
Zawsze miałam problem z dokonaniem wyboru. Niezależnie czy chodziło o bluzkę w sklepie, termin spotkania, czy mężczyznę, reagowałam niepewnością i zagubieniem. Obawiałam się, że jutro, najdalej za tydzień, okaże się, że źle wybrała i martwiąc się na zapas, męczyłam się wybierając. Zakupy to był prawdziwy koszmar. Tyle możliwości i opcji do wyboru, że odwlekałam je najdalej jak się dało. Mówiąc szczerze wybierałam stanie, nie działanie, bo tak mi było prościej. Nawet jeśli czułam, że mi coś umyka, bałam się ryzyka, że polegnę na jakimś wyborze i trwałam tak do niedawna, upierając się, że niczego mi nie trzeba, mam wszystko i nie muszę już wybierać. Do Lizbony też poleciałam z myślą, że wybiorę, ale bez nacisku, nastawienia i odkryłam, że da się wybrać bez stresu, o to, że dopadnie mnie jakaś pomyłka w wyborze. Zobaczyłam, że stres związany z wyborem jest pozorny. Wybór czasem dokonuje się sam, wcześniej, nim świadomie wybieramy. Poszłam na milongę w Lizbonie, bo wybrałam działanie jeszcze przed wyjazdem, kiedy coś się we mnie zmieniło i pokochałam wybierać. Teraz kiedy wchodzę do sklepu na pierwszym wieszaku zwykle wisi to czego mi potrzeba. I czasem tego nie biorę.
Wybór oznacza dostatek opcji do wzięcia. Ważne co czujesz kiedy wybierasz, jeśli w chwili wyboru czujesz spokój serca, nie obojętność, ale pełną zgodę na to co wybrane, wszystko będzie dobrze. Wybierając z poziomu serca wybieramy to, co nas wspiera i jeśli nawet poczujemy się potem trochę gorzej, to znaczy, że przepracowujemy jakąś lekcję i prawdopodobnie nie mogliśmy wybrać inaczej, by to dostrzec. Co innego, kiedy po wyborze serce wciąż nas niepokoi i wskazuje na to, co wybraliśmy przy różnych okazjach. Warto wtedy przyjrzeć się temu co zrobiliśmy, żeby znaleźć przyczynę. Nie wypierać, nie zagłuszać emocji. One mówią coś ważnego. Kiedyś przepisałam córkę z klasy do klasy na początku gimnazjum. Wydawało mi się, że dobrze robię. Wciąż potem widziałam rodziców z przepisanej klasy i czułam jakiś niewytłumaczalny wtedy niepokój. Potem okazało się, że to nie był dobry wybór. Gdybym sercem patrzyła na całą sytuację i była czujna, zobaczyłabym wcześniej to, co serce od razu widziało.
Teraz kiedy wybieram, słucham wyłącznie serca, nie rozumu, racjonalności i tkwiących w niej ograniczeń. Widzę jaśniej, jak wybrać to, co służy mi i mojej rodzinie. I oczywiście nie sugeruję się tym co uważają ludzie, nawet ci zaprzyjaźnieni. Czuję jak i co zrobić, i nie mam parcia na nieomylność. Jak się pomylę, mówię: „Sorry, zdarza się. Zapamiętam.” I czuję, że potrzebna była ta lekcja. Jestem za nią wręcz wdzięczna.

W większości przypadków jednak mam taki spokój w sercu, że się do siebie uśmiecham, kiedy idę do sklepu i rozmawiam z ludźmi. Wybieram na tak wysokim poziomie komplikacji ze spokojem w duszy, za jej zgodą, że szczęście przenika mnie i czasem wręcz czuję rozkoszne mrowienie na myśl o tym, że mogę wybrać. Gdy staję przed wyborem, to tak, jakbym wyciągała ręce po przeznaczenie. Kocham wybierać i nie obawiać się tego, co do mnie przychodzi w konsekwencji. Bo pozwoliłam sobie źle wybrać. Najwyżej przejdę jakąś pętlę w życiu, ale nie będę stała w ukryciu, z zaciśniętą pięścią z niemożności dokonania wyboru. Więc ostatnio wybrałam coś bardzo ważnego, i kiedy się już zdecydowałam co wybieram, natychmiast pojawiły się możliwości dalszej realizacji celu. A w mojej duszy taki spokój zagościł, jakbym nauczyła się chodzić po wodzie. Kocham prowokować wszechświat do manifestacji tego co dla mnie dobre.

Ludzie generalnie kochają radzić innym ludziom. Nie będę się rozwodzić nad tym, że niektórzy wręcz rozkoszują się radzeniem tym, których uważają za słabych i pogubionych. Widząc z boku czyjeś istnienie w świecie łatwo, zdawałoby się, radzić jak żyć tym, na których się patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń. Pozornie podkreślam, to proste. Kiedy widzę, jak ktoś się miota w sytuacji, którą sama przerobiłam, mogę pomóc, ale … i tu pojawia się prawdziwa tajemnica radzenia, nie mogę wchodzić do czyjegoś życia z impetem nieomylności i pychy: „Ja wiem.” Bo nie wiem. Nie jestem tym kimś.
Poczułam obawę. Spotkałam parę osób, które czytają to co napisałam. Nie wiem do końca jak reagować. Kiedy jestem schowana za monitorem mojego komputera i statycznie patrzę ze zdjęć, wszystko wydaje się bezpieczne. Poczułam się dziwnie. Widziałam komentarze i inne znaki. Nie skupiałam się na nich, żeby nie zawisnąć na jakiejś blokadzie w pisaniu. Teraz patrzę, jak taka blokada zbliża się i staram się ją demontować w czasie tego zbliżania. Dlaczego? Bo chcę pisać wolna, od wszystkich ograniczeń, wpływów, a życie daje mi dość inspiracji, nawet taką jak dziś, przekraczanie siebie w kontekście swojej anonimowości w kreacji. Czy mam się schować za strachem, że ktoś mnie wywoła do tablicy, bo coś napisałam? Nie, zdecydowanie nie boję się krytyki. Piszę, bo nie wyobrażam sobie nie pisać. I choćby pioruny strzelały w ziemię tam gdzie chodzę, będę pisać i na swój sposób wyrażać to co dla mnie ważne w mojej wędrówce po moim osobistym niebie. Może wystarczyłoby to tylko pomyśleć, założyć sobie folder w głowie, albo na własnym komputerze. Czuję, że jeśli choć jednej osobie to co piszę pomoże, to zysk, o jaki nie zabiegam. Nie nazywam tego też sztuką, po prostu wkładam w to siebie. Więc będę pisać, czy moje teksty i wiersze znajdą jakieś oko. Takie są najszczersze moje myśli i trudno, jeśli to nie jest codzienną praktyką, że się dzielimy sobą, jak ja się teraz dzielę. Może czasem powinniśmy? Może mniej byłoby w nas nienawiści, niezrozumienia w stosunku do innych, gdybyśmy czasem mieli dostęp do ich myśli, prawdziwych uczuć, szczerych wyrażeń tego co dla nich ważne. Prościej byłoby do nich dotrzeć i nie obawiać się ich stosunku do nas, do świata. Nie różnimy się tak bardzo, jak nam się wydaje. Mój syn ostatnio powiedział w podobnym kontekście:”Mamo, to jest tolerancja.” Tolerancja w tym, by dać innym prawo do realizacji marzeń, które w żaden sposób nie zaburzają naszej przestrzeni, jeśli tego nie chcemy. Dlatego nie słucham kapel deathmetalowych, bo nie czuję tego i nie polecam robić żadnych rzeczy wbrew sobie. Nawet czytać, choć czytanie rozwija, blogów zwariowanych, roztańczonych kobiet. I to chyba tyle jeśli chodzi o demontowanie. Zdaje się, że zdemontowałam w całości. Pozdrawiam serdecznie tych co czytają i tych co nie czytają, niech się wszystkim ziści to czego im najbardziej w życiu potrzeba. Wolności w tym co jest dla nas szczęściem i dzielenie się tym z innymi, choćby to było granie na dudach w szkockiej kracie, albo robienie na drutach. Wolności tworzenia i odkrywania siebie.
Zawsze kochałam tańczyć. Czułam jakbym odrywała się w tańcu od ziemi. W poprzednim życiu ponoć byłam tancerką, tak mi powiedziała Wróżka w lodziarni „Malinowej” blisko centrum stolicy. Czy tak, nie wiem, ale taniec mam we krwi. Nie chodzi o eleganckie, wystudiowane przemieszczenia ciała wytresowane na zajęciach dla baletmistrzyń wszelkiego sortu. Ja się poruszam nie patrząc co, i jak robię, i mam w nosie co inni myślą o moich poczynaniach. Z bardzo prostej przyczyny, kocham się zapomnieć, kiedy tańczę i, gdy w rytm kosmicznej muzyki zapala się we mnie ogień. Muzykę dowolną oswoję, od Beethovena po hip hop. Może za wyjątkiem dark metalu, bo mi ciarki przechodzą z niezrozumienia tej muzy. Ale pop, rock i reszta muzyki rusza mną, jak wiatr wierzbą, i się przemieniam. Zamykam czasem oczy, by łatwiej się temu oddać co płynie z centrum i, jak fala rozchodzi się po moim ciele. Nie chodzi tylko o rozluźnienie, o oddanie, swobodę i wyrażanie siebie. Czuję się jak nieskrępowane konwenansem dziecko siadające na podłodze w sali pełnej krzeseł między zachmurzonymi krytyką dorosłymi. Czuję się jakbym wszystkiemu uciekała z miłością do braku jakichkolwiek granic. Mój taniec za każdym razem jest inny, wyjątkowy, jak każda kolejna chwila. Kiedy tańczę nie martwię się o technikę, ozdobniki i to, na której nodze stoję, o to jak wyglądam i czy tańczę z kimś, czy sama. Tańczę kiedy tylko mogę, w domu, w pracy przy biurku z papierami, w samochodzie, w sposób ograniczony, ale jakżesz podkreślony prędkością, i w snach. I kiedy tańczę czuję, że nic mnie nie zatrzyma, wyzwala się we mnie taka siła, moc, potęga, nieważne jak to się nazywa. Wznoszę się i gubię wszystkie smutki, a ziemia ucieka mi spod nóg, albo to ja jej uciekam.
k wulkan i często wtedy wzdycham na pełnym wydechu, albo wciągam powietrze ziewając nie za mocno jednak, żeby nie zmęczyć klatki piersiowej. Myślicie, że to takie proste? Połóżcie się i świadomie poleżcie, zobaczymy jak wam wychodzi. Ja w leżeniu jestem mistrzem, bo leżę po to, by odpocząć i pobyć. Odpocząć wcale nie jest tak łatwo. Można się zamknąć w domu, odizolować, ale w kluczowym momencie dopada cię myślotok i wybacz, że to napiszę „du.. wołowa” z leżenia. Cała sztuka się nie wkręcać, nie słyszeć, a być tym leżeniem, jak powietrzem w płucach, jak wodą w jeziorze, jak niebem. Medytuję czasem i powiem wam, że lepiej mi idzie leżenie. Jest dla mnie naturalną terapią. W medytacji siedzenie jest dlaczegoś konieczne, ja w leżeniu spełniam wszystkie założenia medytacji, oprócz siedzenia. Zresztą w innym układzie odniesienia moja pozycja może być np. opisana, jako stanie na głowie. Wprawni jogini pewnie byliby zachwyceniu widząc taką pozycję w pełnej medytacji. Więc leżę i powiem, że nie wierzę, że jest jeden sposób na realizację pasji, jaką jest bycie. Można biegać, skakać na bangi, latać samolotami i kopać piłkę. Ja tańczę, chodzę, śpiewam, pływam, śnię piękne sny i czasem leżę. Każdą z tych czynności wykonuję coraz bardziej i bardziej, i na pewno dojdę do stanu, kiedy powiem już dość. Tańczę jak powinnam, chodzę, leżę, piszę. Teraz, gdy idę do tego stanu, bawię się każdą chwilą i uczę się pojmować ją, jak wspaniałą naukę życia. Idę bez wysiłku, można powiedzieć, bo kiedy trafiam na trudną sytuację wiem, że nie przyszła za karę, ale po to, by się rozwijać i zobaczyć, co jeszcze mogę zrobić lepiej, pełniej, by żyć pełnią życia. Nawet leżeć trzeba więc umieć, bo leżenie, jest byciem, jest chwilą po lub przed wstaniem, chodzeniem, przytuleniem dziecka i powrotem do pracy. Leżenie ma sens, jak wszystko, więc czujmy się w pełni, nawet kiedy wydaje nam się, że chwila jest bez wpływu, sensu i konsekwencji. Każda chwila prowadzi nas przez życie, warto czuć ją w pełni. A cóż, tak na marginesie, jest niewłaściwego w przeżywaniu wszystkiego, jakbyśmy ostatni raz czuli, byli, jakbyśmy za chwilę mieli zniknąć? Wszystko co nam się przydarza jest po coś. Jeśli czujemy, że teraz tylko leżeć i płakać, to leżmy. Popłaczemy krótko, długo, a potem wstaniemy, bo nic nie trwa ponad nasze siły, jeśli tego, wbrew sobie, nie zatrzymujemy. Nawet leżeć trzeba wiedzieć ile. Nie tyle ile wlezie, ale z umiarem. Dlatego trzeba wykorzystać każdą chwilę przeznaczoną na leżenie, leżąc i nic więcej, leżąc z głębokim poczuciem i podziękowaniem, że teraz jest czas na odpoczywanie i być, być tą chwilą. Bo każda chwila jest jak wieczność, jeśli ją złapiemy swoją świadomością, a świadomość obrazem zdolności przeżywania każdej chwili.
ochę marzeń, trochę miłości, rozczarowań, samotności i podsumowań budżetu. Kiedy pisałam, czułam się jak w krainie baśni, jakbym stwarzała wszechświat od nowa. Czułam wręcz wszystko co napisałam, widziałam w snach i marzeniach. Zawsze byłam nadwrażliwa.
pie, w trakcie. Nieziemskie, nieopisywalne uczucia zespolenia w jedność muzyków w zespole, śpiewaków i publiczności, i czegoś co nazywają duszą. Bez jej obecności fado nie ma. Dlatego ten co nie umie połączyć się z duszą może śpiewać, ale nie fado. Mnisi wszystkich religii znają tę prawdę od zarania. Modlitwa wysłuchana to taka, która wznosi się przez duszę. A fado jest jak modlitwa przy użyciu poezji i muzyki. Wracałam z muzeum fado i cały czas nuciłam, a nawet trochę śpiewałam na bieżąco układając słowa. To takie proste kiedy ma się otwartą duszę łączyć słowa na kształt wierszy i nucić idąc ulicą w ludnym mieście, gdzie nikt nikogo nie zna, bo wszyscy tu są na chwilę, dłuższą bądź krótszą. Jak ludzie na ziemi, wpadamy czegoś doświadczyć i się odmeldowujemy. Ja też się kiedyś odmelduję z tego świata. Wyloguję z używania tego awatara i zaniosę ze sobą fado, ukryte w głębi wspomnień. Połączenie z innymi wymiarami. Może dzięki temu łatwiej mi będzie trafić tam, gdzie mój prawdziwy dom. Po okruszkach, jak wiersze, fado, marzenia, wzruszenia, miłość do dzieci, ludzi, do otoczenia. Zaniosę to co mam w sobie i co uzbierałam w sercach innych ludzi. Szczere uczucia, relacje, miłość i zrozumienie ludzkich słabości. Czasem wydaje mi się, że temat rozlewa mi się wielowymiarową kaskadą i trudno się trzymać jednej ścieżki. Może to jakieś futurystyczne pisarstwo, taki wielowymiarowy kubizm literacki? Dziwny, ale prawdziwy. Teraz, gdy to napisałam, zastanawiam się nad kolejną kategorią na stronie. „Pisarstwo pseudoartystyczne dla dziwnych, zrelaksowanych kobiet, po 40tce”. A co tam, niech się dzieje. W końcu dziwniejsze rzeczy pisałam. Baśnie o królewiczach ratujących spadające z konia niewiasty przecudnej urody. I królewicze piękni, i panny, tylko ci pierwsi bardziej barczyści i zasępieni wewnętrznym bólem, którym każda litościwa panna chce się zająć od ręki i leczyć, najlepiej rychłym ślubem. Albo smętne opowieści o wędrujących braciach, z których jeden się zakochał i pragnął wrócić do dziewczyny, która tylko mu się przyśniła. Wszystko to napisałam z pełnym zaangażowaniem. To teraz będę pisać nie po to, by wywołać upust marzeń z przepełnionej głowy, ale by słuchać siebie i dostrzec inne poziomy.
porównujemy się ze światem. Oceniamy się często srogo. Są oczywiście tacy co się nie oceniają surowo i często żyją kosztem tych co mają niskie poczucie własnej wartości. Mimo wszystko lepiej iść w tę stronę, od niedoceniania siebie do docenienia, niż od przeceniania do prawdy. Przecenianie jest bowiem bardzo nęcące, a z nęcących stanów ciężko się wyzwolić i wytrwać w realności. Z drugiej strony ofiara, też się lubi pławić w swoich cierpieniach, ale kiedy zwalczy program małości, nie wraca już tak chętnie do swego bólu istnienia. Dlatego kiedy zobaczyłam mój stosunek do siebie, jako ofiary i zaczełam dbać o siebie przez odłożenie na bok, a potem wyrzucenie za burtę oceniania. Nie znaczy to, że się nie obserwuję. Widzę siebie w całej krasie, ale ponieważ się nie oceniam pozwalam sobie widzieć więcej moich cech, reakcji, emocji, skojarzeń, niż wtedy, gdy oceniałam się bez przerwy i wypierałam pewne zachowania, bo wolałam się aż tak bardzo nie pogrążać poczuciem wstydu. Teraz widzę, patrzę i relacjonuję, czasem w głowie, bardziej w sercu, na bieżąco co się dzieje wielopłaszczyznowo. I obraz mi się odplamia, wyostrza, zaczynam widzieć prawdę, a to co widzę jest tylko gamą różnych działań, na które mam wpływ jako człowiek. I wpływam, na swoje myśli, zachowania, wyzwalam emocje, przyjmując siebie jaką jestem. W ten prosty sposób, nie oceniania, wreszcie mam okazję zobaczyć siebie, nie swój wizerunek tworzony na potrzeby innych, chwili, potrzeb. I wiecie co, z zaskoczeniem i radością odkrywam, że w głębi duszy tam, gdzie jestem prawdziwa, jestem całkiem piękną, subtelną i silną istotą, pełną szczęścia, współczucia do innych, wrażliwą, kochającą i mądrą. Nie sądzę, że jestem wyjątkiem. Nie przeceniam siebie. Szczerość, na którą się zdobyłam w tej drodze była wielką kopalnią diamentów – prawd o sobie. Wszystkie je przyjęłam, zważyłam, część zachowałam, to co mi nie służy odrzuciłam, i każdego dnia tak robię. Patrzę na siebie z miłością, na jaką zasługuję i czuję, że każdy zasługuje na miłość do siebie. Od tego się zaczyna prawdziwe odrodzenie. W akceptacji, w sile spojrzenia w przepaść, bez oceniania wysokości urwiska. Miłość, która nie zaślepia, która burzy w nas pozory i oczyszcza drogę do wewnętrznej istoty. Do pełnego światła i prawdy człowieczeństwa, z którego już tylko krok do miłości do innych.
Miłość do siebie to nie narcyzm. Narcyzm, w szczególności w stosunku do ciała, jest destrukcyjnym rozumieniem miłości, autodestrukcyjnym wbrew pozorom. Kochać siebie nie oznacza nic więcej niż widzieć siebie w prawdzie i potędze, i tę prawdę pokazywać światu. Potęgę zaś należy przyjąć, i czuć, i każdym działaniem próbować jej sprostać przełamując nasze ludzkie ograniczenia. Wyzwalanie potęgi człowieka, jego miłości do siebie odbywa się, moim zdaniem, przez zdejmowanie programów, jakie narzuca nam ego, by nas kontrolować i umniejszać. Przez ego zamiast prawdy widzimy iluzję, z której trudno się wyzwolić. Miałam na sobie super węzeł iluzji i pułapek ego. Nie przez przypadek jestem w mojej rodzinie znana z rozwiązywania beznadziejnych dla innych węzłów. Wiąż mam programy, które powoli odpuszczam. Jednym z nich było nie jedzenie cukru. Przez jakiś czas nie czułam chęci na jedzenie słodyczy i zapisałam sobie program, że to dobrze, bo cukier mi szkodzi. Czy szkodził? Racjonalnie patrzę w przeszłość. Nie szkodził. Jem więc cukier i wszystko na co przychodzi mi ochota. Dosłownie, i mięso też, i nic się nie dzieje. Zdjęłam program. Czemu? Wiedziałam, że jak zakoduję, że coś mi szkodzi, to zaszkodzi i tyle. Piję kawę, słodzę i nie brzydzę się dobrą strawą na mięsie. Ale, i tu jest haczyk. Jem kiedy naprawdę jestem głodna, i tylko to na co mam ochotę. Tyle i aż tyle. Spróbować można. Moje ciało jest wypoczęte, prężne, elastyczne choć robię dziennie wiele kilometrów pod górę i z góry. Kolejny program zdejmuję, moje kolana. Bolą kiedy wyginam je w jodze w kierunku bioder. Niezbyt to naturalna pozycja, ale z czułością się roztkliwiałam nad niemożnością wykonania tego ćwiczenia. Teraz uwolniłam ten absurdalny pomysł, że muszę robić wszystko. Kolana czują się wyśmienicie. Inny program ból. Miałam kiedyś bóle łydek i głowy, związane, jak sądziłam z nieprawidłowym krążeniem, brakiem magnezu itd. Jadłam na to czekoladę gorzką, czyli nadpisałam stary program nowym. Działał jak ulał. Teraz już się tym nie martwię. Łydki i głowa są cudownie ozdrowione o ile o nich i ich kondycji nie myślę. Porzuciłam z rozmysłem uważność w stosunku do mojego ciała. Nie zaniedbuję go, tylko się nad nim zbytnio nie zasadzam, tańczę, przeciągam się, chodzę. W siedzeniu samo się prostuje i układa. Jak super robot i mam uczucie, posiadania ciała, nie bycia ciałem. Utrwalam ten stan i jest cudowny. Wyzwala mnie od paranoi powszechnej w naszym świecie, pozorności mojego istnienia jako czegoś w dodatku do ciała, o które tak wszyscy dbają. Moje dba o siebie samo. Jak zawsze robiło, tylko tego nie wiedziałam. Mam wielki szacunek do mojego ciała. Daje mi wolność przemieszczania, czucia zmysłami, wyrażania siebie w świecie materialnym. Kocham moje ciało, to część miłości do siebie. I celebruję je jeśli czuję, że tego mu potrzeba, by mnie niosło, nie jak najdłużej, ale tyle ile trzeba.
