Pajęczarka

Spomiędzy moich dłoni
z palców
tryska
pajęczyna zdarzeń
oplatam nią rzeczywistość
zdarzenia
ludzi
by ich zatrzymać
zrozumieć
poznać
pokochać

Potem wypuszczam
pełnych miłości
skupienia
siebie

Idą radośni
do swojego wnętrza
świata
a ja siedzę
i patrzę
z miłością
na swoje stworzenie
i czekam
na czas
niech się zdarzy.

My Lisbon Story: First Episode, Part 3

Konferencja się skończyła. Większość maruderów dopiero dziś wyjechała do domu. Ja zostaję. Przeniosłam się do nowego hotelu, hostelu właściwie, i od jutra wędruję sama po mieście. Z wielu rozmów odbytych jeszcze w czasie konferencji wynika, że COST, międzynarodowe porozumienie naukowców, dostanie pieniądze na nowe kilka lat pogłębiania współpracy między europejskimi naukowcami. Będą więc kolejne konferencje, warsztaty i sympozja. Będzie można się spotykać, spierać, wspierać i pić kawę. Oby w Portugalii. Niektórzy koledzy chcą, żeby następna konferencja odbyła się w Grecji, ze względów politycznych, żeby Greków wspierać ekonomicznie i naukowo. Kiedyś byli kolebką myśli naukowej całego kontynentu.

Pożegnałam Campo de Pequeno, dawne miejsce, gdzie odbywały się korridy, a teraz jest centrum handlowe i organizuje się koncerty. W pobliskiej stacji metra na ścianach odpowiednio wymalowane byki.

Jutro będę kolejny raz przecierać tutejsze ulice. Wczoraj wędrowałam tak z kolegą bez mapy, bez planu i zrobiliśmy wiele kilometrów po starym mieście wspinając się, schodząc, pijąc kawę i słuchając ulicznego fado. Przyłapałam się na tym, że nie chce mi się robić zdjęć, nawet jak widzę coś bardzo pięknego, jak białego pawia na uniwersyteckim kampusie. Siedzę, stoję, idę i tylko patrzę. Zastanawiałam się czy to jakieś szczególne lenistwo, czy coś innego i dostrzegłam, że wolę po prostu cieszyć się tą chwilą niż ją uwieczniać. Mój kolega przesłał mi parę zrobionych przez siebie zdjęć. Lizbona o zmierzchu ma niezwykły kolor nieba. Lazur dzienny przechodzi w głęboki niebieski odcień, którego nie oddadzą zdjęcia.

Zjadam mnóstwo ciastek! Szczególnie mi smakują, bo w większości są na bazie mojego ulubionego ciasta francuskiego. Mniam 🙂 Zaraz lecę na takie ciastko i kolację. Dopiję tylko porto, którym powitała mnie recepcjonistka w hostelu. Jak się okazuje – Polka 🙂 Na szczęście nie ma zbyt wielu turystów. Tak mówią, ja widzę ich dużo. Jak tu bywa w sezonie? Ciężko, tłumnie i gorąco. Ale wtedy nie trzeba przynajmniej dogrzewać pokoi nocą. Teraz rzadko który hostel ma coś więcej do oferowania niż elektryczny piecyk. Zobaczymy czy zamarznę 🙂 W poprzednim hotelu musiałyśmy zmienić pokój, bo z klimatyzacji wiało chłodem.

O miłości do doskonałości

Doskonałość to cudowna bajka, jaka się podobno zdarza za górami, za lasami i oczywiście innym. Zdarza się, jak powiada legenda miejska, komuś w telewizji, albo w wielkim świecie. Wtedy ta doskonałość wydaje się aż nadto nęcąca. Doskonałość w życiu, urodzie, pracy, postępowaniu, w pisaniu ;). Tak,… należy wyraźnie zaznaczyć, że doskonałość jest nietrwała. Zmieniają się gusta, dążenia, ale i my się zmieniamy. I dobrze, gdyby jakaś doskonałość się utrwaliła cóż byłoby do zmiany, po co byłoby nam jeszcze błąkać się po tym świecie, gdzie wędrujemy od przemiany do przemiany.

Doskonała bywa miłość. Czasem, kiedy akurat nie chrapie, nie zgubiła kapci w szkole i nie krzyczy, że choćby ją trafił meteoryt nie wsiądzie do tego autobusu, bo chce jechać samochodem 😉 Czasem ją czuję. Nie na zewnątrz. Wewnątrz. Ona tam jest, taka lokalna doskonałość i pełnia. Kiedy idę ulicą i dostaję sms: „Cudownie było się dziś przy tobie obudzić :)”, albo gdy kobieta w cukierni wybiera mi lepsze ciastko, a sprzedawca sera dokłada mi parę deko, bo mam piękny uśmiech. Wtedy właśnie czuję doskonałość chwili. I nie tylko wtedy, wtedy to jest proste, sygnał idzie z zewnątrz. Najciekawiej jest, kiedy rano budzę się i czuję, że przede mną długi dzień, pęd do szkoły, pracy, jakiś nawał obowiązków, i wtedy włącza mi się obserwator. Ja mogę, ale nie muszę poddać się pędowi życia w takiej chwili i stresowi, smutnemu nagromadzeniu lęków. Mogę również, i właśnie to robię, zaobserwować jakie mam w tym momencie myśli, jakie obawy te myśli kreują i skąd pochodzą, jakie moje głęboko skrywane lęki je karmią. Czuję wtedy, jakbym była Doktor Jekyll diagnozująca Pana Hyde’a. Takie niespełnione marzenie o medycynie wspaniale mi się odkrywa i spełnia na poziomie duchowym.

Analiza emocji. Bardzo ważna sprawa, trudna i kosztowna w gabinecie terapeutycznym. Ale w moim łóżku nad ranem niezwykle łatwa, klarowna, kiedy umysł jeszcze śpi niemrawy, ale jaźń już się odzywa niezaburzona knowaniami mózgu. I wtedy właśnie, pojawia się prawda, również o naszych pragnieniach, lękach, jak w snach, gdy nasza podświadomość pokazuje wszystko takie, jakie jest. Czuję się wtedy wolna od umysłowego zaciemnienia, uwikłania w analizę i widzę prostą drogę do zrozumienia siebie samej. W tym właśnie upatruję doskonałość. Ale … nie dążę do niej. W żadnym aspekcie swojego życia. Nie obarczam się tym programem dla głodnych duchów, więzami niedoskonałości. Nie dlatego, że czuję się doskonała, bo nikt nie jest, ale dlatego, że w każdej chwili jestem najlepszą wersją siebie na jaką mnie stać, i to samo w sobie, jest doskonałe, bo prawdziwe. Chwila, w której jestem, jest doskonała. Każdy aspekt tej chwili, napisałam wręcz parę wierszy o tej niezwykłej obserwacji po skompilowaniu wielu informacji przepuszczonych przez moje serce, mój najlepszy miernik jakości we wszechświecie. Bardzo polecam, odczuwanie zamiast myślenia. Emocje mieszczą w sobie tysiące myśli z różnych chwil naszego życia i pojmowania, tysiące doświadczeń. Pełen wachlarz emocji prowadzi nas do prawdy o nas samych. Pozwalajmy sobie na emocje, wszystkie emocje i uczucia, bo to one są jak kompas do najlepszego wyboru drogi, kolejnej chwili, jaka się zaraz wydarzy. Idźmy za tym co czujemy, sercem, doskonałym kompasem życia. Nie chodzi o egoizm, ale o prawdę, prawdę o nas samych. Prawdę, jaką sprzedajemy często za marne zainteresowanie, za względny spokój, przystosowanie. Nie warto wyzbywać się takiego doskonałego narzędzia. Mózg, czyli umysł jest przecież taki ograniczony. Wystarczy pomyśleć o tym, że nawet kiedy nim zwyciężamy np. na olimpiadzie chemicznej 😉 czy w dyskusji, pamiętamy nie tyle zmagania umysłowe ile towarzyszące temu emocje, uczucie zwycięstwa. To co zapamiętujemy sercem zawsze jest z nami. To co nas uwzniośla i to co nas pogrąża w smutku. Nasz doskonały ster na wzburzonych falach oceanu czasu. A jego główne zadanie – skierować nas na bezpieczny ląd … ku sobie, ku miłości.

O miłosnych potyczkach

Każdy z nas potyka się o różne miłości. Już od wczesnej młodości pragnęłam kochać naprawdę i wciąż się rozglądałam, za tym kogo by tu pokochać. Już wtedy wiedziałam co jest dla mnie ważne. Wciąż się zakochiwałam, zwykle w starszych od siebie chłopcach i marzyłam …
Ostatnio zrobiłam sobie mały przegląd moich miłości i zauważyłam po co zdarzało mi się kochać. Oczywiście główną przyczyną była miłość, ale …

Pewien mężczyzna, z którym byłam, mówił, że lubi duże blondynki. Trochę się obruszyłam, jestem małą brunetką. Pomyślałam: „Impas”. I go uwolniłam. Nie miałam w związku z tym żadnych negatywnych emocji. Tak jest racjonalnie, a ja przy okazji bardziej uwierzyłam w siebie i doceniłam swoje ciało. Inny chciał bym się uczyła matematyki, by mu pomagać w genialnych fizycznych badaniach, które planował. Ja się nauczyłam, on studiów nie skończył. Znowu zapadł „Impas”. Ale za to jak się pięknie wykształciłam. Jeszcze inny chciał mnie uczyć partnerstwa, ale nie opuszczać żony. Też mu odpuściłam. „Impas” na dwie strony 😉 Nauczył mnie wierzyć swemu instynktowi.

Teraz mała rada. Kiedy ktoś się zbliża do naszego świata wychodzimy z domu i na powitanie stawiamy mu płoty, to nasze granice. Nie wpuszczamy za nie i obserwujemy. Zwykle ktoś przychodzi, by jak lustro wskazać, gdzie nam pękła deska, gdzie trzeba dogrodzić, gdzie rura przecieka i trzeba to łatać, łatać szybko, sprawnie. Po to do mnie przyszli wszyscy ci panowie. Załatałam z trudem. Teraz to rozumiem. Wiem już, że się z sercem trzeba zmierzyć czasem jak w życiu z kompasem. Zawsze wskaże północ, choćbyś stał na głowie. Gdy wszystko gotowe, będzie można usiąść i popatrzeć …

Kiedyś, albo wcale,
przyjdzie taka chwila,
że za moim płotem
ktoś zjawi się w porę,
kiedy będę czytać
w słoneczny poranek
na werandzie
w ciszy.
Wtedy najpierw powie
co serce słyszy.
Podejdę do furtki
i mu ją otworzę,
bez lęku,
że w drodze zerwie tulipany,
podepcze mi wrzosy,
albo kopnie kota.
Zrobię mu herbatę.
Usiądziemy w cieniu.
Będzie pił, bez słowa.
Będzie patrzył wokół,
będzie się uśmiechał
łagodnie,
oczami.
Ja będę spokojna,
bez skoków ciśnienia
i motyli w brzuchu,
bo będę wiedziała,
że to on i tyle.
Ot historia cała.
Kiedy nam się znudzi
milczenie,
czekanie,
może go zaproszę
na smaczne śniadanie,
pójdę z nim nad morze,
może nad ocean.
Może mnie przytuli,
może mi coś powie.
Albo się nie zjawi,
będę mieć go w głowie.
I nie będę czekać,
wciąż się zastanawiać,
czy jest taki w świecie.
Będę żyła sama,
szczęśliwa i pełna
plotąc wszystko wokół
aż do końca świata
wierna
przy swym boku.

My Lisbon Story: First Episode, Part 2.

 

Urwałam się dziś po obiedzie, po bardzo ciekawej sesji i przeszłam w pełnym słońcu po mieście. W drodze zobaczyłam siedzącą na ławce parę dziewczyn wtuloną w siebie, jedna trzymała kolana na nogach drugiej tak, jak czasem w parku siedzą warszawskie nastolatki. Poczułam się jak w domu. Ale u nas takie publiczne okazywanie uczuć nie jest mile widziane. Przynajmniej oficjalnie. Obrazek był piękny. Jak ich uczucia, które dla mnie są jak najbardziej naturalne i cudowne. Oczywiście dwie kobiety są bardziej akceptowalne niż dwóch mężczyzn. I tu tkwi pewna hipokryzja, nie sądzicie? Oczywiście można powiedzieć, że mamy granice tolerancji, każdy inne. W relacji z ludźmi, w seksie, choć czasem warto zdjąć kilka barier w tej naprawdę wspaniałej grze wyrażania siebie, ale w miłości? Jakie granice?

Miłość, moim zdaniem, nie ma granic. Jest nieskończona, albo jej nie ma. Uczucie jakie większość z nas przeżywa, czy to w fazie zakochania, czy potem, miłością niestety nie bywa. Jest za to dopełnieniem, spełnieniem roli, odegraniem schematu zaszczepionego z dzieciństwa, wyrażeniem lęków, albo pożądaniem, czy poszukiwaniem bezpieczeństwa, partnerstwa, czasem interesem, względnie super układem itd. To surowa ocena, można się z nią nie zgadzać, ale moje obserwacje pokazują, że tak w większości bywa. Nie znaczy to jednak, że nie można takiej „zwyczajnej” miłości przetransformować w tę niezwyczajną. Można, ale trzeba się postarać. Najpierw zalepić w swoim sercu wszystkie dziury, które mogłyby spowodować lęk, że „nam się nie uda”, „nie umiemy”,  „ktoś nas nie zechce, zrani”, i zaprzeczenia, że „nie potrzebujemy”, bo „tak nam wygodnie”, „wystarczy nam to co mamy”,  że nie wspomnę o tym „co powie rodzina, przyjaciele, współpracownicy”.

Kiedy serce staje się pełne, całe, szybko odnajduje drogę do prawdy o nas samych. Czy kochasz tego, z którym jesteś, czy wygodę jaką ci gwarantuje? Czy masz w swoim sercu potrzebę przeżycia naprawdę, a nie na pokaz, nie według jakiegoś planu, roli, wyobrażeń, ambicji, lęku przed samotnością. Spadają wtedy kolejne maski, rozpadają się iluzje. Życie staje się prostsze kiedy widzisz prawdę. Nawet jeśli prawda boli, zmienia rodzinę, odsuwa na bok sprawy do tej pory stojące w pierwszym rzędzie. Miłość wypływająca z prawdziwie czującego serca i daje siłę, zobaczyć to co nas mami i odrzucić, by skupić się na tym co prawdziwe, a co jest jak skała w nas samych.

Wiele razy kochałam, w różny sposób. Każde z tych uczuć czegoś mnie uczyło i prowadziło mnie do jednej podstawowej prawdy. Miłość nie może ranić. Jest na to za łaskawa. Ranimy się my sami, naszym postępowaniem, myślami, tym, że ją odrzucamy w jej prawdziwej formie, nieskończoności, na jaką po prostu nie zawsze jesteśmy gotowi. Kiedy stajemy się gotowi, miłość zakwita w nas jak naturalny stan, bez uwiązania, ról, potrzeb, ślepego pożądania. Miłość jest wolnością, jej wyrazem najczystszym, najpełniejszym. Woli dawać i mnoży się od tego, nie ubywa. Fenomen matematyczny. Gdyby zrobić porównanie do liczebności zwanej mocą zbioru, kochałam mocą zbioru jak liczby naturalne, potem wymierne i niewymierne. Wszystkie zbiory są nieskończone, ale miejscami puste. Teraz czekam na miłość o mocy zbioru liczb rzeczywistych. Tej się nie da dopakować liczbami, jest gęsta, zwarta, i co ciekawe, równie liczna co dowolny odcinek. Gdyby się pokusić o kolejne skojarzenia, nie musi trwać w nieskończoność w przestrzeni ludzkiej, kiedy przyjdzie, bo ludzkie życie jest ograniczone, ale powinna być pełna. Tak sobie myślę, że warto na nią poczekać, na tę prawdziwą. Być czujną, uważną i dostrzec właściwego człowieka, bo miłość, we wszystkim co nas czeka, to najpiękniejsze doświadczenie, po jakie przychodzimy, jako dusze, na ziemię. Miłość, odbita w sercu innego człowieka.

Co noc śpię w hotelu z księżycem za oknem. Kiedy wstaje słońce, księżyc nadal wisi na lazurowym niebie. Zawsze czułam pociąg do księżyca. I kocham słońce rozlewające się ciepłem po całym moim ciele. I portugalską kawę słodką i pachnącą. Jem typowe francusko – portugalskie śniadanie, kawa + ciastko i słodzę tę kawę bo jest boska posłodzona. Cukru się nie boję wcale. Zdjęłam kolejny program. Kolejny po poprzednich o wiele cięższych. Teraz w spokoju patrzę na siebie i innych, a wszyscy wokół stają się tacy spokojni, zrelaksowani, przyjacielscy i uczynni. Nie mogą być inni, kiedy ja tam jestem w takim balansie, relaksie. Za kilka dni moje wystąpienie i wtedy przejdę test na koncentrację. Na razie się cieszę i chłonę to co wokół dla mnie stworzył wszechświat w moim wesołym, twórczym gronie cudownych ludzi nauki.

My Lisbon Story: First Episode, Part 1.

Jestem na konferencji w Lizbonie. Jeszcze nie zdążyłam zobaczyć miasta, ale planuję zostać tu dłużej, więc jeszcze je wchłonę i poczuję, tak jak lubię. Całe dnie spędzam na wykładach, od rana do wieczora. Pogoda jest piękna słońce wpada przez okna i rozprasza się na monitorach. Trzeba przyznać pogoda gra nam na nosie 🙂
Zaobserwowałam ciekawą rzecz, którą muszę się podzielić. Być może ktoś z tego skorzysta. Wielokrotnie słyszałam, że to co nas spotyka, wszelkie doświadczenia, są krojone na miarę naszych potrzeb, ale również na miarę naszych możliwości, jakie mamy tu i teraz. Od kilku lat jeżdżę na międzynarodowe konferencje, które wymagają wystąpień przed bardzo wymagającą publicznością. To taki egzamin z umiejętności i postępów w mojej pracy. Przez długi czas męczyłam się z myślą, że mój angielski jest do bani i jadł mnie stres przed wystąpieniem, choć zwykle miałam ciekawe wyniki do pokazania i po prezentacji byłam dobrze oceniana. Można powiedzieć, za surowo się oceniam i powinnam mocniej w siebie wierzyć. Cóż, to prawda. Wierzę w siebie bardziej, ale … Właśnie odkryłam coś, co przekracza moje dotychczasowe doświadczenia. Zauważyłam, że na każdej kolejnej konferencji ludzie wokół mnie mówią lepiej po angielsku, ich prezentacje są ciekawsze, bardziej klarowne itd. Można pomyśleć, że świat się rozwija i ludzie wokół mnie również. Ale … i tu musicie mi uwierzyć na słowo. Odniosłam wrażenie, bardzo silne wrażenie, że to nie świat wokół, a w każdym razie nie on sam. To ja się rozwijam. Stan w jakim jestem, język, poziom dostosowuje się do mnie i daje mi motywacje do kolejnych kroków. Widzę, że prezentacje są językowo o jeden plusik wyżej niż mój angielski, ale to tez wynika ze specyficzności, polegającej na tym, ze mówią o zjawiskach jakich ja nie badam. Oprócz tego, jeśli jestem skoncentrowana, rozumiem wszystko. Czy to nie dziwne? Nie, bo to wszystko układa mi się w cudowny sposób we wzór jaki ostatnio przyłożyłam do wszechświata. Mój wszechświat odpowiada na moje potrzeby, więc kiedy mam się uczyć podsyła mi sytuacje kiedy mogę to robić, ćwiczyć, próbować i wzrastać w tym naprawdę. Można pomyśleć zwariowałam. Nie tak do końca. Zaobserwujecie swój własny świat i kiedy zaczniecie myśleć tak jak ja może się okazać, że wszystkie małe rzeczy z jakimi się co dzień mierzycie są po to byście robili postęp w jakimś kierunku np. uprzejmości wobec ludzi, szczerości wobec siebie, przyswajaniu innych umiejętności. Dla mnie to również jest nauka o przekonaniach. Ja ostatnio nabyłam takie wygodne przekonanie, że wszechświat mi odpowiada na pytania o rozwój, bo nie wiem w jaką stronę powinnam się rozwijać. I proszę, lecę do Lizbony, słucham całe dnie o skomplikowanych zjawiskach w cieczach, mikro i nanoskalowych, a dziś zobaczyłam niebywałą rzecz na koniec pierwszego dnia konferencji. Zwykle naukowcy kojarzą się ze sztywniakami o przerośniętych mózgach i nieciekawej aparycji. Muszę was wyprowadzić z błędu. Moje koleżanki i koledzy nie są ani bardziej, ani mniej urodziwi niż reszta. Większość za to jest wysportowana, aktywna do późnego wieku i wesoła w taki cudowny sposób, przy którym ja się nigdy nie nudzę i nie staram śmiać tylko dlatego, że chcę być miła. Ale ja nie o tym. Dziś zobaczyłam, jak dziewczyna rok temu zdobyła prestiżową nagrodę za wystąpienie. Wyszła przed szacowne gremium, wyjęła ukulelę i zaśpiewała swój przygotowany wykład o nanorurkach węglowych! Wszystko pięknym pełnym głosem, w rytmie i rymując jak trzeba do przeboju na czasie, który mogę zanucić, ale tytułu nie pamiętam! Cudowne! Po prostu cudowne. Mimo, że oglądaliśmy to tylko na wideo, taką trzyminutową powtórkę, cała sala klaskała. I co naukowcy są niby jajogłowi? O nie, to ludzie z pasją i gotowi do wyzwań. Jaką trzeba mieć fantazję i odwagę, by stanąć przed salą pełną ludzi przygotowanych na kolejne wykresy i dać im taki prezent. Powiem jak moje dzieci: Szacun! I naprawdę chylę czoło. Kto to zrobił? Kobieta, pełna pasji życia, kochająca swoją pracę, i umiejąca wyrazić w niej siebie. Wspaniałe. Następną nagrodę, tegoroczną, otrzymał mężczyzna i widać było, że jest mu trochę tak nieswojo przyjąć ją po kimś, kto tak zabłysnął.

A w komentarzu zaledwie parę zdjęcie jakie zrobiłam: kwitnący aloes przed kampusem uniwersyteckim 🙂 (powyżej)
I moja ławka w sali zapisana przez studentów. To taka mała wskazówka dla mnie. Nie wychodź z ławki, jeśli świat próbuje cię uczyć. Jeśli się nudzisz, namaż coś, przeczekaj, ale siedź wytrwale, bo powrót do szkoły bywa bolesny … jak kaktus podczas lądowania 🙂

 

 

 

Pragnienie

Pragnę Cię latem, jak świetliki światła,
gdy parną nocą wędrują strumieniem
z magicznym lśnieniem.

I jak czerwieni pragną wszystkie drzewa,
kiedy jesienią czas im się dopełnia.

Jak skrzypienie śniegu w mroźną noc wśród ciszy,
w której każda myśl jak płomień wibruje najczystszy.

I wiosną pragnę jak zapachu trawy
na zapomnianej w gęstym lesie łące
kwiatami pachnącej.

 

3.10.2017

Nie ściągaj mnie

Nie tym razem,
gdy widzę pod sobą
przestrzenie
wypełnione miłością
drgające i nowe.
Puls tego świata
jest boski,
wymiary
nieliniowe.

Mogę wśród nich
nurkować,
odkrywać węzły,
wzory.
sunąć pod prąd
i surfować
na falach,
gdzie do tej pory
strach mnie osaczał
i wstydu niepotrzebne knowanie
zamiast na miarę cudu
wziąć w swoje ręce zadanie.

I powędrować
i zgłębić
to co się zgłębić uda,
zamiast ludzkiej udręki
wyrzeźbić dla siebie cuda.

19.10.2017

Pytanie

Uruchom swoja zielona czakrę
piękna kobieto pełna nadziei.
Niech włosy czarne,
niech spojrzenie w dali
jak fala wzbudzi zmiany w tej przestrzeni.
Niech czas się zwinie wokół twoich palców
utkaj mi z czasu słowa jak symbole
do nowych wyzwań
do nowej muzyki
której po zbudzeniu
z ust twych słuchać wole.

Niech Twoich oczu nie maci
zwątpienie
niech czas nie martwi
ani nasilenie
zmian i postępów
które nas czekają,
nim los nam w sercu
poda klucz do raju.

Ja się nie boje
ani długich nocy
ani zwątpienia
co świat wokół toczy.
Idę i głowę unoszę wysoko.
Nie będę kłaniać się więcej obłokom,
bo to obojętne dla nieba,
dla ziemi
czy my szczęśliwi
z uczuciami swemi.
Od nas zależy,
co też oznaczają
i to jak je w sobie
z czasem
kształtujemy.

Tylko mi powiedz
Czysta Perło z nieba
że to co zmieniam
zbliża mnie do duszy
do ideału jej o mnie
marzenia.

Do obrazu z serca,
co demony kruszy…

Samotność

Czemu samotność
Przyciąga mnie ciszą
Czy nie chcę słyszeć
Co dusze mi piszą?

W snach mnie wołają
Uciekam przed nimi
Krętymi drogami
Od siebie
W pustkę …

I cóż mi po sercu
W pustce istnienia
Gdzie nie ma
niczego
nawet
zapomnienia.