W książce, którą właśnie przeczytałam mowa jest o szczęściu. Wszyscy podobno do niego dążymy. Pięć zasad szczęścia
jednak ujawnia, że nie zawsze wiemy, co nas uszczęśliwia i jak do tego dojść nie robiąc sobie krzywdy. Pierwsza zasada szczęścia: „Ciesz się szczęściem”. Wydaje się absurdalne. Przecież to szczęście, jak się nim nie cieszyć, ale czy naprawdę cieszymy się szczęściem nawet, gdy przychodzi do nas bez wysiłku? Przykładem jest jedzenie. Lubię jeść, lubię smaki. Często jem też w dobrej atmosferze, nawet w pracy, gdzie zbieramy się na wspólne jedzenie i żartujemy przy stole, coś sobie opowiadamy, jak w rodzinie, w gronie przyjaciół. Dlatego też w pracy wszystko nam smakuje, dzielimy się, karmimy, wymieniamy, podrzucamy na stół jedzenie i cieszymy się tym, że jemy i przebywamy ze sobą w cudownej atmosferze. Ale bywają chwile, że jemy w biegu, bezmyślnie pałaszując to co na talerzu, wybiegając w przyszłość, która nas przytłacza, bo nieuchronnie idzie, a my czujemy się na nią nie przygotowani. Żaden posiłek zjedzony w ten sposób nie zostawia w nas uczucia szczęścia, raczej nas przygnębia. Są też inne przygnębienia związane z jedzeniem. To tycie. Ludzie, którzy kochają jeść tak się obwiniają jedząc o przyszłą tuszę, że nie mają za grosz radości z tego ile i co jedzą. A smutek usiłują jaześć jeszcze większą porcją, deserem, dokładką. Organizm dawno już przestał walczyć z nawykiem nadmiernego jedzenia i tylko robi kolejne kieszonki tłuszczowe w oczekiwaniu, aż się człowiek opamięta. A gdyby tak zamiast się obwiniać o to ile i co jemy, zacząć się cieszyć każdym kęsem i spożywać go w cudownym uniesieniu, że takie dobre, bo to kochamy, i smak i zapach i kolory … mmm. Mniam! Kiedyś doznałam oświecenia w restauracji. Podano nam potrawę, wino a ja oniemiałam. Takie to było piękne wizualnie. Kiedy już się naoglądałam, zaczęłam dyskretnie wąchać wszystko po kolei. Wąchanie jest ogromnie ważne. Ja w ten właśnie sposób rozpoznaję co chcę jeść, a czego nie. Nawet jak mi się coś początkowo podoba, wcześniej sobie wymyślę, że tak, to bym zjadła, to potem, kiedy już to widzę, wącham. A mój nos mi podpowiada, jeść czy nie jeść. Ma też inną funkcję. Ja się potrafię nasycić zapachem potraw do jakiegoś stopnia. Więc wącham. Herbatę przed i po zaparzeniu, sok, jabłko, rybę, duszoną cukinię i parmezan. Wącham, bo to pachnie nie na daremno, dla mnie pachnie, i lubię niektóre zapachy bardziej niż inne, a to mi daje radość, gdy je czuję, jak zapach kawy. Kawa dla mnie lepiej pachnie niż smakuje! Kiedy już powącham i chcę jeść, taka analiza trwa parę sekund, dla wyrobionego nosa pewnie jeszcze szybciej, próbuję. Lubię być kiperem jedzenia. Wgryzam się, odłamuję kawałek i rozmiękczam smakując. Wczorajsza drożdżówka z rabarbarem była pyszna. Miała cienki film lukru, kwaskawy zapach owoców i chrupiącą kruszonkę na wierzchu. Zjadłam ją z prawdziwą przyjemnością i bez cienia wyrzutów sumienia. Nawet w kontekście cukru. Zjadłam ją całą, powoli, bez pośpiechu, ciesząc się każdym kęsem, w zasłużonym stanie spokojnej rozmowy. Nie leżała mi dzięki temu na wątrobie, nie powodowała wzdęć i nie odbijała się wieczorem czymś nieprzyjemnym. Zdradzę wam ciekawą prawdę, która jest w naszych czasach całkowicie niewidoczna, zasłonięta przez przemysł i reklamę. Jeść należy kiedy się jest głodnym i kiedy nasze ciała tego chcą. Po to mamy oczy, nos, usta i głowę. Jeść trzeba, różne rzeczy. Jak byłam mała jako niejadek, byłam piętnowana przez wszystkich, którzy chcieli mnie nakarmić z miłości. Nie jadłam śniadań, czasem obiadów, a wpadałam na jedzenie jak czułam głód. Bo jako dzieci mamy prawidłowo zaprogramowane organizmy i cała sztuka dosłuchać, co też nam ten organizm mówi i kiedy. Czasem głód nie jest głodem na kaczkę tylko na zainteresowanie, albo przystosowanie się do grillujących kolegów. Nie jest chętką na loda, ale zapomnieniem o kąśliwej uwadze. A nawet jak się spotykamy i jemy, jedzmy z radością, nie z żalem, że trzeba to będzie potem w pocie czoła spalić, bo się odłoży, a tu lato za pasem i desperacko rzucamy się od diety do diety, od systemu do systemu. Ja przez całe życie nie tyłam, bo nigdy nie przywiązywałam wagi do jedzenia, ale kiedy jadłam cieszyłam się i teraz, też jem kiedy popadnie, ale chrupię wszystko i jak mi zostaje na talerzu to się nie martwię. Odkładam na potem, jak nie zjem to wyrzucam. Lepszy kosz na resztki niż własny brzuch, a następnym razem robię mniej, albo przerabiam ziemniaki na kopytka, warzywa na sałatkę, kotlety dla kota, bez zobowiązań, nasze koty są wybredniejsze czasem niż my pod względem jedzenia. Bo lepiej wiedzą co mogą zdrowo zjeść i w razie czego zamiast śledzia drugiej jakości wrąbią ptaszka z podwórka, albo nic. My mamy o wiele więcej możliwości, żeby sobie sprawić dobre warunki i jeść. Wegetarianie, weganie czują wewnętrzną potrzebę specyficznego jedzenia i dobrze, że idą za intuicją ciała. Za mało wiem o dietach żeby się wypowiadać, ale o jednej, o której wiem, że działa, dowiedziała się moja znajoma przed operacją biodra. Miała schudnąć i na pytanie, jaką dietę stosować, lekarz jej odpowiedział: „Dietę MŻ”. „A co to za dieta?”- zapytała. „Mniej żreć”. I w tym się zawiera cała mądrość, mniej, bo nie potrzeba aż tyle, a żreć należy przestać, żeby się zacząć cieszyć jedzeniem i uszanować swoje ciało, ale też podniebienie. Dlatego nad jedzeniem warto się zatrzymać. Popatrzeć, powąchać, skomplementować kucharza. Wino wąchać, ach jaki bukiet potrafi trzymać dobre wino. I każdą porcję z widelca uważnie jeść, świadomie przetwarzać, na dobrą energię do wnętrza. Nie liczyć kalorii, nie wykluczać, nie tęsknić za walorami smakowymi, tylko dać je sobie z miłością i słuchać co nam ciało powie, a gwarantuję, że kiedy się w nie wsłuchamy, bez nastawienia, bez sugestii, że czegoś nie powinniśmy, ono powie co nam trzeba, a wtedy z radością mu to dajmy. W końcu nosi nas bez przerwy, czas je naoliwić, nie zalać. A w idealnych kształtach ciała przez ostatnie wieki takie zmiany zachodziły, że nie ma co gadać. Ważne, żeby z sercem, z miłością, z troską zajmować się swoim ciałem i karmić je wszystkim pozytywnym. Lecę na rukolę z pomidorami, oliwą i twarogiem do koleżanki na działkę, gdzie w centrum Warszawy, w enklawie zieleni, pogadamy sobie o tym co nam leży, wisząc na hamakach, albo leżąc na trawie. Smacznego!
Kategoria: Blog
O miłości prawdziwej
Prawdziwej miłości nie da się opisać. Jest tak oczywista i mocna, a jednocześnie przejrzysta. Miłość wypromieniowuje z serca na otoczenie i zmienia je, tak jak nas zmienia, dogłębnie. Mam taką teorię, że ludzie tak kochają innych, jak kochają siebie. Jeśli bardzo łakną od kogoś miłości, nie mogą się obejść bez niej, wciąż im brak z zewnątrz potwierdzeń, albo marzą i czekają na prawdziwą miłość, tak naprawdę nie czują jej w sobie dostatecznie.
W miłości zawiera się pojęcie nieskończoności. Kiedy kochasz, każdy aspekt życia, intencje są podporządkowane miłości. Przenoszenie gór czy sięganie nieba nie wydaje się nierealne. Kiedy ktoś nas zachwyca, kochamy go całym sercem, wszystko jest najpiękniejsze, jasne, goją się stare rany, sprawy do wybaczenia i błędy, bo kochamy i to nas przepełnia. Nie ma w nas miejsca na smutki i żale, na zastałe bóle i złogi. Czyścimy miłością wszystko w sobie, i stół i kuchnię i podłogi. Aż pewnego dnia staje się jasno i przestronnie. Miłość się rozgaszcza i świeci w nas od tej pory tym, co w nas dobre. Dlatego warto mieć w sobie coś dobrego, żeby mogło świecić i zarażać dobrem inne aspekty naszej osobowości, jak wzbudzanie uczynności, uprzejmość, pogoda ducha i inne objawy wszelkiej pozytywnej energii.
Kochając ludzi, kochamy siebie bardziej i pozwalamy sobie na odpuszczenie tego, co było dla nas niewybaczalne, co nam szkodziło. Często zakopane i zapomniane. Wybaczamy, a wybaczając wracamy do siebie mocni, piękni, swobodni. Miłość prawdziwa roznosi się jak ogień w lesie. Miłość do ludzi, do idei, do pasji, do życia, do biedronek i paproci, do smętnych melodii i tańca, do patrzenia na niebo rozświetlone blaskiem księżyca.
Miłość prawdziwa nie odchodzi. Zostaje w nas na zawsze. Nie boli brakiem tego kto był jej współtowarzyszem. Zostawia po sobie najcudowniejsze wyobrażenia o głębi ludzkiego pojmowania i życia. Daje nadzieję, na to, co po tym życiu, co po nas pozostaje. W moim odczuciu, jesteśmy z miłości zbudowani, nie tylko dlatego, że kiedyś ktoś, być może przez chwilę, albo lata całe kogoś kochał abyśmy powstali. Miłość nas stworzyła, a życie jest jak specyficzne równanie na to kim się stajemy. Zawsze jednak, jak po nitce do kłębka, możemy wrócić do tego czym byliśmy na początku, zanim nas przepchnięto przez trudy życia. Warto wracać do tej czystej energii. Ona jest jak czuwający nad nami anioł. Nie ocenia nas, nie kształtuje, nie stawia wymagań do kochania nas takimi jakimi jesteśmy. Każdy inaczej ją nazywa. Miłość własna, pierwiastek życia, dusza, Bóg, źródło nieskończonej energii. Ja się nie koncentruję na nazwach. Mnie miłość wystarcza. Miłość prawdziwa, bo miłość jaką jakiej doświadczam, zawsze jest prawdziwa.
Kiedy kocham taką miłością, niczego od człowieka nie wymagam. Niech będzie sobą, niech idzie własną drogą do szczęścia. Cieszy mnie każdy krok i każdy śmiech w jego życiu, każda refleksja. Tak kocham ludzi mi bliskich. Nie oceniam ich, nie mówię, że są jakieś warunki, które muszą spełnić, żebym ich kochała. Cała ja. Zawsze to o sobie wiedziałam. Nie jest to miłość z ckliwej historii miłosnej prosto z Hollywood, ani ze skomplikowanego życia celebrytów. Bo miłość jest prosta, kiedy jest i zazwyczaj, jest łatwa do wykrycia w sercu.
Czym jest więc ból po rozstaniu, albo w trakcie związku? Nieporozumieniem z samym sobą. Kiedy kochasz nie możesz cierpieć przez kogoś. Nie oznacza to, że kiedy ktoś cię rani np. fizycznie musisz się na to narażać, ale z miłością możesz odejść, bo miłość wyzwala zrozumienie sytuacji. Czasem trzeba nam cierpienia do ujrzenia pewnych naszych autodestrukcyjnych reakcji. Cierpienie nie jest składnikiem miłości, cierpienie jest objawem jej braku w nas samych. Kochając wystarczająco siebie nie musimy się obawiać ani ran zadanych przez kogoś, ani bólu straty. Miłość własna nas chroni jak włókno węglowe, albo tytanowa zbroja, albo raczej powoduje, że dla ciosu stajemy się niedotykalni. To takie proste i zarazem takie trudne, aby skompletować siebie na tyle, by nas nikt nie ranił. Szczególnie w miłości kiedy się odkrywamy z najbardziej strzeżonymi rejonami serca i osobowości. Tylko miłość daję taką okazję na weryfikację tego co naprawdę w nas jest. Kochać znaczy ryzykować, bo kto wie, czy na miłość jesteśmy gotowi? Czy jesteśmy gotowi na tę konfrontację z samymi sobą? Miłość głęboka wydobywa z nas wszelkie skrajności. Odwagę i strach, śmiech i nostalgię, ekstazę i bezwład. Daje nam to możliwość przejścia, nauczenia się co dla nas samych jest uleczalne, co nas buduje, a co dociska do ziemi. Czym możemy powalać mury zwątpienia, a czym z finezją malować najwierniejsze piękno. Miłość jest przebiciem do tego co poza nami, do uniwersalnego dobra, światłości umysłu. Miłość nie rani, ranimy się sami, zaciskając palce na sznurku, który ma ją do nas przywiązać. Miłości nie da się zamknąć w klatce pragnień, korzyści, przyzwyczajeń. Ona musi latać wolna. Tylko wtedy daje szczęście i przyświeca naszemu życiu. Jeśli kochasz cierpiąc, pokochaj siebie bardziej. Znajdź te miejsca, które cierpienie warunkują i napraw, a pewnego dnia poczujesz skrzydła. Skrzydła miłości, które cię unoszą i pomyślisz, że to takie naturalne. Tak właśnie miało być, że to było oczywiste. I ze spokojem, w ciszy, bez wysiłku oddasz swoje życie, swój wiatr i kierunek mądrej sile prawdziwej miłości.
O miłości i karmie
Dzisiaj będzie bajka. Bajka cybernetyczna, albo jak kto woli, prawda kosmiczna o naszej rzeczywistości. Jesteśmy biomaszynami zalogowanymi w czasoprzestrzeni w jednym celu, poznania prawdy. Jaka jest ta prawdą? Każdy sam do niej dojdzie w swoim czasie. Ja do swojej dążę od niedawna, ale zawsze przeczuwałam, że jest za rogiem. Moja prawda na tę chwilę jest taka, że nie jest istotne co się zdarza, ani jak, ani z kim, a jedynie jakie to, co się zdąża pozostawia w nas emocje i doświadczenia uczuciowe. Czy nas wyzwala z cierpienia, pożądania, wstydu, czy nas uwzniośla do patrzenia z miłością na świat i ludzi? Czy budzi w nas gniew, czy zwątpienie, czy radość i spokój. Tylko to jest istotne, nic więcej. Żadne materialne sprawy, nie mają tu nic do rzeczy. Czy potentat naftowy w Teksasie traci bliską osobę, czy bezdomny w Bangladeszu, nieistotne. Ważne czy, i jak emocje zmienią ich wewnętrznie. Wszystkie emocje jakie mamy. Kontekst emocji jest zaplanowany, jak nasze życie. Jak i kiedy przeżyjemy zmiany jest również nieistotne. Życie mamy tak zaplanowane, by przeżyć najmocniej, najefektywniej to, co zamierzone. Sposób, miasto, mąż, zawód, dzieci, nieistotne. Więc nie ma o co walczyć, wystarczy się poddać i akceptować to, co przychodzi. I za to dziękować, bo nas zbliża do prawdy, do celu.
Uff, już widzę jak was zniechęciłam, że to czego tak silnie się trzymamy, ta materialna strona świata jest nieistotna? Ludzie, okoliczności? Skąd ten pozorny nihilizm? Gdzie wolna wola, gdzie człowiek panem świata itd. O wolnej woli powiem tyle, że pozwala nam wybrać, jakie emocje czujemy w związku z życiem, jeśli jesteśmy dostatecznie świadomi, a to nam wyznacza kurs do następnych zdarzeń. Jesteśmy panami swojego losu, wydarzeń tylko pozornie, bo tylko w kontekście emocji. Bez tego poczucia, bez walki o lepsze, nie krystalizowalibyśmy się w zrozumieniu rzeczywistości.
Skąd mi się to wszystko wzięło? Czasem myślę, że było zawsze w mojej głowie, a poza tym, taki opis świata pokrywa się z teorią fizyki kwantowej. Moja wizja świata jest bowiem nie liniowa, a dyskretna w pewnym szczególnym sensie. Wyobraźmy sobie, że każdy z nas ma swój własny wszechświat w jakim się porusza, jaki widzi. Wszechświaty oddziałują ze sobą przez naszą percepcję. Kiedy dostatecznie wiele wspólnych wizji się pokrywa, wizja się materializuje. Wszyscy wiemy jak wygląda niebo, ale głowę daję, że każdy z nas inaczej je widzi. A teraz wyobraźmy sobie, że w każdej chwili, kiedy coś robimy, dokonujemy wyboru w prawo albo w lewo. I tak przechodzimy do równoległych wszechświatów zgodnych z naszym wyborem, których jest ogromna ilość. Które wypełniają sobą wszystkie możliwe wybory jakie możemy uczynić. Za dużo tego? Matematyka to widzi poprzez nieskończoność. Co dalej? Ponieważ obiekty obserwowane zmieniają swą naturę ( eksperyment Younga), nasza świadomość zmienia obiekty o jakich myślimy, czyli to my jesteśmy kreatorami wydarzeń. Proste. Ktoś kto myśli uporczywie, że umrze młodo, ma to jak w banku. Ktoś, że spotka właściwą osobę, również. Myśl ludzka, percepcja wpływa bowiem na gęstość prawdopodobieństwa zaistnienia tego, o czym traktuje. Teoria równoległych światów jest znana od kilkudziesięciu lat i podobnie jak fizyka kwantowa ma problem z przebiciem do powszechnej wiedzy ludzkiej. Brzmi zbyt naukowo, albo fantastycznie. A to fakt, nie ma co się uprzedzać. Ludzka świadomość jest kreatorem wszelkiego istnienia. Również naszych ciał.
Skoro to takie proste, czy nie wystarczy myśleć o rzeczach dobrych, mądrych i radosnych? Wystarczy, ale ilu znacie ludzi, którzy tylko tak myślą? W nasze obrazy wciąż się wplatają przekazy mniej sprzyjające, takie wirusy, programy przesterowujące nas z prawdy na iluzję. Wszystkie uczucia są również wytworem naszej wyobraźni. Kiedy przekraczamy dołujące emocje w kierunku tego, co nas cieszy łamiemy kod programu i wyzwalamy się spod jego niszczącego wpływu. Bo programy są niszczące. Czasem trudno to zrobić kiedy program jest głęboko osadzony, niewidoczny, ale autodestrukcyjny. W przeprogramowaniu dążenia np. do niewłaściwych ludzi, którzy nas ranią, potrzebna jest głęboka znajomość siebie, swojej natury. Żeby zobaczyć trochę z góry i z boku swoje zachowania, uwarunkowania z dzieciństwa i wziąć za nie odpowiedzialność, nie kogoś obwiniać, ale wyciągnąć lekcję. Bo życie w tym świecie jest taką lekcją wieloprzedmiotową z dochodzenia do prawdy, swoją własną drogą.
Czym jest więc siła, która nas prowadzi, przez czasem bolesne, trudne ścieżki? To karma, która ciągnie nas tam, gdzie możemy najwięcej doświadczyć. Świat idealny, bez trosk, bez wrażeń, nie uczy tak, jak ten, który czasem doskwiera. Stara prawda o dochodzeniu do świętości, czyli prawdy, przez cierpienie jest faktem. Cierpienie nie jest wcale celem, jak nam czasem opatrznie wmawiają. Jest drogą do zrozumienia. A umyślne umartwianie to, moim zdaniem, zwykłe zagubienie.
I teraz najbardziej ryzykowny z moich poglądów. Karma determinuje jakie życie nam się zdarza. Gdzie się rodzimy i wszelkie okoliczności tego, jak żyjemy. Wszystko to ma nam pomóc w dotarciu do prawdy. Każde zatem doświadczenie jest bramą do nowego punktu w kolejnym wszechświecie. Idziemy jak mrówki po pajęczynie i tylko od nas zależy, jakie tym razem wybierzemy doświadczenie, czy w kierunku środka, czy na zewnątrz, czy do sedna istnienia czy iluzji, która jest zwykle łatwiejsza, nie mylić z dająca szczęście. Jeśli świadomość mamy dostatecznie głęboką i czystą, prawda o tym, że wszystko wokół sami tworzymy myślą, jest łatwa i zgodna ze współczesną fizyką. Materia jest początkowo tylko energią jaka się zmienia w obiekt wygenerowany w naszej świadomości, a to co generować jak stół, krzesło, królika i ogień, uczymy się w młodości, przez naśladownictwo. Podobnie jak to, czego się bać, co kochać, czego unikać.
Oczywiście taka jest moja koncepcja rzeczywistości i zupełnie się ona nie wyklucza z każdą inną koncepcją, jaka się wam nasunie, bo przy nieskończonej liczbie wszechświatów, każda teoria znajdzie swój dom. Mój oparłam na swoim rozumie i percepcji, a także na odkryciach osób ode mnie niezależnych. Nie przywiązuję się jednak zbyt mocno do koncepcji. One w moim świecie wciąż ewoluują. Wszechświat ludzki, czy nieskończona plątanina wszechświatów mnie ujmuje, za serce, bo tak świat widziałam w dzieciństwie i młodości, tylko zapomniałam, na korzyść innych koncepcji. Między innymi materializmu. Teraz się z niego wycofuję, albo raczej przemodelowuję.
Mając taki wgląd w strukturę rzeczywistości, ważne jest, aby świat traktować jak obiekt miłości i dbać o niego, w każdym aspekcie, bo dzięki temu życie ludzi staje się lepsze. A ludzie oddziałujący na siebie dobrą energią zdwajają, rozmnażają dobro dalej. Tak powstają fale zmian świadomości ogólnej. Jeśli ktoś z pełną wiarą zaczyna ten proces i wysyła dobro, ono się multiplikuje w sercach innych ludzi, które wibrują tą samą pozytywną energią. I ta energia wraca do nas jak fala odbita. Prosta prawda, że dobro rodzi dobro i wraca do nas. To samo jest ze złem jakie roznosimy. Często przez nasze pomieszanie nie widzimy, że robimy coś złego, ale jeśli po czasie dostrzeżemy konsekwencje naszych poczynań, nie wypierajmy się ich, weźmy na siebie i nauczmy się tego co daje to doświadczenie. Istotne są bowiem nie wyrzuty sumienia i kara, ale nauka i nie powtarzanie błędów. Wszechświat pamięta wszystkie nasze przejścia, wybory. Jeśli nie przejdziemy drogi poprawnie, wracamy na start i idziemy ponownie, przyciągani przez odpowiednie doświadczenia. Jako istoty inteligentne, musimy pojąć wszystko co najważniejsze. Buddda, Jezus, Kriszna, Jung mówili o tym samym. Warto się nad tym zastanowić, ale bez uprzedzeń. Dla każdego z nas prawda jest trochę inna, bo każdy z nas jest w swoim wszechświecie, ale trzeba ją poznać zanim nie rozstaniemy się ze zmysłami, jakie nas prowadzą przez to życiowe, ludzkie doświadczenie.
Zapachniało religią. Dla niektórych matematyka jest językiem Boga. Myślę, że jest raczej językiem naszych interpretacji Boga, którego próbujemy doświadczyć i zunifikować, żeby zrozumieć sens naszego życia. Dlatego też narodziła się numerologia. Interaktywna wymiana symboli ze wszechświatem. Wszechświat do nas mówi, do niektórych liczbami, do innych muzyką, obrazem. W każdym razie sztuką. Czasem nie umiemy tych znaków odczytać, bo nie zaglądamy w siebie. Dziś dostałam znak. Na stole w pracy, w pokoju socjalnym po długim weekendzie majowym zobaczyłam książkę. Wiem, że czekała na mnie. Nikt nie wie, kto ją tam położył i nikt oprócz mnie nie był nią zainteresowany. Tytuł „Dynamiczna kontrola umysłu metodą Silvy”. Wygląda jakby ktoś ją czytał, a nawet siedział na niej kilka razy. Postanowiłam wziąć i przeczytać. Zobaczymy dokąd mnie ten wybór doprowadzi. Jedno jest pewne. Kiedy się smucę i martwię, na zewnątrz pogoda robi się ponura. Kiedy śmieję się i jestem spokojna, świeci słońce, a niebo jest lazurowe jak w Lawrence w Kansas. Od kilku miesięcy sprawdza się to co do dnia i godziny. Co do chwili. Warto, żebyście sami to poobserwowali, dla siebie. Może u was jest inaczej. A może podobnie. W końcu to czytacie, więc w jakiejś mierze potrzebujecie tego w swoim życiu. Do czego? Zależy tylko od was.
Na koniec podsumowanie tego skrótu moich rozważań. Każdy z nas, w każdej chwili jest dokładnie tam, gdzie ma być i kim ma być. Jest doskonały, kompletny, tylko nasze programy zasłaniają tę prawdę i pchają nas w zwątpienie. Tak mi przyszło do głowy, że kocham bzy, ich zapach, kolor, kształt kwiatów, pęków fioletu, lawendy albo bieli. Te kwiaty są dla mnie idealne, perfekcyjne w swojej materializacji. Potrzebujemy piękna i je tworzymy, nie tylko rękami, umysłem, to znaczy, że sami, wewnętrznie też jesteśmy piękni.
O miłości do rozmawiania
Uwielbiam rozmawiać. Uwielbiam słuchać ludzi. Robię to pasjami. Ludzie mają tak wiele wspaniałych rzeczy do powiedzenia, tak wiele zaskakujących wskazówek dla mnie, kiedy ich spotykam i słucham uważnie. Słucham nie tylko uszami, słucham sercem. Moje serce doskonale rozpoznaje emocje, jakie kryją się za poszczególnymi przekazami słownymi. Na tej podstawie umiem czasem pomóc komuś wydostać się z plątaniny w jaką wpadł, nie rozwiązuję niczyich spraw, ale patrzę i jestem lustrem. Z własnych doświadczeń, z rozmów z ludźmi mogę śmiało powiedzieć, że wiele rozmów jakie prowadzimy, prowadzimy do samych siebie. Nasze mózgi inaczej pracują nad poszczególnymi koncepcjami, kiedy możemy zobaczyć ich odbicie w czyichś oczach, takie odbicie fali, która wraca do nas i coś nam odkrywa na nowo. Wtedy myśl wypowiedziana, przefiltrowana przez kogoś, kto słucha, staje się więcej wymiarowa, przez pryzmat czyichś doświadczeń, przez kontakt. Nie chodzi wcale o to, że ktoś nam potakuje, lub zaprzecza, że mówi co zrobić. Kiedy uważnie słucham człowieka on widzi w sobie samym kształt swoich słów, konotacje i umie sobie wytworzyć lepszy obraz tego co omawia, pełniejszy, a przez to mądrzejszy obraz sytuacji, człowieka, siebie. W tym sensie jestem lustrem. Zaś kiedy sama mówię, ktoś inny filtruje moje słowa przez siebie i odczuwa to, co wysyłam, co zmienia w nim wyobrażenie o jego sprawach, zmienia, a czasem ustawia, na nowo. Taka ewolucja w wyniku rozmawiania.
Dlatego kocham rozmawiać, ale też się staram słuchać tak, jak powinno się słuchać. Nie oceniam, nie chwytam za słowa, chyba, że są kluczem do zrozumienia pojęć i kamieniem milowym jakiejś większej wizji.
Kocham też pisać, bo pisanie jest jak rozmowa ze sobą, wyekstrachowana na papier – komputer.
Jest tylko jeden warunek dobrej, efektywnej rozmowy. Szczerość. Jeśli jestem z kimś i on kręci, rozmowa zgrzyta jak stare zawiasy, bo ja aż do bólu jestem uczciwa. To czego nie chcę powiedzieć zastrzegam, albo przemilczam, ale nie konfabuluję, nie kłamię i nazywam rzeczy takie, jakie są, nie koloryzuję, nie podpinam cekinów, nie wydymam jak balon, tylko kładę. Sprawę po sprawie, zdanie po zdaniu.
Czasem w rozmowie zachodzi impas, kiedy strony się nie dogadują w podstawowych sprawach, jak wspólny zespół pojęć. Dla jednych miłość to niezła zabawa na boku i dla pozoru nazywają to co robią ciut inaczej, bo czują, że druga strona używa pojęć prawidłowo. Kiedy się kocha to się postępuje uczciwie, nawet jeśli się traci. Bywa, że ktoś jest takim narcyzem, że stwarza sobie własne definicje i się ich trzyma, zmuszając innych do ich akceptacji, albo świadomie manipuluje rozmówcą, żeby się wybronić z niewygodnej sytuacji. To kiepsko dla tych innych. Zanim się zorientują co rozmówca miał na myśli, rozmowa może zabrnąć za daleko.
Słowa „służba”, „ojczyzna”, „pomoc”, wydają się uniwersalne, ale kiedy widzimy, jak wypływają w kontekście polityków czy ludzi fałszywych, włos się jeży na głowie. Co tu mówić o „honorze”, „miłości bliźniego” czy „sprawiedliwości”. Do wszystkiego dochodzi kontekst. Ktoś jest tchórzem, i wymyśla sobie, że miłości to seks, bo się boi emocjonalnego zaangażowania i pracy nad związkiem, a ktoś, że rodzina to wyłącznie mama i tata, bo jest uprzedzony i nie umie się otworzyć na koncepcję dwóch tatów z dziećmi. Warto więc rozmawiać ustalając najpierw zestaw pojęć i definicji konieczny do prowadzenia rozmowy, do relacji, do wymiany doświadczeń. Kiedy widzę jak ludzie się kłócą, to myślę sobie, że w większości mają problem z ustaleniem podstawowych pojęć, a nie z wrogością w ogóle. Kiedy komuś odpowiada wolny związek oparty wyłącznie na seksie, albo wyłącznie na wychowywaniu dzieci, nie ma powodu się kłócić. Sprawa uprzednio uzgodniona pojęciowo jest oczywista i czysta.
A co jeśli chodzi o emocje w dialogu? Dialog to wymiana dwu, bądź więcej osób. Zwielokrotniony tygiel interakcji. Kiedy już wiemy czym są dla nas pojęcia podstawowe, o jakich rozmawiamy, trzeba zadać sobie trud analizy tego, co druga strona mówi, nie w kontekście emocji, ale faktu i właściwej interpretacji.
Przytoczę przykład. Teściowa podczas obiadu u synowej:
– Ten schab to pewnie mój syn zrobił.
Kontekst pierwotny, emocjonalny: teściowa synowej nie lubi (to fakt), więc szydzi (ocena na podstawie doświadczeń, bo często tak robi względem innych), że tylko jej syn może dobrze coś ugotować. Żeby się nie dać wciągnąć emocjonalnie w narzucającą się interpretację, należy wejść oczko wyżej. Wszak teściowa stwierdziła, że schab jest dobry. Ponieważ synowa go zrobiła, powinna się poczuć doceniona. Jej mąż obiektywnie bardzo dobrze gotuje.
– Nie, schab ja piekłam – mówi.- Smakuje ci?
I sprawa załatwiona. Po chwilowym impasie rodzice synowej szczerze komplementują menu i pytają o przepis. Rozmowa się toczy dalej swobodnie, a teściowa już jedzenia nie komentuje.
Taki prosty manewr wytrąca mieczyk z ręki, a czasem niezłą truciznę, zwaną agresją pasywną. Technika uwalniania dla nas do praktycznych ćwiczeń. Czasem warto się też dopytać, o co człowiekowi chodzi, kiedy się takich jadów chwyta. Czasem to niestety tylko odruchowe podgryzanie innych. Na to jest jedna rada. Nie dać się wkręcać w emocje i kłótnie. Ludziom złośliwym to wytrąca oręż, a nas ochroni przed zatruciem. Złośliwości bowiem nie da się zreformować, chyba że złośliwiec tę potrzebę czuje i ćwiczy swoje własne odtrucie. Bo rozmowa ma cel wyłącznie konstruktywny. Wymianę informacji, wrażeń, nie walkę zaczepną z podchodami. Ja się dopytuję, albo trzymam z daleka od ludzi takiej orientacji. I wychodzi mi to na zdrowie.
Szczerze wszystkich pozdrawiam w ten kolejny prześliczny majowy dzień, przed lub po degustacji życząc dobrej komunikacji ze wszystkimi ludźmi jakich spotkacie na drodze życiowej.
O miłości i poświęcaniu się
Wychowano mnie na dziecko grzeczne, układne, które chętnie odda zabawkę, niczego nie pragnie, nie ma potrzeb oprócz spełniania wymagań innych i żyje w poczuciu zakłopotania, po co właściwie jest na świecie. Moja matka całe swoje życie się poświęcała, tak jak cała jej żeńska linia. O tym poświęceniu wiecznie słyszałam. Wyrosło na cnotę większą niż miłość, bo dla wszystkich oczywiste było, że poświęcenie to droga do doskonałości. Tylko czyjej? Poświęcenie mojej matki okupione było poczuciem winy otoczenia, któremu wypominała niezaradność, ale nie umiała puścić sznurków swojego uzależnienia. Swoją drogą czcicielami poświęcenia są religie w skrzywionym obrazie: „Oddaj majątek, srebra i maybacha, a my ci załatwimy windę do nieba w pierwszej klasie.” To inny temat. Codzienne poświęcanie się więc wchłonęłam bardzo wcześnie. Dlatego, kiedy widziałam kogoś w potrzebne, po prostu nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pomóc, często własnym kosztem. I oczywiście czułam brak symetrii w dawaniu z siebie, ale sądziłam, że tak jest dobrze. Jestem silniejsza, bardziej świadoma, więc podołam i na plecach wciągnę tego czy innego, skoro sam nie może. Do czasu.
Pewnego dnia poczułam, że lata takich poświęceń bez perspektywy na uwolnienie to za dużo, że prędzej sama się wyczerpię niż dojdę i dociągnę wszystko wokół. I stanęłam. A ziemia kręciła się nadal beze mnie. Potykała się wpadała we wściekłość, że mnie nie ma, że nie biegnę w popłochu, ale nie miała wyboru. Żyła. Ja się przyglądałam, jak spadają kolejne przekonania, że gdzieś w konkretnym miejscu jestem niezbędna i odpuszczałam. Szczególnie miejsca, gdzie być nie lubiłam, gdzie chłonęłam dużo jadowitego niespełnienia innych, którym pomagałam. Samo zatrzymanie kołowrotka zdarzeń pozwoliło mi na dystans. Przestałam czuć się odpowiedzialna za sprawy poza moją kompetencją, zbilansowałam sobie zyski i straty z kontaktu z poszczególnymi osobami, i jak brzytwą odcięłam te, co mnie obciążały, a inne przedefiniowałam tak, by czuć się wszędzie sobą. Zawsze o to dbałam, ale teraz nie dawałam więcej niż potrzeba. Nie wkręcałam się w życia innych z matczyną troską, ale z chłodnym okiem przyjaciela i mocnym ramieniem w odwodzie.
Poświęcanie ma też inna, ciemną stronę. Kiedy taki poświęcacz dostanie coś od człowieka, czuje się na tyle wyjątkowo, że wyolbrzymia to co dostał. W końcu tyle dał, a rzadko ktoś się odwdzięcza. Byłam przesadnie wdzięczna za skrawki, jakie otrzymywałam, ale i nie umiałam zważyć, że jestem cenna, że kontakt ze mną, moja postawa daje ludziom wiele dobrego i nie ceniłam dostatecznie siebie. Teraz nie rozdaję się jak kiedyś. Jestem otwarta, ale nie na każdego. Ludzie pazerni, chciwi, których kiedyś postrzegałam jak biedne zagubione dusze, nie najedzą się przy mnie. Szlaban.
Poświęcenie jako program nadal przerabiam względem dzieci. To najtrudniejsze w moim życiu, oddzielić co jest miłością i je wzmocni w przyszłości, a co poświęceniem, które je obarczy zależnością. Już takie skrajne sytuacje zależności widziałam. Nie chcę ich zafundować dzieciom. Dużo muszę sama odkryć bez właściwych wzorców z domu. Poświęcenie poprzednich pokoleń mojej matki wyłączam w moim pokoleniu. Poświęcenie tysięcy „Matek Polek”, o których się mówi z fałszywą czcią. Zamykam. W zamian za to daję wsparcie i zrozumienie, jakie procentuje w przyszłości do samodzielnego życia, bez obciążeń noszenia czyichś problemów na karku, szczególnie moich. Moje dzieci będą miały dość swoich do rozwiązania. Jak ja miałam i mam nadal.
Oswobodzenie z poświęcania nie oznacza wcale egoizmu. Ktoś, kto miał tak przechyloną szalę na niezdrowe poświęcanie zyskuje balans i jest bardziej zdrowy, zdrowo też podchodzi do życia. Trochę jak w tangu, jak partnerka za dużo potrafi i zawsze ratuje partnera z jego niezdarności, to jak ten partner ma się nauczyć, jak dobrze prowadzić? Toteż ja pozwalam się ludziom uczyć samodzielnie przy mnie, ale i beze mnie. I to się naprawdę sprawdza.
Zrzucając ten balast, program na wyczerpanie moich baterii życiowych pojęłam, jak mocno umiem pomóc wskazując tylko, bez wchodzenia w czyjeś buty, przejmowania się jego sytuacją, bez niańczenia. Perspektywa jaką zyskałam jest może i chłodna w stosunku do poprzedniego zaangażowania, ale o wiele bardziej konstruktywna i tak mnie nie spala, jak ta pierwsza, jaką stosowałam instynktownie. Patrzę na ludzi jaśniej, pogodniej i tak jest chyba lepiej im pomagać, niż zmagać się za nich z rzeczami, jakie sami rozwiązać muszą prędzej czy później. W końcu też nauczyłam się prosić o pomoc, bo ktoś tak przeładowany poświęceniem nie chce skazywać na własny los innych i nie prosi. Więc już proszę, kiedy muszę, nie martwię się czy wypada. Każdy może odmówić. Ja też odmawiam, nie walcząc ze sobą. Zwyczajnie. Bo mój czas, moja energia są cenne, jak czas i energia każdego człowieka, którego życie splata się ze mną i ucieka. Warto tę energię zużywać na to co nam sprzyja, nam wszystkim w harmonijnym współistnieniu. Dawaniu i braniu, w wymianie, która prowadzi do naszych celów.
O miłości i poczuciu szczęścia
Tak się jakoś składa, że tematy toczą się same. Piszę o doświadczeniach, które się manifestują w życiu moim i moich bliskich, przyjaciół, znajomych. Dziś drąży mnie myśl, że coś przegapiam. Skutecznie przegapiam w życiu i postanowiłam pisać, bo w pisaniu często dochodzę do tego co ważne, sama. Jakbym dała się prowadzić … komuś.
Szczęście, to kwestia wyboru. Wybierając marudzenie, niezadowolenie i wyrażanie słowami nieszczęścia to, co szczęśliwe przepędzamy z zasięgu naszego istnienia. Ono nie ma dostępu do nas kiedy się wplątujemy w dyskusje o negatywności, nieszczerości świata, katastrofach, niespełnieniach. Wypełniamy się do pełna tym, co mówimy, ono wpada do naszej żyznej podświadomości i zaczyna kiełkować, żeby stać się pełnoprawną rzeczą, sytuacją, manifestacją, jaka obrodzi. Mówiąc o chorobach, wypadkach, złych prognozach, wytwarzamy w sobie obraz, jaki trudno przełamać dobrocią, łagodnością, pięknem. Tak przywykliśmy do tego, że wspaniałe rzeczy są niecodzienne, że nie pozwalamy im się zjawiać. Mam kolegę, który na każde pozytywne stwierdzenie odpowiada ostrożnym, zwykle negatywnym komunikatem. Jakby obawiał się tych dobrych, nawet jeśli obiektywnie coś dobrego się zdarza, jak słońce wiosennego dnia. Myślę, że od czasów dzieciństwa, wpaja się nam, że smutek i powaga są uznawane za objaw dojrzałości. Bo ten co się śmieje, jak głupi do sera, pewnie jeszcze nie dostał po nosie od życia. I tak na spółkę się silimy, żeby sobie dodać powagi smutkiem, frustracją i postrzegamy to jako rozsądne. Lepiej się nie nastawiać na coś dobrego, żeby się nie sparzyć. Im dłużej na to patrzę, tym więcej mam podziwu dla dziecięcej naturalności w odczuwaniu szczęścia. Dorosłemu musi zajść 7 tysięcy okoliczności, żeby ocenił, że mu się zdarzyło, a dziecko cieszy się z tego tylko, że przyszło na świat, że ma lalkę, że chodzi i się przewraca nie częściej niż raz na godzinę i woda kapie z nieba, a w kałuży może mieszka ryba. Warto sprawdzić, jak mama nie zdąży zatrzymać.
Co nas tak obciąża niespełnieniem, że nie umiemy się cieszyć jak dzieci samym tylko istnieniem swoim i rzeczy jakie nas otaczają? Dlaczego tak usilnie staramy się ten świat naprowadzić na danie nam szczęścia, co kosztuje lata całe pracy, energię rozszczepienia atomu i nie ma, jak to w przyrodzie, pewności czy nam się uda? Co nas tak zamyka na istniejące cuda, które ludzie o otwartości umysłu dziecka widzą każdego dnia tysiącami? My sami. Dlatego mówię, że szczęście to kwestia wyboru. Wybieramy, że będziemy się cieszyć tylko pod pewnymi warunkami i grodzimy się nimi od szczęścia na mile morskie. A to będę się cieszyć jak ten projekt skończę, a to w piątek, bo weekend, a to po spotkaniu z trudnym klientem, szefem, a to kiedy wreszcie rurę mi naprawią, albo kupię ten zestaw do kawy, cudny, albo kiedy jest słońce, bo sorry bez słońca dzień jest nieciekawy, ludzie nudni, smutni, i wszystko ciągnie się jak flaki.
Ja nie mówię, żeby skakać do nieba z wymuszenia na sobie radości, ale żeby się przynajmniej oduczyć mówić o negatywności tego co nas z prasy, telewizji i innych info zalewa, po szyję. Jak się komuś dom spalił – to się spalił. Można mu pomóc? To pomóc, nie dyskutować, upajać sie każdym zwęglonym krzesłem. To jakaś paranoja, że nas to tak pochłania, upajanie się czyimś nieszczęściem. Na zasadzie, nie jest mi tak źle, mój dom jeszcze stoi. Jeśli ktoś do poprawy humoru potrzebuje się od takiej tragedii odbić, to gratuluję, w sarkastycznym tonie oczywiście. Takie rozmowy mają sens tylko wtedy, kiedy są konstruktywne, kiedy się mówi o faktach i dąży do rozwiązania. W innych przypadkach to tylko upajanie swojego ego, pozorowanie mądrości.
Jestem realistką, wiem jak trudno przełamać ten schemat negatywnego myślenia. „Oj, niech się tak nie cieszy, jeszcze go życie skoryguje”. O rany i co z tego, że skoryguje. Skoro skoryguje, to tym bardziej warto się teraz cieszyć, że jeszcze odpuszcza i nie włazi nam w życie. Niech czeka na swoją kolej. Teraz się cieszymy, jak ja z jazdy samochodem, że chrypnę od śpiewania i śmieję się z siebie, kiedy nie wyciągam dobrze tonów, że syn mi się zbiesił, a córka wyładniała i zaraz czas kupić wiatrówkę na chłopców.
I przyszła na mnie właśnie pora, że się cieszę nie do sera, a do kwiatów w pracy, bo zarosłam dżunglą i nie ma gdzie ich przestawić. A może też, że nie mam wrogów, nikt mi źle nie życzy. A jak życzy to nie ważne, bo mnie to nie rusza. Mam swoją karmę. I, że jestem tak niezwykle obojętna na wiele cywilizacyjnych chuci w stylu materialno-elitarnym, na widok których, innym tylko się dziura w sercu otwiera i wyją z pustki. Kiedyś przyszłam do światłej osoby, a ta mi powiedziała: „Pani jest taka promienna, ale to się może zaraz skończyć, więc proponuję pakiecik.” No, jak znalazł! Gdzież miałabym szukać mojej promienności, jak nie u innych. Pakiet, skutecznie podany, pewnie na czas określony, do następnej sesji.

Sami możemy być swoimi nauczycielami w szukaniu szczęścia. Tylko my wiemy co nas uszczęśliwia. Nikt nam nie musi tego mówić. Wystarczy się głębiej w siebie zanużyć, wejść do kałuży pod nieobecność rodziców i spytać: „Chcesz się bawić?” A odpowiedź przyjdzie sama. Ta zabawa, może być niecodzienna, jak moje tango, malowanie Iwonki, rowerowy wycisk Magdy, czy śpiewanie Lenki, pływanie kajakiem Leszka albo rejsy Tomka, jak zdjęcia nieba Ani, bębny Małgosi, i jak każda myśl pełna słońca, która wynurza nas nad powierzchnię codzienności, gdzie w końcu nie czujemy granic. Bo szczęście jest świadomym uczuciem sięgania nieskończoności, którą każdy inaczej opisuje. Dla ludzi religijnych jest przejawem boskości, dla innych harmonią w świecie pełnym chaosu. Warto więc w obu przypadkach dostrajać się do jej głosu, wibracji, pełnej miłości, jednej z wielu jakie nas otaczają i zwyczajnie oddalać to, co nam nie służy, co nas zniewala do podróży przez mętne odchłanie zwątpienia.
Melancholijnie, albo z buta, czas już powiedzieć smutkowi: „Do widzenia”, by dzień się udał. Mój się uda!
O miłości i wybaczaniu
Nie zrobimy w swoim życiu postępu, jeśli nie wybaczymy. Szczerze, prawdziwie, dogłębnie, pełni siły, wybaczymy tym, co nas skrzywdzili, zadali rany, lekceważyli, nie szanowali, słowem – nie kochali. Wybaczanie nie jest trudne, kiedy przychodzi na nie pora. Wtedy wystarczy puścić żal, smutek, poczucie bycia ofiarą i wszystkie pozorne korzyści z tego wynikające. Zainteresowanie ludzi, współczujące spojrzenia, poklepywanie po plecach, słowa otuchy i przytulenia. Pozwalając temu odejść pozwalamy odejść cierpieniom, a pustka po nich zapełnia się powoli akceptacją. Zrozumieniem, ze już nie trzeba kurczowo trzymać się stromego zbocza z gniewem, że nikt nas nie ratuje. Kiedy puścisz wszystko po kolei palec za palcem, poczujesz jak z tyłu, na twoich plecach za skrywaną maską ignorancji i obciążającego cierpienia wykluwa się wielka tajemnica. I kiedy odpadniesz całkiem od ściany płaczu, z szumem wzniosą cię do góry twoje własne skrzydła. Niekiedy wisimy ma tej ścianie zbyt długo, by uwierzyć, że wybaczanie pomoże nam przeżyć w innym stanie niż z napiętymi do bólu mięśniami i uwagą skierowana na ochronę przed upadkiem. Siła naszych ramion w końcu się wyczerpuje i, jeśli jeszcze tli się w nas wiara, że nie jesteśmy tylko marnym pyłem, ta resztka wewnętrznego płomienia może wypali nam skrzydła na plecach nim spadniemy na samo dno. Nie czas tu jest ważny, a postrzeganie świata. Miałam silne ramiona jak atleta. Kiedy spadałam byłam gotowa się rozbić, ale w głębi siebie wiedziałam bardziej niż kiedykolwiek, że wystarczy otworzyć oczy i zobaczyć, że stoję stabilnie w powietrzu, uczepiona wirtualnej ściany. Odwróciłam się w jednej chwili i czas mnie już nie dotyka wyrzutami sumienia, że tak długo czekałam z tym otwarciem. Bo czas to fikcja do odmierzania naszego nieskończonego istnienia. Wybaczyłam wszystkim i sobie samej na końcu. Sobie samej wybaczyć jest najtrudniej. Przeoczenia, zaniechania, udawanie, iluzje, że widziałam prawdę, ale się jej wyrzekłam. Na chwile wyrzekłam się siebie i nie podążałam za swoim sumieniem, sercem, rozsądkiem, w przebraniu, grałam role kogoś, kim nigdy nie byłam. Dla mirażu idealnego życia o jakim śniłam. Ten czas trwał chwile. Teraz nadeszła chwila z jaką się mierze, jak z wysoka góra, albo piramidą schodkową, stopień za stopniem, noga za nogą. I choć wiem, że wszystko jest iluzją, to ta iluzja wydaje się prawdziwa, kiedy większość ludzi dla niej robi rzeczy niewyobrażalne.
Dlatego wybaczyłam i sobie, żeby przejrzeć na oczy w nowym paradygmacie odpowiedzialności za wszystko co mi się zdarzyło, od początku do końca. I nienawiść, i groza, i piękno, i miłość. Wszystko co nam się przydarza jest bowiem wynikiem pośrednich i bezpośrednich wyborów całego naszego życia. Wzięcie za nie odpowiedzialności jest częścią ludzkiego samookreślenia, dojrzewania. Bez odpowiedzialności za całe swoje życie nie ma nas, jako autonomicznych jednostek w przestrzeni świata. Bezwolni, bez wpływu, z założenia stanowimy nieistotny element krajobrazu, jaki nic nie może, i jaki przestawiają inni zgodnie z własnym wyczuciem przestrzeni, porządkując nasze miejsce w życiu, a tego przecież nie chcemy. Chcemy być wolni, niezależni od innych, choć będziemy z nimi spleceni, tworząc coś dla siebie w poszanowaniu własnych granic i wyobrażeń o szczęściu. Kocham tańczyć i nie wyobrażam sobie żeby jakiś człowiek mi zabraniał chodzić na tango, a jeden mi perswadował, że tracę czas zamiast rozwijać się w „pożyteczny” sposób. Ale ja wiem sama co jest dla mnie dobre, co mnie wypełnia pozytywną myślą, nastrojem i radosnym poczuciem zmęczenia. Żeby się tak oprzeć cudzym opiniom w drodze do własnego szczęścia, trzeba przestać się obwiniać i wybaczyć sobie, ludziom i wziąć odpowiedzialność za absolutną całość. Z tego rodzi się potężna pewność, że nasze życie należy do nas w sposób ze wszech miar zasłużony i możemy w nim wykonać nie jeden udany albo nieudany pivot, albo boleo, potknąć się na nogach partnera podczas sacady. To wszystko mija, a kiedy kolejny raz idziemy na tango, w życie, co chwilę, możemy coś poprawić, poćwiczyć i bawić się tym nie obciążając, że nie wszystko nam wyszło jeszcze w życiu. Bo gdyby już nam wszystko wyszło, gdzie mielibyśmy ulokować poczucie satysfakcji, jaką czujemy, gdy pokonujemy przeszkody? Co by nas motywowało do istnienia?
Jak wybaczać? Nie ma reguł, po kolei, chronologicznie, alfabetycznie, osobami, miejscami, intensywnością ran od najmniejszych do największych, albo odwrotnie od traum do uraz, chaotycznie. To się samo robi, kiedy w końcu się zgadzamy na wybaczenie i odpuszczenie. Zwykle świat nas inspiruje do tego od czego zacząć. Wystarczy być uważnym i z samego rana, kiedy jesteśmy między snem a obudzeniem poczuć czy coś nas boli, drażni, przypomina się mimowolnie. I od tego zacząć. Można w środku dnia, jadąc autobusem sprawdzić to samo, to co nas obciąża, albo po prostu wtedy, gdy będziemy gotowi się przyznać, że coś mamy do wybaczenia innym i sobie, i pozwolić sobie na powrót emocji, jakie towarzyszyły nam w przeszłości. Złości, skrzywdzeniu, lękowi, żeby wróciły i wypłynęły z naszej podświadomości. I przepuścić je przez swoje ciało. Powiedzieć sobie: „widzę, czuję i wybaczam” i naprawdę to poczuć. Czasem warto to robić w bezpiecznym otoczeniu, bo jedna mała uraza potrafi być wierzchołkiem góry lodowej, nieuświadomionej w naszym wnętrzu. Można podczas medytacji, modlitwy, jak kto woli, na wycieczce rowerowej, plaży, w ogrodzie podczas kopania grządek, pozwalając sobie na regresję w czasie skupić myśli na dojmującym wydarzeniu, osobie. Kiedy emocja wraca, przez chwilę czujemy się gorzej, ale dynamika emocji jest znana, najpierw stromo się pnie do góry, potem spada. I odchodzi. Odchodzi na zawsze, a wraz z nią cały balast skojarzeń, myśli, wewnętrznych blokad, których czasem nie widzimy, tak są wtopione w naszą podświadomość. Wybaczanie zdejmuje z nas te siły, które przyszły nie zapraszane, które nas ograniczyły. Wiedząc o nich nie warto walczyć z nimi zajadle, przetrenowywać muskułów umysłowych tłumaczących naszej podświadomości, czemu ta konkretna rana nas nie boli. Takie chroniczne wyparcie samo w sobie jest ograniczeniem. Trzeba szczerze przyznać, że rana boli, ale dając jej miejsce na wyrażenie siebie w emocji, wyzwolić ją na zawsze. Robiąc to ciągle, obserwując emocje i swoje działania, stajemy się tak bardzo świadomi siebie, że trudno będzie nas w przyszłości zranić, omamić strachem, albo nienawiścią. Rozumiemy więcej i choć więcej odczuwamy, nie zatapiamy się w emocje, ale wypuszczamy je w przestrzeń pozwalając sobie na wolność w podejmowaniu decyzji i wybór tego co nas nie rani, a pozwala nam rosnąć. Im więcej odpuścimy wybaczając, tym więcej w nas zrozumienia i czystości w zgodzie z własnym JA. A wtedy przychodzi spokój i miłość, do świata i ludzi. Czujemy się częścią jasnej drogi, która nas nie łudzi spełnieniem w nieistotnych aspektach. A kiedy zrozumiemy siebie, bez zaciemnień, na końcu drogi wybaczania, czeka prawdziwa wolność. Sedno istnienia człowieka.
O miłości i bliskości
Do napisania tego tekstu zostałam wyzwana, a że ostatnio nie boję się wyzwań, więc postanowiłam sprostać i dziś się postaram ująć parę aspektów, jakie wypłynęły w trakcie naszego ostatniego spotkania z tangiem, kiedy Maria uczyła nas idei objęcia. Dokładnie idei i praktyki.
Objęcie w tangu jest bliskie, nie koniecznie w sensie fizycznym, jak je sobie wyobrażamy, ale mentalnym, bo między partnerami zachodzi wymiana energii. Stąd taki kłopot z tangiem w ogóle, że energię trzeba przekazać, ale też trzeba umieć przyjąć, więc otworzyć się na nią, a co za tym idzie, otworzyć się na bliskość.
Są różne rodzaje bliskości. Intelektualna, kiedy z kimś świetnie nam się rozmawia na wspólne tematy, czujemy wtedy ten przepływ energii w rozmowie i każdy wie o czym mowa. Bliskość mentalna, kiedy mamy podobne wartości i odczuwamy podobieństwo w innych, łatwiej nam się wtedy dopasować, zgrać werbalnie. Mam na myśli wiek, doświadczenie, sposób patrzenia na życie, czyli pokrewieństwo nie koniecznie rodzinne. Jest też bliskość fizyczna. O ile pozostałych możemy doświadczać mniej lub bardziej bezpiecznie w naszych kanonach społecznych, o tyle ta ostatnia kuleje, moim zdaniem, na potęgę, bo bliskości fizycznej przypisałiśmy łatkę.
Moim zdaniem to, jak odbieramy bliskość wszelkiego rodzaju świadczy o naszym kontakcie z sobą samym, nie innymi. Po prostu, nasz stosunek do bliskości określa, jak blisko jesteśmy z naszym wewnętrznym JA. Kiedy rozmawiamy, widzimy innych empatycznie, albo zamykamy się na nich. Obserwując siebie jesteśmy w stanie dostrzec, gdzie w naszym wnętrzu czycha zadra, której sobie nie uświadamiamy, a która nam uniemożliwia spotkanie z drugim człowiekiem. Wsłuchując się wnikliwie w innych słuchamy tak naprawdę siebie w innej postaci fizycznej. Może to pokrętne, ale spróbujmy się kiedyś poobserwować, jak reagujemy kiedy ktoś mówi do nas rzeczy bolesne, wstydliwe. Jaki to w nas wywołuje dysonans. Taka bliskość daje nam szanse na weryfikację tego, co myślimy, jak działamy, jakie są nasze emocje i co nami kieruje. Warto się bacznie sobie przyjrzeć podczas rozmowy i znaleźć te sprawy, jakie nas blokują w życiu do większej otwartości na bliskość z innymi, na życie. Można to poćwiczyć w bezpiecznym gronie, ale też rozszerzać na inne obszary, sprzedawczyni w sklepie, pana na ławeczce w parku, czy kierowcy autobusu, kiedy wpuści nas życzliwie mimo, że mógł odjechać bez nas, jeden mały uśmiech i dziękuję, dzień dobry, przepraszam, do szefa w pracy, dzieci. Otwartość, szczerość w rozmowie, nieocenianie siebie i partnera jest wyzwalające i powoduje dużo prawdziwego szczęścia. Taka bliskość może spowodować, że zauważymy jak niewiele różnimy się od siebie w gruncie rzeczy, a to już jest kolejny poziom bliskości, pokrewieństwo. Kiedy rozmawiam z ludźmi, a dziś rozmawiałam z głodnym marynarzem pół-Portugalczykiem w tramwaju na Ochcocie, który pił od czwartku po rocznym zasłużonym pobycie w więzieniu, i któremu wręczyłam moją bułkę do pracy, żeby dojechał do córki do Wrocławia i odmówiłam kasy na papierosy i alkohol, żeby był zdrowy i wrócił do malowania, to widzę, jak jesteśmy sobie bliscy, kiedy nie oceniamy człowieka, ale go widzimy. Tylko widzimy, jak nas samych. Krzysztof-Marynarz, pożegnał mnie szarmanckim pocałunkiem w rękę i krótkim komplementem po portugalsku, wcinając moją bułkę wrocławską nota bene. W Portugalii mieszka niedaleko Lizbony. Lizbona mnie prześladuje w łagodnie szczęśliwy sposób.
„Zobaczcie człowieka w człowieku” – ja dodam, zobaczcie w nim siebie. Również w tangu, w kontakcie z człowiekiem.
Wracając do blisko
ści fizycznej, ta jest źródłem niesamowitej energii życiowej, zrodzonej z dotyku. Kiedy się przytulamy w tangu, tworzymy komfort partnerowi, ale też dbamy o siebie, o swój balans, postawę. Jak w dobrej relacji, nie uwieszamy się na nikim, bo jak go zabraknie to leżymy i kwiczymy. Balans, ale bliskość i odczuwanie, pozwalanie na przepływ energii. Trzeba być świadomym swoich barier i swojej siły, żeby pozwolić na wejście w swoją przestrzeń innemu człowiekowi. Trzeba mu coś sobą zaoferować, w tańcu – taniec, w relacji wspólną drogę życiową, w jakichś jej aspektach, może to być przyjaźń, wspólne podróżowanie, kino, rozmowa, praca. Wspólne tworzenie, bo tango tworzymy w parze, umożliwia właśnie bliskość. Można uczyć się figur do zdarcia obcasów i palców, do bólu pleców, ale nie zatańczymy tanga i nie stworzymy relacji w oparciu o złe podstawy, bez kontaktu. Dlatego wracam do podstaw i ćwiczę objęcie, komfort dla partnera, ale i dla mnie. To nie jest łatwe. Nie uczą nas tego w życiu, musimy to sami wypracować, a najpierw zauważyć taką potrzebę, w sobie.
A przytulanie, codzienne, ma zbawcze działanie. Może działać terapeutycznie na osoby zamknięte, sfrustrowane. Warto przytulać tych, których kochamy, lubimy, bądź spotykamy po to, by ich wesprzeć. Ktoś mi ostatnio powiedział, że jak się bardzo kłócił ze swoją partnerką, to najlepszym balsamem było chwilowe przytulenie nawet w środku kłótni. Moje dzieci przytulam regularnie, nawet syna, który przed kolegami się do tego nie przyzna, bo takie mamy błędne przekonanie, że bliskość fizyczna jest nieobyczajna, albo dla mazgajów. Kobieta siedząca na kolanie „obcego” mężczyzny zyskuje przydomek. Tak to działa. Dzieci i nastolatki próbują to przełamać, ale szybko ich wtłaczamy w nasze kanony społeczne. Zostaliśmy zaprogramowani na życie w dystansie, który nas w gruncie rzeczy rani i ogranicza. Przytulanie, dotyk, uśmiech, czy wnikliwe słuchanie innych, zaraz się kojarzy z nie wiadomo czym. A to przecież tylko kontakt, bliski kontakt i nic więcej. Do takiego kontaktu mamy wszystkie zmysły i warto się nimi posługiwać w celu większego zrozumienia świata i poczucia szczęścia w życiu, większej uważności i otwartości na przeżywanie. Kiedy znikają bariery uwarunkowań społecznych, że coś wypada, a coś nie, każdy z nas łatwo jest w stanie określić, jakie granice ma jego bliskość i mentalna, i fizyczna. Bo wbrew pozorom największą barierą dla naszej bliskości nie jest poprawność społeczna, a niezaglądanie do własnego wnętrza. Kiedy zaglądamy, widzimy siebie i akceptujemy to, jacy jesteśmy, wtedy nie boimy się kontaktu z innymi, nie boimy się odbioru nas w całej krasie. Bliskość obnaża nas wewnętrznie, dlatego nierozpoznani, bądź nielubiący siebie się ukrywamy w dystansie. Kiedy jednak się otwieramy na swoje dusze, z akceptacją na to kim jesteśmy naprawdę, otwieramy się na innych. A to jest megaciekawe, jak ciekawy jest wszechświat. Ja zawsze byłam ciekawa innych ludzi. Nie wszystkich chcę przytulać, ale lubię słuchać i mówić. Dlatego tak się jakoś dzieje, że mnie różni ludzie spotykają w celu wysłuchania, jak ten Marynarz. Długo by opowiadać. Słucham innych ludzi, mówię, stwarzam przestrzeń do otwarcia. Z tangiem jeszcze się biedzę, ale też załapię. To przyjdzie z czasem. Już czuję postęp i czuję, jak wiele barier pękło po ostatnich zajęciach, kiedy przytulaliśmy się w tangu, żeby nauczyć się prawidłowego objęcia. Jak zdejmujemy pancerze sztucznej poprawności i otwieramy się na siebie, na spontaniczne reakcje w bliskości, na ich akceptację. Taniec daje pole do wyrażania siebie w całości, pięknie i w harmonii z drugim ciałem, człowiekiem, z jego percepcją, finezją. Lepiej to wychodzi kiedy się rozumiemy poprzez otwarcie, na bliskość. Mamy jeszcze tyle do zrozumienia i wytańczenia w życiu. I to jest wspaniałe.
Na koniec nasunęła mi się taka myśl:
Dzielmy się tym, jacy jesteśmy, by inni rozumieli siebie lepiej, odbijając się w naszych wnętrzach.
I to tyle narazie, ale CDN.
O miłości i rozstaniach
Każda nasza relacja, z dziećmi, partnerem, w pracy, z rodzicami, przyjaciółmi kończy się rozstaniem. To fakt niezaprzeczalny. Albo ktoś odchodzi, albo my odchodzimy, dzieci dorastają, zmieniamy pracę, rozwodzimy się, wyjeżdżamy za granicę, ktoś umiera. Wszystkie te sytuacje są naturalne i wciąż się zdarzają, dlatego każda relacja powinna się opierać od początku na przekonaniu, że jeśli ktoś nam towarzyszy teraz, to z pewnością nastąpi rozstanie. Z pewnością, bezdyskusyjnie. Kiedy, to już zależy od okoliczności, ale wchodzenie w relacje na zasadzie nieskończoności to zwykłe samookłamywanie. Nie oznacza to paradoksalnie, że nie należy kochać albo się angażować. Wręcz przeciwnie.
Co daje takie podejście do związku, w który jesteśmy zaangażowani? Wolność i brak zaborczości. A to już warte jest przepracowania, kiedy widzimy ile energii pochłania zazdrość i potrzeba zatrzymania drugiego człowieka. Poczucie, że czeka nas rozstanie daje nam wolność przeżywania chwili, w jakiej właśnie jesteśmy, otwiera nas na zmiany i pomaga nie martwić się o przyszłość, która w finalnym sensie już jest ustalona. Tylko droga do niej może być różna, zależna od nas. Podejście z pozycji rozstania wyzwala również radość z cieszenia się chwilą, podnosi jakość tego co przeżywamy tu i teraz, bo przecież jeśli wiemy, że coś się skończy, bardziej się staramy wydobyć z każdej sekundy jak najwięcej szczęścia. Przez to stajemy się w pewnym sensie panami sytuacji, bo ona nie rządzi nami z pozycji straty. O takiej relacji można powiedzieć, że jest idealna do przeżywania pełni życia. Uwalniamy się w ten sposób od strachu, że możemy stracić coś, kogoś na wieki przez swoje postępowanie, a bardziej się koncentrujemy na dawaniu z siebie tego co najlepsze. Skoro czas nas ogranicza, kochamy też bardziej. Z takim nastawieniem do związku więcej dajesz, i więcej otrzymujesz od partnera, dzieci, szefa. I tak wyłania się pełnia.
Wszyscy odchodzą, nie ma nic stałego i niezmiennego na świecie. Przekujmy więc ten paradygmat w nasz oręż zamiast czuć cierpienie, że wszystko mija. Roztoczmy nad sobą jak parasol tę prawdę o zmianach i pozwólmy sobie na radość z tego, że każdego dnia czeka na nas coś nowego. W miłości, w rodzicielstwie, w przyjaźni. I przeżywajmy to, co nam się zdarzy całymi sobą, bo to odejdzie. Tak jak ludzie, których kochamy.
O miłości – faza druga
Po zakochaniu i koktajlu niespodziewanych przyjemności pojawia się nowy czynnik. Hasło – oksytocyna. Hormon o wielopoziomowym działaniu dobrze znany kobietom, które rodziły, bo w postaci syntetycznej jest podawany w czasie porodu. Wzmaga skurcze macicy, wywołuje laktację, wyzwala się w czasie orgazmu. Ma ciekawe działanie w fazie wyłaniania się miłości z zakochania. Oksytocyna po pierwsze zmniejsza nasze lęki i wzbudza zaufanie do partnera, po drugie zwiększa empatię, radość z przeżywania, po trzecie co ciekawe, w przypadku mężczyzn, na których oksytocynę testowano, zmniejsza zainteresowanie innymi osobami poza wybraną, więc są mniej podatni na zdradę w tej fazie związku. Społecznie oksytocyna pozwala na większą współpracę i twórcze działania w oparciu o potrzeby wszystkich członków społeczności. Dobry hormon, nazywany czasem hormonem miłości. Co jeszcze ciekawe, u mężczyzn wyzwala się w czasie seksu tylko z osobą, z jaką są związani emocjonalnie. Zgodnie z badaniami i naszą obserwacją, miłość pozwala przenosić góry, bez wysiłku, z radością, a oksytocyna zmniejsza również poziom odczuwania bólu.
Jak się ją wyzwala? Oczywiście poprzez seks, dotyk, ale również słuchanie i przebywanie w towarzystwie bliskiej nam osoby. Oprócz tego przez medytację i trening sportowy. Jest wiele sposobów. Generalnie oksytocyna pomaga w życiu, a ponieważ kochający i przebywający ze sobą ludzie źródeł tego hormonu mają pod dostatkiem, więc są szczęśliwsi, żyją pełnią życia, bez lęków i w harmonii. Z czasem organizm się nasyca. Nie znam takich badań, ale z obserwacji wiadomo, że po jakimś czasie wszystkie te czynności, jakie pozwalają na ugruntowanie związku dzięki oksytocynie, osłabiają swoje działanie. Jeśli w tej fazie nie zajdzie poważna integracja między osobami, związek się rozpada, albo jest powodem frustracji, bo oksytocyna na pewnym poziomie już nas nie zadowala. I tu właśnie wchodzi świadomość. Jeśli w miłości podlanej hormonem oksytocyny wyrosło coś, co ma szansę na przetrwanie, zostanie, jeśli nie to tylko się zwodzimy. Może jest tu też odpowiedź na pytanie dlaczego kobiety tkwią dłużej niż mężczyźni w nieudanych związkach. Rodząc dzieci, wciąż mają dostęp do oksytocyny podczas laktacji, gdy mężczyźni mają ograniczone źródła i szybciej się „odstawiają” od oksytocyny. Można powiedzieć, że praca nad związkiem to praca nad utrzymaniem poziomu oksytocyny.
Tyle jeśli chodzi o biochemię. Stosunki społeczne są jednak bardziej skomplikowane. Kobiety w związkach są bardziej niepewne. Nie chodzi tylko o dysproporcję fizyczną, ale o przyszłość. Kobiety więcej planują i wolą inwestować uczucia w mężczyzn, jacy nie stanowią zagrożenia dla tych planów, a je spełnią. O ile oksytocyna zapewnia zaufanie w pierwszej fazie miłości po zakochaniu, o tyle potem trzeba wypracować takie wspólne działanie, żeby miłość była niejako niezależna od chwilowych wahnięć. I na tym etapie zaczyna się kłopot z dogadaniem. Ludzie często dochodzą do tego etapu po ślubie i stąd te stwierdzenia o goryczy małżeństwa, o trudzie, znoju wspólnego życia. Właśnie sobie wyobraziłam przyszłość, jak z powieści Lema. Para przychodzi do lekarza i bada poziom hormonów wytwarzanych w kolejnych fazach, najpierw zakochania, potem miłości i przywiązania, i stwierdza na jakim etapie jest ich związek. Lekarz wyjmuje wydruk z komputera i mówi: „No tak, pani się hormony przesunęły w kierunku miłości, ale pan został na poziomie zakochania. Jak długo się państwo spotykają? Dwa lata? Według wzoru Monroa-Shoringera przekroczyliście moment na integrację pół roku temu. Ewidentnie związek nie przetrwa. Dziękuję, następny proszę.” Żart oczywiście i wątpię, żeby dało się tak sformalizować podejście do związków i kochania. Jesteśmy zbyt skomplikowani na medyczne procedury w tej materii. Nie jesteśmy po prostu tylko biocyborgami zaprogramowanymi na prokreację i przetrwanie gatunku, szczególnie w naszych czasach, kiedy przeludniamy ziemię i zaczynamy zwracać się częściej do swojego wnętrza.
Jeśli więc chodzi o hormony, nic nie poradzimy na takie funkcjonowanie naszych organizmów. Możemy co najwyżej śledzić to co czujemy wnikliwiej. Na tym etapie związku trudniej o rozstanie, również z powodu inwestycji jaką poczyniliśmy w partnera. Inwestycji emocjonalnej. Kiedy jednak zdamy sobie sprawę, że związek nam nie służy, warto rozważyć rozstanie mimo powszechnego społecznego niezadowolenia z rozwodów, rozpadu rodzin i etykiet z tym związanych serwowanych przez pewne środowiska. Najistotniejsza we wszystkim jest zdrowa więź jaką może stworzyć z drugim człowiekiem emocjonalnie zdrowy człowiek. Bo oksytocyna ma również pewne działanie, które może stać się pułapką dla par. Zwiększa hojność i wyzwala skrajne poświęcanie się. Poświęcenie zaś nielimitowane doprowadza do całkowitego wycieńczenia na wielu polach rodzinnym, zawodowym, społecznym. Dlatego też zadbanie o siebie w związku na każdym etapie jest kluczem do zdrowego rozwoju w miłości, bez poczucia winy, zazdrości, pretensji i oczekiwań, że ktoś o nas zadba. W miłości dbamy o siebie stwarzając sobie wzajemnie przestrzeń do rozwoju, do magii przeżywania życia z inną osobą, nie wpatrywania się w nią jak mnich w święty obraz. Życie w fazie miłości to ciągły proces, bo wciąż się zmieniamy i jeśli ktoś w nim zaśpi, oczywiście można mu pomóc, pociągnąć za sobą, ale nie można wciąż go taszczyć, albo z kolei stale liczyć na podwiezienie.
W tej fazie miłości warto określić, jakie się ma podstawowe wartości i cele, bo one muszą być zgodne. Tego się nie da obejść. Nie chodzi o to, czy słuchamy tej samej muzyki, albo lubimy krewetki, ale już to, czy jesteśmy wegetarianami a partner nie, może się liczyć. Łatwo się zorientować co jest ważne, mówić i słuchać. To w zupełności wystarczy. I nie zmieniać się pod dyktando czyichś wyobrażeń, ale też nie przywiązywać zbyt dużej wagi do błahostek. To co ważne i tak wypłynie na powierzchnię, a co nieistotne samo zniknie.
Każda kolejna szansa na miłość jest jak szansa na dopełnianie siebie i poznawanie jakim się jest naprawdę człowiekiem. Tylko w konfrontacji z tak silnym uczuciem możemy wydobyć na powierzchnię nasze prawdziwe ja i dać sobie szansę je przetransformować, oczyścić z niepotrzebnych elementów. Bo ja głęboko wierzę, że każdy z nas jest dobry, i miłość to pokazuje w największej mierze. Naszą hojność, otwartość, piękno i czyści w nas zwątpienie, stare rany, uwikłania z przeszłości. Korzystajmy z niej mądrze kiedy przychodzi, bo to prawdziwy dar dla nas samych. Dar dla naszej osobowości, ale też otoczenia w jakim przebywamy. Stajemy się pod jej wpływem o wiele lepsi jeśli jest prawdziwa i współgramy z jej brzmieniem. Warto na nią czekać, ale warto też zaglądać w głąb siebie, żeby być przygotowanym na drugiego człowieka.
