Miłość do siebie to nie narcyzm. Narcyzm, w szczególności w stosunku do ciała, jest destrukcyjnym rozumieniem miłości, autodestrukcyjnym wbrew pozorom. Kochać siebie nie oznacza nic więcej niż widzieć siebie w prawdzie i potędze, i tę prawdę pokazywać światu. Potęgę zaś należy przyjąć, i czuć, i każdym działaniem próbować jej sprostać przełamując nasze ludzkie ograniczenia. Wyzwalanie potęgi człowieka, jego miłości do siebie odbywa się, moim zdaniem, przez zdejmowanie programów, jakie narzuca nam ego, by nas kontrolować i umniejszać. Przez ego zamiast prawdy widzimy iluzję, z której trudno się wyzwolić. Miałam na sobie super węzeł iluzji i pułapek ego. Nie przez przypadek jestem w mojej rodzinie znana z rozwiązywania beznadziejnych dla innych węzłów. Wiąż mam programy, które powoli odpuszczam. Jednym z nich było nie jedzenie cukru. Przez jakiś czas nie czułam chęci na jedzenie słodyczy i zapisałam sobie program, że to dobrze, bo cukier mi szkodzi. Czy szkodził? Racjonalnie patrzę w przeszłość. Nie szkodził. Jem więc cukier i wszystko na co przychodzi mi ochota. Dosłownie, i mięso też, i nic się nie dzieje. Zdjęłam program. Czemu? Wiedziałam, że jak zakoduję, że coś mi szkodzi, to zaszkodzi i tyle. Piję kawę, słodzę i nie brzydzę się dobrą strawą na mięsie. Ale, i tu jest haczyk. Jem kiedy naprawdę jestem głodna, i tylko to na co mam ochotę. Tyle i aż tyle. Spróbować można. Moje ciało jest wypoczęte, prężne, elastyczne choć robię dziennie wiele kilometrów pod górę i z góry. Kolejny program zdejmuję, moje kolana. Bolą kiedy wyginam je w jodze w kierunku bioder. Niezbyt to naturalna pozycja, ale z czułością się roztkliwiałam nad niemożnością wykonania tego ćwiczenia. Teraz uwolniłam ten absurdalny pomysł, że muszę robić wszystko. Kolana czują się wyśmienicie. Inny program ból. Miałam kiedyś bóle łydek i głowy, związane, jak sądziłam z nieprawidłowym krążeniem, brakiem magnezu itd. Jadłam na to czekoladę gorzką, czyli nadpisałam stary program nowym. Działał jak ulał. Teraz już się tym nie martwię. Łydki i głowa są cudownie ozdrowione o ile o nich i ich kondycji nie myślę. Porzuciłam z rozmysłem uważność w stosunku do mojego ciała. Nie zaniedbuję go, tylko się nad nim zbytnio nie zasadzam, tańczę, przeciągam się, chodzę. W siedzeniu samo się prostuje i układa. Jak super robot i mam uczucie, posiadania ciała, nie bycia ciałem. Utrwalam ten stan i jest cudowny. Wyzwala mnie od paranoi powszechnej w naszym świecie, pozorności mojego istnienia jako czegoś w dodatku do ciała, o które tak wszyscy dbają. Moje dba o siebie samo. Jak zawsze robiło, tylko tego nie wiedziałam. Mam wielki szacunek do mojego ciała. Daje mi wolność przemieszczania, czucia zmysłami, wyrażania siebie w świecie materialnym. Kocham moje ciało, to część miłości do siebie. I celebruję je jeśli czuję, że tego mu potrzeba, by mnie niosło, nie jak najdłużej, ale tyle ile trzeba.
Autor: JA
My Lisbon Story: Second Episode, Part 2

„Alfama”
Chodzę po Lizbonie bez planu. Najbardziej lubię oglądać kamienice, a w nich balkony. Wyobrażam sobie, jak kiedyś wystawały na nich strojne panny wywieszając pranie, albo trzepiąc obrusy. Wczoraj poszłam na Alfamę, bo chciałam zobaczyć muzeum fado. Było zamknięte, bo to poniedziałek. Zapomniałam jaki jest dzień tygodnia. Alfama nie została zburzona przez wielkie trzęsienie ziemi w Lizbonie, które doszczętnie zniszczyło większość miasta. Wielkie jego połacie zostały wtedy odbudowane z nową koncepcją architektoniczną, ulice poszerzono, wytyczono trakty komunikacyjne i unowocześniono miasto dając mu nowy początek. Czasem warto coś doszczętnie zburzyć, by postawić coś co wszystkim służy, szczególnie nowym pokoleniom. Alfama się ostała na swoje nieszczęście. Jest dzielnicą biedną, zarośniętą rozpadającymi się kamienicami, albo nowotworami budowlanymi w postaci blokowisk. Tylko czasem widać przebłyski dawnej świetności. Postawiono tam monumentalny narodowy panteon. Chyba tylko po to by podnieść prestiż okolicy i jakoś ją ratować. Wchodząc z nieuczęszczane przez turystów ulice widać zaniedbanie i ruinę. Pozamykane likwidacją sklepy, mieszkańców jak, żeby nie obrazić nikogo, stali bywalcy bram na Pradze w Warszawie. Ma to swój urok rozkładu i prób ratowania. Miejski park w okolicy jest piękny i punt widokowy na miasto i restauracje. Przed restauracją jednak kelnerka cichym szeptem powiedziała mi, żebym przełożyła plecak do przodu, bo … Cóż, nie czułam się tam niebezpiecznie, bo wcale się tu nie boję. Rozumiem jednak ludzkie strachy. Plecak zostawiłam tak jak mi było wygodnie i poszłam dalej w kierunku słońca, które nad Alfamą czasem jest ciężkie, a ulice mocniej zacienione niż gdzie indziej.
Idąc tak przed siebie, zupełnie spontanicznie, zdobyłam zamek świętego Jerzego. Nie planowałam tego. Szłam przez Alfamę i zobaczyłam drogowskaz na zamek. Skręciłam myśląc: „A, zobaczę co się zdarzy.” Pogoda była piękna. Weszłam na wzgórze, potem na mury i zachwyciłam się widokiem na Lizbonę, ruinami i pamięcią tego miejsca. Wszędzie wokół głównego budynku mieściły się podcienie z kamiennymi stołami i ławkami do siedzenia. Prawie widziałam dworzan, rycerzy i damy przechadzających się w słońcu i odpoczywających przy wszechobecnych fontannach w ścianach w obecności pięknych pawi. Nie jestem znawcą ani średniowiecza, ani architektury, ale ten zamek był moim zdaniem wspaniałym miejscem do mieszkania dla ludzi. Wystarczyło spojrzeć na współczesne tłumy turystów spędzających tam czas w bardzo naturalny, spontaniczny sposób, mimo chodzenia odpoczywających atmosferą miejsca. Dlaczego czasem warto nie mieć planu? Prosta rzecz, kiedy podeszłam pod zamek kolejka po bilety miała może 5 osób. Kiedy wychodziłam, ogon kolejki ciągnął się przez cały dziedziniec, jakieś 50 osób lekko licząc. Sama nie mogłam więc lepiej zaplanować przyjścia i ominięcia udręki stania. Pewnie darowałabym sobie to stanie w takim przypadku, bo nie mam tu ciśnienia na zaliczanie kolejnych atrakcji turystycznych.
W drodze powrotnej zaszłam do restauracji poznanej w czasie pierwszej wędrówki po mieście. Nie sądziłam, że do niej trafię, ale bardzo nam się spodobał, kiedy wędrowałam jeszcze z kolegą. Zjadłam tani pakiet danie + picie + kawa. Specjalnie dla turystów, ale dobre, bo jedzeniu tutaj naprawdę można ufać. Jeszcze się nie zawiodłam żadnym lokalem i menu. Wszędzie coś dla siebie znajduję. Jem ryby, warzywa, wczoraj jadłam spagetti i oczywiście piję kawę, słodzoną, bo tylko taka mi smakuje. I sok pomarańczowy, wyciskany, pycha.
Wczoraj również przydarzył mi się ciekawy incydent, kiedy wracałam do hostelu. Pewien zwalisty ciemnoskóry mężczyzna na najruchliwszym placu w okolicy w tłumie innych ludzi proponował mi haszysz i
trawkę. W wyciągniętej ręce trzymał to co sprzedawał i faktycznie była to marihuana, na oko. Odmówiłam, ale ciągnął się za mną dobre kilka metrów zanim moje „absolutely not!” odkleiło go ode mnie. Nasunęła mi się refleksja. Czy ja wyglądam na osobę chętną do kupienia towaru? I czy ten gość w tym tłumie w ogóle się nie bał, że ktoś sprowadzi policję? Ciekawa ta Lizbona, prawda. W biały dzień na głównym trakcie można kupić trawę, albo haszysz. Ja nie potrzebuję. Nie potępiam, nie zabraniam innym. Po prostu mam inne cudowne doznania, bardziej naturalne dla mnie. Rzeczywistość potrafi zdołować i rozumiem tych co szukają absolutu bądź uwolnienia w używkach. Tylko tak mi się widzi, że to droga chwilowa, na skróty i trudna do utrzymania bez zażywania. Wolę mieć kontakt z rzeczywistością i w samej sobie szukać prawdy i zdejmować programy świadomości. A ekstazę przeżywać w stanie naturalnym, który moim zdaniem jest dostępny dla każdego kto szuka, więc i dla mnie, w stanie pełnej światłości.
My Lisbon Story: Second Episode, Part 1
„Włóczęga”
W moim hostelu stoi sejf, który jest tak ciężki, że nie można go było wynieść podczas remontu. Pochodzi z czasów, gdy była tu fabryka. Nikt nie ma do niego kluczy. Jest zamknięty na trzy spusty i nie do ruszenia. Śpię w ciepłym i przytulnym pokoju. Polecam to miejsce, blisko metra i przy głównej ulicy-deptaku, ale od tyłu. Świetne na wypady i włóczęgę po starej Lizbonie.

Jestem w bufecie przy Praca de Rossio i postanowiłam wyjąć komputer i szybko napisać co zauważyłam. Przed chwilą przy bufecie stała ciemnoskóra kobieta w czerwonej spódnicy. Miała niesamowite kształty. Niektórzy uważają, że w szczególności kobietom nie wypada zauważać, a co dopiero wyrażać się na temat tego, jak wyglądają inne kobiety. Ja zawsze zauważam, ale nie oceniam. Widzę i piękno i brzydotę. Oba stany czemuś służą moim zdaniem. Poza tym jest wiele względności w tym co widzimy i traktujemy jako piękno. Ostatnio widzę coraz więcej piękna, a jego brak traktuję jak zaniedbanie, przytłoczenie karmą, programami, albo niemożnością z mojej strony dostrzeżenia tego co kryje się pod iluzją rzeczywistości wyłapywanej przez filtr zwany wzrokiem nim trafi do wnętrza. Często zatrzymujemy się na pierwszym wrażeniu i tylko ono nam zostaje, nie drążymy głębiej z powodu lęków, bo sami boimy się dostrzec jakieś własne mankamenty, zaniedbania odbite w innych jak w lustrze. Grubi drwią więc z jeszcze otylszych, niscy z krasnali, kierowcy z rowerzystów itd. Kiedy pozbywamy się programu oceniania również siebie z wyglądu, widzimy więcej. Kobieta naprzeciw mnie ma siwe włosy i okulary jak lenonki. Im dłużej na nią patrzę tym wyraźniej przypomina mi Yoko Ono, tylko starą i piękną. Znów wychodzi słońce. Zjadłam prawie, więc pójdę dalej w tej włóczędze bez mapy przez miasto. Chodzę kierowana uczuciem. Skręcam tam gdzie za rogiem bardziej mi się podoba i idę. Zdjęcia robię rzadko, bo zauważyłam, i to zahacza o fizykę kwantową, że obiekty zmieniają się, gdy staram się je pochwycić. Więc idę i patrzę, i czuję. I tak jak napisałam mojemu przyjacielowi, im dłużej idę, tym bliżej mam do swego wnętrza. A Lizbona staje się podświadomie, tak jak zauważył, moim miastem wolności, do którego będę wracać w chwilach, gdy ta wolność będzie mi potrzebna, wracać myślą, uczuciami, obrazami, smakiem. Idę chłonąć i obserwować, jak mój stan obserwacji zmienia stan wszechświata. Magia w czystej postaci.

Weszłam do kawiarenki na drodze do zamku i poprosiłam o kawę i pastel de nata, portugalskie ciastko. Właśnie się skończyły, więc wzięłam ciasto z czekoladą i maliną na szczycie. Pycha. Jak polska babka z polewą czekoladową, z cieniem innego smaku. W czasie, gdy czekałam na kawę muzyka przeniosła mnie do wspomnień, które odpuściłam. Jak łatwo to idzie. Odpuszczanie i uwalnianie uczuć, emocji. Skoro tak, to dam sobie prezent i przed kolejnym łykiem kawy odpuszczę jeszcze jedną emocję-wspomnienie. Teraz … Muzyka przypływa na pomoc ..” Listen to your heart”. Znów ten sam efekt. Wchodzę do prawie pustego lokalu i w ciągu pięciu minut jest pełny. Kolega zauważył to już wczoraj. Magnetycznie przyciągam ludzi 🙂
W piątek weszliśmy na wzgórze i trafiliśmy na kafejkę z fado. Mężczyzna siedział przed wejściem i grał na gitarze. Pięknie grał, muzyka była miękka i lekka, jego głos magiczny. Dziś wracając z zamku może znów tam trafię. Albo nie, nie wiążę się planami, oczekiwaniami. Wow, malina była boska! Jak u mojej babci na wsi, na krzaku za domem, który teraz stoi pusty, a kiedyś tętnił życiem wielu pokoleń. Zatęskniłam za nim, za letnim słońcem i zapachem łąki i sadu za stodołą. Ciekawe jakie rzeczy pamiętamy. Ja pamiętam niektóre, bo przypominają mi się w snach. Niedawno przyśnił mi się taki sen w którym siedziałam przed domem babci, przy drodze wiele lat temu i to był świadomy sen. Wiedząc, że śnię i, że to przeszłość, ruszyłam w drogę odszukać coś z przeszłości. I znalazłam, i byłam bardzo szczęśliwa. Bo tego mi było trzeba, by się pożegnać i przywitać przyszłość. Wszystko ma swój czas. Wszystkie zdarzenia na drodze życia prowadziły mnie do tej kafejki, w której otaczają mnie sparowani ludzie. Siedzę i patrzę, słucham i cieszę się. Ogarnia mnie ogromne współczucie w sensie współistnienia, jak czułość do ludzi do miejsca, i w jednej chwili wiem, że w moim pobliżu nikomu nie może nic złego się zdarzyć, że ich chronię swoją energią serca, że wpływam na ich myśli, na odczucia. Jesteśmy jednością, każdy atom tej przestrzeni stworzyłam, każdą manifestację, każdy ruch, uśmiech, słowo w całkiem obcym języku. Jestem magicznym stworzeniem, które zawija przestrzeń wokół siebie. Czuję się odpowiedzialna za cały stan tej przestrzeni. Jeśli jestem pełna miłości, spokoju, troski i radości, wytwarzam falę oczyszczenia i nie ważne, że żadna z tych osób tego nie wie. Ja to biorę na siebie, bo czuję jak to działa. Kobieta obok zaczęła śpiewać i dobrze śpiewa. Za chwilę ruszę, żeby przed zmrokiem wejść na mury zamku i złapać zachód słońca. Mój przyjaciel się ucieszy, że wędruję i zmierzam po nową siebie. A za tydzień? Kim będę za tydzień? Sama nie wiem.
Przyłączyłam się do krucjaty w zupełnie nowej wierze. Wierzę, że wystarczy zmienić siebie, aby zmienić wszystko wokół siebie. Czuję jak przepływa przeze mnie energia innych ludzi, jak moja energia łączy się z nimi na jakimś nieświadomym poziomie, bądź nadświadomym. Widziałam tu wczoraj parę niesamowitych występów ulicznych artystów. Czułam się zespolona z nimi, kiedy grali. Nie czuję lęku i o nic się nie martwię. Wszystko przeżywam trochę obok. W pełni, ale … i to jest wspaniałe uczucie, jakbym sięgała do głębi. Wsłuchuję się w tę głębię i słyszę … prawdziwą siebie. Może to zbyt osobiste doświadczenie, by je opisywać, ale cóż, kiedy przepuszczam to przez serce, nie czuję nic niewłaściwego, w tym co czuję. To, że nie mówimy, nie objawiamy swoich uczuć nie jest bynajmniej dobre. Nie oczekuję po tym co tu piszę niczego, żadnej reakcji, raczej czuję się uwolniona od tego co we mnie drzemie i się wyrywa. Każdy zniesmaczony, niech nie czyta. Mnie to i tak nie zawiedzie, bo nie mam oczekiwań. Oczekiwania sobie odpuściłam. Pisanie mnie cieszy niepomiernie, i dlatego nie martwię się odbiorem, czy sensem. Taka wolność wyrażania siebie.
Na zamek nie weszłam. Już było za późno. Z paroma osobami, dostrzegliśmy jednak możliwość dostania się na mury w miejscu niedostępnym i nielegalnym. Przeskoczyłam raźnie barierkę i stanęłam na murze. Pod nami rozciągał się piękny krajobraz miejskich dachów i rzeki przed zachodem słońca. Pochmurna pogoda nie przeszkadzała, by dostrzec to co w tym miejscu było zjawiskowe. Lekkość i potęga. Przemknęła mi myśl, że to długo nie potrwa, takie nielegalne stanie na murze wysoko nad miastem. Po chwili policjant na skuterze trąbił na nas żebyśmy zeszli. Zaczęłam schodzić chwilkę wcześniej tknięta przeczuciem przed jego przyjazdem. Wymknęłam się bokiem, kiedy inni musieli wysłuchiwać rugania. Patrzyłam na to i myślałam. Warto było nawet narażając się na burę policjanta, który do rugania nie zdjął nawet kasku, bo chyba zdawał sobie sprawę, że i tak nikt nie rozumie jego słów, bo krzyczał po portugalsku do cudzoziemców. Ale mowa ciała, klakson i podniesiony głos robią swoje. W tym kasku wyglądał jak rycerz, który broni zamku przed cudzoziemskim legionem. Japończyk nawet tego nie zrozumiał. Nadal się wspinał po śliskich schodach odciętych barierką na górę. Żona z dołu krzyknęła i wtedy dopiero zaczął schodzić. Schodząc już po drugiej stronie bramy zamku wciąż czułam się rozbawiona całą sytuacją. Kiedyś bym się przejęła. Teraz wcale. Wręcz lubię takie sytuacje. Jakbym w bezpieczny sposób bawiła się światem.

Pod koniec dnia i wędrówki weszłam na małą kolację do pastelarni i kupiłam pastel de nata z małą porcją porto. Weszłam do przestronnej sali na piętrze i w pięknym otoczeniu popijam i smakuję moją dzisiejszą kolację przy dźwiękach fado. Para naprzeciw mnie przytulała się kiedy wchodziłam, on wodził dłonią po jej piersi. Czuli się sami. Teraz przeglądają mapę miasta i może planują jutrzejszy dzień. Muzyka jest tak cudowna, że mam ochotę wstać i zatańczyć. Jednak moim powołaniem nie jest tango a flamenco. Taniec jako wyraz emocji, muzyki przepływającej przez ciało tancerki. Sunę w myślach tańcząc po sali i czuję, jakbym medytowała w tym stanie. Taniec jest jak fala emocji płynąca przez ciało. Znów to samo, sala się zapełnia. Powinnam na tym zarabiać. Za wikt przychodzić do lokalu i zapełniać klientami. O rany, robi się tłoczno 🙂
Dziś padało. Właściwie mżyło, bo tutaj deszcz nie pada, tylko wisi w powietrzu z tendencją do opadania w kierunku ziemi. Po kilku godzinach chodniki są mokre, ludzie chodzą z parasolami, ja bez. Zawsze mi przeszkadzał, zajmował ręce. Tutaj też tak chodzę, bez planu i parasola. I wtedy zdarza się to co najlepsze, pastel de nata i porto w pakiecie, piękna sala z kryształowymi żyrandolami i niebieską sofą w kolorze wieczornego nieba nad Lizboną. I muzyka fado, piękna, pełna ekspresji serca. I moja anonimowość w tym miejscu, długo żyjąca bateria w laptopie. Więcej cóż mi potrzebne w tej chwili? Nic. Nic absolutnie. To jest prawdziwa wolność. Życie pełnią w każdej chwili. Unoszenie się jak na falach energii, surfuję łagodnie po emocjach, odczuciach, ludzkim szumie, wrażeniach. Wyraźnie odczuwam każdy wzlot i opadanie, pozwalam na to, by płynąć, zostawiam za sobą to co już mi nie służy, co było moim ciężarem. Czuję jak otwiera się moje serce, znów ucisk w czakrze, ale taki jaki znam i wiem co znaczy. Naprawa i oczyszczanie, uwalnianie serca od strachu, przywiązania, zgoda na poszerzenie przestrzeni w jakiej będę przebywała, na miłość, do chwili, do tego co czuję, i akceptacja.
O miłości do dzieci

Można czytać książki jak wychować dzieci, co i jak robić, co mówić, to pewnie pomaga. Ja zdaję się na instynkt, ale wiem, że warunkiem podstawowym dobrego wychowania jest miłość. Miłość prawdziwa, która wypełnia serca człowieka kochającego w sposób pełny, mądry i zdrowy. Z niej pochodzi cała zdolność dobrego wychowania. Bez tego, wychodzi coś co nazwę przewrotnie, tresowaniem do wizerunku z głowy. Dziecko bez miłości wyrośnie czasem na człowieka pozornie normalnego, spełniającego swoje role życiowe, ale niepełnego tam gdzie tej miłości zabrakło najmocniej. W pewności siebie, w kochaniu innych, w zdolności pokonywania barier, w asertywności, również w stosunku do nas. W szczęściu i wyrażaniu radości. Ogólnie w sercu.
Nie będę pisać co robiłam źle i gdzie się myliłam, co wyniosłam z domu, ze środowiska, czego się potem nauczyłam, jak było mi ciężko i lekko zarazem. Do czego czasem tęsknię, gdy widzę jak moje dzieci są już duże. Tego mi chyba zabrakło kiedy dzieci były małe, żebym czasem mogła wyjść i odciąć się, zrestartować, pobyć ze sobą sama. Samą siebie też kochać, sobie też coś dawać. Teraz są już duże. Muszę odrobić swoją lekcję na to życie. Jedną z wielu, może najważniejszą. Świadoma bezwarunkowa miłość do dzieci. Bez oczekiwań, planów, bez pouczania.. Wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, że cokolwiek się stanie, przydarzy, ja ich będę kochać, rozumieć i dawać azyl. Wtedy każde z nich wyrośnie na pełnego, kochającego, mądrego człowieka. To mnie czeka, nawet wbrew wszystkiemu, wbrew okolicznościom, wbrew regułom, wbrew środowisku i wbrew rodzinie. Biorę to na siebie. Jestem za nie odpowiedzialna i przy mnie niech czują tę energię do wzrastania, czystą i nieskrępowaną miłość. Jest im potrzebna jak powietrze. I ja jestem im potrzebna, jako przykład człowieka, jako drogowskaz, parasol, ciepły szalik i moc do przezwyciężania siebie, do wzrastania. Stopień do nieba i materac do spadania. Ja w całej krasie, jak kiedyś mówił Iwo: „Mama jest do naklejania plasterków”. I to cała moja rola. On może się kaleczyć, zmagać, ja czekam i patrzę, jeśli chce doradzam. I czekam z plastrem. Plastrem o nazwie miłość.
Pajęczarka

Spomiędzy moich dłoni
z palców
tryska
pajęczyna zdarzeń
oplatam nią rzeczywistość
zdarzenia
ludzi
by ich zatrzymać
zrozumieć
poznać
pokochać
Potem wypuszczam
pełnych miłości
skupienia
siebie
Idą radośni
do swojego wnętrza
świata
a ja siedzę
i patrzę
z miłością
na swoje stworzenie
i czekam
na czas
niech się zdarzy.
My Lisbon Story: First Episode, Part 3
Konferencja się skończyła. Większość maruderów dopiero dziś wyjechała do domu. Ja z
ostaję. Przeniosłam się do nowego hotelu, hostelu właściwie, i od jutra wędruję sama po mieście. Z wielu rozmów odbytych jeszcze w czasie konferencji wynika, że COST, międzynarodowe porozumienie naukowców, dostanie pieniądze na nowe kilka lat pogłębiania współpracy między europejskimi naukowcami. Będą więc kolejne konferencje, warsztaty i sympozja. Będzie można się spotykać, spierać, wspierać i pić kawę. Oby w Portugalii. Niektórzy koledzy chcą, żeby następna konferencja odbyła się w Grecji, ze względów politycznych, żeby Greków wspierać ekonomicznie i naukowo. Kiedyś byli kolebką myśli naukowej całego kontynentu.
Pożegnałam Campo de Pequeno, dawne miejsce, gdzie odbywały się korridy, a teraz jest centrum handlowe i organizuje się koncerty. W pobliskiej stacji metra na ścianach odpowiednio wymalowane byki.
Jutro będę kolejny raz przecierać tutejsze ulice. Wczoraj wędrowałam tak z kolegą bez mapy, bez planu i zrobiliśmy wiele kilometrów po starym mieście wspinając się, schodząc, pijąc kawę i słuchając ulicznego fado. Przyłapałam się na tym, że
nie chce mi się robić zdjęć, nawet jak widzę coś bardzo pięknego, jak białego pawia na uniwersyteckim kampusie. Siedzę, stoję, idę i tylko patrzę. Zastanawiałam się czy to jakieś szczególne lenistwo, czy coś innego i dostrzegłam, że wolę po prostu cieszyć się tą chwilą niż ją uwieczniać. Mój kolega przesłał mi parę zrobionych przez siebie zdjęć. Lizbona o zmierzchu ma niezwykły kolor nieba. Lazur dzienny przechodzi w głęboki niebieski odcień, którego nie oddadzą zdjęcia.
Zjadam mnóstwo ciastek! Szczególnie mi smakują, bo w większo
ści są na bazie mojego ulubionego ciasta francuskiego. Mniam 🙂 Zaraz lecę na takie ciastko i kolację. Dopiję tylko porto, którym powitała mnie recepcjonistka w hostelu. Jak się okazuje – Polka 🙂 Na szczęście nie ma zbyt wielu turystów. Tak mówią, ja widzę ich dużo. Jak tu bywa w sezonie? Ciężko, tłumnie i gorąco. Ale wtedy nie trzeba przynajmniej dogrzewać pokoi nocą. Teraz rzadko który hostel ma coś więcej do oferowania niż elektryczny piecyk. Zobaczymy czy zamarznę 🙂 W poprzednim hotelu musiałyśmy zmienić pokój, bo z klimatyzacji wiało chłodem.
O miłości do doskonałości
Doskonałość to cudowna bajka, jaka się podobno zdarza za górami, za lasami i oczywiście innym. Zdarza się, jak powiada legenda miejska, komuś w telewizji, albo w wielkim świecie. Wtedy ta doskonałość wydaje się aż nadto nęcąca. Doskonałość w życiu, urodzie, pracy, postępowaniu, w pisaniu ;). Tak,… należy wyraźnie zaznaczyć, że doskonałość jest nietrwała. Zmieniają się gusta, dążenia, ale i my się zmieniamy. I dobrze, gdyby jakaś doskonałość się utrwaliła cóż byłoby do zmiany, po co byłoby nam jeszcze błąkać się po tym świecie, gdzie wędrujemy od przemiany do przemiany.
Doskonała bywa miłość. Czasem, kiedy akurat nie chrapie, nie zgubiła kapci w szkole i nie krzyczy, że choć
by ją trafił meteoryt nie wsiądzie do tego autobusu, bo chce jechać samochodem 😉 Czasem ją czuję. Nie na zewnątrz. Wewnątrz. Ona tam jest, taka lokalna doskonałość i pełnia. Kiedy idę ulicą i dostaję sms: „Cudownie było się dziś przy tobie obudzić :)”, albo gdy kobieta w cukierni wybiera mi lepsze ciastko, a sprzedawca sera dokłada mi parę deko, bo mam piękny uśmiech. Wtedy właśnie czuję doskonałość chwili. I nie tylko wtedy, wtedy to jest proste, sygnał idzie z zewnątrz. Najciekawiej jest, kiedy rano budzę się i czuję, że przede mną długi dzień, pęd do szkoły, pracy, jakiś nawał obowiązków, i wtedy włącza mi się obserwator. Ja mogę, ale nie muszę poddać się pędowi życia w takiej chwili i stresowi, smutnemu nagromadzeniu lęków. Mogę również, i właśnie to robię, zaobserwować jakie mam w tym momencie myśli, jakie obawy te myśli kreują i skąd pochodzą, jakie moje głęboko skrywane lęki je karmią. Czuję wtedy, jakbym była Doktor Jekyll diagnozująca Pana Hyde’a. Takie niespełnione marzenie o medycynie wspaniale mi się odkrywa i spełnia na poziomie duchowym.
Analiza emocji. Bardzo ważna sprawa, trudna i kosztowna w gabinecie terapeutycznym. Ale w moim łóżku nad ranem niezwykle łatwa, klarowna, kiedy umysł jeszcze śpi niemrawy, ale jaźń już się odzywa niezaburzona knowaniami mózgu. I wtedy właśnie, pojawia się prawda, również o naszych pragnieniach, lękach, jak w snach, gdy nasza podświadomość pokazuje wszystko takie, jakie jest. Czuję się wtedy wolna od umysłowego zaciemnienia, uwikłania w analizę i widzę prostą drogę do zrozumienia siebie samej. W tym właśnie upatruję doskonałość. Ale … nie dążę do niej. W żadnym aspekcie swojego życia. Nie obarczam się tym programem dla głodnych duchów, więzami niedoskonałości. Nie dlatego, że czuję się doskonała, bo nikt nie jest, ale dlatego, że w każdej chwili jestem najlepszą wersją siebie na jaką mnie stać, i to samo w sobie, jest doskonałe, bo prawdziwe. Chwila, w której jestem, jest doskonała. Każdy aspekt tej chwili, napisałam wręcz parę wierszy o tej niezwykłej obserwacji po skompilowaniu wielu informacji przepuszczonych przez moje serce, mój najlepszy miernik jakości we wszechświecie. Bardzo polecam, odczuwanie zamiast myślenia. Emocje mieszczą w sobie tysiące myśli z różnych chwil naszego życia i pojmowania, tysiące doświadczeń. Pełen wachlarz emocji prowadzi nas do prawdy o nas samych. Pozwalajmy sobie na emocje, wszystkie emocje i uczucia, bo to one są jak kompas do najlepszego wyboru drogi, kolejnej chwili, jaka się zaraz wydarzy. Idźmy za tym co czujemy, sercem, doskonałym kompasem życia. Nie chodzi o egoizm, ale o prawdę, prawdę o nas samych. Prawdę, jaką sprzedajemy często za marne zainteresowanie, za względny spokój, przystosowanie. Nie warto wyzbywać się takiego doskonałego narzędzia. Mózg, czyli umysł jest przecież taki ograniczony. Wystarczy pomyśleć o tym, że nawet kiedy nim zwyciężamy np. na olimpiadzie chemicznej 😉 czy w dyskusji, pamiętamy nie tyle zmagania umysłowe ile towarzyszące temu emocje, uczucie zwycięstwa. To co zapamiętujemy sercem zawsze jest z nami. To co nas uwzniośla i to co nas pogrąża w smutku. Nasz doskonały ster na wzburzonych falach oceanu czasu. A jego główne zadanie – skierować nas na bezpieczny ląd … ku sobie, ku miłości.
O miłosnych potyczkach

Każdy z nas potyka się o różne miłości. Już od wczesnej młodości pragnęłam kochać naprawdę i wciąż się rozglądałam, za tym kogo by tu pokochać. Już wtedy wiedziałam co jest dla mnie ważne. Wciąż się zakochiwałam, zwykle w starszych od siebie chłopcach i marzyłam …
Ostatnio zrobiłam sobie mały przegląd moich miłości i zauważyłam po co zdarzało mi się kochać. Oczywiście główną przyczyną była miłość, ale …
Pewien mężczyzna, z którym byłam, mówił, że lubi duże blondynki. Trochę się obruszyłam, jestem małą brunetką. Pomyślałam: „Impas”. I go uwolniłam. Nie miałam w związku z tym żadnych negatywnych emocji. Tak jest racjonalnie, a ja przy okazji bardziej uwierzyłam w siebie i doceniłam swoje ciało. Inny chciał bym się uczyła matematyki, by mu pomagać w genialnych fizycznych badaniach, które planował. Ja się nauczyłam, on studiów nie skończył. Znowu zapadł „Impas”. Ale za to jak się pięknie wykształciłam. Jeszcze inny chciał mnie uczyć partnerstwa, ale nie opuszczać żony. Też mu odpuściłam. „Impas” na dwie strony 😉 Nauczył mnie wierzyć swemu instynktowi.
Teraz mała rada. Kiedy ktoś się zbliża do naszego świata wychodzimy z domu i na powitanie stawiamy mu płoty, to nasze granice. Nie wpuszczamy za nie i obserwujemy. Zwykle ktoś przychodzi, by jak lustro wskazać, gdzie nam pękła deska, gdzie trzeba dogrodzić, gdzie rura przecieka i trzeba to łatać, łatać szybko, sprawnie. Po to do mnie przyszli wszyscy ci panowie. Załatałam z trudem. Teraz to rozumiem. Wiem już, że się z sercem trzeba zmierzyć czasem jak w życiu z kompasem. Zawsze wskaże północ, choćbyś stał na głowie. Gdy wszystko gotowe, będzie można usiąść i popatrzeć …
Kiedyś, albo wcale,
przyjdzie taka chwila,
że za moim płotem
ktoś zjawi się w porę,
kiedy będę czytać
w słoneczny poranek
na werandzie
w ciszy.
Wtedy najpierw powie
co serce słyszy.
Podejdę do furtki
i mu ją otworzę,
bez lęku,
że w drodze zerwie tulipany,
podepcze mi wrzosy,
albo kopnie kota.
Zrobię mu herbatę.
Usiądziemy w cieniu.
Będzie pił, bez słowa.
Będzie patrzył wokół,
będzie się uśmiechał
łagodnie,
oczami.
Ja będę spokojna,
bez skoków ciśnienia
i motyli w brzuchu,
bo będę wiedziała,
że to on i tyle.
Ot historia cała.
Kiedy nam się znudzi
milczenie,
czekanie,
może go zaproszę
na smaczne śniadanie,
pójdę z nim nad morze,
może nad ocean.
Może mnie przytuli,
może mi coś powie.
Albo się nie zjawi,
będę mieć go w głowie.
I nie będę czekać,
wciąż się zastanawiać,
czy jest taki w świecie.
Będę żyła sama,
szczęśliwa i pełna
plotąc wszystko wokół
aż do końca świata
wierna
przy swym boku.
My Lisbon Story: First Episode, Part 2.

Urwałam się dziś po obiedzie, po bardzo ciekawej sesji i przeszłam w pełnym słońcu po mieście. W drodze zobaczyłam siedzącą na ławce parę dziewczyn wtuloną w siebie, jedna trzymała kolana na nogach drugiej tak, jak czasem w parku siedzą warszawskie nastolatki. Poczułam się jak w domu. Ale u nas takie publiczne okazywanie uczuć nie jest mile widziane. Przynajmniej oficjalnie. Obrazek był piękny. Jak ich uczucia, które dla mnie są jak najbardziej naturalne i cudowne. Oczywiście dwie kobiety są bardziej akceptowalne niż dwóch mężczyzn. I tu tkwi pewna hipokryzja, nie sądzicie? Oczywiście można powiedzieć, że mamy granice tolerancji, każdy inne. W relacji z ludźmi, w seksie, choć czasem warto zdjąć kilka barier w tej naprawdę wspaniałej grze wyrażania siebie, ale w miłości? Jakie granice?
Miłość, moim zdaniem, nie ma granic. Jest nieskończona, albo jej nie ma. Uczucie jakie większość z nas przeżywa, czy to w fazie zakochania, czy potem, miłością niestety nie bywa. Jest za to dopełnieniem, spełnieniem roli, odegraniem schematu zaszczepionego z dzieciństwa, wyrażeniem lęków, albo pożądaniem, czy poszukiwaniem bezpieczeństwa, partnerstwa, czasem interesem, względnie super układem itd. To surowa ocena, można się z nią nie zgadzać, ale moje obserwacje pokazują, że tak w większości bywa. Nie znaczy to jednak, że nie można takiej „zwyczajnej” miłości przetransformować w tę niezwyczajną. Można, ale trzeba się postarać. Najpierw zalepić w swoim sercu wszystkie dziury, które mogłyby spowodować lęk, że „nam się nie uda”, „nie umiemy”, „ktoś nas nie zechce, zrani”, i zaprzeczenia, że „nie potrzebujemy”, bo „tak nam wygodnie”, „wystarczy nam to co mamy”, że nie wspomnę o tym „co powie rodzina, przyjaciele, współpracownicy”.
Kiedy serce staje się pełne, całe, szybko odnajduje drogę do prawdy o nas samych. Czy kochasz tego, z którym jesteś, czy wygodę jaką ci gwarantuje? Czy masz w swoim sercu potrzebę przeżycia naprawdę, a nie na pokaz, nie według jakiegoś planu, roli, wyobrażeń, ambicji, lęku przed samotnością. Spadają wtedy kolejne maski, rozpadają się iluzje. Życie staje się prostsze kiedy widzisz prawdę. Nawet jeśli prawda boli, zmienia rodzinę, odsuwa na bok sprawy do tej pory stojące w pierwszym rzędzie. Miłość wypływająca z prawdziwie czującego serca i daje siłę, zobaczyć to co nas mami i odrzucić, by skupić się na tym co prawdziwe, a co jest jak skała w nas samych.
Wiele razy kochałam, w różny sposób. Każde z tych uczuć czegoś mnie uczyło i prowadziło mnie do jednej podstawowej prawdy. Miłość nie może ranić. Jest na to za łaskawa. Ranimy się my sami, naszym postępowaniem, myślami, tym, że ją odrzucamy w jej prawdziwej formie, nieskończoności, na jaką po prostu nie zawsze jesteśmy gotowi. Kiedy stajemy się gotowi, miłość zakwita w nas jak naturalny stan, bez uwiązania, ról, potrzeb, ślepego pożądania. Miłość jest wolnością, jej wyrazem najczystszym, najpełniejszym. Woli dawać i mnoży się od tego, nie ubywa. Fenomen matematyczny. Gdyby zrobić porównanie do liczebności zwanej mocą zbioru, kochałam mocą zbioru jak liczby naturalne, potem wymierne i niewymierne. Wszystkie zbiory są nieskończone, ale miejscami puste. Teraz czekam na miłość o mocy zbioru liczb rzeczywistych. Tej się nie da dopakować liczbami, jest gęsta, zwarta, i co ciekawe, równie liczna co dowolny odcinek. Gdyby się pokusić o kolejne skojarzenia, nie musi trwać w nieskończoność w przestrzeni ludzkiej, kiedy przyjdzie, bo ludzkie życie jest ograniczone, ale powinna być pełna. Tak sobie myślę, że warto na nią poczekać, na tę prawdziwą. Być czujną, uważną i dostrzec właściwego człowieka, bo miłość, we wszystkim co nas czeka, to najpiękniejsze doświadczenie, po jakie przychodzimy, jako dusze, na ziemię. Miłość, odbita w sercu innego człowieka.

Co noc śpię w hotelu z księżycem za oknem. Kiedy wstaje słońce, księżyc nadal wisi na lazurowym niebie. Zawsze czułam pociąg do księżyca. I kocham słońce rozlewające się ciepłem po całym moim ciele. I portugalską kawę słodką i pachnącą. Jem typowe francusko – portugalskie śniadanie, kawa + ciastko i słodzę tę kawę bo jest boska posłodzona. Cukru się nie boję wcale. Zdjęłam kolejny program. Kolejny po poprzednich o wiele cięższych. Teraz w spokoju patrzę na siebie i innych, a wszyscy wokół stają się tacy spokojni, zrelaksowani, przyjacielscy i uczynni. Nie mogą być inni, kiedy ja tam jestem w takim balansie, relaksie. Za kilka dni moje wystąpienie i wtedy przejdę test na koncentrację. Na razie się cieszę i chłonę to co wokół dla mnie stworzył wszechświat w moim wesołym, twórczym gronie cudownych ludzi nauki.
My Lisbon Story: First Episode, Part 1.

Jestem na konferencji w Lizbonie. Jeszcze nie zdążyłam zobaczyć miasta, ale planuję zostać tu dłużej, więc jeszcze je wchłonę i poczuję, tak jak lubię. Całe dnie spędzam na wykładach, od rana do wieczora. Pogoda jest piękna słońce wpada przez okna i rozprasza się na monitorach. Trzeba przyznać pogoda gra nam na nosie 🙂
Zaobserwowałam ciekawą rzecz, którą muszę się podzielić. Być może ktoś z tego skorzysta. Wielokrotnie słyszałam, że to co nas spotyka, wszelkie doświadczenia, są krojone na miarę naszych potrzeb, ale również na miarę naszych możliwości, jakie mamy tu i teraz. Od kilku lat jeżdżę na międzynarodowe konferencje, które wymagają wystąpień przed bardzo wymagającą publicznością. To taki egzamin z umiejętności i postępów w mojej pracy. Przez długi czas męczyłam się z myślą, że mój angielski jest do bani i jadł mnie stres przed wystąpieniem, choć zwykle miałam ciekawe wyniki do pokazania i po prezentacji byłam dobrze oceniana. Można powiedzieć, za surowo się oceniam i powinnam mocniej w siebie wierzyć. Cóż, to prawda. Wierzę w siebie bardziej, ale … Właśnie odkryłam coś, co przekracza moje dotychczasowe doświadczenia. Zauważyłam, że na każdej kolejnej konferencji ludzie wokół mnie mówią lepiej po angielsku, ich prezentacje są ciekawsze, bardziej klarowne itd. Można pomyśleć, że świat się rozwija i ludzie wokół mnie również. Ale … i tu musicie mi uwierzyć na słowo. Odniosłam wrażenie, bardzo silne wrażenie, że to nie świat wokół, a w każdym razie nie on sam. To ja się rozwijam. Stan w jakim jestem, język, poziom dostosowuje się do mnie i daje mi motywacje do kolejnych kroków. Widzę, że prezentacje są językowo o jeden plusik wyżej niż mój angielski, ale to tez wynika ze specyficzności, polegającej na tym, ze mówią o zjawiskach jakich ja nie badam. Oprócz tego, jeśli jestem skoncentrowana, rozumiem wszystko. Czy to nie dziwne? Nie, bo to wszystko układa mi się w cudowny sposób we wzór jaki ostatnio przyłożyłam do wszechświata. Mój wszechświat odpowiada na moje potrzeby, więc kiedy mam się uczyć podsyła mi sytuacje kiedy mogę to robić, ćwiczyć, próbować i wzrastać w tym naprawdę. Można pomyśleć zwariowałam. Nie tak do końca. Zaobserwujecie swój własny świat i kiedy zaczniecie myśleć tak jak ja może się okazać, że wszystkie małe rzeczy z jakimi się co dzień mierzycie są po to byście robili postęp w jakimś kierunku np. uprzejmości wobec ludzi, szczerości wobec siebie, przyswajaniu innych umiejętności. Dla mnie to również jest nauka o przekonaniach. Ja ostatnio nabyłam takie wygodne przekonanie, że wszechświat mi odpowiada na pytania o rozwój, bo nie wiem w jaką stronę powinnam się rozwijać. I proszę, lecę do Lizbony, słucham całe dnie o skomplikowanych zjawiskach w cieczach, mikro i nanoskalowych, a dziś zobaczyłam niebywałą rzecz na koniec pierwszego dnia konferencji. Zwykle naukowcy kojarzą się ze sztywniakami o przerośniętych mózgach i nieciekawej aparycji. Muszę was wyprowadzić z błędu. Moje koleżanki i koledzy nie są ani bardziej, ani mniej urodziwi niż reszta. Większość za to jest wysportowana, aktywna do późnego wieku i wesoła w taki cudowny sposób, przy którym ja się nigdy nie nudzę i nie staram śmiać tylko dlatego, że chcę być miła. Ale ja nie o tym. Dziś zobaczyłam, jak dziewczyna rok temu zdobyła prestiżową nagrodę za wystąpienie. Wyszła przed szacowne gremium, wyjęła ukulelę i zaśpiewała swój przygotowany wykład o nanorurkach węglowych! Wszystko pięknym pełnym głosem, w rytmie i rymując jak trzeba do przeboju na czasie, który mogę zanucić, ale tytułu nie pamiętam! Cudowne! Po prostu cudowne. Mimo, że oglądaliśmy to tylko na wideo, taką trzyminutową powtórkę, cała sala klaskała. I co naukowcy są niby jajogłowi? O nie, to ludzie z pasją i gotowi do wyzwań. Jaką trzeba mieć fantazję i odwagę, by stanąć przed salą pełną ludzi przygotowanych na kolejne wykresy i dać im taki prezent. Powiem jak moje dzieci: Szacun! I naprawdę chylę czoło. Kto to zrobił? Kobieta, pełna pasji życia, kochająca swoją pracę, i umiejąca wyrazić w niej siebie. Wspaniałe. Następną nagrodę, tegoroczną, otrzymał mężczyzna i widać było, że jest mu trochę tak nieswojo przyjąć ją po kimś, kto tak zabłysnął.

A w komentarzu zaledwie parę zdjęcie jakie zrobiłam: kwitnący aloes przed kampusem uniwersyteckim 🙂 (powyżej)
I moja ławka w sali zapisana przez studentów. To taka mała wskazówka dla mnie. Nie wychodź z ławki, jeśli świat próbuje cię uczyć. Jeśli się nudzisz, namaż coś, przeczekaj, ale siedź wytrwale, bo powrót do szkoły bywa bolesny … jak kaktus podczas lądowania 🙂
