiadać, ale o jednej, o której wiem, że działa, dowiedziała się moja znajoma przed operacją biodra. Miała schudnąć i na pytanie, jaką dietę stosować, lekarz jej odpowiedział: „Dietę MŻ”. „A co to za dieta?”- zapytała. „Mniej żreć”. I w tym się zawiera cała mądrość, mniej, bo nie potrzeba aż tyle, a żreć należy przestać, żeby się zacząć cieszyć jedzeniem i uszanować swoje ciało, ale też podniebienie. Dlatego nad jedzeniem warto się zatrzymać. Popatrzeć, powąchać, skomplementować kucharza. Wino wąchać, ach jaki bukiet potrafi trzymać dobre wino. I każdą porcję z widelca uważnie jeść, świadomie przetwarzać, na dobrą energię do wnętrza. Nie liczyć kalorii, nie wykluczać, nie tęsknić za walorami smakowymi, tylko dać je sobie z miłością i słuchać co nam ciało powie, a gwarantuję, że kiedy się w nie wsłuchamy, bez nastawienia, bez sugestii, że czegoś nie powinniśmy, ono powie co nam trzeba, a wtedy z radością mu to dajmy. W końcu nosi nas bez przerwy, czas je naoliwić, nie zalać. A w idealnych kształtach ciała przez ostatnie wieki takie zmiany zachodziły, że nie ma co gadać. Ważne, żeby z sercem, z miłością, z troską zajmować się swoim ciałem i karmić je wszystkim pozytywnym. Lecę na rukolę z pomidorami, oliwą i twarogiem do koleżanki na działkę, gdzie w centrum Warszawy, w enklawie zieleni, pogadamy sobie o tym co nam leży, wisząc na hamakach, albo leżąc na trawie. Smacznego!